POSTACIE Strona głóna

niedziela, 10 września 2017

113. NAJMĄDRZEJSZY CZŁOWIEK ŚWIATA

Prowadzę moją córeczkę po ulicach Paryża, w którym aktualnie mieszkamy od jakiś dwóch miesięcy. Przechodzimy przez przejście dla pieszych i znów znajdujemy się na chodniku, tym razem już w uliczce z kamienicą, w której mieszkamy. Gdy jesteśmy już mniej więcej w połowie drogi do wejścia na malutkie podwóreczko, moja towarzyszka podróży zatrzymuje się w miejscu. Wzdycham cicho i odwracam się w jej kierunku, po czym kucam, żeby znaleźć się na jej poziomie.
-Co tam, królewno?- Pytam, gdy ta milczy. Obserwuję jak napełnia buzie powietrzem, a po chwili spuszcza je ze świstem.
-Bo ja wiem, tato, że jesteś najmądrzejszy na świecie, no oczywiście za mamą, ale jednak nadeptujesz linie na chodniku. Dlaczego to robisz?- Powstrzymuję uśmiech, chcąc chociaż udać poważnego, ale chyba nic nie przychodzi mi mądrego na myśl. Nawet nie umiem obronić się na wiadomość, o zdetronizowaniu przez żonę z najmądrzejszych osób.
-Obiecuję się poprawić.- Wykrztuszam w końcu.- To jak? Idziemy dalej? Mama pewnie już na nas czeka.- Dziewczynka kiwa szybko głową w górę i w dół, a ja prostuję się i kontynuujemy podróż.
Tym razem staram się nie wdeptywać na linię, ale mój but jest za długi i po prostu nie mieści się w kostce, co wspólnie komentujemy jedynie westchnieniem. W ciszy wchodzimy na drugie piętro, a następnie do mieszkania. Mała biegnie do pokoiku, w którym nocuje i gdzie trzyma większość zabawek, a ja podążam do drugiej części mieszkania, przerobionej na studio fotograficzne, gdzie spodziewam się znaleźć moją żonę. I dostrzegam ją pochyloną nad biurkiem i sprawdzającą coś na laptopie, cały czas rozmawiającą po francusku. Opieram się o framugę i cierpliwie czekam, aż skończy rozmawiać z prawdopodobnie z jakąś osobą z Vogue o zdjęciach, które zrobiła na wczorajszej sesji, właśnie dla tego magazynu. W pewnym momencie odwraca się i wywraca oczami, ale na jej ustach pojawia się lekki uśmiech. Po mniej więcej dwóch minutach kończy, wzdychając z ulgą.
-Cześć.- Mówi, zamykając laptopa, bez wyłączenia go, a następnie zbliża się do mnie i wtula w moje ciało.- Dawno temu wróciliście?- Mruczy w moją koszulkę.
-Przed momentem.- Cmokam ją w czubek głowy.- Jakiś problem ze zdjęciami?- Pytam, gdy ta się odrywa ode mnie.
-Nie, tylko wiesz jak to jest we Francji, mało im papierów, to dowalili mi kolejną umowę za tą sesję i kolejne dziesięć stron na następną za dwa tygodnie.- Jęczy, opierając głowę na mojej klatce piersiowej.
-A pamiętasz jak Terry robił tu wystawę?- Śmieję się cicho, a ta prostuje z poważną miną.
-Nawet mi o tym nie przypominaj. To był jeden wielki koszmar. Gdzie Luckie?- Kobieta rozgląda się dookoła, po czym zatrzymuje wzrok na mojej twarzy.
-Poszła do pokoju.- Przechodzimy do salonu, a zielonooka siada na oparciu sofy.
-Jay, musimy poważnie porozmawiać.- Marszczy nos, jedną nogą wytupując jakiś rytm. Z jękiem siadam na fotelu, bo nie cierpię takich rozmów, a ta odwraca się i zsuwa na siedzenie kanapy. Pląta nogi, siadając po turecku.
-Słucham cię uważnie.- Mruczę, zastanawiając się czy zrobiłem coś źle ostatnio.
-Nie martw się, tym razem nie chodzi o ciebie.- Czarnowłosa śmieje się cicho, zapewne z mojej miny.- Chodzi mi o Ellie i o to, że za rok pójdzie do szkoły, a to oznacza koniec takiego naszego koczowania w Paryżu i NY.- Napełnia usta powietrzem, tak samo jak przed kilkunastoma minutami zrobiła to nasza córka.
-A w czym tu jest problem? Wrócimy po prostu do LA.- Wzruszam ramionami.- Coś jeszcze?
-Nie.- Kobieta uśmiecha się szeroko.- Wszystko zostało już omówione.- Opada na poduszkę, a do salonu wbiega nasza córka z kartkami i kredkami.
-Cześć, mamo!- Woła, odkładając cały swój bagaż na szklanym stoliku, a następnie wychodzi na sofę i przytula zielonooką mocno.

OLIVIA

Spoglądam niepewnie na własną matkę z malutką Melody na rękach, która stoi po drugiej stronie wielkiej szyby i przygląda mi brązowymi oczętami. Uderzam w dzielący nas przedmiot, jednocześnie krzycząc jak mocno je kocham i chcę, żeby wróciły, ale ta jedynie przykłada wolną dłoń do ust i tak po prostu znika z dziewczynką.
***
Siadam na łóżku, próbując ochłonąć po śnie. Sięgam na ślepo po telefon, leżący na szafeczce i odblokowuję go, sprawdzając jednocześnie godzinę. Minęła już trzecia, a ja cichutko wysuwam się spod pościeli, uważając, żeby nie zbudzić Jareda, który pochrapuje obok. Wychodzę z naszej sypialni, oświetlając sobie drogę i kieruję się prosto do pokoju, w którym śpi Elizabeth, zachowując się równie cicho, co znów jest nie potrzebne, bo dziewczynka mogłaby przespać wszystko. Przez moment przyglądam się Luckie, która wygląda na jeszcze  mniejszą w wielkim łóżku małżeńskim, w którym normalnie mocuje Terry i Alex.
Ile bym dała, żeby spały w tym miejscu dwie osoby. Wzdycham cicho, zagryzając wargę, jednocześnie powstrzymując łzy. Tuż po narodzinach Ellie, chcieliśmy mieć jeszcze jedno dziecko, żeby podwoić ilość miłości jaką ofiarujemy naszej córce na kolejną małą istotkę w naszym życiu, ale tym razem dobitnie wytłumaczono nam, że nie ma co liczyć na kolejny cud. Dlatego właśnie traktujemy tą kruszynkę jak nasz własny skarb.
Po kilku minutach nachylam się i składam na jej czole całusa, a potem wycofuję się do kuchni połączonej z salonem. Zaglądam do lodówki, z której wyciągam małą butelkę wody, po czym prawie podskakuję, gdy z mojego telefonu wydobywa się “Highway to hell”, czyli mój dzwonek, a zaraz potem milknie. Biorę głęboki wdech, odkładając mój niedoszły napój na blat i nasłuchując czy przebój AC/DC nie obudził przypadkiem Jareda, ale w mieszkaniu panuje cisza, przerwana jedynie krótkim piknięciem, dochodzącym również z mojego telefonu. Po raz kolejny go odblokowuję, bo z tego wszystkiego przez moment stałam w całkowitym mroku i odczytuję  wiadomość od Jacka: “Sorcia, zapomniałem, że szwędacie się po Europie, a tam jest teraz noc.”. Uśmiecham się lekko, klikając w napis “POŁĄCZ” i przekładam komórkę do ucha, a po chwili muzyk odbiera.
-Sorry, ja naprawdę nie chciałem.- Odzywa się.
-Nic się nie stało, White. I tak nie spałam.- Rzucam, przenosząc się z wodą na sofę.- Co tam?
-To dziecko idź  spać, bo z tego co na szybko przeliczyłem u was już druga w nocy.
-Trzecia.- Poprawiam.- Spałam, ale miałam dziwny sen.- Wzdycham, mając przed oczami moją matkę wraz z naszą pierwszą córką.
-Chcesz o tym podagać?
-Dzięki, White, ale raczej nie. Poradzę sobie, ale doceniam twoje chęci.- Unoszę jeden kącik ust w góry.
-Oke, ale wiesz, że zawsze możesz mi się wygadać, jeśli coś cię trapi?- Śmieję się cicho,  bo znów zaczyna zachowywać się jak starszy brat, którego nigdy nie miałam.
-Wiem, ale naprawdę dam sobie radę. Ale chłopie, nadal nie wyjaśniłeś mi po co dzwoniłeś.- Nasuwa na nogi kocyk, leżący do tej pory na oparciu.
-Chciałem się tylko spytać co u was? Kiedy wracacie? Tęsknię za moją ulubioną czarnulką.- Mruczy, na co reaguję śmiechem.
-Ale mówisz o mnie czy o Luckie?
-Nie odpowiem na to pytanie.- Przez moment milczymy.- Dobra, Lizi, idź spać, bo przy najbliżej okazji oberwę od twojego męża, że romansujemy w środku nocy.
-Nie wiem jak ma się o tym dowiedzieć, skoro ja nie zamierzam mu o tym mówić?
-No już nie zgrywaj się. I tak mu wszystko wypaplasz.- Wywracam oczami.- Spać, spać. Wio!
-Jasne, już się zbieram. Pozdrów dzieciaki.
-Nawzajem. Pa.- Rozłącza się zanim nawet z moich ust wydobywa się jakiekolwiek słowo.
-No to pa.- Mruczę, podnosząc się. Upija jeszcze łyczek wody i wracam do sypialni, gdzie na łóżku siedzi Jay i wpatruje się we mnie ze zmarszczonymi brwiami. Zapalił lampkę, więc odkładam komórkę na szafkę.
-Wszystko w porządku?- Pyta, gdy siadam obok. Przyciąga mnie do siebie i cmoka we włosy.
-Nic się nie stało. Sprawdzałam tylko czy Luckie śpi, no i przy okazji porozmawiałam z Jackiem.- Odpowiadam, wtulając się w jego ciała.
-Śniła ci się mama?- Kiwam lekko głową, a ten ponawia całusa.- Melody też?- Odrywam się lekko, żeby na niego spojrzeć.
-Możemy o tym nie rozmawiać?- Tym razem zostawia leciutki pocałunek na moich ustach.- Wiesz przecież, że zbliża się rocznica.- Przejeżdżam palcami po jego policzku.
-Wiem, ale martwię się o Ciebie.- Mruczy.- Nie śpisz po nocach.- Dodaje.
-Przejdzie mi, zobaczysz.- Uśmiecham się lekko.- Wracajmy do spania.- Kładę się na swojej połowie łóżka, a tej idzie moim śladem i po chwili leży obok mnie. Przekręcam się w bok i wtulając się w jego ciało.- Bardzo cię kocham.- Szepczę.
-Ja ciebie też, Aniele.- Odpowiada.

niedziela, 3 września 2017

112. RODZEŃSTWO

Z wielkim uśmiechem wychodzę z windy, prowadząc Elizabeth za rękę. Już sama nie pamiętam kiedy ostatnio byłam w studiu ojca, a teraz gdy już tu nie pracuję i nie muszę zrywać się z samego rana, żeby zdążyć na sesję, pojawiam się tu szczęśliwa. Nie żebym wcześniej nie lubiła tego miejsca, ale teraz darzę go jeszcze większą sympatią niż wcześniej.
-Puk, puk. Jest tu kto?- Wołam, a z gabinetu wychyla się głowa fotografa.
-Witam serdecznie mojego kochanego Kangurka i Puchatka.- Unosi kąciki ust w górę, a dziewczynka wyrywa mi się i po chwili stoi wtulona w nogę swojego dziadka.
-Cześć, Terry.- Podchodzę bliżej i cmokam go w policzek.- Jestem, tak jak prosiłeś.- Wchodzę do środka i zwalam się na jego ulubiony fotel, za co zostaję zmrożona wzrokiem czyli tak jak zawsze.- To co mam zrobić?- Pytam, obserwując jak podnosi swoją wnuczkę na ręce i razem siadają na fotelu obok.
-Chciałem tylko pogadać, jak ojciec z córką.- Mruczy, nachylając się do szafki. Po chwili wyciąga z niej miśka, którym zawsze bawiłam się w czasie przerw, choć byłam już wtedy dorosła…- Co powiesz na taką zabawkę, hmm?- Podaje ją dziewczynce, a ta zeskakuje z jego kolan i siada na trzecim i ostatnim fotelu, po czym robi proszącą minę w moim kierunku, więc podaje jej mały, różowiutki plecaczek z zabawkami, z którym nie rozstaje się na krok poza domem, chyba że idziemy na plac zabaw, chociaż i wtedy zabiera w nim jakąś zabawkę tak na wszelki wypadek.
-Dziękuję.- Woła zadowolona i zaczyna zabawę. Kieruję wzrok na Terenca, który wygląda na zdenerwowanego.
-Gdzie Skinny?- Pytam, nigdzie nie dostrzegając jego dziewczyny i jednocześnie asystentki.
-No właśnie o nią mi chodzi.- Zaczyna mężczyzna, zagryzając wargę.
-Tylko nie mów, że się rozstaliście.- Jęczę, krzywiąc się.
-Nie.- Zielonooki śmieję się cicho, ale wygląda to trochę tak jakby chciał odreagować. Marszczę brwi, bo chyba nie rozumiem o co mu chodzi.
-Więc? Co masz mi do powiedzenia?- Napełniam usta powietrzem, czekając aż wreszcie wydusi to z siebie.
-Głupio mi o tym mówić.- Wzdycha.- Ale Skinny jest w ciąży.- Fotograf opuszcza głowę, a ja wypuszczam gwałtownie powietrze. Tego chyba się nie spodziewałam.
-Nie cieszysz się?- Pytam niepewnie, bo nie bardzo wiem jak mam zareagować.
-Cieszę się, ale po tym jakim byłem ojcem dla ciebie, nie chcę, żebyś czuła się tą gorszą czy coś w tym rodzaju. No wiesz, że nie cały czas byłem przy tobie.- Mruczy.- A teraz zamierzam stać się ojcem o jakim dziecko marzy.
-Ej, staruszku, byłeś świetnym ojcem.- Wysyłam w jego kierunku uśmiech, bo w końcu zdołał na mnie spojrzeć.- Nawet wtedy, gdy kłóciliście się z mamą. I mówię poważnie. No i fajnie będzie mieć rodzeństwo młodsze od mojej córki.- Mężczyzna śmieje się, tym razem już naprawdę, a ja razem z nim.
-Nawet nie wiesz jak mi ulżyło.- Wzdycha.- Jesteś pierwszą osobą, której to powiedzieliśmy.- Dodaje.
-Chyba ty powiedziałeś.- Poprawiam.- To gdzie ona jest?
-U lekarza. Ale za niedługo powinna wrócić.
***
Otwieram mieszkanie kluczem, a zaraz potem wchodzimy z Elizabeth do środka. Dziewczynka od razu znika w swoim pokoju, a ja odkładam torebkę na szafkę w przedpokoju i pozbywam się butów. Marszczę brwi, bo Jared nie miał na dzisiaj nic zaplanowane i miał nie wychodzić z domu, a wnioskując po zamkniętych drzwiach, chyba gdzieś jednak wybył. Przeczesuję włosy palcami, a zaraz potem związuję je w małego kucyka, bo na nic więcej nie mogę sobie pozwolić z obecną długością. W kuchni zaglądam do lodówki, a następnie do garczków, stojących na kuchence, czyli obiad już gotowy. Odwracam się, słysząc otwieranie drzwi i w progu sypialni dostrzegam zaspanego Jaya.
-Cześć, śpiochu.- Spotykamy się mniej więcej w połowie salonu. Cmokam go w usta na przywitanie, a ten kładzie dłonie na moich biodrach i przyciąga mnie bliżej.
-Cześć, Aniołku.- Mruczy, opierając głowę na moim ramieniu.
-Skoro spanie cię wzięło w dzień, to co będziesz robić w nocy?- Uśmiecham się szeroko.
-Jeszcze zobaczysz.- Szepcze do mojego ucha, przy okazji chuchając na moją szyję.
-W takim razie też muszę sobie zafundować taką drzemkę.- Wyplątuję się z jego ramion i siadam na oparciu sofy, a ten wygląda jakbym zabrała mu ulubioną zabawkę.
-I co u Terrego? Znów wykorzystywał cię do roboty, która jemu nie pasowała?- Pyta, siadając obok mnie.
-Nie tym razem. Tylko rozmawialiśmy.- Muzyk marszczy brwi, spoglądając na mnie i jednocześnie łapiąc moją dłoń.
-Trochę nie chce mi się w to wierzyć. To o czym rozmawialiście?
-Będę miała rodzeństwo.- Oznajmiam, a ten otwiera usta ze zdziwieniem.- Skinny jest w ciąży i to nie uwierzysz, bo bliźniaczej.- Dzielę się z nim nowościami, które usłyszałam po przybyciu dziewczyny mojego ojca.
-Cóż, tego się nie spodziewałem.- Niebieskooki robi najpierw jakąś minę, którą nie umiem zinterpretować, a zaraz potem uśmiecha się.- Trochę śmiesznie, że Luckie będzie mieć wujków młodszych od siebie.- Dodaje.
-O tym samym pomyślałam.- Mówię, kładąc mu głowę na ramieniu, a z pokoju wypada dziewczynka z misiem w rączce i po chwili stoi wtulona w nogę Jareda.
-Cześć, Królewno.- Zaczyna, podnosząc ją na ręcę i cmokając w nosek.- Jak było u dziadka?

niedziela, 27 sierpnia 2017

111. RANY WOJENNE

Upijam łyk herbaty, po czym odkładam ją z powrotem na stolik, ciągle nachylając się na pokreśloną kartką z mojego notesu. Z jękiem opadam na oparcie, bo od pół godziny jedyne co robię, to kreśle tekst, który wymyśliłem jeszcze kilka lat temu. Jakoś nic sensownego nie może mi przyjść do głowy. Zrezygnowany, odbijam się stopami od biurka i podjeżdżam na fotelu do kąta mojego gabinetu, gdzie stoi wzmacniacz i dwie gitary. Chwytam Artemisę i przerzucam pasek za głowę. Przez moment siedzę bez ruchu, próbując przypomnieć sobie jakąkolwiek naszą piosenkę, ale mam totalną pustkę w głowie. W końcu zaczynam grać po prostu “Bright lights”. Gdy jestem mniej więcej w połowie, drzwi do pomieszczenia się otwierają. Przerywam grę i wpatruję się jak moja córka zamyka za sobą, a potem podchodzi do mnie. Odkładam gitarę na stojak i wpatruję się w nią.
-Tato?- Zaczyna.
-Tak, kochanie?- Przyglądam się jej z uwagą, podczas gdy ona zagryza swoją wargę.
-Myślisz, że mama będzie zła, że troszkę podarłam spodnie?- Marszczę brwi, a ta wskazuje na dziurę na kolanie, z której wprost wypływa krew.
-Luckie, przewróciłaś się?- Pytam względnie spokojnie, choć jestem tak przerażony tą raną. Dziewczynka potwierdza, kiwając głową.- Bardzo cię boli?- Dopytuję, a ona tym razem przeczy.- Pójdziemy teraz to opatrzeć, dobrze?- Wstaję z fotela i podnoszę ją na ręcę, by szybciej znieść ją na pierwsze piętro do łazienki. Kładę czarnowłosą koło umywalki. Przeszukuję szafki, bo gdzieś tu powinna się ukrywać woda utleniona. W końcu z braku pomysłu, gdzie ta mogła się ukryć, wychylam się z pomieszczenia.- Olivia!- Wołam.
-Tak?!- Odpowiada mi gdzieś z dołu.
-Chodź tu na chwilę!- Słyszę jej jęk, ale po chwili pojawia się na korytarzu.
-Co się stało?- Pyta, zatrzymując się, gdy tylko mnie dostrzega.
-Potrzebuję wody utlenionej i jakiś plastrów.- Uśmiecham się lekko.
-Znów się skaleczyłeś?- Mruczy, otwierając szerzej drzwi. Ponownie zatrzymuje się w miejscu, gdy dostrzega Elizabeth.- Co ci się stało?- Pyta przerażona, podobnie jak ja jeszcze chwilę temu.
-Przewróciłam się.- Odpowiada dziewczynka, spuszczając wzrok.
-Bardzo cię boli?- Ponawia pytanie, które ja też jej zadałem, a dziewczynka po raz kolejny zaprzecza. Widzę jak dłonie mojej żony zaczynają się po prostu trząść, gdy otwiera szafkę i wyciąga małą buteleczkę. Przecież tu szukałem na samym początku! Biorę głęboki wdech, a do nas docierają wrzaski z dołu, z których nie da się zrozumieć, ani słowa, ale zaraz te cichną, bo odzywa się mój brat.
-Spokój, bo zostawię was w lesie! Gdzie wy, do cholery, jesteście?!- Spoglądam na kobiety mojego życia, a zaraz potem otwieram drzwi, trafiając Shannona prosto w nos, oczywiście niechcący.- Kretyn.- Mruczy tylko, mrużąc oczy.- Co wy tu robicie? Jakąś naradę, czy coś?- Jego wzrok zatrzymuje się na kolanie Elizy.- O kurka. Nieźle się urządziłaś, Królewno. Jeden z tych moich szkrabów wczoraj zrobił dokładnie to samo.- Kręci głową z politowaniem, opierając się o umywalkę, tuż obok swojej bratanicy. Prawie wyrywa wodę utlenioną z ręki zielonookiej.- Zostawcie to mi. Mam wprawę.- Puszcza nam oczko, a ja nie wiem czy mam błagać, żeby dał sobie spokój, czy zostawić w spokoju. W końcu, rzeczywiście jest ojcem dwóch chłopców, u których takie rany występują na porządku dziennym, szczególnie, gdy mają tak nieodpowiedzialnego ojca.
-Napewno wiesz co robisz?- Pyta niepewnie Olivia.
-Słuchaj, Oliver, moje dzieci jeszcze żyją, to chyba najlepszy dowód na to, że wiem.- Wysyła jej szeroki uśmiech.- A teraz przechodzimy do badania.- Zaciera ręce.- Powiedz mi, Luckie, jak to się stało, że nie płaczesz? Mickey ryczał jak dziewczyna.- Do łazienki zagląda wspomniany chłopczyk.
-Bo mnie to nie boli, wujku.- Odpowiada, a zaraz potem macha swojemu kuzynowi.- Cześć, Mike.
-Cześć, Luckie.- Nagle Shan się prostuje i zakręca buteleczkę, po czym odkłada ją do ciągle otwartej szafki.
-Już?- Pytam na raz z moją żoną.
-Jeszcze tylko plaster i można wracać do zabawy.- Fotograf prawie natychmiast zrywa się, aby poszukać opatrunku.- Widzicie, praktyka czyni mistrzem.- Uśmiecha się szeroko, pomagając zejść mojej córeczce z umywalki. Ta bez słowa wybiega z łazienki razem z synem mojego brata.

sobota, 19 sierpnia 2017

110. WESOŁE MIASTECZKO #2

5 styczeń 2015

Otwieram drzwi do domu i ściągam buty. Ostatkiem sił docieram do salonu. Rozglądam się po pomieszczeniu i na tarasie dostrzegam dwóch głupków. Odkładam torebkę przy schodach i wychodzę przed dom. Na stoliku, przed muzykami stoi laptop, do którego oboje się uśmiechają.
-Albo rozmawiacie z Connie, albo oglądacie laski.- Mruczę, a oni spoglądają na mnie w tym samym momencie. Starszy uśmiecha się szeroko, poprawiając okulary na nosie.
-Lee, za kogo ty nas uważasz? Gdybyśmy przeglądali laseczki, robiliśmy to na moim laptopie, a nie na twoim.- Podchodzę bliżej, w myślach obliczając ile dni zostało do powrotu Emmy i chłopaków z Australii, ale wynik mnie nie zadowala. Jeszcze przynajmniej tydzień będzie nas nawiedzał z braku lepszego zajęcia.
-Cześć, Connie.- Witam się, siadając na kolanach Jareda.
-Ile ty siedzisz w pracy? Powinnaś się oszczędzać.- Jęczę cicho. Zaczyna się kazanie.- Nie wiem czy wiesz, ale normalnie pracuje się po…- Przerywam jej.
-Czasem żałuję, że traktujesz mnie jak swoje dziecko.- Kobieta wywraca oczami, a ja czuję jak ręka jej młodszego syna, kreśli na mojej nodze przeróżne wzory, ale ciągle kierując się ku górze. Trzepię go po dłoni.- A ty mnie nie rozpraszaj.
-Ty nie słyszałaś nawet w połowie jej kazań do nas.- Mruczy Shan.
-Jak pogoda? I mam nadzieje, że ci się podoba.- Zwracam się do kobiety.
-Nie wiem jak mam ci dziękować. Nie spodziewałam się, że Hawaje są takie piękne. A twoja rodzina jest przemiła.
-Cieszę się.
-Chyba nigdy nie spotkałam słodszej osoby od Alani, no oprócz moich wnuków. Skąd ta dziewczyna ma tyle energii? Jak nie surfuje, to gra na gitarze, a jak nie gra, to jest w dziesięciu miejscach na raz. No i ciągle wypytuje o was.
-A jak zareagowała na prezenty od nas?- Pyta perkusista z wielkim uśmiechem.
-Była przeszczęśliwa i wysyła wam miliony całusów. Wspominała też, że marzy, o wakacjach w LA.
-O nie. Ja się za nią uganiać nie będę.- Ogłaszam od razu.- Jak będzie pełnoletnia, niech przyjeżdża, ale nie teraz.- Trzy pary oczu przyglądają mi się ze smutkiem.
Ale dlaczego?- Wymrukuje Shannon.
-Nie daję rady upilnować dwóch dorosłych dzieciaków, a co dopiero jeśli by mi doszła jeszcze zbuntowana nastolatka, która ma nieskończoną ilość energii.- Blondynka wybucha śmiechem.- Już Luckie jest najgrzeczniejsza z nich wszystkich. Swoją drogą, gdzie ona jest?- Robię dziubek przyglądając się Jayowi. Ten cmoka mnie w usta.
-Śpi.- Wskazuje na niańkę elektryczną.- Pranie też zrobiłem.- Uśmiecha się szeroko, a ja kręcę głową z politowaniem.
-A powiesiłeś je, czy nadal leży w pralce?- Tym razem mężczyzna się krzywi, za to jego brat wybucha śmiechem.- No i widzisz, Connie? To zastaję wracając z pracy. Dobrze, że chociaż Luckie się umieją zająć.- Podnoszę się z kolan muzyka.- Miłej zabawy, a ja idę powiesić pranie. Pozdrów Carla.
-Dziękuję. A tobie życzę powodzenia z moimi synami.- Macha w moim kierunku.
***
Przechodzę koło strzelnicy, w której do wygrania są misie, nie mogąc uwierzyć, że dałam się na to przekonać. Spoglądam w dół, gdzie mała dzielnie trzyma się mojej dłoni i przygląda się wszystkiemu z fascynacją. Następnie kieruję swój wzrok na tych dwóch kretynów, którzy nie mogą się zdecydować gdzie mają pierwsze iść i od pięciu minut się przekrzykują.
-Mamo?- Spoglądam na dziewczynkę, która teraz wystawia ręce w moim kierunku. Podnoszę ją.
-Tak kochanie?- Przerzucam jednego z jej warkoczyków na jej plecy.- Nie zimno ci?- Pytam, czując, że się ochłodziło.
-Nie. A kupisz mi o to?- Wskazuje paluszkiem na stoisko z watą cukrową.
-Różową?- Dopytuję z uśmiechem, a ona potwierdza, kiwając główką.- Jared!- Wołam mężczyznę, a ten odwraca głowę w naszym kierunku.- Przypilnuj na moment Luckie. Ja zaraz wracam.- Podaje mu dziewczynkę, która od razu wtula się w jego ciało.- Tylko się stąd nie ruszajcie.- Grożę mu palcem i odchodzę. Pięć minut później wracam, a ich nie ma. No pięknie, mogłam się tego spodziewać. Obracam się naokoło, aż w końcu przy jednym ze stoisk dostrzegam dwa czarne warkoczyki i legginsy Jaya w zebrę. Biorę głęboki oddech, próbując się uspokoić i podchodzę do nich.- Mieliście się nie ruszać.- Warczę w kierunku muzyka.
-Patrz co wygrałem dla malutkiej.- Przystawia mi przed twarz miśka, a ja uśmiecham się lekko.- Dla mamy też coś mamy, prawda?- Zwraca się do naszej córki, a ta wystawia ręce w moją stronę, trzymając w nich małego Kubusia Puchatka.
-Ja też coś dla ciebie mam.- Unoszę kąciki ust jeszcze wyżej, podając jej watę cukrową.- A teraz damy się wyszaleć tacie i wujkowi, a my zostaniemy na ziemi, tak?- Elizabeth oprócz włosów, odziedziczyła po mnie również lęk wysokości i w sumie bardzo dobrze, bo nigdy nie puściłabym jej na jakąkolwiek kolejkę z tymi wariatami.
***
Padam ze zmęczenia na sofę, a tuż obok mnie siada Shannon z wielkim uśmiechem na ustach i Elizabeth na rękach. Stawia dziewczynkę na dywanie, a ta biegnie zadowolona do kuchni, gdzie przed momentem zniknął Jared.
-To jak? Kiedy to powtarzamy?- Pyta perkusista, a ja wydaję z siebie cichy jęk.
-Nigdy? Zachowujecie się gorzej niż dzieci.- Łapię puchatą poduszkę i przykładam ją sobie do twarzy.- A przypominam, jesteście już staruchami.- Dodaję, wychylając się lekko. I właśnie wtedy obrywam drugą poduchą.- Ej!
-Należało ci się.- Starszy Leto wzrusza ramionami, odkładając swoją broń pod głowę.- Bro?! Ile można czekać na kawę?!- Woła, a ja przynajmniej z tym się zgadzam. Odkąd weszłam do domu, to jedyne o czym marzę.
-Przymknij się, bo zaraz stąd wyjdziesz!- Dociera do nas odpowiedź niebieskookiego.
-Czy mi się zdaje, czy on próbuje udać groźnego?- Śmieję się cicho, a następnie zmieniam pozycję z siedzącej na leżącą z stopami na udach perkusisty.- Oliver, bo ja kiedyś tak sobie o nas myślałem.- Zaczyna, a ja unoszę lekko głowę, by na niego spojrzeć i marszczę brwi.- Wiem, że razem z Babu macie to studio i masz dużo roboty, ale co powiesz na kolejną spółkę, tym razem ze mną?
-Kontynuuj.- Mruczę.
-Bo wiesz, mamy naszą wspólną miłość, kawę i może by tak założyć kawiarnie ze sklepem z napojem bogów?- Przez moment myślę nad propozycją, zagryzając jednocześnie wargę.
-Jestem za, ale potrzeba do tego miejscówki, trochę kasy na start i wiesz, tego typu rzeczy.- Marszczę nos, przypominając sobie jak to było z początkami studia.
-Ty wiesz, co? Jesteś najlepszym co mnie spotkało dzięki Jaredowi. I mówię w tym momencie poważnie.- Obserwuję jak mężczyzna prawie podskakuje ze szczęścia.- W takim razie jutro przed południem po ciebie wpadnę, bo umówiłem się na oglądanie lokalu, czyli jedynej rzeczy, której mi brakuje. No i jeszcze twoje podpisy.
-Hola, hola? To od kiedy się tym zajmujesz?- Unoszę się na łokciach.- I w którym miejscu to ma być?
-Koło waszego studia jest lokal do wynajęcia po wcześniejszej kawiarni.- Uśmiecha się szeroko.- Dwa kroki i będziesz mogła zrobić niespodziewaną kontrolę.- Uśmiecha się szeroko.
-W sumie, to mi to pasuje, bo tamta kawa u nich była obrzydliwa.- Krzywię się.- Ale od kiedy to planujesz?- Dopytuję.
-Marzę o tym odkąd wypiłem po raz pierwszy prawdziwą kawę, a zacząłem działać mniej więcej rok temu.- Uśmiecha się szeroko, a ja kręcę głową z politowaniem.

wtorek, 15 sierpnia 2017

DRUGIE URODZINY BLOGA

Mniej więcej jakoś w tym tygodniu wypada drugie urodziny bloga, a z tej okazji chciałabym was zaprosić na opowiadanie nawiązujące do tego.

https://www.wattpad.com/story/117906548-truth-i-love-you


ZAPRASZAM :*

ROZDZIAŁ SPECJALNY 6 - EMILY

Wspinam się po schodach na trzecie piętro. Wzdycham cicho, otwierając mieszkanie. Bennie zabrał małego do zoo i z tego co mi zapowiedział mam cały dzień dla siebie. Tak bardzo mi tego brakowało. Odkładam torebkę na sofie, na której po chwili się kładę. Przymykam oczy zastanawiając się co mam zrobić, ale głodna na razie nie jestem, a chłopcy mają zjeść coś na mieście. Włączam telewizor, by moment później go wyłączyć. Rozglądam się po mieszkaniu, ale jest wyjątkowo czysto. Chyba pozostało mi tylko nudzenie się. Przeciągam się i w tym samym czasie dociera do mnie pukanie do drzwi. Jak najszybciej się da podnoszę się z sofy i wygładzam szarą spódnicę. Otwieram drzwi, a za progiem stoi Anthony. Zdmuchuję grzywkę, która zasłania mi oczy. Jego tu się nie spodziewałam, mimo że mieszka naprzeciwko.
-Yyy…- Próbuję się odezwać, ale mi to chyba nie wychodzi.
-Masz mój kubek.- Odzywa się, patrząc wszędzie tylko nie na mnie. Jak to się stało, że przez tyle lat byliśmy małżeństwem, a teraz nie możemy się dogadać? Nawet spojrzeć na mnie nie może...
-Dopiero teraz sobie o nim przypomniałeś?- Kpię. Rozwiedliśmy się cztery miesiące temu.
-No tak.- Odburkuje.- Gdzie mój syn?- Pyta, rozglądając się po mieszkaniu, które teoretycznie mu zasłaniam.
-Nie żeby coś, ale to jest też mój syn. Ben poszedł z nim do zoo. Zresztą dzisiaj i tak moja kolej na opiekowanie się nim.
-No właśnie. Dobrze, że zaczęłaś ten temat.- Marszczę brwi nie za bardzo wiedząc o co chodzi.- Nie życzę sobie, żeby moim synem opiekowały się jakieś obce kobiety.- Otwieram szeroko oczy, nie za bardzo wierząc w to co mówi.
-Ale ja pracuję. Nie mogę się nim opiekować cały dzień. Zresztą Betty mieszka piętro wyżej. I pragnę zauważyć, że mieszkała już tutaj, gdy ty się wprowadziłeś!- Próbuję zachować spokój, ale chyba średnio mi to wychodzi, bo ostatnie zdanie wykrzyczałam.
-Mimo wszystko nie życzę sobie, żeby ona się nim opiekowała.
-Muszę pracować.- Powtarzam.
-W takim razie może Victor powinien mieszkać ze mną?
-Ty nie mówisz poważnie, prawda?
-Jeśli chodzi o Vica, to akurat jestem poważny.- W moich oczach pojawiają się łzy.
-Szkoda, że wychodząc za ciebie nie wiedziałam jakim jesteś dupkiem.- Mruczę, pociągając nosem.- Mogłam posłuchać wszystkich i zrezygnować z tego związku. Przecież każdy powtarzał, że my razem nie mamy sensu.- Mówię, mimo, że nadal darzę go tym samym uczuciem co w momencie, gdy za niego wychodziłam.
-No widzisz? Zawsze byłaś tępa.- Komentuje jedynie, ale wpatrzony w swój zegarek, tak jakby marnował czas, stojąc tutaj.
-Jesteś totalnym idiotą!!!- Krzyczę już nie wytrzymując, a mężczyzna mierzy mnie wzrokiem.
-A ty totalną idiotką.- Uśmiecha się wrednie, zagryzając przy tym wargę. Kurwa, ten ruch ciągle działa na mnie tak samo.
-Pieprz się.- Dodaję, chcąc wrócić do mieszkania, ale ten łapie mnie za łokieć.
-Wolę ciebie.- Mruczy, wbijając się w moje usta. Odwzajemniam pocałunek, choć tak naprawdę nie powinnam tego robić. Agrrr… Wiązać się z nim też nie powinnam, ale jednak to zrobiłam i mimo wszystko jednak, przez jakiś czas nam się udawało. Odrywa się od moich warg tylko na moment.- Wolisz tu, czy u mnie?- Szepcze, przesuwając palcami po moim policzku.
-U ciebie.- Nie mam ochoty zostać przyłapana ze swoim byłym przez syna i brata. Co to, to nie. Jakoś przechodzimy klatkę schodową i dostajemy się do mieszkania naprzeciwko, a potem do sypialni.
***
Otwieram oczy i rozglądam się dookoła, ale jestem w sypialni sama. Wygrzebuję się jak najszybciej z pościeli, którą jednak przez zaśnięciem na pewno nie byłam przykryta i szukam wzrokiem moich ciuchów. W różnych kątach pomieszczenia znajduję bieliznę, którą od razu ubieram, podobnie jak spódnicę, jednak biała koszula, którą miałam na sobie najwyraźniej została w salonie, gdzie Anthony jej się pozbył. Jęczę cicho, przypominając sobie, że w sumie, mało co z niej zostało, bo gdy ją ze mnie ściągał, po panelach rozsypały się jej guziki. W akcie desperacji podchodzę do szafy, wbudowanej w ścianę, szukając czegoś odpowiedniego. Zamieram, gdy zauważam moje dżinsowe spodenki. Marszczę brwi, ale jednak przebieram się w nie. Kontynuuję poszukiwania, które jednak kończą się, gdy ubieram zwykłą szarą koszulkę, również należącą do mnie.
Przez cały nasze małżeństwo Tony traktował to mieszkanie jako gabinet do pisania swoich nowych książek. Gdy ja byłam w pracy, on zabierał tu naszego syna i opiekował się nim, jednocześnie pisząc. Czasem bywo nawet tak, że spędzał całą noc, wgłębiony w swoją powieść. Jednak nigdy mi to nie przeszkadzało, bo doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że kocha to robić.
Wychodzę z sypialni i od razu dostrzegam blondyna, nachylonego nad blatem kuchennym, mającego na sobie same bokserki. Zatrzymuję się, obserwując jak nagle prostuje się, nasuwa okulary na włosy i miesza coś na patelni, klnąc jednocześnie. Napełniam powietrzem usta, sama się przeklinając za moją słabość. Nie powinnam tu być. Kontynuuję drogę do drzwi, starając się nie hałasować, ale, w momencie, gdy chwytam swoją koszulę, tuż przy wyjściu z salonu, odzywa się mężczyzna.
-Nie uciekaj.- Mówi cicho. Prostuję się i przyglądam jak podchodzi do mnie. Wyciąga dłoń w moim kierunku, jakby próbował ujarzmić dzikie zwierzę. W końcu dociera do mnie i obejmuje mnie w pasie.
-Puść mnie. Muszę wracać.- Odpowiadam jedynie, choć to nie prawda. Mam ochotę spędzić resztę życia w jego ramionach.
-Emily, przepraszam za to co wcześniej powiedziałem.- Opuszcza wzrok, a w moich oczach znów pojawiają się łzy.- Nie chodziło mi o to. Tak właściwie przyszedłem do ciebie, żeby zaproponować ci układ.- Marszczę brwi.- Mogę codziennie odprowadzać Victora do przedszkola, potem go odbierać i się nim zajmować, a gdy ty wrócisz z pracy, mogę ci go podrzucać. Nie wiem dlaczego wcześniej zachowałem się jak dupek.- Puszcza mnie i palcami przeczesuje włosy, tak jak ja to robiłam kilkadziesiąt minut temu.- Chyba rzeczywiście w głębi jestem dupkiem.- Śmieje się cicho, jakby próbował odreagować.
-Nie mów tak.- Odzywam się, sięgając do jego policzka.- W życiu nie spotkałam lepszego człowieka niż ty.- Blondyn podnosi głowę, a jego brązowe oczy teraz wpatrują się we mnie.
-Tęsknię za tobą. Tak cholernie tęsknię.- Zagryza wargę, a po moim policzku sunie łza, którą ściera.
-Ja też za tobą tęsknię.- Przyznaję.
-Przez cztery miesiące nie napisałem ani zdania, które nadawałoby się do wydania. Dopiero teraz. To niesamowite, ale mam pomysł na kolejną książkę. Ty chyba naprawdę jesteś moją muzą.- Teraz to ja się śmieję, ale robię krok do przodu i wpadam w jego ramiona. Czuję jak cmoka mnie w czubek głowy.- Proszę, zostań ze mną. Chociaż na kolacje.- Szepcze.- Zrobiłem przypalone naleśniki.- Uśmiecham się szeroko, jednocześnie podnosząc się na palcach. Łączę nasze usta w krótkim pocałunku.
-Zostanę, ale omijaj kuchnię, jeśli piszesz. To może się źle skończyć.- Mężczyzna łączy nasze dłonie i ciągnie w kierunku wspomnianego pomieszczenia, gdzie na blacie leży tablet, nad którym jeszcze chwilę temu się nachylał.- I pisz na laptopie, bo jeszcze bardziej sobie wzrok zepsujesz.- Jęczę, a ten tylko uśmiecha się lekko.
-Obiecuję.- Cmoka mnie w usta. 

 

niedziela, 13 sierpnia 2017

109. OSCAR

3 marzec 2014
Budzę się jeszcze bardziej zasmarkana i zakichana niż wczoraj, o ile tak się da. Musiałam się przeziębić jeszcze gdy byliśmy w NY, kiedy to była ulewa, a ja przecież parasola nie wzięłam, no bo po co? Przez to głupie przeziębienie musiałam opuścić 86 ceremonie wręczenia Oscarów, a o mały włos Jared zostałby w domu ze mną. Całe szczęście, że razem z Constance go przekonałyśmy. Nawet nie wiem czy dostał tą nagrodę, bo zasnęłam na samym początku, dziękując w duchu Emmie, że postanowiła przenocować u nas z chłopcami, przy okazji zajmując się Elizabeth. Mimo wszystko jestem pewna, że statuetka stoi już w kuchni, a strzeże go paczka popcornu i wegańskie masło. Schodzę na dół. I nie pomyliłam się. Stoi na parapecie, obok reszty nagród. Opieram się o framugę, obserwując ruchy Jay’a w jego białym szlafroku z napisem „Ray” . Dostał go od McConaughey’a na planie „Witaj w klubie”. Mogłabym go obserwować godzinami i nawet robię mu szybkie zdjęcie telefonem, jednak zdradza mnie kichnięcie, a potem następne i kolejne. Och! Nie lubię być przeziębiona. Brunet odwraca się automatycznie w moim kierunku.
-Co ty tu robisz? Wracaj do łóżka.- Zdejmuje szlafrok i otula mnie nim, a sam zostaje jedynie w spodniach od piżam. Szczerze, to lubię ten widok.- Robię ci śniadanko.- Całuje mnie w nos.- Mogłem zostać wczoraj z tobą.- Kicham po raz kolejny. Z pudełka z chusteczkami, stojącego na blacie, wyciągam jedną i smarkam. Choć przez moment mogę oddychać normalnie.
-Nie pomógłbyś mi, a tak to Oscar stoi już na parapecie.- Przytulam go.- Wiedziałam, że go zdobędziesz.- Szepczę.
-Wiesz, że mamy gościa?- Przejeżdża po karku nosem, a po moim ciele przechodzi dreszcz.- Ale ty wracasz do łóżka.- Podnosi mnie na ręce, a ja kładę dłonie na jego szyi.- Nie rozumiem po co w ogóle z niego wychodziłaś.- Niesie mnie schodami w górę.
-Co to za gość?- Dopytuje w momencie, gdy z pokoju naprzeciwko naszej sypialni wychodzi nie kto inny, a pan Richardson.- Cześć, Terry.- Macham mu.
-Zacznij się do mnie zwracać, tak jak córka powinna się zwracać do ojca.- Mruczy.- I cicho, mam kaca.- Schodzi na dół, a Jared kontynuuje podróż. Kładzie mnie na pościeli i podchodzi do szafy, z której wyciąga swój niebieski sweter z napisem „Holy Guacamole ”. Zdejmuję jego szlafrok i chcę wejść pod kołdrę, ale mężczyzna mnie zatrzymuje.
-Czekaj, czekaj.- Ubiera mi sweter.- Nie chcę, żebyś mi tu zmarzła.
-Jay, jesteśmy w Los Angeles. Tu w Boże Narodzenie chodzi się w spodenkach i koszulce.- Kicham. Przejeżdżam po jego długich włosach palcami.-  Dziękuję.- Uśmiecham się, a on całuje mnie w czoło.
-Zaraz wracam ze śniadaniem.- Wychodzi już z pokoju, kiedy go zatrzymuję.
-Terry był na Oscarach?- Wypytuję o naszego gościa. Gdy wyjeżdżaliśmy z Nowego Jorku jeszcze tam był i rozpaczał, że zabieramy mu jego Kangurka. No, ale przykro mi, córki nie zostawię na jego pastwę.
-Spóźnił się, ale był. Chciał ci zrobić niespodziankę, a ty zostałaś w domku. Na to wyszło, że w końcu został i się upił. Ale za to Shan wrócił w miarę trzeźwy.
-Ubierz jakąś koszulkę, bo zimno mi się robi jak cię widzę.- Niebieskooki uśmiecha się i ubiera jedną z tych wyciętych po boku z triadą, która teraz stała się znana każdemu Echelonowi.
Brunet wychodzi z sypialni, a na jego miejsce pojawia się jego starszy brat. Siada na skraju łóżka i podaj mi kubek z kawą. Po kilku łykach, oddaje mu naczynie z ryczącym tygrysem z okładki ich płyty i z podpisem „Shannimal”, który dostał od Em na urodziny kilka lat temu.
-I jak było?- Pytam. Ciemnooki odkłada kawę na szafkę i kładzie się w poprzek łóżka, zgniatając moje nogi.
-Śmiesznie. Rozdawali pizze, to wziąłem całe pudełko, bo to rozdawanie się przedłużyło, a ja zgłodniałem.  Tylko Jared mi ją zjadł. Potem wymyślił nową piosenkę i zapisał ją na opakowaniu, które zresztą zgubił, a poza tym, to cały czas się o ciebie martwił i chwiał wracać. Pamiętaj, nigdy, przenigdy nie daj się wkręcić na takie coś. Nudy i tyle.
-Tą piosenkę mam ja.- W pokoju pojawia się Constance.- I jak się czujesz?- Siada obok mnie i przykłada dłoń do mojego czoła.
-O wiele lepiej, ale Jay każe mi tu siedzieć.- Jęczę.
-I bardzo dobrze. Przynajmniej jeden mój syn wyszedł na ludzi.
-Dzięki, mamo- Mruczy Shan, unosząc głowę, jednak po chwili z powrotem ją opuszcza.
-Bro, złaź z Olivii!- W sypialni pojawia się też młodszy Leto i zwala swojego starszego brata z łóżka, ówcześnie dając mi talerz z naleśnikami. Chwilę później siada obok mnie.- Smacznego.- Uśmiecham się, dziękuję. Spoglądam na Shannona, który przygląda mi się z uwagą.
-Chcesz trochę?- Wskazuję na swoje śniadanie, a ten krzywi się z odrazą.
-Nie jadam podeszew.- Mruczy. Od razu przypominam sobie o Emily, która mówiła to samo o moich naleśnikach i dochodzę do wniosku, że muszę do niej zadzwonić i to jak najszybciej.
-Spadaj, Bro. Lizi smakują, prawda?- Potwierdzam, wgryzając się w moje śniadanko.
-Gdzie Luckie?- Pytam, ciągle przeżuwając posiłek.
-Em poszła na spacer z chłopcami i wzięła ją ze sobą.
                               *                      *                      *
Spoglądam na Jareda, który siedzi na fotelu z gitarą na kolanach i wymyśla muzykę do piosenki z pudełka po pizzę. Uparł się, że będzie mnie pilnować, jakbym była jakimś dzieckiem. Mężczyzna kieruje swój wzrok na mnie, tak jakby wyczuwał, że o nim myślę.
-Nigdzie się stąd nie ruszasz.- Oznajmia i wraca do komponowania.
-Ale czuję się już dobrze.-Jęczę, w momencie, gdy do sypialni wchodzi Terry. Staje obok mnie z kubkiem w dłoni.
-Podsuń się staruszkowi.- Przesuwam się na drugą połowę łóżka, a on zajmuje moje poprzednie miejsce.- Herbata dla ciebie.- Podaje mi kubek z Kubusiem Puchatkiem.- Jeżynowa, twoja ulubiona. A przynajmniej tak mi się zdaję.- Mruczy.
-Dziękuję.- Uśmiecham się, upijając łyk gorącego napoju. Odstawiam go na szafkę, żeby wystygł.
-Jak się czujesz? Mam ci poczytać bajeczki, tak jak wtedy, gdy miałaś grypę w wieku 5 lat?- Kątem oka dostrzegam lekki uśmiech Jay’a. Wtulam się w ojca.
-Nie trzeba.- Odpowiadam. Przez kilka minut siedzimy tak, w ciszy, przerywanej co chwila blaknięciem gitary.- Tato?- Szepczę w końcu. Terry patrzy na mnie zaskoczony.
-Tak, Richardson, to do ciebie.- Mruczy brunet z fotela.
-Jesteś najlepszym ojcem na świecie.- Kontynuuje, całując zielonookiego w policzek.- Mimo, że byłeś tylko w części mojego życia. Kocham cię.- Mężczyzna rumieni się.
-Też cię kocham, córeczko.- Dodaje, obejmując mnie ramieniem.- I przepraszam za tę częściową nieobecność.
-Demon stał się Aniołem.- Komentuje Jared z uśmiecham, odkładając gitarę na wykładzinę. Terry w tym czasie łapie poduszkę i rzuca ją w kierunku niebieskookiego.- A jednak jest Aniołem jedynie w przebraniu.- Dopowiada, rozmasowując prawe ramię, w które trafił ojciec.
                                              *                      *                      *
Zamykam laptopa, po czym odkładam go na pościel, zaraz koło białych słuchawek. Opieram głowę o ścianę i spoglądam na Jareda, który nadal w skupieniu komponuje, siedząc na fotelu. Włosy związał w koczka, tak, żeby mu nie przeszkadzały. Ubrany jest w wyciętą koszulkę z triadą i niebieskie spodenki, co jest u niego niezwykłe. A wszystko przez wytatuowane strzałki na łydkach, które według niego są krzywe. Tylko według niego. Jego twarz jest wykrzywiona w skupieniu. Jednak w pewnym momencie kieruje swój wzrok na mnie. Wyłapuję moje spojrzenie i odkłada gitarę na wykładzinę obok fotela, na którym siedzi.
-Nudzę się.- Jęczę.- Opowiedz mi jak było na Oscarach.
-Przecież dopiero skończyłaś oglądać rozdanie.- Mężczyzna wzdycha, kładąc notes obok instrumentu.
-Wiem, ale ja chcę to usłyszeć od ciebie. Co cię najbardziej zainteresowało?
-Chyba to że David Ayer zaproponował mi rolę w filmie.- Uśmiecha się zniewalająco.
-Czekaj, jak to było?- Próbuję sobie przypomnieć kwestię wypowiedzianą przez Jareda kilka miesięcy temu.- Mam. „Chyba na razie podziękuję filmom i to na długo”- Cytuję, a on macha lekceważąco ręką.
-Zmieniłem zdanie. A poza tym, to same nudy. Zdaję się, że nawet sobie przysnąłem.- Na moją twarz wkrada się delikatny uśmiech.- Potem podarłem trochę talerzyk z pizzy i rzucałem w ludzi.- Mruczy, spuszczając wzrok. Wybucham śmiechem.
-Dziecko w tobie drzemie, Leto.- Brunet spogląda na mnie, podnosząc się z fotela.
-Nie ładnie kpić z ludzi.- Wykonuje kilka kroków dzielących go z łóżkiem i na czworaka przechodzi po pościeli, zatrzymując się milimetry przed moją twarzą.
-Tyle, że ty zachowujesz się jak dzieciak.- Zdołam jeszcze wykrztusić, zanim jego wargi dotykają moich. Jego dłoń błądzi po moim ciele, by zatrzymać się na biodrze.
-Nadal się nudzisz?- Szepcze, odrywając się ode mnie i ściągając swoją koszulkę. Rzuca ją za siebie.
-Chyba już nie…- Odpowiadam w momencie, gdy drzwi się otwierają, a do pokoju wchodzi dwóch muzyków.
-Przykro nam, że przeszkadzamy.- Odzywa się Shinoda, siadając na fotelu, który przed momentem zajmował Jared, a ten opada zrezygnowany obok mnie. Uśmiecham się do przybyszów.
-Przyszliśmy obejrzeć Oscara.- Tłumaczy ten drugi, schylając się. Po chwili w jego dłoni spoczywa koszulka z triadą.- To chyba twoje, Jay.- Rzuca ją w bruneta, a ten kładzie ją na torsie.
-Oscar stoi tam gdzie wszystkie inne nagrody. I doskonale o tym wiecie.- Mężczyzna obok mnie mruży oczy, przyglądając się intruzom.- Więc wytłumaczcie mi, po jaką cholerę tu przyszliście?
-No dobra.- Mike wyrzuca ręce w górę.- Shan powiedział, że nasza Olivia jest chora.- Robi smutną minkę.- Jesteśmy tu, żebyś się nie zanudziła.- Zwraca się do mnie.
-Ooo… Kochane. Dziękuję.- Wysyłam mu uśmiech.
-Jednakże…- Zaczyna Bennington, poprawiając okulary na nosie.- Po tym co tu przed chwilą zastaliśmy, nie jestem pewny, czy twoja żonka przypadkiem nie udaje.- Wokalista drapie się po podbródku.
-Chaz, kto cię tu zapraszał?- Mruczy brunet obok mnie.
-Twój braciszek.- Chester opiera się o ścianę.
-A to jest nasz dom, jak cię zapraszał, to idź do niego.
-Jared, daj spokój.- Jęczę, spuszczając nogi na wykładzinę. Łapię kubek po herbacie w ręce.
-A ty gdzie się wybierasz?- Pyta, również wstając i ubierając koszulkę.
-Nie będziemy tak siedzieć w sypialni. Zbierać się, idziemy do salonu.- Poganiam ich. Po chwili dwóch członków Linkin Park siedzi na kanapie, a ja obok nich. Leto pochyla się nade mną.
-Herbatkę?- Pyta, składając pocałunek na moim policzku.
-Poproszę.- Mężczyzna znika w kuchni, a ja włączam telewizor na jakiejś stacji muzycznej. W tym samym momencie do pomieszczenia wchodzi Shannon. Zajmuje miejsce na fotelu i zaczyna rozmowę z Chesterem.- Mike, co u An i dzieciaków?- Pytam, zwracając się do czarnowłosego.
-Wszystko w porządeczku.- Uśmiecha się, pokazując przy tym białe ząbki.- Ty wiesz co? Ostatnio przypomniała mi się jedna rzecz- Tym razem drapie się w zamyśleniu po głowie.-  Muszę jeszcze to sprawdzić, ale nie wiem, czy przypadkiem to nie ja znalazłem pierścionek na tym Sylwestrze wieki temu.. Nieźle wtedy zabalowałem, ale mam takie prześwity.- Wybucham śmiechem, obserwując jego minę.
-Czyli on go zgubił?- Pytam, bawiąc się przedmiotem, o którym rozmawiamy.
-Nie mówił ci?- Krzywi się.- Czyli się wygadałem. Ale i tak musimy się go dopytać o szczegóły, bo ja sam nie jestem pewien. Ale to był najlepszy sylwester na jakim byłem. Poznałem Slasha.- Wyznaje z dumą.- Tylko nadal nie rozumiem, skąd on się tam wziął.
-Kto i gdzie?- Za nami wyrasta młodszy Leto.
-Slash u was na Sylwestrze, kilka lat temu.- Tłumaczy Shinoda.
-O to pytaj Shannona.- Odpowiada zaciskając usta w wąską kreskę.
-Shan, dlaczego u was na Sylwestrze był Slash?- Multiinstrumentalista zadaje pytanie, perkusiście rozmawiającym z Chesterem.
-I Ryan Gosling.- Dodaje wokalista Linkinów, opierając się głową o moje ramię.
-Matt z Muse.- Dorzucam swoje trzy grosze.
-Oliver Sykes.- Bennington zwraca się do swojego rozmówcy.
-Tak wiem, i dużo więcej. Otóż Jay kazał mi zaprosić kilka osób, no to zaprosiłem.- Wyjaśnia Shannimal, wzruszając ramionami.- A że przyszło więcej niż się spodziewałem, to nie moja wina.- Jęczy.
-Pytanie numer dwa.- Mike wierci się przez chwilę, a potem kieruje swój wzrok na Jareda.- To ja znalazłem pierścionek na imprezie?
-Miałeś siedzieć cicho.- Wzdycha zrezygnowany niebieskooki.- I tak, ty. Chcecie coś jeszcze wiedzieć?
-Dlaczego obudziłem się we wannie z różowymi włosami?- Chez cmoka ustami, a ja wybucham śmiechem.
-Nie żeby coś, ale to ja cię obudziłam, wieczorem następnego dnia.- Poprawiam go.
-Nieważne, ale kto mi wytłumaczy, co ja tam robiłem?
-Na to pytanie musisz odpowiedzieć sobie sam.- Mruczy młodszy Leto, wracając do kuchni, a drzwi na ogród otwierają się i pojawia się w nich Terry z podwójnym wózkiem, prowadzący jednocześnie za rączkę malutką czarnowłosą, która na widok gości zatrzymuje się i woła.
-Cheese!!!- Wyrywa się swojemu dziadkowi i biegnie prosto w ramiona Chestera.