POSTACIE Strona głóna

niedziela, 2 kwietnia 2017

90. JESTEM KRETYNEM

3 grudzień 2012



Łapię gwałtownie komórkę, by mój dzwonek nie obudził Elizabeth i odbieram nawet nie patrząc, kto dzwoni. Przykładam komórkę do ucha, jednak odzywam się dopiero, gdy wychodzę z pokoiku małej.
-Halo?- Schodzę na dół, gdzie Henry robi obiad.
-Cześć, Aniołku.- Uśmiecham się, słysząc głos Jareda. Martwiłam się o niego, bo od wczoraj nie odbierał telefonu.- Przepraszam, że nie oddzwoniłem. Mieliśmy taki zapiernicz na planie, że sobie nawet nie wyobrażasz.- Wzdycha.- Co u was? Tęsknię za wami.
-Jadłeś coś dzisiaj?- Pytam, prosto z mostu, wchodząc do kuchni.
-Nie.- Odpowiada, po chwilowej ciszy.
-Wiesz, jaką mam w tym momencie ochotę ci przywalić, Leto?- Fuczę ze złością.- Jesteś małym dzieckiem, że mam ci przypominać o jedzeniu? W tej chwili idź coś zjeść.
-Lee, jest już późno. Na kolacje coś zjem.- Zaciskam zęby.
-Nawet mnie nie denerwuj…- Słyszę jak coś upada w tle.- Jay, co to było?- Dopytuję, ale odpowiada mi cisza.- Leto, nie żartuj sobie ze mnie.- Po raz kolejny odpowiada mi cisza.- Jared?- Spoglądam na Henrego, który z zaciekawieniem mi się przygląda.- Nie odpowiada.- Mówię, łamliwym głosem.
-Może zemdlał. Kiedy ostatnio coś jadł?
-Nie wiem. Na pewno nie dzisiaj.- Rozłączam się, próbując zadzwonić jeszcze raz, ale to nic nie daje. Po kolejnych kilkunastu razach, postanawiam wykorzystać numer alarmowy do McConaugheya, który dostałam od niego na jednej z sesji. Mężczyzna odbiera od razu.- Matt, tu Olivia.- Odzywam się od razu.- Sprawdź co z Jaredem. Boję się o niego.- Mówię, na jednym wydechu.
-Coś się stało?- Dopytuję, a ja słyszę jak gdzieś idzie.
-No właśnie nie wiem.- Matthew się zatrzymuje, zapewnie pod drzwiami mojego męża.
-Hej, Leto, otwieraj!- Puka, a ja jestem pewna, że nikt mu nie odpowiada.- Jakby co, to włamuję się do jego pokoju.- Oznajmia. Przez chwile panuje cisza, a potem padają słowa przez które martwię się jeszcze bardziej.- O cholera!
                                *                      *                      *
Wysiadam z taksówki i spoglądam na budynek szpitala. Jak najszybciej płacę kierowcy, który przywiózł mnie tutaj z lotniska i z małym plecakiem wchodzę do środka, gdzie czeka na mnie Matthew. Mężczyzna od razu podchodzi do mnie.
-Cześć. Szybko się tu zjawiłaś.- Mówi.
-I tak za wolno. Gdzie on jest?- Pytam, a ten rusza z miejsca. Idę jego śladem, by po chwili stanąć pod białymi drzwiami.
-To tutaj. Skoro już tu jesteś, ja wracam do hotelu, bo cały czas przy nim byłem.
-Dziękuję.- Odzywam się.- Za wszystko.- Aktor macha ręką i bez słowa odchodzi. Łapię klamkę i powoli otwieram drzwi do pomieszczenia. Na łóżku leży Jared przyłączony do różnych aparatów. Odwraca się w moim kierunku i uśmiecha.
-Już mnie wkurzasz.- Mówię, choć w głębi skaczę ze szczęścia, że nic poważnego mu się nie stało. Siadam na stołku, ale po jego spojrzeniu przesiadam się obok niego.
-Przepraszam.- Zaczyna, wyciągając dłoń w kierunku mojego policzka.- Jestem idiotą.- Wywracam oczami.
-No co ty, Leto, naprawdę? Nie domyśliłam się wcześniej.- Decyduję się na sarkazm.- Zastanawiam się tylko co ja jeszcze robię w tym związku.- Wzdycham.- Ciągle słyszę tylko „Przepraszam, jestem kretynem.”.- Dzięki jednej z maszyn, doskonale słyszę, że bicie jego serca przyśpiesza.
-Chyba… Nie zamierzasz…- Żyłka pod jego okiem drga, a robi to tylko jak śpiewa, więc musi być nieźle przerażony, szczególnie, że w dodatku się jąka.
-Aleś ty jest tępy.- Mruczę.- Nie odchodzę od ciebie, nawet o tym nie myśl. Albo raczej, zacznij wreszcie myśleć, tym pustym łbem.- Brunet oddycha z ulgą.- Najadłam się niezłego stracha przez ciebie.- Kładę się obok niego, a ten obejmuje mnie ramieniem, żebym nie spadła.
-Jeszcze raz przepraszam. Będę już jeść, obiecuję.- Całuje mnie w skroń.- Kocham cię bardzo.
-Ja też cię kocham, Jared.

89. POGODZENI

20 maj 2012

Zatrzymuję się, dostrzegając pochylającą się postać nad grobem mamy. Nie wykonuję żadnego ruchu dopóki owa osoba nie prostuje się i nie rozpoznaje w niej babci. Wzdycham cicho, bo nawet w snach nie spodziewałam się jej spotkać, a co dopiero tutaj. Zresztą, ostatnio rozmawiałam z nią, gdy dzwoniłam do Henrego poinformować go o moim rozstaniu z Jaredem, więc to było ponad dwa lata temu, chociaż jej słowa pamiętam jakby to było wczoraj. Zaraz po tym jak oznajmiłam jej, że już nie jestem zaręczona, ona powiedziała tylko: „Mówiłam ci, że cię w końcu rzuci.”. Zaraz potem wytłumaczyłam jej zapłakanym głosem, że było całkowicie na odwód i poprosiłam do telefonu Henrego. Od tamtej pory nie miałam okazji jej spotkać. Mimo wszystko ruszam w jej kierunku, jednocześnie dostrzegając świeże kwiaty na nagrobku.
-Co tu robisz?- Pytam, przyciągając jej uwagę. Kobieta odwraca się i przez  moment przygląda mi się z szeroko otwartymi oczami. Dostrzegam, że Henry nie kłamał i Alice naprawdę dużo schudła i teraz śmiało można ją porównać ze szkieletem. W dodatku jej skóra ma szary, niezdrowy odcień.
-Olivia?- Odzywa się cicho.- Przyszłam do Elizy.- Wskazuje na miejsce pochówku mamy.- Co u ciebie słychać?- Pyta ze szczerą ciekawością, ale zanim nawet otwieram usta, żeby odpowiedzieć, ta kontynuuje.- Ja naprawdę cię przepraszam, za to co wtedy powiedziałam. Naprawdę nie wiem co we mnie wstąpiło. Mam nadzieję, że chociaż teraz jesteś szczęśliwa.- Kończy.
-Jestem.- Odzywam się krótko, z lekkim uśmiechem i podchodzę jeszcze bliżej, obejmując ją ramieniem. Nie ważne jaka była, ale to w końcu moja babcia.- Tęskniłam za tobą.- Całuję ją w policzek.
-Ja za tobą też, malutka.- Puszczam ją i dostrzegam łzę na jej policzku.- To prawda, co piszą w gazetach? Wróciłaś do Jareda i macie dziecko?- Dopytuje.
-Tak, zostałaś prababcią.- Znów unoszę lekko kąciki ust.
-Jak ma na imię?
-Elizabeth Ruby.- Kobieta błądzi spojrzeniem po otoczeniu.- Po mamie i po babci Jaya.- Tłumaczę.- Myślałam, że Henry ci o tym powiedział, gdy ostatnio się spotkaliście.
-Lee, to nie takie proste. Odkąd się wyprowadził, nie zamienił ze mną ani jednego słowa. Wszystko załatwia przez adwokata.- Wzdycha.- A najgorzej jest to, że w ten dzień, gdy wyszedł z domu z walizkami uświadomiłam sobie, że ja naprawdę go kocham. Tylko po tym co mu zrobiłam, nie zasługuję na miłość nikogo.- Spuszcza głowę, a ja ponownie ją przytulam.
-To nie prawda. Każdy zasługuje na miłość. Nawet najgorszy człowiek na świecie.- Odsuwam się od niej i odkładam na nagrobku już całkiem sponiewierane kwiaty.- Ty w ogóle jesz cokolwiek? Nie chcę cię obrazić, ale wyglądasz strasznie.- Komentuję, a ta wzdycha cicho.
-Jestem chora.- Szepcze, tak jakby chciała, żebym jednak tego nie usłyszała. Marszczę brwi, zastanawiając się czy aby na pewno się nie przesłyszałam.
-Na co?- Dopytuję mimo wszystko.
-Mam raka.- Tym razem otwieram szeroko oczy, zastanawiając się jednocześnie dlaczego dziadek mi o tym nie powiedział.- Henry o niczym nie wie.- Dodaje, tak jakby czytała mi w myślach.
-Kiedy się o tym dowiedziałaś?
-Cztery lata temu.- Po raz kolejny wzdycha.- Nie chciałam nikogo martwić, poza tym był łagodny. Odkryto go przez przypadek, na jakiś tam badaniach kontrolnych.- Macha dłonią, próbując mnie chyba zbyć.
-Ale?- Dopytuję. Nie odpuszczę tak łatwo.
-Tym razem złośliwy. Ale nie mów o tym nikomu.- Wpatruje się we mnie jasno brązowymi oczami. Co ciekawe, od kilkudziesięciu pokoleń, każda urodzona dziewczynka dziedziczyła czarne włosy po matce i oczy po ojcu, co tłumaczy moje zielone tęczówki po Terrym i niebiesiutkie Luckie po Jaredzie. Do tej pory, gdy tylko pomyślę o mamie widzę jej lśniące ciemne, prawie czarne oczy, dokładnie takie same jak u Henrego.
-Kim tak naprawdę jest ojciec mamy?- Postanawiam zaryzykować. Zawsze twierdziła, że nie znała tego człowieka, ale nie do końca jej wierzyłam.
-Henry.- Odpowiada, nawet bez zająknięcia.- Nie mówiłam mu o tym, bo zabrałby mi Elizę i zostawiłby mnie samą.
***
Otwieram drzwi do domu i przepuszczam w nich kobietę. W przedpokoju obie zdejmujemy buty i wchodzimy w głąb. Pierwszą osobą na którą trafiamy jest mój ojciec w salonie, odwrócony do nas tyłem.
-Cześć, tato.- Mówię, odkładając torebkę na szafkę przy ścianie, na której już leży mała torebka Constance i wielka Emmy, a to oznacza zjazd rodzinny. Fotograf odwraca się z moją córeczką na rękach i dostrzega tym samym babcie stojącą obok mnie.
-Dzień dobry, Alice.- Mówi, nie dając po sobie poznać nawet zdziwienia. Chociaż pewnie tak jak ja, nie spodziewał się jej już spotkać. Szczególnie, że kobieta nigdy za nim nie przepadała.
-Gdzie reszta?- Pytam, nie dając im czasu na dłuższą wymianę zdań.
-Jared, Shannon w studiu.- Wskazuje na podłogę, mając na myśli pomieszczenie pod nim.- Emma i Skinny w biurze.- Tym razem wskazuje sufit.- A Connie, Henry i Carl w kuchni.- Kończy. Niecały tydzień temu, Constance zaprosiła swoich synów do kawiarni na spotkanie z ich przybranym ojcem, po którym zachowali nazwiska. Jared wrócił do domu trochę zagubiony, bo nie licząc tych kilkunastu sekund w szpitalu, ostatnim razem widział się z mężczyzną prawie dwadzieścia lat temu. Ale gdy wczoraj zaprosiliśmy Carla na kolekcję, by poznał swoją przybraną wnuczkę, oboje zachowywali się, tak jakby nigdy nie stracili kontaktu i najwidoczniej dzisiaj też nas odwiedził, tym razem ze swoją byłą żoną.
-Dawno temu wstała?- Podchodzę bliżej i wyciągam ręce po malutką.
-Jakieś dziesięć minut temu.- Jego wzrok pada na kobietę, która ciągle swoi między przedpokojem, a salonem.- Co ona tu robi?- Pyta szeptem, tak żebym tylko ja mogła to usłyszeć.
-Babcia przyszła poznać swoją prawnuczkę.- Odpowiadam na głos, a z dołu dociera do nas szmer rozmów.- Podejdź bliżej, Terry cię nie zje.- Śmieję się cicho, chcąc rozładować chociaż trochę napięcie jakie tu panuje. Alice podchodzi kilka kroków i spoglądając na dziewczynkę na jej twarzy ​pojawia się delikatny uśmiech.
-Jest śliczna. Wyglądałaś tak samo.- Odzywa się, a zielonooki siada na sofie, nie spuszczając z niej wzroku.
-Mówiłem im dokładnie to samo.- Odwracam głowę w kierunku głosu i w przejściu do kuchni dostrzegam dziadka. Podchodzi bliżej, ale mimo wszystko utrzymuje półtora metrowy dystans.- Co tu robisz?
-Zaprosiłam ją.- Odpowiadam za kobietę, a do salonu wchodzą muzycy. Przyglądam się jak po twarzy mojego męża przebiega lekkie zdziwienie, ale zaraz potem opanowuje się.
-Dzień dobry, Alice.- Mówi, jak na kulturalnego człowieka przystało. Podchodzi do nas i najpierw całuje w główkę Luckie, a potem cmoka mnie szybko w usta.- Napijesz się czegoś?- Zwraca się do kobiety, która wygląda na szczerze zdziwioną. Chociaż nie dziwię się jej. Spotkali się raz i raczej nie wspominamy tego najlepiej.
-Mógłbym poprosić szklankę wody?
-Ktoś, coś?- Pyta reszty.
-Dla mnie kawa.- Odzywa się Shannon.- Hej, Jay, przyjąłeś tą rolę w filmie?
-Wczoraj dzwoniłem do reżysera.- Odpowiada, kiwając jednocześnie głową w górę i dół.

ROZDZIAŁ SPECJALNY 3 -CONSTANCE

Przeglądam szafę, szukając czegoś, co mogłabym ubrać na dzisiejsze spotkanie.  W końcu, po kilku minutach decyduje się na zwyczajne jasne dżinsy i białą koszulkę, a do tego długi, kolorowy sweter, który zostawiam odpięty. Podchodzę do lustra i przejeżdżam usta pomadką, po czym poprawiam srebrnoszarą grzywkę. Do małej torebki wrzucam portfel, telefon i gwizdam cicho, przywołując owczarka niemieckiego.
-Jedziemy na spacerek, malutka.- Mówię, głaskając ją. Zabieram z szafki smycz i kluczyki do samochodu i wychodzę z psiną z małego domku, na obrzeżach miasta. Otwieram tylne drzwi samochodu, gdzie wskazuje zwierzak, a sama siadam za kierownicą. Wyjeżdżam na drogę i niecałe pół godziny później jestem niedaleko studia mojej synowej, do którego obiecałam potem zaglądnąć. Parkuję na chyba ostatnim wolnym miejscu i wysiadam. Zapinam Mutie smycz i kieruję się do parku, w którym umówiłam się z byłym mężem. Dostrzegam go już z daleka, siedzącego na zewnątrz kawiarni i rozglądającego się dookoła. Gdy zauważa mnie, na jego ustach pojawia się szeroki uśmiech. Biorę głęboki wdech, przygotowując się mentalnie na to spotkanie. Mężczyzna podnosi się, gdy dzieli nas już tylko kilka kroków. Całuje mnie w policzek na przywitanie, po czym spogląda na owczarka.
-Jak się wabi?- Pyta, kucając, po czym głaska ją po pysku.
-Mutie.- Odpowiadam.- Przejdziemy się po parku? Obiecałam jej spacer.- Odzywam się, gdy już się prostuje.
-Tak, pewnie. Tylko zamówię sobie kawę na wynos. Wziąć ci zieloną herbatę?- Wskazuje na kawiarnie.
-Poproszę.- Uśmiecham się lekko. Przez te kilkanaście lat najwidoczniej nie zapomniał mojego ulubionego napoju.
-W takim razie poczekaj moment. Ja zaraz wracam.- Carl znika w oszklonym budynku, a ja rozglądam się dookoła. Jak przystało na Los Angeles drzewa ciągle są zielone, a słońce lekko świeci, choć czuć też lekki wiaterek. Po chwili wraca mój towarzysz z dwoma papierowymi kubkami. Podaje mi jeden i ruszamy w nieznanym mi kierunku.- Co u ciebie słychać? Słyszałam, że zostałaś babcią.- Odzywa się, spoglądając na mnie, a ja mam wrażenie, że jego wzrok przenika mnie na wylot.
-Tak.- Uśmiecham się szeroko, po czym upijam łyk, jeszcze gorącej, herbaty.- Jestem dumna z chłopców, że się wreszcie ustatkowali.- Zaczynam.- Naprawdę się o nich martwiłam.- Wzdycham przypominając sobie, choćby telefon Jareda, w którym wyznał mi, że rozstał się z Olivią. Chwała, że wszystko dobrze się skończyło.- A Luckie jest przesłodka.- Dodaje na koniec.
-Luckie?- Dziwi się.- Takie imię wybrali?
-Właściwie to tylko przezwisko. Imienia jeszcze nie wybrali, choć wydaje mi się, że zdecydują się na Elizabeth, ze względu na mamę Olivii.
-To żona Jareda, tak?- Dopytuje z wyraźnym zaciekawieniem, ale absolutnie mu się nie dziwię. Kilka lat swojego życia poświęcił na pomoc w wychowaniu moich synków. Zresztą podzielił się z nimi, jak i ze mną swoim nazwiskiem. Kiwam głową, potwierdzając.- A co z Shanem? Ostatnim razem, gdy się spotkaliśmy, było z nim kiepsko.
-Mogę śmiało stwierdzić, że zespół uratował mu życie, bo muzykę od zawsze traktował poważnie. Wyleczył się prawie ze wszystkich nałogów. Zostały mu papierosy i kawa.- Wzdycham.- Już od ponad roku oficjalnie spotyka się z byłą asystentką Jaya, chociaż wydaję mi się, że spotykali się ze sobą już od kilku lat.- Dzielę się z nim moimi obserwacjami.- No i teraz czekam na kolejnego wnuka.- Uśmiecham się szeroko, już do końca się rozluźniając.
                               *                      *                      *
Otwieram drzwi do studia i zatrzymuję się w półkroku dostrzegając bałagan jaki panuje na biurku pod ścianą. Kręcą głową z politowaniem, wypuszczając z ręki smycz, a Mutie kładzie się koło sofy. Przechodzę dalej, w kierunku odgłosów delikatnej kłótni w pomieszczeniu obok. Zaglądam do środka i dostrzegam synową z wycelowanym palcem wskazującym w Roberta.
-Co się tu dzieje?- Pytam, gdy czarnowłosa otwiera usta, by po pewnie po raz kolejny okrzyczeć współwłaściciela.
-Babu to kretyn.- Komentuje jedynie, zmierzając w moją stronę. Mężczyzna wyrzuca z siebie cichy jęk, a kobieta nachyla się i cmoka mnie w policzek.
-Wcale nie jestem kretynem.- Sprzeciwia się.
-Mhm, już ci wierzę. Dobrze, że jesteś, Connie. Przyjechałaś samochodem?- Przeciera twarz dłońmi, zmierzając do zabałaganionego biurka.
-Tak, nawet niedaleko zaparkowałam.- Odzywam się, zostawiając Greenwooda i podążając za Olivią.- A o co chodzi?
-Masz na dzisiaj jakieś plany? Muszę tu dłużej zostać, a obiecałam odebrać Luckie z LAB za pół godziny.- Przekłada jakieś papiery na kupkę obok i siada na białym krześle, po czym nachyla się, szukają zapewne czegoś w jednej z szuflad.
-Planów żadnych nie mam, ale przecież moim synom korona z głowy nie spadnie jeśli dzisiaj się nią zajmą dłużej. Za to ty, moja panno, powinnaś porządnie odpocząć.- Wskazuję na nią palcem, gdy się prostuje z kolejną porcją kartek.
-Kiedy Babu to kretyn.- Mówi głośniej, żeby jej współpracownik na pewno to usłyszał.
-Nieprawda!- Odkrzykuje jej z drugiego pomieszczenia.
-Może jakoś wam pomogę?- Proponuję.
-Raczej muszę to sama  wszystko posegregować.- Jęczy cicho, podczas gdy kupka dokumentów cały czas się powiększa.- Chociaż zawsze mogą to wszystko wziąć do domu.- Zagryza wargę, wpatrując się w wieżę.- To chyba będzie najlepszy pomysł, bo jednocześnie mogę odebrać Luckie.- Myśli na głos, po czym jej wzrok zatrzymuje się na mnie.- Właśnie! Do Laba przyszła przesyłka do ciebie.- Ponownie się nachyla, a potem wręcza mi małe pudełko.- Shan mówił, że to książka, którą ci ostatnio zamówił. Właściwie, to tylko po to prosiłam cię, żebyś tu wpadła. Skoro ja jednak wracam do domu, to sama zajmę się małą.
-A ma cię kto odwieść?- Przechyla głowę w prawo, wpatrując się w nią.
-Zawsze mogę zatrudnić tego kretyna.- Wskazuje na bruneta, niosącego jakieś pudło.
-Ja cię odwiozę, bo Babu może mieć potem problem ze znalezieniem miejsca parkingowego.
Kilkadziesiąt minut później zatrzymuję samochód na podjeździe i po chwili razem z Olivią wysiadamy. Wypuszczam owczarka z tylnego siedzenia i spostrzegam, że moja synowa stoi i tak jakby próbowała wychwycić jakieś dźwięki, tylko ja nic nie słyszę.
-Co się dzieję?- Pytam, zamykając samochód.
-Tu jest za cicho.- Mówi, ruszając.- W tym miejscu cisza występuje podobnie jak nagrywanie nowych płyt. Raz na kilka lat.- Dodaje, otwierając drzwi wejściowe, ale nawet teraz nie dociera do nas żaden dźwięk. Wchodzimy głębiej i zagadka ciszy rozwiązuje się dokładnie w tym samym momencie, gdy dostrzegamy śpiąca w przenośnym łóżeczku Luckie i w podobnym stanie chłopców na kanapie obok.
-No takiego widoku się nie spodziewałam.- Komentuję szeptem.
            *                      *                      *
Odkładam szklankę z wodą na szklany stolik, a obok mnie siada Jared z moją wnuczką na rękach. W salonie pojawia się też mój drugi syn, który nachyla się nad fotelem, na którym siedzi jego dziewczyna i cmoka ją w czubek głowy. Spoglądam na zegarek na nadgarstku, który wskazuję już siedemnastą.
-Ja się chyba będę powoli zbierać.- Mówię.
-Mamo, poczekaj jeszcze chwilkę.- Odzywa się Jay.- W związku z tym, że jesteśmy tu w porządnym składzie, chcieliśmy ogłosić z Lee, że wybraliśmy imię dla Luckie.- Uśmiecha się.- Możecie oficjalnie przywitać się z Elizabeth Ruby Leto.- Unosi kąciki ust jeszcze wyżej, a moje przypuszczenia co do imienia się potwierdzają.