Wchodzę do łazienki i uśmiecham
się szeroko do Olivii leżącej we wannie. Z wody wystaje już dość zaokrąglony
brzuch. Odkładam ręcznik na półkę obok i siadam na puchatym dywaniku.
Czarnowłosa głaska brzuch, a ja opieram brodę na kolanie.
-Chyba musimy zacząć myśleć nad
imieniem.- Odzywam się, a ona spogląda na mnie tymi swoimi zielonymi oczętami.
Widzę w nim przebłysk smutku. Spoglądam na maleńki tatuaż pod lewym
obojczykiem. Triada, która kiedyś była symbolem Elizabeth, Terrego i
dziewczyny, z dnia na dzień stał się symbolem naszego zjednoczenia z maleńką
Melody.
-Nie wiemy nawet czy to dziewczynka
czy chłopiec.- Mówi po chwili.
-Możemy pomyśleć nad dwoma
imionami, a po porodzie po prostu nazwiemy dziecko zgodnie z płcią.
-A to nie jest za wcześnie?- Nabiera
powietrza, ciągle mi się przyglądając.
-W skali od jeden do dziesięć,
jak bardzo boisz się o nasze maleństwo?- Pytam.
-Dziesięć.- Wyszeptuje, a po jej
policzku spływa samotna łza.- Nie chcę go stracić.
-Nie stracimy, bo to dziecko jest
naszym prywatnym cudem.- Podnoszę się i całuję ją w czoło, po czym cmokam
brzuch.- A teraz wychodź, bo za godzinę musimy być na przyjęciu.- Podnoszę się
i rozkładam ręcznik, by czarnowłosa mogła się nim obwinąć, co też robi.- Wiesz
już w co się ubierzesz?- Pomagam jej wyjść z wanny i wyciągam korek,
spuszczając wodę.
-A co mi pozostało? Same
„sukienki” ciążowe.- Robi cudzysłów w powietrzu, wykrzywiając się w zabawny
sposób.- A no i jeszcze te szerokie swetry, ale one raczej nie nadają się na
klimat panujący w LA.
-No raczej nie bardzo. A one nie
zostały w Nowym Yorku?- Pytam, nakładając pastę na szczoteczkę, podczas gdy
moja żona ubiera się.
-Jak wracaliśmy w tą śnieżycę, to
założyłam trzy na siebie.- W lusterku dostrzegam jej uroczy uśmiech.- Mogłabym
już wrócić do wcześniejszej figury.- Przegląda się na wszystkie strony i nagle
łapie za brzuch.
-Coś się stało?- Podbiegam do
niej i pomagam usiąść na krawędzi wanny.- Olivia, mam wzywać pogotowie?-
Czarnowłosa wciąga gwałtownie powietrze
-Nie, to tylko mały skurcz.- Prostuje się i
spogląda na mnie.- Pani doktor mówiła, że w ostatnich tygodniach mogą się takie
pojawiać.- Kucam przed nią i chwytam za jej kolano.
-Jesteś pewna?- Kobieta kładzie
mi dłoń na policzku i delikatnie głaska.
-Na pewno. Termin mam dopiero za
dziesięć dni.- Uśmiecha się lekko.- A teraz się zbieraj, bo się spóźnimy.-
Całuje mnie, po czym się podnosi.
-Aniele…- Zaczynam.
-Nic się nie dzieje. A teraz do
roboty. Wiesz, jak dawno nie widziałam się z Jakiem i dzieciakami?- W sekundę jej
humor się poprawia, a ja już sam nie wiem, co mam o tym myśleć.
* * *
Siedzę razem z Shannem i Robertem
na małej sofie i przyglądamy się jak nasi najbliżsi świetnie się bawią na
urodzinach najstarszego z nas. Jakiś czas temu moja żona poszła pobawić się z
dziećmi swojego „cholernego przyjaciela”.
-Jay, a ty co taki zamyślony?-
Obok mnie pojawia się Jack. O wilku mowa. Siada na podłokietniku obok mnie.
-Martwię się o Olivię.- Mówię, a
moi współtowarzysze nagle odwracają głowy w naszą stronę. Widzę ich pytający
wzrok, więc od razu tłumaczę o co mi chodziło.- Co jakiś czas ma skurczę.
-W ostatnim miesiącu to
normalka.- Gillis klepie mnie po ramieniu.- Karen się z tym strasznie męczyła.-
Nagle komórka w mojej kieszeni wibruje. Wyciągam ją i szybko odblokowuje, po
czym sprawdzam SMS-a.- Hej, Jared, co jest? Zbladłeś nagle.- Bez słowa unoszę
komórkę na wysokość jego twarzy, by mógł przeczytać trzy słowa od czarnowłosej,
a dokładnej: „Wody mi odeszły.”-
Gdzie ona jest?- Czarnowłosy zrywa się, podobnie jak ja.
-Co się dzieje?- Rzucam telefon
bratu, żeby sam mógł sobie odpowiedzieć na to pytanie, po czym razem z Whitem
biegnę w kierunku, w którym ostatnio zmierzała dziewczyna.
* * *
Prowadzę czarnowłosą pod rękę w
kierunku wskazanym przez pielęgniarkę. Całe szczęście, że Jack pojechał z nami
i został w recepcji, by podać wszystkie szczegółowe informacje. Nagle przed
nami pojawia się mężczyzna, który tak dawno zniknął z mojego życia, że nie
sądziłem, że jeszcze kiedyś do zobaczę. Zatrzymuję się i wpatruję się w niego
jak zaczarowany.
-Carl?- Odzywam się w końcu, a
dziewczyna obok mnie, ściska moją rękę, tak, że od razu przypominam sobie co tu
robię. Omijam mężczyznę i prowadzę moją żonę na porodówkę, gdzie niestety nie
mogę wejść. No świetnie! Krążę po korytarzu, zastanawiając się co mam robić,
dopóki koło mnie nie pojawia się White.
-Hej, Leto, spokojnie.- Klepie
mnie po ramieniu, co sprowadza mnie na ziemię.- Nie denerwuj się tak. Wszystko
będzie dobrze, zobaczysz, a teraz siadaj.- Wskazuje na plastikowe krzesełko.
Posłusznie wykonuję jego polecenie.- Oddychaj spokojnie. Wdech i wydech. No
już.- Mrożę go spojrzeniem.
-Pomyliłeś mnie z kimś. To się
mówi kobiecie, która rodzi.
-Albo zdenerwowanej kurze, która
się stresuje.- Już mam reagować na tą zniewagę, gdy na korytarzu pojawia się
Shannon, Babu, mama, Terry… W zasadzie połowa gości z urodzin brata plus Henry
i Foleyowie. Podnoszę się i mocno ściskam moją rodzicielkę, która wcześniej
wtuliła się w moje ciało.
-Synuś, będzie dobrze,
zobaczysz.- Mówi, oddalając się na kilka centymetrów i wpatrując we mnie.
-Mamo, spotkałem tu Carla.-
Kobieta uchyla lekko usta na wiadomość o swoim byłym mężu, po którym mamy
nazwiska.- A przynajmniej tak mi się wydaje, że to on.
-Nie martw się nim.- Odzywa się,
przejeżdżając po moich włosach dłonią.- Nie wiesz co z Olivią?- Przeczę ruchem
głowy.- W takim razie może usiądźmy i czekajmy na jakieś nowiny.- Wracam na
moje poprzednie miejsce, a oni razem ze mną.
* * *
Drzwi do sali się otwierają i
wychodzi z nich młoda kobieta. Zatrzymuje się przed nami i z zaciekawieniem
przygląda naszej grupce. Za to my wpatrujemy się w nią z oczekiwaniem.
Przełykam ślinę, a moje serce bije w zaskakującym tempie.
-Który z panów to pan Leto?-
Pyta, a ja zrywam się z plastikowego krzesełka, podobnie jak Shaannon. Lekarka
robi jeszcze bardziej zdziwioną minę niż moment wcześniej.- A który z panów to
mąż pani Leto?
-To ja.- Odzywam się, chociaż nie
do końca jestem pewny własnego głosu. Wstrzymuję powietrze, czekając na jej
dalszą wypowiedz.
-Gratulacje, ma pan córeczkę.-
Uśmiecha się, a ja nie mam pojęcia co powiedzieć. Słyszę pisk szczęścia za
sobą.- Może pan wejść do żony.- Odwracam się i uśmiecham lekko do pozostałych.
Idę za kobietą do pomieszczenia, gdzie na łóżku leży Olivia z małym dzieckiem
na rękach, z moją małą córeczką. Podchodzę bliżej, a czarnowłosa zagryza wargę,
uśmiechając się i jednocześnie spoglądając na mnie.
-Jest piękna.- Przyglądam się
maleńkiej jak zaczarowany. Ma zieloniutkie oczka i blond włoski, a właściwie to
białe, czego akurat nie za bardzo rozumiem.
-Wiem.- Mówi, wpatrując się we
mnie, a ja znów wpatruję się we włoski mojego dziecka.- Pani doktor mówi, że
one jeszcze ściemnieją. Zresztą, ja też byłam blondyneczką. – Uśmiecha się, po
czym ziewa. Przypominam sobie jej zdjęcie z porodówki, na którym rzeczywiście
ma jasne włosy, całkowicie inne od jej czarnych, teraz związanych w wysokiego
kucyka.
-Wyślę wszystkich do domu i zaraz
wracam.- Mówię, odwracając się.- Widzę, że jesteś zmęczona.- dodaje, pochodząc
do drzwi. Wychodzę na korytarz, zamykając za sobą sale.- Olivia jest wymęczona
i chyba lepiej będzie jak po prostu pojedziecie do domu.- Po korytarzu roznosi
się wspólny jęk niezadowolenia.- Nie marudźcie, tylko jedzcie się przespać,
jest już późno.
-Ja jako ojciec Olivii,
powinienem sprawdzić czy nic jej nie jest.- Odzywa się Terry, podnosząc z
krzesełka i stając z bojowniczą miną przede mną.
-Zobaczysz się z nią jutro,
obiecuję.- Wzdycham, ale ten nie ustępuje.
-To moja córka.- Patrzy wprost w
moje oczy, a ja poddaję się. Chyba powinienem odpocząć, bo uległem nawet jemu.
-No dobra, ale tylko ty.- Z
siedzenia podnosi się Constance.
-Ja też chcę. Traktuję Olivię jak
córkę.- Uśmiecha się lekko do mnie.
-Ja naprawdę nie wierzę, w to co
robię.- Mruczę.- Tylko wy.- Wskazuję na nich palcem.
-A ja?- Odzywa się Henry.-
Przecież oni mogą je zobaczyć jutro, a ja jestem tu najstarszy i mogę w każdej
chwili paść trupem.
-To może sprawiedliwiej będzie
jak nikt ich nie zobaczy?- Rzucam
-A jeszcze lepiej jak
wszyscy.-Otwieram usta, chcąc się sprzeciwić Shannonowi, ale koło mnie
zatrzymuje się pani doktor.
-Pan Leto ma racje.- Mówi.
-Widzicie? Idziemy wszyscy!- Mój
brat jest chyba z siebie zadowolony.
-Znaczy ten drugi pan Leto.-
Kobieta wskazuje na mnie.- Dzisiaj raczej już nie możecie wejść na sale. Pani
Olivia jest bardzo zmęczona porodem i jedyną osobą, która może z nią zostać
jest ten pan Leto.- Wskazuje na mnie.
-No widzicie? Wracajcie do domu.-
Grupka niechętnie zaczyna się zbierać, a gdy tylko wszyscy znikają, wracam do
żony i córeczki. Mała śpi już włożona do specjalnego łóżeczka, a oczy
zielonookiej powoli opadają.- Poszli sobie.- Mówię szeptem, a ta spogląda na
mnie, rozbudzając się troszkę.- Idź spać. Ja was popilnuję.- Siadam na
krzesełku obok szpitalnego łóżka, ale ta mierzy mnie wzrokiem.- No co?
-Chodź do mnie.- Przesuwa się
odrobinę i unosi róg kołdry, zachęcając mnie do położenia się obok niej. Długo
namawiać mnie nie musiała, bo po chwili oboje leżymy wtuleni w siebie. Całuję
ją w czoło, a ona powoli zasypia.