POSTACIE Strona głóna

niedziela, 27 sierpnia 2017

111. RANY WOJENNE

Upijam łyk herbaty, po czym odkładam ją z powrotem na stolik, ciągle nachylając się na pokreśloną kartką z mojego notesu. Z jękiem opadam na oparcie, bo od pół godziny jedyne co robię, to kreśle tekst, który wymyśliłem jeszcze kilka lat temu. Jakoś nic sensownego nie może mi przyjść do głowy. Zrezygnowany, odbijam się stopami od biurka i podjeżdżam na fotelu do kąta mojego gabinetu, gdzie stoi wzmacniacz i dwie gitary. Chwytam Artemisę i przerzucam pasek za głowę. Przez moment siedzę bez ruchu, próbując przypomnieć sobie jakąkolwiek naszą piosenkę, ale mam totalną pustkę w głowie. W końcu zaczynam grać po prostu “Bright lights”. Gdy jestem mniej więcej w połowie, drzwi do pomieszczenia się otwierają. Przerywam grę i wpatruję się jak moja córka zamyka za sobą, a potem podchodzi do mnie. Odkładam gitarę na stojak i wpatruję się w nią.
-Tato?- Zaczyna.
-Tak, kochanie?- Przyglądam się jej z uwagą, podczas gdy ona zagryza swoją wargę.
-Myślisz, że mama będzie zła, że troszkę podarłam spodnie?- Marszczę brwi, a ta wskazuje na dziurę na kolanie, z której wprost wypływa krew.
-Luckie, przewróciłaś się?- Pytam względnie spokojnie, choć jestem tak przerażony tą raną. Dziewczynka potwierdza, kiwając głową.- Bardzo cię boli?- Dopytuję, a ona tym razem przeczy.- Pójdziemy teraz to opatrzeć, dobrze?- Wstaję z fotela i podnoszę ją na ręcę, by szybciej znieść ją na pierwsze piętro do łazienki. Kładę czarnowłosą koło umywalki. Przeszukuję szafki, bo gdzieś tu powinna się ukrywać woda utleniona. W końcu z braku pomysłu, gdzie ta mogła się ukryć, wychylam się z pomieszczenia.- Olivia!- Wołam.
-Tak?!- Odpowiada mi gdzieś z dołu.
-Chodź tu na chwilę!- Słyszę jej jęk, ale po chwili pojawia się na korytarzu.
-Co się stało?- Pyta, zatrzymując się, gdy tylko mnie dostrzega.
-Potrzebuję wody utlenionej i jakiś plastrów.- Uśmiecham się lekko.
-Znów się skaleczyłeś?- Mruczy, otwierając szerzej drzwi. Ponownie zatrzymuje się w miejscu, gdy dostrzega Elizabeth.- Co ci się stało?- Pyta przerażona, podobnie jak ja jeszcze chwilę temu.
-Przewróciłam się.- Odpowiada dziewczynka, spuszczając wzrok.
-Bardzo cię boli?- Ponawia pytanie, które ja też jej zadałem, a dziewczynka po raz kolejny zaprzecza. Widzę jak dłonie mojej żony zaczynają się po prostu trząść, gdy otwiera szafkę i wyciąga małą buteleczkę. Przecież tu szukałem na samym początku! Biorę głęboki wdech, a do nas docierają wrzaski z dołu, z których nie da się zrozumieć, ani słowa, ale zaraz te cichną, bo odzywa się mój brat.
-Spokój, bo zostawię was w lesie! Gdzie wy, do cholery, jesteście?!- Spoglądam na kobiety mojego życia, a zaraz potem otwieram drzwi, trafiając Shannona prosto w nos, oczywiście niechcący.- Kretyn.- Mruczy tylko, mrużąc oczy.- Co wy tu robicie? Jakąś naradę, czy coś?- Jego wzrok zatrzymuje się na kolanie Elizy.- O kurka. Nieźle się urządziłaś, Królewno. Jeden z tych moich szkrabów wczoraj zrobił dokładnie to samo.- Kręci głową z politowaniem, opierając się o umywalkę, tuż obok swojej bratanicy. Prawie wyrywa wodę utlenioną z ręki zielonookiej.- Zostawcie to mi. Mam wprawę.- Puszcza nam oczko, a ja nie wiem czy mam błagać, żeby dał sobie spokój, czy zostawić w spokoju. W końcu, rzeczywiście jest ojcem dwóch chłopców, u których takie rany występują na porządku dziennym, szczególnie, gdy mają tak nieodpowiedzialnego ojca.
-Napewno wiesz co robisz?- Pyta niepewnie Olivia.
-Słuchaj, Oliver, moje dzieci jeszcze żyją, to chyba najlepszy dowód na to, że wiem.- Wysyła jej szeroki uśmiech.- A teraz przechodzimy do badania.- Zaciera ręce.- Powiedz mi, Luckie, jak to się stało, że nie płaczesz? Mickey ryczał jak dziewczyna.- Do łazienki zagląda wspomniany chłopczyk.
-Bo mnie to nie boli, wujku.- Odpowiada, a zaraz potem macha swojemu kuzynowi.- Cześć, Mike.
-Cześć, Luckie.- Nagle Shan się prostuje i zakręca buteleczkę, po czym odkłada ją do ciągle otwartej szafki.
-Już?- Pytam na raz z moją żoną.
-Jeszcze tylko plaster i można wracać do zabawy.- Fotograf prawie natychmiast zrywa się, aby poszukać opatrunku.- Widzicie, praktyka czyni mistrzem.- Uśmiecha się szeroko, pomagając zejść mojej córeczce z umywalki. Ta bez słowa wybiega z łazienki razem z synem mojego brata.

sobota, 19 sierpnia 2017

110. WESOŁE MIASTECZKO #2

5 styczeń 2015

Otwieram drzwi do domu i ściągam buty. Ostatkiem sił docieram do salonu. Rozglądam się po pomieszczeniu i na tarasie dostrzegam dwóch głupków. Odkładam torebkę przy schodach i wychodzę przed dom. Na stoliku, przed muzykami stoi laptop, do którego oboje się uśmiechają.
-Albo rozmawiacie z Connie, albo oglądacie laski.- Mruczę, a oni spoglądają na mnie w tym samym momencie. Starszy uśmiecha się szeroko, poprawiając okulary na nosie.
-Lee, za kogo ty nas uważasz? Gdybyśmy przeglądali laseczki, robiliśmy to na moim laptopie, a nie na twoim.- Podchodzę bliżej, w myślach obliczając ile dni zostało do powrotu Emmy i chłopaków z Australii, ale wynik mnie nie zadowala. Jeszcze przynajmniej tydzień będzie nas nawiedzał z braku lepszego zajęcia.
-Cześć, Connie.- Witam się, siadając na kolanach Jareda.
-Ile ty siedzisz w pracy? Powinnaś się oszczędzać.- Jęczę cicho. Zaczyna się kazanie.- Nie wiem czy wiesz, ale normalnie pracuje się po…- Przerywam jej.
-Czasem żałuję, że traktujesz mnie jak swoje dziecko.- Kobieta wywraca oczami, a ja czuję jak ręka jej młodszego syna, kreśli na mojej nodze przeróżne wzory, ale ciągle kierując się ku górze. Trzepię go po dłoni.- A ty mnie nie rozpraszaj.
-Ty nie słyszałaś nawet w połowie jej kazań do nas.- Mruczy Shan.
-Jak pogoda? I mam nadzieje, że ci się podoba.- Zwracam się do kobiety.
-Nie wiem jak mam ci dziękować. Nie spodziewałam się, że Hawaje są takie piękne. A twoja rodzina jest przemiła.
-Cieszę się.
-Chyba nigdy nie spotkałam słodszej osoby od Alani, no oprócz moich wnuków. Skąd ta dziewczyna ma tyle energii? Jak nie surfuje, to gra na gitarze, a jak nie gra, to jest w dziesięciu miejscach na raz. No i ciągle wypytuje o was.
-A jak zareagowała na prezenty od nas?- Pyta perkusista z wielkim uśmiechem.
-Była przeszczęśliwa i wysyła wam miliony całusów. Wspominała też, że marzy, o wakacjach w LA.
-O nie. Ja się za nią uganiać nie będę.- Ogłaszam od razu.- Jak będzie pełnoletnia, niech przyjeżdża, ale nie teraz.- Trzy pary oczu przyglądają mi się ze smutkiem.
Ale dlaczego?- Wymrukuje Shannon.
-Nie daję rady upilnować dwóch dorosłych dzieciaków, a co dopiero jeśli by mi doszła jeszcze zbuntowana nastolatka, która ma nieskończoną ilość energii.- Blondynka wybucha śmiechem.- Już Luckie jest najgrzeczniejsza z nich wszystkich. Swoją drogą, gdzie ona jest?- Robię dziubek przyglądając się Jayowi. Ten cmoka mnie w usta.
-Śpi.- Wskazuje na niańkę elektryczną.- Pranie też zrobiłem.- Uśmiecha się szeroko, a ja kręcę głową z politowaniem.
-A powiesiłeś je, czy nadal leży w pralce?- Tym razem mężczyzna się krzywi, za to jego brat wybucha śmiechem.- No i widzisz, Connie? To zastaję wracając z pracy. Dobrze, że chociaż Luckie się umieją zająć.- Podnoszę się z kolan muzyka.- Miłej zabawy, a ja idę powiesić pranie. Pozdrów Carla.
-Dziękuję. A tobie życzę powodzenia z moimi synami.- Macha w moim kierunku.
***
Przechodzę koło strzelnicy, w której do wygrania są misie, nie mogąc uwierzyć, że dałam się na to przekonać. Spoglądam w dół, gdzie mała dzielnie trzyma się mojej dłoni i przygląda się wszystkiemu z fascynacją. Następnie kieruję swój wzrok na tych dwóch kretynów, którzy nie mogą się zdecydować gdzie mają pierwsze iść i od pięciu minut się przekrzykują.
-Mamo?- Spoglądam na dziewczynkę, która teraz wystawia ręce w moim kierunku. Podnoszę ją.
-Tak kochanie?- Przerzucam jednego z jej warkoczyków na jej plecy.- Nie zimno ci?- Pytam, czując, że się ochłodziło.
-Nie. A kupisz mi o to?- Wskazuje paluszkiem na stoisko z watą cukrową.
-Różową?- Dopytuję z uśmiechem, a ona potwierdza, kiwając główką.- Jared!- Wołam mężczyznę, a ten odwraca głowę w naszym kierunku.- Przypilnuj na moment Luckie. Ja zaraz wracam.- Podaje mu dziewczynkę, która od razu wtula się w jego ciało.- Tylko się stąd nie ruszajcie.- Grożę mu palcem i odchodzę. Pięć minut później wracam, a ich nie ma. No pięknie, mogłam się tego spodziewać. Obracam się naokoło, aż w końcu przy jednym ze stoisk dostrzegam dwa czarne warkoczyki i legginsy Jaya w zebrę. Biorę głęboki oddech, próbując się uspokoić i podchodzę do nich.- Mieliście się nie ruszać.- Warczę w kierunku muzyka.
-Patrz co wygrałem dla malutkiej.- Przystawia mi przed twarz miśka, a ja uśmiecham się lekko.- Dla mamy też coś mamy, prawda?- Zwraca się do naszej córki, a ta wystawia ręce w moją stronę, trzymając w nich małego Kubusia Puchatka.
-Ja też coś dla ciebie mam.- Unoszę kąciki ust jeszcze wyżej, podając jej watę cukrową.- A teraz damy się wyszaleć tacie i wujkowi, a my zostaniemy na ziemi, tak?- Elizabeth oprócz włosów, odziedziczyła po mnie również lęk wysokości i w sumie bardzo dobrze, bo nigdy nie puściłabym jej na jakąkolwiek kolejkę z tymi wariatami.
***
Padam ze zmęczenia na sofę, a tuż obok mnie siada Shannon z wielkim uśmiechem na ustach i Elizabeth na rękach. Stawia dziewczynkę na dywanie, a ta biegnie zadowolona do kuchni, gdzie przed momentem zniknął Jared.
-To jak? Kiedy to powtarzamy?- Pyta perkusista, a ja wydaję z siebie cichy jęk.
-Nigdy? Zachowujecie się gorzej niż dzieci.- Łapię puchatą poduszkę i przykładam ją sobie do twarzy.- A przypominam, jesteście już staruchami.- Dodaję, wychylając się lekko. I właśnie wtedy obrywam drugą poduchą.- Ej!
-Należało ci się.- Starszy Leto wzrusza ramionami, odkładając swoją broń pod głowę.- Bro?! Ile można czekać na kawę?!- Woła, a ja przynajmniej z tym się zgadzam. Odkąd weszłam do domu, to jedyne o czym marzę.
-Przymknij się, bo zaraz stąd wyjdziesz!- Dociera do nas odpowiedź niebieskookiego.
-Czy mi się zdaje, czy on próbuje udać groźnego?- Śmieję się cicho, a następnie zmieniam pozycję z siedzącej na leżącą z stopami na udach perkusisty.- Oliver, bo ja kiedyś tak sobie o nas myślałem.- Zaczyna, a ja unoszę lekko głowę, by na niego spojrzeć i marszczę brwi.- Wiem, że razem z Babu macie to studio i masz dużo roboty, ale co powiesz na kolejną spółkę, tym razem ze mną?
-Kontynuuj.- Mruczę.
-Bo wiesz, mamy naszą wspólną miłość, kawę i może by tak założyć kawiarnie ze sklepem z napojem bogów?- Przez moment myślę nad propozycją, zagryzając jednocześnie wargę.
-Jestem za, ale potrzeba do tego miejscówki, trochę kasy na start i wiesz, tego typu rzeczy.- Marszczę nos, przypominając sobie jak to było z początkami studia.
-Ty wiesz, co? Jesteś najlepszym co mnie spotkało dzięki Jaredowi. I mówię w tym momencie poważnie.- Obserwuję jak mężczyzna prawie podskakuje ze szczęścia.- W takim razie jutro przed południem po ciebie wpadnę, bo umówiłem się na oglądanie lokalu, czyli jedynej rzeczy, której mi brakuje. No i jeszcze twoje podpisy.
-Hola, hola? To od kiedy się tym zajmujesz?- Unoszę się na łokciach.- I w którym miejscu to ma być?
-Koło waszego studia jest lokal do wynajęcia po wcześniejszej kawiarni.- Uśmiecha się szeroko.- Dwa kroki i będziesz mogła zrobić niespodziewaną kontrolę.- Uśmiecha się szeroko.
-W sumie, to mi to pasuje, bo tamta kawa u nich była obrzydliwa.- Krzywię się.- Ale od kiedy to planujesz?- Dopytuję.
-Marzę o tym odkąd wypiłem po raz pierwszy prawdziwą kawę, a zacząłem działać mniej więcej rok temu.- Uśmiecha się szeroko, a ja kręcę głową z politowaniem.

wtorek, 15 sierpnia 2017

DRUGIE URODZINY BLOGA

Mniej więcej jakoś w tym tygodniu wypada drugie urodziny bloga, a z tej okazji chciałabym was zaprosić na opowiadanie nawiązujące do tego.

https://www.wattpad.com/story/117906548-truth-i-love-you


ZAPRASZAM :*

ROZDZIAŁ SPECJALNY 6 - EMILY

Wspinam się po schodach na trzecie piętro. Wzdycham cicho, otwierając mieszkanie. Bennie zabrał małego do zoo i z tego co mi zapowiedział mam cały dzień dla siebie. Tak bardzo mi tego brakowało. Odkładam torebkę na sofie, na której po chwili się kładę. Przymykam oczy zastanawiając się co mam zrobić, ale głodna na razie nie jestem, a chłopcy mają zjeść coś na mieście. Włączam telewizor, by moment później go wyłączyć. Rozglądam się po mieszkaniu, ale jest wyjątkowo czysto. Chyba pozostało mi tylko nudzenie się. Przeciągam się i w tym samym czasie dociera do mnie pukanie do drzwi. Jak najszybciej się da podnoszę się z sofy i wygładzam szarą spódnicę. Otwieram drzwi, a za progiem stoi Anthony. Zdmuchuję grzywkę, która zasłania mi oczy. Jego tu się nie spodziewałam, mimo że mieszka naprzeciwko.
-Yyy…- Próbuję się odezwać, ale mi to chyba nie wychodzi.
-Masz mój kubek.- Odzywa się, patrząc wszędzie tylko nie na mnie. Jak to się stało, że przez tyle lat byliśmy małżeństwem, a teraz nie możemy się dogadać? Nawet spojrzeć na mnie nie może...
-Dopiero teraz sobie o nim przypomniałeś?- Kpię. Rozwiedliśmy się cztery miesiące temu.
-No tak.- Odburkuje.- Gdzie mój syn?- Pyta, rozglądając się po mieszkaniu, które teoretycznie mu zasłaniam.
-Nie żeby coś, ale to jest też mój syn. Ben poszedł z nim do zoo. Zresztą dzisiaj i tak moja kolej na opiekowanie się nim.
-No właśnie. Dobrze, że zaczęłaś ten temat.- Marszczę brwi nie za bardzo wiedząc o co chodzi.- Nie życzę sobie, żeby moim synem opiekowały się jakieś obce kobiety.- Otwieram szeroko oczy, nie za bardzo wierząc w to co mówi.
-Ale ja pracuję. Nie mogę się nim opiekować cały dzień. Zresztą Betty mieszka piętro wyżej. I pragnę zauważyć, że mieszkała już tutaj, gdy ty się wprowadziłeś!- Próbuję zachować spokój, ale chyba średnio mi to wychodzi, bo ostatnie zdanie wykrzyczałam.
-Mimo wszystko nie życzę sobie, żeby ona się nim opiekowała.
-Muszę pracować.- Powtarzam.
-W takim razie może Victor powinien mieszkać ze mną?
-Ty nie mówisz poważnie, prawda?
-Jeśli chodzi o Vica, to akurat jestem poważny.- W moich oczach pojawiają się łzy.
-Szkoda, że wychodząc za ciebie nie wiedziałam jakim jesteś dupkiem.- Mruczę, pociągając nosem.- Mogłam posłuchać wszystkich i zrezygnować z tego związku. Przecież każdy powtarzał, że my razem nie mamy sensu.- Mówię, mimo, że nadal darzę go tym samym uczuciem co w momencie, gdy za niego wychodziłam.
-No widzisz? Zawsze byłaś tępa.- Komentuje jedynie, ale wpatrzony w swój zegarek, tak jakby marnował czas, stojąc tutaj.
-Jesteś totalnym idiotą!!!- Krzyczę już nie wytrzymując, a mężczyzna mierzy mnie wzrokiem.
-A ty totalną idiotką.- Uśmiecha się wrednie, zagryzając przy tym wargę. Kurwa, ten ruch ciągle działa na mnie tak samo.
-Pieprz się.- Dodaję, chcąc wrócić do mieszkania, ale ten łapie mnie za łokieć.
-Wolę ciebie.- Mruczy, wbijając się w moje usta. Odwzajemniam pocałunek, choć tak naprawdę nie powinnam tego robić. Agrrr… Wiązać się z nim też nie powinnam, ale jednak to zrobiłam i mimo wszystko jednak, przez jakiś czas nam się udawało. Odrywa się od moich warg tylko na moment.- Wolisz tu, czy u mnie?- Szepcze, przesuwając palcami po moim policzku.
-U ciebie.- Nie mam ochoty zostać przyłapana ze swoim byłym przez syna i brata. Co to, to nie. Jakoś przechodzimy klatkę schodową i dostajemy się do mieszkania naprzeciwko, a potem do sypialni.
***
Otwieram oczy i rozglądam się dookoła, ale jestem w sypialni sama. Wygrzebuję się jak najszybciej z pościeli, którą jednak przez zaśnięciem na pewno nie byłam przykryta i szukam wzrokiem moich ciuchów. W różnych kątach pomieszczenia znajduję bieliznę, którą od razu ubieram, podobnie jak spódnicę, jednak biała koszula, którą miałam na sobie najwyraźniej została w salonie, gdzie Anthony jej się pozbył. Jęczę cicho, przypominając sobie, że w sumie, mało co z niej zostało, bo gdy ją ze mnie ściągał, po panelach rozsypały się jej guziki. W akcie desperacji podchodzę do szafy, wbudowanej w ścianę, szukając czegoś odpowiedniego. Zamieram, gdy zauważam moje dżinsowe spodenki. Marszczę brwi, ale jednak przebieram się w nie. Kontynuuję poszukiwania, które jednak kończą się, gdy ubieram zwykłą szarą koszulkę, również należącą do mnie.
Przez cały nasze małżeństwo Tony traktował to mieszkanie jako gabinet do pisania swoich nowych książek. Gdy ja byłam w pracy, on zabierał tu naszego syna i opiekował się nim, jednocześnie pisząc. Czasem bywo nawet tak, że spędzał całą noc, wgłębiony w swoją powieść. Jednak nigdy mi to nie przeszkadzało, bo doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że kocha to robić.
Wychodzę z sypialni i od razu dostrzegam blondyna, nachylonego nad blatem kuchennym, mającego na sobie same bokserki. Zatrzymuję się, obserwując jak nagle prostuje się, nasuwa okulary na włosy i miesza coś na patelni, klnąc jednocześnie. Napełniam powietrzem usta, sama się przeklinając za moją słabość. Nie powinnam tu być. Kontynuuję drogę do drzwi, starając się nie hałasować, ale, w momencie, gdy chwytam swoją koszulę, tuż przy wyjściu z salonu, odzywa się mężczyzna.
-Nie uciekaj.- Mówi cicho. Prostuję się i przyglądam jak podchodzi do mnie. Wyciąga dłoń w moim kierunku, jakby próbował ujarzmić dzikie zwierzę. W końcu dociera do mnie i obejmuje mnie w pasie.
-Puść mnie. Muszę wracać.- Odpowiadam jedynie, choć to nie prawda. Mam ochotę spędzić resztę życia w jego ramionach.
-Emily, przepraszam za to co wcześniej powiedziałem.- Opuszcza wzrok, a w moich oczach znów pojawiają się łzy.- Nie chodziło mi o to. Tak właściwie przyszedłem do ciebie, żeby zaproponować ci układ.- Marszczę brwi.- Mogę codziennie odprowadzać Victora do przedszkola, potem go odbierać i się nim zajmować, a gdy ty wrócisz z pracy, mogę ci go podrzucać. Nie wiem dlaczego wcześniej zachowałem się jak dupek.- Puszcza mnie i palcami przeczesuje włosy, tak jak ja to robiłam kilkadziesiąt minut temu.- Chyba rzeczywiście w głębi jestem dupkiem.- Śmieje się cicho, jakby próbował odreagować.
-Nie mów tak.- Odzywam się, sięgając do jego policzka.- W życiu nie spotkałam lepszego człowieka niż ty.- Blondyn podnosi głowę, a jego brązowe oczy teraz wpatrują się we mnie.
-Tęsknię za tobą. Tak cholernie tęsknię.- Zagryza wargę, a po moim policzku sunie łza, którą ściera.
-Ja też za tobą tęsknię.- Przyznaję.
-Przez cztery miesiące nie napisałem ani zdania, które nadawałoby się do wydania. Dopiero teraz. To niesamowite, ale mam pomysł na kolejną książkę. Ty chyba naprawdę jesteś moją muzą.- Teraz to ja się śmieję, ale robię krok do przodu i wpadam w jego ramiona. Czuję jak cmoka mnie w czubek głowy.- Proszę, zostań ze mną. Chociaż na kolacje.- Szepcze.- Zrobiłem przypalone naleśniki.- Uśmiecham się szeroko, jednocześnie podnosząc się na palcach. Łączę nasze usta w krótkim pocałunku.
-Zostanę, ale omijaj kuchnię, jeśli piszesz. To może się źle skończyć.- Mężczyzna łączy nasze dłonie i ciągnie w kierunku wspomnianego pomieszczenia, gdzie na blacie leży tablet, nad którym jeszcze chwilę temu się nachylał.- I pisz na laptopie, bo jeszcze bardziej sobie wzrok zepsujesz.- Jęczę, a ten tylko uśmiecha się lekko.
-Obiecuję.- Cmoka mnie w usta. 

 

niedziela, 13 sierpnia 2017

109. OSCAR

3 marzec 2014
Budzę się jeszcze bardziej zasmarkana i zakichana niż wczoraj, o ile tak się da. Musiałam się przeziębić jeszcze gdy byliśmy w NY, kiedy to była ulewa, a ja przecież parasola nie wzięłam, no bo po co? Przez to głupie przeziębienie musiałam opuścić 86 ceremonie wręczenia Oscarów, a o mały włos Jared zostałby w domu ze mną. Całe szczęście, że razem z Constance go przekonałyśmy. Nawet nie wiem czy dostał tą nagrodę, bo zasnęłam na samym początku, dziękując w duchu Emmie, że postanowiła przenocować u nas z chłopcami, przy okazji zajmując się Elizabeth. Mimo wszystko jestem pewna, że statuetka stoi już w kuchni, a strzeże go paczka popcornu i wegańskie masło. Schodzę na dół. I nie pomyliłam się. Stoi na parapecie, obok reszty nagród. Opieram się o framugę, obserwując ruchy Jay’a w jego białym szlafroku z napisem „Ray” . Dostał go od McConaughey’a na planie „Witaj w klubie”. Mogłabym go obserwować godzinami i nawet robię mu szybkie zdjęcie telefonem, jednak zdradza mnie kichnięcie, a potem następne i kolejne. Och! Nie lubię być przeziębiona. Brunet odwraca się automatycznie w moim kierunku.
-Co ty tu robisz? Wracaj do łóżka.- Zdejmuje szlafrok i otula mnie nim, a sam zostaje jedynie w spodniach od piżam. Szczerze, to lubię ten widok.- Robię ci śniadanko.- Całuje mnie w nos.- Mogłem zostać wczoraj z tobą.- Kicham po raz kolejny. Z pudełka z chusteczkami, stojącego na blacie, wyciągam jedną i smarkam. Choć przez moment mogę oddychać normalnie.
-Nie pomógłbyś mi, a tak to Oscar stoi już na parapecie.- Przytulam go.- Wiedziałam, że go zdobędziesz.- Szepczę.
-Wiesz, że mamy gościa?- Przejeżdża po karku nosem, a po moim ciele przechodzi dreszcz.- Ale ty wracasz do łóżka.- Podnosi mnie na ręce, a ja kładę dłonie na jego szyi.- Nie rozumiem po co w ogóle z niego wychodziłaś.- Niesie mnie schodami w górę.
-Co to za gość?- Dopytuje w momencie, gdy z pokoju naprzeciwko naszej sypialni wychodzi nie kto inny, a pan Richardson.- Cześć, Terry.- Macham mu.
-Zacznij się do mnie zwracać, tak jak córka powinna się zwracać do ojca.- Mruczy.- I cicho, mam kaca.- Schodzi na dół, a Jared kontynuuje podróż. Kładzie mnie na pościeli i podchodzi do szafy, z której wyciąga swój niebieski sweter z napisem „Holy Guacamole ”. Zdejmuję jego szlafrok i chcę wejść pod kołdrę, ale mężczyzna mnie zatrzymuje.
-Czekaj, czekaj.- Ubiera mi sweter.- Nie chcę, żebyś mi tu zmarzła.
-Jay, jesteśmy w Los Angeles. Tu w Boże Narodzenie chodzi się w spodenkach i koszulce.- Kicham. Przejeżdżam po jego długich włosach palcami.-  Dziękuję.- Uśmiecham się, a on całuje mnie w czoło.
-Zaraz wracam ze śniadaniem.- Wychodzi już z pokoju, kiedy go zatrzymuję.
-Terry był na Oscarach?- Wypytuję o naszego gościa. Gdy wyjeżdżaliśmy z Nowego Jorku jeszcze tam był i rozpaczał, że zabieramy mu jego Kangurka. No, ale przykro mi, córki nie zostawię na jego pastwę.
-Spóźnił się, ale był. Chciał ci zrobić niespodziankę, a ty zostałaś w domku. Na to wyszło, że w końcu został i się upił. Ale za to Shan wrócił w miarę trzeźwy.
-Ubierz jakąś koszulkę, bo zimno mi się robi jak cię widzę.- Niebieskooki uśmiecha się i ubiera jedną z tych wyciętych po boku z triadą, która teraz stała się znana każdemu Echelonowi.
Brunet wychodzi z sypialni, a na jego miejsce pojawia się jego starszy brat. Siada na skraju łóżka i podaj mi kubek z kawą. Po kilku łykach, oddaje mu naczynie z ryczącym tygrysem z okładki ich płyty i z podpisem „Shannimal”, który dostał od Em na urodziny kilka lat temu.
-I jak było?- Pytam. Ciemnooki odkłada kawę na szafkę i kładzie się w poprzek łóżka, zgniatając moje nogi.
-Śmiesznie. Rozdawali pizze, to wziąłem całe pudełko, bo to rozdawanie się przedłużyło, a ja zgłodniałem.  Tylko Jared mi ją zjadł. Potem wymyślił nową piosenkę i zapisał ją na opakowaniu, które zresztą zgubił, a poza tym, to cały czas się o ciebie martwił i chwiał wracać. Pamiętaj, nigdy, przenigdy nie daj się wkręcić na takie coś. Nudy i tyle.
-Tą piosenkę mam ja.- W pokoju pojawia się Constance.- I jak się czujesz?- Siada obok mnie i przykłada dłoń do mojego czoła.
-O wiele lepiej, ale Jay każe mi tu siedzieć.- Jęczę.
-I bardzo dobrze. Przynajmniej jeden mój syn wyszedł na ludzi.
-Dzięki, mamo- Mruczy Shan, unosząc głowę, jednak po chwili z powrotem ją opuszcza.
-Bro, złaź z Olivii!- W sypialni pojawia się też młodszy Leto i zwala swojego starszego brata z łóżka, ówcześnie dając mi talerz z naleśnikami. Chwilę później siada obok mnie.- Smacznego.- Uśmiecham się, dziękuję. Spoglądam na Shannona, który przygląda mi się z uwagą.
-Chcesz trochę?- Wskazuję na swoje śniadanie, a ten krzywi się z odrazą.
-Nie jadam podeszew.- Mruczy. Od razu przypominam sobie o Emily, która mówiła to samo o moich naleśnikach i dochodzę do wniosku, że muszę do niej zadzwonić i to jak najszybciej.
-Spadaj, Bro. Lizi smakują, prawda?- Potwierdzam, wgryzając się w moje śniadanko.
-Gdzie Luckie?- Pytam, ciągle przeżuwając posiłek.
-Em poszła na spacer z chłopcami i wzięła ją ze sobą.
                               *                      *                      *
Spoglądam na Jareda, który siedzi na fotelu z gitarą na kolanach i wymyśla muzykę do piosenki z pudełka po pizzę. Uparł się, że będzie mnie pilnować, jakbym była jakimś dzieckiem. Mężczyzna kieruje swój wzrok na mnie, tak jakby wyczuwał, że o nim myślę.
-Nigdzie się stąd nie ruszasz.- Oznajmia i wraca do komponowania.
-Ale czuję się już dobrze.-Jęczę, w momencie, gdy do sypialni wchodzi Terry. Staje obok mnie z kubkiem w dłoni.
-Podsuń się staruszkowi.- Przesuwam się na drugą połowę łóżka, a on zajmuje moje poprzednie miejsce.- Herbata dla ciebie.- Podaje mi kubek z Kubusiem Puchatkiem.- Jeżynowa, twoja ulubiona. A przynajmniej tak mi się zdaję.- Mruczy.
-Dziękuję.- Uśmiecham się, upijając łyk gorącego napoju. Odstawiam go na szafkę, żeby wystygł.
-Jak się czujesz? Mam ci poczytać bajeczki, tak jak wtedy, gdy miałaś grypę w wieku 5 lat?- Kątem oka dostrzegam lekki uśmiech Jay’a. Wtulam się w ojca.
-Nie trzeba.- Odpowiadam. Przez kilka minut siedzimy tak, w ciszy, przerywanej co chwila blaknięciem gitary.- Tato?- Szepczę w końcu. Terry patrzy na mnie zaskoczony.
-Tak, Richardson, to do ciebie.- Mruczy brunet z fotela.
-Jesteś najlepszym ojcem na świecie.- Kontynuuje, całując zielonookiego w policzek.- Mimo, że byłeś tylko w części mojego życia. Kocham cię.- Mężczyzna rumieni się.
-Też cię kocham, córeczko.- Dodaje, obejmując mnie ramieniem.- I przepraszam za tę częściową nieobecność.
-Demon stał się Aniołem.- Komentuje Jared z uśmiecham, odkładając gitarę na wykładzinę. Terry w tym czasie łapie poduszkę i rzuca ją w kierunku niebieskookiego.- A jednak jest Aniołem jedynie w przebraniu.- Dopowiada, rozmasowując prawe ramię, w które trafił ojciec.
                                              *                      *                      *
Zamykam laptopa, po czym odkładam go na pościel, zaraz koło białych słuchawek. Opieram głowę o ścianę i spoglądam na Jareda, który nadal w skupieniu komponuje, siedząc na fotelu. Włosy związał w koczka, tak, żeby mu nie przeszkadzały. Ubrany jest w wyciętą koszulkę z triadą i niebieskie spodenki, co jest u niego niezwykłe. A wszystko przez wytatuowane strzałki na łydkach, które według niego są krzywe. Tylko według niego. Jego twarz jest wykrzywiona w skupieniu. Jednak w pewnym momencie kieruje swój wzrok na mnie. Wyłapuję moje spojrzenie i odkłada gitarę na wykładzinę obok fotela, na którym siedzi.
-Nudzę się.- Jęczę.- Opowiedz mi jak było na Oscarach.
-Przecież dopiero skończyłaś oglądać rozdanie.- Mężczyzna wzdycha, kładąc notes obok instrumentu.
-Wiem, ale ja chcę to usłyszeć od ciebie. Co cię najbardziej zainteresowało?
-Chyba to że David Ayer zaproponował mi rolę w filmie.- Uśmiecha się zniewalająco.
-Czekaj, jak to było?- Próbuję sobie przypomnieć kwestię wypowiedzianą przez Jareda kilka miesięcy temu.- Mam. „Chyba na razie podziękuję filmom i to na długo”- Cytuję, a on macha lekceważąco ręką.
-Zmieniłem zdanie. A poza tym, to same nudy. Zdaję się, że nawet sobie przysnąłem.- Na moją twarz wkrada się delikatny uśmiech.- Potem podarłem trochę talerzyk z pizzy i rzucałem w ludzi.- Mruczy, spuszczając wzrok. Wybucham śmiechem.
-Dziecko w tobie drzemie, Leto.- Brunet spogląda na mnie, podnosząc się z fotela.
-Nie ładnie kpić z ludzi.- Wykonuje kilka kroków dzielących go z łóżkiem i na czworaka przechodzi po pościeli, zatrzymując się milimetry przed moją twarzą.
-Tyle, że ty zachowujesz się jak dzieciak.- Zdołam jeszcze wykrztusić, zanim jego wargi dotykają moich. Jego dłoń błądzi po moim ciele, by zatrzymać się na biodrze.
-Nadal się nudzisz?- Szepcze, odrywając się ode mnie i ściągając swoją koszulkę. Rzuca ją za siebie.
-Chyba już nie…- Odpowiadam w momencie, gdy drzwi się otwierają, a do pokoju wchodzi dwóch muzyków.
-Przykro nam, że przeszkadzamy.- Odzywa się Shinoda, siadając na fotelu, który przed momentem zajmował Jared, a ten opada zrezygnowany obok mnie. Uśmiecham się do przybyszów.
-Przyszliśmy obejrzeć Oscara.- Tłumaczy ten drugi, schylając się. Po chwili w jego dłoni spoczywa koszulka z triadą.- To chyba twoje, Jay.- Rzuca ją w bruneta, a ten kładzie ją na torsie.
-Oscar stoi tam gdzie wszystkie inne nagrody. I doskonale o tym wiecie.- Mężczyzna obok mnie mruży oczy, przyglądając się intruzom.- Więc wytłumaczcie mi, po jaką cholerę tu przyszliście?
-No dobra.- Mike wyrzuca ręce w górę.- Shan powiedział, że nasza Olivia jest chora.- Robi smutną minkę.- Jesteśmy tu, żebyś się nie zanudziła.- Zwraca się do mnie.
-Ooo… Kochane. Dziękuję.- Wysyłam mu uśmiech.
-Jednakże…- Zaczyna Bennington, poprawiając okulary na nosie.- Po tym co tu przed chwilą zastaliśmy, nie jestem pewny, czy twoja żonka przypadkiem nie udaje.- Wokalista drapie się po podbródku.
-Chaz, kto cię tu zapraszał?- Mruczy brunet obok mnie.
-Twój braciszek.- Chester opiera się o ścianę.
-A to jest nasz dom, jak cię zapraszał, to idź do niego.
-Jared, daj spokój.- Jęczę, spuszczając nogi na wykładzinę. Łapię kubek po herbacie w ręce.
-A ty gdzie się wybierasz?- Pyta, również wstając i ubierając koszulkę.
-Nie będziemy tak siedzieć w sypialni. Zbierać się, idziemy do salonu.- Poganiam ich. Po chwili dwóch członków Linkin Park siedzi na kanapie, a ja obok nich. Leto pochyla się nade mną.
-Herbatkę?- Pyta, składając pocałunek na moim policzku.
-Poproszę.- Mężczyzna znika w kuchni, a ja włączam telewizor na jakiejś stacji muzycznej. W tym samym momencie do pomieszczenia wchodzi Shannon. Zajmuje miejsce na fotelu i zaczyna rozmowę z Chesterem.- Mike, co u An i dzieciaków?- Pytam, zwracając się do czarnowłosego.
-Wszystko w porządeczku.- Uśmiecha się, pokazując przy tym białe ząbki.- Ty wiesz co? Ostatnio przypomniała mi się jedna rzecz- Tym razem drapie się w zamyśleniu po głowie.-  Muszę jeszcze to sprawdzić, ale nie wiem, czy przypadkiem to nie ja znalazłem pierścionek na tym Sylwestrze wieki temu.. Nieźle wtedy zabalowałem, ale mam takie prześwity.- Wybucham śmiechem, obserwując jego minę.
-Czyli on go zgubił?- Pytam, bawiąc się przedmiotem, o którym rozmawiamy.
-Nie mówił ci?- Krzywi się.- Czyli się wygadałem. Ale i tak musimy się go dopytać o szczegóły, bo ja sam nie jestem pewien. Ale to był najlepszy sylwester na jakim byłem. Poznałem Slasha.- Wyznaje z dumą.- Tylko nadal nie rozumiem, skąd on się tam wziął.
-Kto i gdzie?- Za nami wyrasta młodszy Leto.
-Slash u was na Sylwestrze, kilka lat temu.- Tłumaczy Shinoda.
-O to pytaj Shannona.- Odpowiada zaciskając usta w wąską kreskę.
-Shan, dlaczego u was na Sylwestrze był Slash?- Multiinstrumentalista zadaje pytanie, perkusiście rozmawiającym z Chesterem.
-I Ryan Gosling.- Dodaje wokalista Linkinów, opierając się głową o moje ramię.
-Matt z Muse.- Dorzucam swoje trzy grosze.
-Oliver Sykes.- Bennington zwraca się do swojego rozmówcy.
-Tak wiem, i dużo więcej. Otóż Jay kazał mi zaprosić kilka osób, no to zaprosiłem.- Wyjaśnia Shannimal, wzruszając ramionami.- A że przyszło więcej niż się spodziewałem, to nie moja wina.- Jęczy.
-Pytanie numer dwa.- Mike wierci się przez chwilę, a potem kieruje swój wzrok na Jareda.- To ja znalazłem pierścionek na imprezie?
-Miałeś siedzieć cicho.- Wzdycha zrezygnowany niebieskooki.- I tak, ty. Chcecie coś jeszcze wiedzieć?
-Dlaczego obudziłem się we wannie z różowymi włosami?- Chez cmoka ustami, a ja wybucham śmiechem.
-Nie żeby coś, ale to ja cię obudziłam, wieczorem następnego dnia.- Poprawiam go.
-Nieważne, ale kto mi wytłumaczy, co ja tam robiłem?
-Na to pytanie musisz odpowiedzieć sobie sam.- Mruczy młodszy Leto, wracając do kuchni, a drzwi na ogród otwierają się i pojawia się w nich Terry z podwójnym wózkiem, prowadzący jednocześnie za rączkę malutką czarnowłosą, która na widok gości zatrzymuje się i woła.
-Cheese!!!- Wyrywa się swojemu dziadkowi i biegnie prosto w ramiona Chestera.

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

108. ROZWÓD

17 październik 2013
Mieszam zupę, gdy do mieszkania ktoś wpada jak strzała. Wychylam się z kuchni, ale zamiast Jareda widzę zapłakaną Emily. Uśmiecha się leciutko do dziewczynki bawiącej się lalką na dywanie, po czym od razu wtula we mnie.
-Co się stało?- Pytam, głaszcząc ją po włosach.- Gdzie Victor? Coś mu się stało?
-Bennie się nim opiekuje.- Wymrukuję w moją koszulkę.- Nie powiedziałam ci czegoś ważnego. Rozwodzę się z Tonym, a właściwie, to się już rozwiodłam, przed godziną.- Odsuwam ją na długość ramion, przyglądając się uważnie kobiecie, marszcząc brwi.
-Jak to? Myślałam, że jesteście idealnym małżeństwem. Czemu wcześniej mi o tym nie powiedziałaś?- Znów ją przytulam.
-Od trzech miesięcy się unikamy, a jak już wpadniemy na siebie, to się kłócimy.- Pociąga nosem, więc chwytam pudełko z chusteczkami, leżące na blacie i podaje go jej.
-Poczekaj moment. Zdejmę tylko garnek z kuchenki.- Jeszcze raz przejeżdżam po jej włosach, po czym robię to co powiedziałam.- Chodź do salonu. Chcesz coś do picia? Herbatę, kawę? A może wodę?- Proponuję, ale ta przeczy ruchem głowy. Siadamy na sofie, a obok nas pojawia się czarnowłosa. Wyciąga rączki w moim kierunku, więc sadzam ją sobie na kolanach.- Teraz opowiadaj jak to się stało.- Dziewczynka przechodzi na kolana blondynki i przytula ją.
-Miałam dość tych wszystkich kłótni i półtora miesiąca temu złożyłam pozew o rozwód. On i tak się wyprowadził, zaoszczędziłam nam tylko czasu. To by się stało prędzej czy później.- Opiera się o moje ramię.-Ale teraz, po wszystkim, zastanawiam się czy na pewno zrobiłam dobrze. Ja go naprawdę kochałam, a w zasadzie ciągle go kocham.- Przeciera dłonią łzy.
-A co z waszym synem?- Obejmuję ją ramieniem.
-Tony wrócił do swojego dawnego mieszkania, więc jeden dzień będzie u mnie, a w drugi u niego.
-Emily, byłyśmy wczoraj na kawie. Dlaczego mi o tym nie powiedziałaś?- Anderson odsuwa się ode mnie i spogląda smutnym wzrokiem.
-Myślałam, że sama sobie z tym poradzę, ale chyba jednak jestem za słaba.- Mruczy, teraz dla odmiany przytulając Elizabeth.
***
Ponownie słyszę odgłos otwieranych drzwi. Obracam się, czekając jak przybysz wejdzie do salonu, ale jeszcze przed zamknięciem drzwi dociera do mnie głos Jareda.
-Wróciłem! Gdzie są moje aniołki?- Mała przykłada paluszek do ust, uciszając go.
-Cicho, tato.- Mrozi go wzrokiem, a on pojawia się obok niej. Wystawia rękę w jego kierunku, a ten podnosi ją.- Ciocia śpi.- Dodaje dziewczynka, wskazując na sofę, na której leży przykryta kocem Emi. Leto obraca się w moim kierunku. Wchodzi do kuchni i cmoka mnie w usta, po czym marszczy brwi, a ja doskonale wiem o co mu chodzi.
-Rozwiodła się z Tonym.- Mówię, przejmując córkę i z uśmiechem, całując ją w nos.
-Że co proszę?- Niebieskooki opiera się o blat i przygląda raz mi, a raz kanapie w salonie.- Przecież zawsze świetnie się dogadywali.
-Ostatnio podobno tylko się kłócili.- Wzdycham cicho, odkładając dziewczynkę, która znika w salonie.- Ja naprawdę nie wiem co mam o tym wszystkim myśleć.- Wtulam się w niebieskookiego, który całuje mnie w głowę.
-Wszystko jakoś się ułoży, zobaczysz.- Delikatnie przejeżdża palcami po moim policzku.- I pamiętaj, że mówię to ja, człowiek, który na początku najbardziej wątpił w ten związek.
-Przykro mi Jared.- Odwracamy się na dźwięk głosu blondynki, która stoi w drzwiach.- Ale z tego związku już chyba nic nie zostało.- Uśmiecha się lekko.- Ja już chyba pójdę. Dziękuję za wszystko.
-Nie idź jeszcze.- Wyrywam się z objęć muzyka.- Może zjesz z nami obiad?- Proponuję.
-Nie, Ben miał coś ugotować. Zadzwonię do ciebie jutro.- Podchodzę bliżej i obejmuję ją jeszcze raz.
-Trzymaj się, mała.- Cmokam ją w czoło.- I pamiętaj, że możesz do mnie przychodzić kiedy chcesz.
-Dziękuję.- Puszczam ją.- Pa.- Kobieta czochra jeszcze włoski Luckie i wychodzi, a ja spoglądam na Jaya.

JARED

Sadzam dziewczynkę na pianinie, stojącym pod ścianie, a sam siadam na stołku przy instrumencie. Uśmiecham się, widząc zadowolenie na twarzyczce mojej córeczki, która chwyta jedną ręką kartki z nutami, a drugą ściska Bubu, pluszową żyrafę.
-No to co gramy?- Pytam, a ta przekazuje mi papier. Śmieję się cicho.- Ale wszystkiego nie zagramy.- Mówię, wybierając jeden utwór, a dokładniej “Bright lights”. Przekładam czarnowłosą na swoje kolana. Naciskam dwa pierwsze klawisze, a potem łapię malutką dłoń i powtarzam moje ruchy. Gdy jesteśmy jakoś w połowie piosenki, niebieskooka się buntuje.
-Koniec.- Mówi i próbuje zjechać po moich nogach, ale w ostatniej chwili łapię ją w pasie, nie pozwalając zejść.- Tato, spać!- Woła i po chwili ziewa, tak jakby próbowała mi zademonstrować, że rzeczywiście chce iść spać. Podnoszę się z nią na rękach i kieruję się prosto do pokoiku, który wcześniej służył jako pokój gościnny.
-Jesteś pewna, że pójdziesz spać? Bo jak cię włożę do kołyski, to wyjmę dopiero rano.- Straszę ją, jednocześnie cmokając w malutki nosek. Ta przez chwilę zastanawia się, a potem kiwa głową, potwierdzają, więc odkładam ją na małej kołderce.
Jeszcze przed tym jak ja ją przyjąłem, Olivia ją umyła i przebrała w piżamkę, tak, że w zasadzie była gotowa do spania już praktycznie od godziny. Jednak w związku z tym, że już od jakiegoś czasu Elizabeth nie ma ochoty chodzić wcześno spać, co wieczór staramy się ją wymęczyć albo przez zabawę, albo przez próbę nauki gry na pianinie.
-Dobranoc, Luckie.- Nachylam się i cmokam ją w czubek główki.
-Pa, tato.- Macha mi lekko, a ja zostawiam włączoną lampkę nad jej łóżeczkiem i wychodzę z pomieszczenia, niedomykając do końca drzwi.
Od razu wstępuję do łazienki na szybki prysznic i po wyczyszczeniu zębów i upewnieniu się, że malutka zasnęła, idę do sypialni, a tam przyłapuję Olivię, wyginającą się pod różnymi kątami. Marszczę brwi z lekkim śmiechem i opieram się o framugę.
-Co ty robisz, aniołku?- Pytam, nie mogąc powstrzymać uśmiechu, za co zostaję zmrożony spojrzeniem jej pięknych, zielonych ocząt.
-Nie gap się, tylko mi pomóż.- Wskazuję na tylny zamek bordowej sukienki, którą ma na sobie. Podchodzę do niej i delikatnie zasuwam go, jednocześnie składając cztery całusy na jej odsłoniętej szyi. Przez moment kobieta przygląda się sobie w lusterku, a potem odwraca w moim kierunku.- Mierzę sukienki.- Odpowiada na moje poprzednie pytanie.- Leżą tu już tyle lat, ja w nich nie chodzę, ale szkoda mi ich wyrzucać. Mogą się jeszcze przydać, prawda?- Spogląda na mnie, wzdychając.
-Wyglądasz prześlicznie, Lee.- Przyciągam ją do siebie i zamykam w objęciach.- Na pewno ci się jeszcze przydadzą, ale aktualnie robi się coraz zimniej, a ja cię z domu nie wypuszczę w takich cienkich rzeczach, bo mi się przeziębisz, jasne?- Kiwa głową w górę i w dół.
-Położyłeś Luckie do spania?- Pyta, wyplątując się z moich ramion i odwraca się plecami do mnie, a ja bez słowa odsuwam sukienkę.
-Położyłem.- Siadam na łóżku i przyglądam się jak ściąga materiał ze swojego ciała, zostając w samej bieliźnie. Naciąga szybko moją starą, rozciągniętą koszulkę, która sięga jej do połowy ud i powoli podchodzi bliżej. Uśmiecham się do niej, a ta cmoka mnie w nos ze śmiechem.
-Nawet nie zdążyłam cię wcześniej spytać, jak poszła sesja z Terrym.- Wzdycha, siadając na moich kolanach. Wzruszam ramionami, łapiąc ją w talii, żeby nie spadła.
-Tak jak zawsze. Trochę na mnie nawrzeszczał, narzekał, że mogłaś znaleźć sobie kogoś innego, więc generalnie nic nowego.- Zielonooka chichota, chowając głowę w zagłębieniu mojej szyi, przy okazji łaskocząc mnie.- Ach, prawie zapomniałam, oberwało mi się, że nie wziąłem jego Kangurka.- Teraz chichot zmienia się w cichy śmiech.- I nawet moje argumenty, że jest w pracy nie pomagały.- Wzdycham.
-W takim razie chyba się do niego jutro wybiorę z Kangurkiem.- Mruczy.
-Właściwie to czy tak czy tak byś musiała iść, bo, pozwól, że zacytuję: “Ja nie będę poprawiał twoich niedoskonałości. Jak już wyszła za takiego, niech go teraz sobie naprawi.”. Jakbym ja miał jakieś niedoskonałości.- Czarnowłosa odchyla się na kilka centymetrów.
-Oj masz kilka.- Po raz kolejny zostaję obdarowany całusem w nos.- Ale za nie cię kocham najbardziej.- Tym razem całuje mnie już prosto w usta.