POSTACIE Strona głóna

niedziela, 26 lutego 2017

85. URODZINY SHANNONA

9 marzec 2012



Wchodzę do łazienki i uśmiecham się szeroko do Olivii leżącej we wannie. Z wody wystaje już dość zaokrąglony brzuch. Odkładam ręcznik na półkę obok i siadam na puchatym dywaniku. Czarnowłosa głaska brzuch, a ja opieram brodę na kolanie.
-Chyba musimy zacząć myśleć nad imieniem.- Odzywam się, a ona spogląda na mnie tymi swoimi zielonymi oczętami. Widzę w nim przebłysk smutku. Spoglądam na maleńki tatuaż pod lewym obojczykiem. Triada, która kiedyś była symbolem Elizabeth, Terrego i dziewczyny, z dnia na dzień stał się symbolem naszego zjednoczenia z maleńką Melody.
-Nie wiemy nawet czy to dziewczynka czy chłopiec.- Mówi po chwili.
-Możemy pomyśleć nad dwoma imionami, a po porodzie po prostu nazwiemy dziecko zgodnie z płcią.
-A to nie jest za wcześnie?- Nabiera powietrza, ciągle mi się przyglądając.
-W skali od jeden do dziesięć, jak bardzo boisz się o nasze maleństwo?- Pytam.
-Dziesięć.- Wyszeptuje, a po jej policzku spływa samotna łza.- Nie chcę go stracić.
-Nie stracimy, bo to dziecko jest naszym prywatnym cudem.- Podnoszę się i całuję ją w czoło, po czym cmokam brzuch.- A teraz wychodź, bo za godzinę musimy być na przyjęciu.- Podnoszę się i rozkładam ręcznik, by czarnowłosa mogła się nim obwinąć, co też robi.- Wiesz już w co się ubierzesz?- Pomagam jej wyjść z wanny i wyciągam korek, spuszczając wodę.
-A co mi pozostało? Same „sukienki” ciążowe.- Robi cudzysłów w powietrzu, wykrzywiając się w zabawny sposób.- A no i jeszcze te szerokie swetry, ale one raczej nie nadają się na klimat panujący w LA.
-No raczej nie bardzo. A one nie zostały w Nowym Yorku?- Pytam, nakładając pastę na szczoteczkę, podczas gdy moja żona ubiera się.
-Jak wracaliśmy w tą śnieżycę, to założyłam trzy na siebie.- W lusterku dostrzegam jej uroczy uśmiech.- Mogłabym już wrócić do wcześniejszej figury.- Przegląda się na wszystkie strony i nagle łapie za brzuch.
-Coś się stało?- Podbiegam do niej i pomagam usiąść na krawędzi wanny.- Olivia, mam wzywać pogotowie?- Czarnowłosa wciąga gwałtownie powietrze
 -Nie, to tylko mały skurcz.- Prostuje się i spogląda na mnie.- Pani doktor mówiła, że w ostatnich tygodniach mogą się takie pojawiać.- Kucam przed nią i chwytam za jej kolano.
-Jesteś pewna?- Kobieta kładzie mi dłoń na policzku i delikatnie głaska.
-Na pewno. Termin mam dopiero za dziesięć dni.- Uśmiecha się lekko.- A teraz się zbieraj, bo się spóźnimy.- Całuje mnie, po czym się podnosi.
-Aniele…- Zaczynam.
-Nic się nie dzieje. A teraz do roboty. Wiesz, jak dawno nie widziałam się z Jakiem i dzieciakami?- W sekundę jej humor się poprawia, a ja już sam nie wiem, co mam o tym myśleć.
                                *                      *                      *
Siedzę razem z Shannem i Robertem na małej sofie i przyglądamy się jak nasi najbliżsi świetnie się bawią na urodzinach najstarszego z nas. Jakiś czas temu moja żona poszła pobawić się z dziećmi swojego „cholernego przyjaciela”.
-Jay, a ty co taki zamyślony?- Obok mnie pojawia się Jack. O wilku mowa. Siada na podłokietniku obok mnie.
-Martwię się o Olivię.- Mówię, a moi współtowarzysze nagle odwracają głowy w naszą stronę. Widzę ich pytający wzrok, więc od razu tłumaczę o co mi chodziło.- Co jakiś czas ma skurczę.
-W ostatnim miesiącu to normalka.- Gillis klepie mnie po ramieniu.- Karen się z tym strasznie męczyła.- Nagle komórka w mojej kieszeni wibruje. Wyciągam ją i szybko odblokowuje, po czym sprawdzam SMS-a.- Hej, Jared, co jest? Zbladłeś nagle.- Bez słowa unoszę komórkę na wysokość jego twarzy, by mógł przeczytać trzy słowa od czarnowłosej, a dokładnej: „Wody mi odeszły.”- Gdzie ona jest?- Czarnowłosy zrywa się, podobnie jak ja.
-Co się dzieje?- Rzucam telefon bratu, żeby sam mógł sobie odpowiedzieć na to pytanie, po czym razem z Whitem biegnę w kierunku, w którym ostatnio zmierzała dziewczyna.
                                *                      *                      *
Prowadzę czarnowłosą pod rękę w kierunku wskazanym przez pielęgniarkę. Całe szczęście, że Jack pojechał z nami i został w recepcji, by podać wszystkie szczegółowe informacje. Nagle przed nami pojawia się mężczyzna, który tak dawno zniknął z mojego życia, że nie sądziłem, że jeszcze kiedyś do zobaczę. Zatrzymuję się i wpatruję się w niego jak zaczarowany.
-Carl?- Odzywam się w końcu, a dziewczyna obok mnie, ściska moją rękę, tak, że od razu przypominam sobie co tu robię. Omijam mężczyznę i prowadzę moją żonę na porodówkę, gdzie niestety nie mogę wejść. No świetnie! Krążę po korytarzu, zastanawiając się co mam robić, dopóki koło mnie nie pojawia się White.
-Hej, Leto, spokojnie.- Klepie mnie po ramieniu, co sprowadza mnie na ziemię.- Nie denerwuj się tak. Wszystko będzie dobrze, zobaczysz, a teraz siadaj.- Wskazuje na plastikowe krzesełko. Posłusznie wykonuję jego polecenie.- Oddychaj spokojnie. Wdech i wydech. No już.- Mrożę go spojrzeniem.
-Pomyliłeś mnie z kimś. To się mówi kobiecie, która rodzi.
-Albo zdenerwowanej kurze, która się stresuje.- Już mam reagować na tą zniewagę, gdy na korytarzu pojawia się Shannon, Babu, mama, Terry… W zasadzie połowa gości z urodzin brata plus Henry i Foleyowie. Podnoszę się i mocno ściskam moją rodzicielkę, która wcześniej wtuliła się w moje ciało.
-Synuś, będzie dobrze, zobaczysz.- Mówi, oddalając się na kilka centymetrów i wpatrując we mnie.
-Mamo, spotkałem tu Carla.- Kobieta uchyla lekko usta na wiadomość o swoim byłym mężu, po którym mamy nazwiska.- A przynajmniej tak mi się wydaje, że to on.
-Nie martw się nim.- Odzywa się, przejeżdżając po moich włosach dłonią.- Nie wiesz co z Olivią?- Przeczę ruchem głowy.- W takim razie może usiądźmy i czekajmy na jakieś nowiny.- Wracam na moje poprzednie miejsce, a oni razem ze mną.
                                *                      *                      *
Drzwi do sali się otwierają i wychodzi z nich młoda kobieta. Zatrzymuje się przed nami i z zaciekawieniem przygląda naszej grupce. Za to my wpatrujemy się w nią z oczekiwaniem. Przełykam ślinę, a moje serce bije w zaskakującym tempie.
-Który z panów to pan Leto?- Pyta, a ja zrywam się z plastikowego krzesełka, podobnie jak Shaannon. Lekarka robi jeszcze bardziej zdziwioną minę niż moment wcześniej.- A który z panów to mąż pani Leto?
-To ja.- Odzywam się, chociaż nie do końca jestem pewny własnego głosu. Wstrzymuję powietrze, czekając na jej dalszą wypowiedz.
-Gratulacje, ma pan córeczkę.- Uśmiecha się, a ja nie mam pojęcia co powiedzieć. Słyszę pisk szczęścia za sobą.- Może pan wejść do żony.- Odwracam się i uśmiecham lekko do pozostałych. Idę za kobietą do pomieszczenia, gdzie na łóżku leży Olivia z małym dzieckiem na rękach, z moją małą córeczką. Podchodzę bliżej, a czarnowłosa zagryza wargę, uśmiechając się i jednocześnie spoglądając na mnie.
-Jest piękna.- Przyglądam się maleńkiej jak zaczarowany. Ma zieloniutkie oczka i blond włoski, a właściwie to białe, czego akurat nie za bardzo rozumiem.
-Wiem.- Mówi, wpatrując się we mnie, a ja znów wpatruję się we włoski mojego dziecka.- Pani doktor mówi, że one jeszcze ściemnieją. Zresztą, ja też byłam blondyneczką. – Uśmiecha się, po czym ziewa. Przypominam sobie jej zdjęcie z porodówki, na którym rzeczywiście ma jasne włosy, całkowicie inne od jej czarnych, teraz związanych w wysokiego kucyka.
-Wyślę wszystkich do domu i zaraz wracam.- Mówię, odwracając się.- Widzę, że jesteś zmęczona.- dodaje, pochodząc do drzwi. Wychodzę na korytarz, zamykając za sobą sale.- Olivia jest wymęczona i chyba lepiej będzie jak po prostu pojedziecie do domu.- Po korytarzu roznosi się wspólny jęk niezadowolenia.- Nie marudźcie, tylko jedzcie się przespać, jest już późno.
-Ja jako ojciec Olivii, powinienem sprawdzić czy nic jej nie jest.- Odzywa się Terry, podnosząc z krzesełka i stając z bojowniczą miną przede mną.
-Zobaczysz się z nią jutro, obiecuję.- Wzdycham, ale ten nie ustępuje.
-To moja córka.- Patrzy wprost w moje oczy, a ja poddaję się. Chyba powinienem odpocząć, bo uległem nawet jemu.
-No dobra, ale tylko ty.- Z siedzenia podnosi się Constance.
-Ja też chcę. Traktuję Olivię jak córkę.- Uśmiecha się lekko do mnie.
-Ja naprawdę nie wierzę, w to co robię.- Mruczę.- Tylko wy.- Wskazuję na nich palcem.
-A ja?- Odzywa się Henry.- Przecież oni mogą je zobaczyć jutro, a ja jestem tu najstarszy i mogę w każdej chwili paść trupem.
-To może sprawiedliwiej będzie jak nikt ich nie zobaczy?- Rzucam
-A jeszcze lepiej jak wszyscy.-Otwieram usta, chcąc się sprzeciwić Shannonowi, ale koło mnie zatrzymuje się pani doktor.
-Pan Leto ma racje.- Mówi.
-Widzicie? Idziemy wszyscy!- Mój brat jest chyba z siebie zadowolony.
-Znaczy ten drugi pan Leto.- Kobieta wskazuje na mnie.- Dzisiaj raczej już nie możecie wejść na sale. Pani Olivia jest bardzo zmęczona porodem i jedyną osobą, która może z nią zostać jest ten pan Leto.- Wskazuje na mnie.
-No widzicie? Wracajcie do domu.- Grupka niechętnie zaczyna się zbierać, a gdy tylko wszyscy znikają, wracam do żony i córeczki. Mała śpi już włożona do specjalnego łóżeczka, a oczy zielonookiej powoli opadają.- Poszli sobie.- Mówię szeptem, a ta spogląda na mnie, rozbudzając się troszkę.- Idź spać. Ja was popilnuję.- Siadam na krzesełku obok szpitalnego łóżka, ale ta mierzy mnie wzrokiem.- No co?
-Chodź do mnie.- Przesuwa się odrobinę i unosi róg kołdry, zachęcając mnie do położenia się obok niej. Długo namawiać mnie nie musiała, bo po chwili oboje leżymy wtuleni w siebie. Całuję ją w czoło, a ona powoli zasypia.

wtorek, 21 lutego 2017

84. LĘKI I OBAWY

21 grudzień 2011


Schodzę po metalowych schodkach do baru, gdzie za ladą stoi Patrick i poleruje szklanki do whisky. Podchodzę bliżej i siadam na stołku przed nim, a gdy tylko  mnie zauważa, na jego twarzy pojawia się szeroki uśmiech.
-Co tu robisz? Powinnaś odpoczywać w domu.- Poważnieje, a ja wzdycham cicho.
-Ty też? Wpadłam do studia, zanieść dokumenty od Chestera, bo Babu zapomniał po nie przyjechać.- Tłumaczę.- A poza tym ciąża to nie choroba. Nie umiem siedzieć i nic nie robić przez cały czas.- Mężczyzna  obchodzi bar na około i siada obok mnie, bo w lokalu jest tylko czterech klientów, grających w rogu w karty.
-Jak się czujesz?
-Dobrze, nawet bardzo dobrze. Czuję się tak, że chyba bym mogła góry przenosić.- Dłoń blondyna ląduje na moim dość dużym brzuchu.
-Cześć, Mały. Kiedyś ten bar będzie twój, słyszysz?- Śmieję się cicho.
-Skąd wiesz, że to nie dziewczynka?- Foley prostuje się gwałtownie i unosi jedną brew w górę.
-A skąd wiesz, że to nie chłopczyk?- Przechyla głowę w bok, po czym znów nachyla się do brzucha.- Nawet jak będziesz dziewczynką, to Vinyl będzie twój.
-Ty lepiej tak nie obiecuj, bo przyjdzie Jake i się oboje rozczarujecie.- Pat znów się prostuje i przygląda mi.
-Wymyśliliście już imię?- Przeczę ruchem głowy.- Będzie dobrze, zobaczysz.- Biorę głęboki wdech.
-Boję się, Pat.- Wyznaję wreszcie to z siebie wyrzucając.- Nie mówiłam o tym Jaredowi, bo wiem, że też  cały czas chodzi podenerwowany i nie chcę mu dokładać nowych zmartwień.
-Lee, on nie mówi ci tego samego, z takiego samego powodu. Musicie poważnie ze sobą porozmawiać, nie ukrywając niczego przed sobą.
-Skąd wiesz, że to o to mu chodzi?- Ignoruję jego prośbę i wyciągam z torebki butelkę wody, chcąc się napić.
-Bo wpada do mnie co jakiś czas i jestem o wszystkim na bieżąco informowany.- Zatrzymuję butelkę w połowie drogi do ust.
-Naprawdę? Kiedy on tu przychodzi? Prawie cały czas jest w domu w studio albo w Labie.- Dziwię się, ale taka prawda. Odkąd dowiedzieliśmy się o ciąży, Jared ogranicza jakiekolwiek wyjścia i chce spędzać czas ze mną albo po prostu być blisko i mieć wszystko pod kontrolą.
-No wcześniej pomagałem remontować dom, a przez te kilka dni, wpadł do mnie już trzy, czy nawet cztery razy. Wstępuje jak go wyślesz do twojego studia.
-Tylko mam nadzieję, że nic nie pije.- Grożę mu palcem, jakby był dzieckiem.
-Tylko  wodę. Nawet nic innego mu nie proponuję, bo zawsze przyjeżdża samochodem. A ty przyjechałaś sama?
-Z Jaredem. Zostawił mnie w studiu, a sam pojechał do wytwórni, bo wczoraj do niego dzwonili. Zaraz ma po mnie wrócić.- Kończę moją wypowiedz, a moja komórka się odzywa. Spoglądam na ekran, na którym wyświetla się zdjęcie młodszego Leto.- O wilku mowa.- Mruczę, po czym odbieram.- Tak?
-Gdzie jesteś? Czekam pod budynkiem.
-Jestem w barze. Mam wyjść czy wpadniesz tu?
-Chyba raczej musisz wyjść, bo nigdzie nie mogę znaleźć miejsce do parkowania, ale pozdrów Foleyów.
-W takim razie za moment będę.- Rozłączam się.- Masz pozdrowienia od Jareda.- Podnoszę się ze stołka.- Już na mnie czeka, więc będę się zbierać.- Blondyn również się podnosi, więc teraz jest prawie wyższy o głowę ode mnie.- Wpadnijcie do nas z Jakiem kiedyś.- Podnoszę się na palcach i całuję go w policzek.
-Trzymaj się i porozmawiajcie tak szczerze.- Zostaje przy ladzie, a ja wspinam się po schodach do wyjścia. Po chwili stoję na chodniku, a na poboczu zatrzymuje się samochód mojego męża. Wsiadam do pojazdu i od razu witam się z nim pocałunkiem.
-Chcesz jeszcze gdzieś jechać czy wracamy?- Pyta, wyjeżdżając na ulicę.
-Jedzmy do domu.- Zapinam pasy, a ten zatrzymuje się na światłach i spogląda na mnie.
-Wszystko dobrze? Dobrze się czujesz?- Dopytuje, a ja uśmiecham się szeroko.
-Jay, wszytko w porządku. Nie denerwuj się. Nic mi nie jest. Cała i zdrowa wróciłam, widzisz?- Przechylam głowę w prawo, obserwując jak jego twarz lekko się rozluźnia. Pojawia się zielone światło, więc niebieskooki rusza.
-Jakby coś się działo, musisz mi od razu o tym powiedzieć, dobrze?
-Dobrze, Kochanie. Jak było w wytwórni?- Otwieram schowek i szukam ostatnio nagranego demo nowej płyty.
-W zasadzie chcieli tylko, żebym podpisał papiery kończące trasę. Trzy minuty mi to zajęło. Dłużej miejsca szukałem. A ty załatwiłaś wszystko?- Poddaję się w poszukiwaniach, obiecując sobie, że w najbliższym czasie dołożę kolejną płytę do kolekcji.
-Babu wszystkim się zajmuje. Jak tylko składam autografy na dokumentach jako właścicielka.
                                *                      *                      *
Stoję na brzegu basenu, myśląc o zbliżających się urodzinach Jareda i Constance, a właściwie tym, co ich dać. Słońce powoli zachodzi, więc wpatruję się jak znika za wzgórzem z wielkim napisem „Hollywood”.
-O czym tak mylisz?- Pyta Jay, narzucając mi bluzę na  ramiona.- Nie zimno ci?- Obejmuje mnie od tyłu, kładąc dłonie na brzuchu, a  głowę na moim ramieniu.
-Jest w sam raz.- Uśmiecham się, cmokając go w policzek.- Zastanawiam się nad prezentem dla Connie i dla ciebie.- Mówię, zgodnie z prawdą, a ten puszcza mnie  i pojawia się przede mną.
-Wy jesteście moimi prezentami.- Pierwsze całuje mnie, a potem nachyla się i cmoka brzuch, by znów się wyprostować.- Ale odnośnie mamy trzeba się zastanowić.- Wzdycha.- Porozmawiam o tym z Shannonem. Może on coś wymyśli.
-Jay, chciałam o czymś z tobą porozmawiać.- Odzywam się, w zasadzie nawiązując do mojej rozmowy z Patrickiem. Niebieskooki marszczy brwi, wpatrując się we mnie.- Rozmawiałam dzisiaj z Patem i uświadomił mi, że niepotrzebnie coś przed sobą ukrywamy. Bardzo się boję, o to co będzie, czy nie skończy się tak jak ostatnio.- Zagryzam wargę, próbując odpędzić łzy, tak jak za każdym razem, gdy pomyślę o Melody. Chociaż teraz i tak jest już lepiej. Muzyk podnosi dłonie i odkłada je na moich policzkach, po czym dotyka swoimi ustami moje czoło, a z moich oczu wypływają pierwsze łzy.
-Ja też się boję, Aniele, ale czuję, że będziemy szczęśliwi. Wierzę w to i ty też musisz zacząć. Musisz być spokojna, nie musisz się denerwować. Nawet tym, że przez następny rok pewnie nie będziemy mogli spokojnie przespać chociaż jednej nocy.- Uśmiecham się mimo słonych kropel na policzkach.
-Marzę o tym.- Szepczę, a on opiera czoło na moim.
-Ja też, ale jednak wolałbym mieć twój mocny sen.- Śmieję się cicho, podobnie jak on, a gdy milkniemy, dociera do nas dzwięk dzwonka do drzwi. Młodszy Leto cmoka mnie w nos.- Pójdę odtworzyć.- Oznajmia, oddalając się lekko. Moment później znika w budynku. Powoli podążam za nim. Wchodzę do dużego, przestronnego salonu, a przez niego przechodzę do przedpokoju. Podnoszę się na palcach próbując dostrzec za stojącym w drzwiach Jardem naszego gościa. Ale zanim go widzę, dociera do mnie jego głos i od razu go rozpoznaję, bo przez całe dzieciństwo, to właśnie on czytał mi bajki.
-Jest Olivia w domu? Chciałbym z nią porozmawiać.- Muzyk odwraca isę, zapewne chcąc mnie zawołać, ale wpada na mnie.
-Nic ci nie jest?- Pyta z troską, a ja go cmokam lekko z uśmiechem.
-Nic, a nic.- Odwracam głowę do naszego gościa, stojącego w drzwiach.- Cześć, Henry. Coś się stało?- Zwracam się do starszego mężczyzny, którego od dziecka traktowałam jak dziadka, chociaż nim nie był. Koło jego stóp dostrzegam worek marynarski. Marszczę brwi.
-Czy mógłbym u was przenocować?- Pyta, robiąc przy tym proszącą miną.
-Co to za pytanie? Oczywiście, że możesz. Obraziłabym się, gdybyś poszedł gdzieś indziej.- Wpuszczam go do środka.
-Obiecuję, że jutro znajdę sobie coś innego.- Zaczyna.
-Nie ma mowy. Możesz tu mieszkać ile tylko zechcesz.- Odzywa się mój mąż, łapiąc jego bagaż.- Zaniosę to do pokoju gościnnego. Który wybierasz?
-Jeśli to nie problem, to ten obok biura Olivii z widokiem na ogród, na drugim piętrze.- Mówi, uśmiechając się nieśmiało. Jay znika na górze, a ja siadam z Scroggsem na sofie w salonie.
-Co się stało?
-Wygląda na to, że się rozwodzę. Mam tego wszystkiego dość.- Wyrzuca z siebie, opadając na oparcie.- Przestałem się oszukiwać. Ona mnie nigdy nie pokocha. Skoro nie zrobiła tego w ciągu tylu lat, to chyba muszę wreszcie się poddać.- Przyglądam mu się z szeroko otwartymi oczami. Co jak co, ale Alice była złą matką, złą babcią, czasem złą żoną, ale przez tyle lat Henry jakoś dawał sobie z nią rade i naprawdę było widać, że kocha ją całym sercem. Można to było dostrzec choćby w jego oczach, które błyszczały za każdym razem, gdy na nią spojrzał.- Tak właściwie, powinienem to zrobić już prawie 60 lat temu. Może jakimś cudem udałoby mi się uzyskać prawo do opieki nad Elizą.- Wzdycha, zapewne zarzucając sobie, że tego nie zrobił.- Nie musiałaby się wtedy z nią ciągle kłócić.
-Nie mogłeś nic zrobić.- Odzywam się.- Ale mama bardzo ci kochała, byłeś dla niej najlepszym ojcem, mimo że nie miała twoich genów. Byłeś dla niej najlepszym wsparciem i zawsze mogła na ciebie liczyć. Tak jak ja teraz mogę na ciebie liczyć.- Przytulam go, próbując dać mu jakieś wsparcie.

niedziela, 19 lutego 2017

83. NASZ DOM?



15 grudnia 2011

Wchodzę Laba, gdzie aktualnie mieszkamy. Z uśmiechem na ustach wchodzę głębiej, mając nadzieje, że Olivia nigdzie nie wyszła. Zaglądam do kuchni i dostrzegam jedynie plecy Shannona.
-Cześć, Bro.- Mężczyzna odwraca się i unosi jedną brew w górę.
-Skończyłeś?- Pyta, a ja kiwam głową w górę i w dół.- Ale wszystko, wszystko?- Dopytuje.
-Jeszcze tylko ubrania i pierdułki. Ale to już po pokazaniu do Olivi. Nie wiesz gdzie ona jest?
-Jest nad basenem z herbatą.- Salutuję mu i kieruje się w miejsce gdzie znajdę swoją żonę. Siedzi przy stoliku, ubrana w zwykłe spodenki i jakąś koszulkę, a na to narzuciła sweter swojej mamy, bo dziś jest dość chłodny wieczór.
-Cześć, Aniołku.- Mówię podchodząc do niej. Odwraca głowę w moją stronę i uśmiecha się szeroko. Całuję ją w skroń i kładę dłoń na jej brzuchu. Nachylam się, tak że moje oczy są na wysokości brzucha.- Witam, maleństwo.- Mówię.
-Gdzie byłeś? Znikłeś jak spałam.- Przeczesuje włosy palcami, a ja podnoszę się.
-Musiałem coś załatwić. Mam dla ciebie niespodziankę.- Pomagam jej wstać.- Jest niedaleko stąd, ale muszę zawiązać ci oczy.- Wtula się we mnie.
-Wiesz, że nie lubię niespodzianek.- Wzdycha wprost w moją koszulkę.- Mam nadzieję, że to naprawdę niedaleko.- Uśmiecham się jeszcze szerzej, a ona robi kilka kroków w stronę budynku.- To jak? Idziesz?- Łapię ją za rękę i wchodzimy do środka.- Ale oczy zasłonisz mi dopiero  w samochodzie, dobrze?- Robi proszącą minkę, a ja zgadzam się bez wahania.
-Shan, wychodzimy!- Wołam, a ten wychyla się z kuchni i puszcza nam oczko.
-Bawcie się dobrze, dzieciaczki!- Tym razem w naszą stronę leci całus od niego. Śmieję się, a czarnowłosa ubiera buty, po prostu naciągając je na stopy.
-Gotowa?- Pytam, a ona kiwa głową. Łapię swój zimowy szalik, który nawet nie wiem co tu robi, bo powinien być w Nowym Yorku. Wychodzimy z Laba i podchodzimy do samochodu. Otwieram drzwiczki i pomagam wsiąść Olivii, po czym jak najszybciej zajmuję miejsce za kierownicą.- Zawiążę ci oczy, żebyś nic nie widziała.- Oznajmiam, a ona odwraca głowę w kierunku szyby, ułatwiając mi to. Po chwili wyjeżdżam na ulicę. Jadę może pół kilometra dalej i wjeżdżam na posesję. Gaszę auto.
-Już?- Pyta zdziwiona.
-No tak. Mówiłem, że niedaleko.- Wysiadam i po raz kolejny pomagam kobiecie.- Jesteś gotowa na niespodziankę?- Zagryzam wargę i nie czekając na odpowiedź odsłaniam jej oczy. Przygląda się zdziwiona budynkowi, po czym kieruje swój wzrok na mnie.
-Co to za dom?- Przechyla głowę lekko na prawo.
-To nasz dom.- Uśmiecham się.- Wyremontowałem go dla nas. Wiem, że w Labie nie jest za wygodnie i ciągle ktoś hałasuje, dlatego przeprowadzamy się.- Wzruszam ramionami.- Mam tylko nadzieję, że ci się spodoba.
-Mówisz poważnie? To nasz dom?- Udaję zamyślonego, po czym kiwam głową, potwierdzając.- Taki nasz, nasz?- Dopytuje.
-Tak. Nasz i tylko nasz. Będziemy w nim mieszkać dopóki się nie zestarzejemy, o ile oczywiście zechcesz.- Czarnowłosa wtula się we mnie.
-Kocham cię!- Całuje mnie namiętnie.- Możemy wejść do środka?- Uśmiecham się szeroko, widząc jaka jest szczęśliwa.
-O ile chcesz. To po części też twój dom.
-Masz klucze?- Przez moment grzebię w kieszeni, a potem wyciągam dwa komplety. Wyciągam je w kierunku fotograf.
-Wybierz, które chcesz.- Kobieta łapie te po prawej i na tyle szybko, na ile pozwala jej na to maleństwo, dociera do drzwi wejściowych. Po chwili wchodzimy do środka. Naciskam przycisk po lewej i w przed pokoju włącza się światło, oświetlając również salon. Przepuszczam ją w przejściu i obserwuję jej reakcje, a wnioskując po uśmiechu rozświetlający jego twarz, wnioskuję że jej się podoba. Zagryzam wargę, przyglądając się jak kobieta z zafascynowaniem ogląda wszystko.
-Jesteś niesamowity. Kiedy zdążyłeś go wyremontować?
-W związku z tym, że się rozleniwiłaś w czasie ciąży i śpisz do południa, ja sobie wstawałem wcześniej i razem z Shannem, Henrym i Foleyami ciężko pracowaliśmy.- Opadam na dużą sofę, która stoi tu z myślą o ilości osób, które będą nas odwiedzać.
-Oj, biedactwo się znalazło.- Mruczy, wywracając oczami, zatrzymując się naprzeciwko mnie. Wyciągam dłonie w jej kierunku i pomagam usiąść na moich kolanach, twarzą do mnie.- To naprawdę nasz dom?- Kiwam głową potwierdzając.
-Naszym przeznaczeniem jest szczęście. I w końcu nam się uda, obiecuję, a codzienne wrzaski w Labie nie pomagają.- Czarnowłosa zarzucam mi ręce na szyje.
-Komu przeszkadzają, temu przeszkadzają. Ja śpię jak zabita.- Całuje mnie w nos, a ja śmieję się cicho. Co jak co, ale Olivia potrafiłaby przespać nawet przemarsz orkiestry dętej w sypialni.- Oprowadzisz mnie po całym domu, czy będziemy tu tak siedzieć?- Podnosi się z moich kolan.
-Ja czekam tylko na ciebie.- Klaskam w dłonie, również stając na nogi.- Może zaczniemy od kuchni?- Prowadzę ją do pomieszczenia koło salonu, potem do łazienki i wychodzimy na pierwsze piętro, gdzie znajduje się sypialnia i dodatkowy pokój, który przerobimy na dziecięcy i jeden gościnny oraz druga łazienka. Na drugim piętrze są trzy pokoje gościnne, dwa biura dla mnie i dla Lee i mały salonik. Powoli schodzimy z powrotem na dół, gdzie zatrzymuję się przed żoną i łapię ją za ręce.- Mam dla ciebie jeszcze jedną niespodziankę. Tylko jest w piwnicy.
-Nie myślisz, że już wystarczy tych niespodzianek?- Unosi prawą brew w górę.
-Nie, ale obiecuję, to już ostatnia rzecz.- Uśmiecham się szeroko i schodzimy po w dół. Od razu trafiamy do przestronnego korytarzyku z drzwiami na prawo i lewo. Otwieram te na prawo i zapraszam kobietę do mini studia muzycznego.
-Nieźle się urządziłeś, nie powiem. Mam tylko nadzieję, że wszystko jest obłożone dźwiękoszczelną gąbką.- Otwieram szeroko oczy.
-Kurczę, wiedziałem, że o czymś zapomniałem.- Strzelam otwartą dłonią w czoło, a widząc jej minę wybucham śmiechem.- No żartuję przecież. A teraz chcę ci pokazać co jest naprzeciwko.- Prowadzę ją teraz do drzwi na lewo i wchodzimy do mini studia, ale tym razem fotograficznego.
-Ty sobie ze mnie chyba naprawdę żartujesz.- Odzywa się, a ja obejmuję ją w pasie, kładąc dłonie na dużym już brzuchu.
-Absolutnie nie. Jestem w stu procentach poważny i bardzo was kocham.

niedziela, 5 lutego 2017

82. CIĄŻA NR. 2???



28 sierpień 2011

Myję zęby po raz kolejny tego dnia, zastanawiając się jednocześnie ile to jeszcze potrwa. Czuję się okropnie od kilku dni. Wychodzę z łazienki i wracam do sypialni. Kładę się na łóżku i przykrywam się kocem, kontynuując moje umieranie. Nagle po mieszkaniu przechodzi huk. Zrywam się gwałtownie, ale nie mam siły już wstać, więc po prostu czekam co się zdarzy. Po niecałej minucie w pomieszczeniu pojawia się blondynka. Opadam z powrotem na poduszkę, przykrywając się kocem po uszy
-Cześć, chorowitku.- Wyśpiewuje.- Zrobiłam ci zakupy.
-Weź wyjdź i najlepiej nie wracaj. Wymiotować mi się chcę na samą myśl o jedzeniu.- Mruczę, ona zajmuje miejsce obok mnie.
-Kiedy ostatnio coś jadłaś?- Pyta z troską w głosie. Spoglądam na nią.
-Nie pamiętam. Ale to bez sensu. Nawet jeśli już coś uda mi się przełknąć, po pół godziny ląduje to w sedesie.
-Gdzie się podziewa Jared, kiedy jest najbardziej potrzebny?- Kobieta unosi prawą brew w górę.
-W Europie. Sama nie wiem gdzie, ale całe szczęście, że go tu nie ma. Tylko by się o mnie martwił.- Odpowiadam.- O ile wcześniej bym go nie zaraziła. Chociaż wraca dzisiaj wieczorem.
-Mam pewne podejrzenia co do tego co ci jest.- Poganiam ją ruchem dłoni.- Tylko nie bądź na mnie zła. Wiem, że to dla ciebie trudne, ale może jesteś w ciąży?- Podnoszę się do pozycji siedzącej.
-Ale ja nie mogę mieć dzieci. Przecież to wiesz.- Uśmiecham się lekko.
-Wiem, ale może… Wiesz, cuda się zdarzają. I tak już ci kupiłam test.- Grzebie przez moment w torebce, po czym wyciąga małe, papierowe pudełko.- Nic się nie stanie, jak się upewnisz.- Podaje mi pudełko, które niepewnie łapię.
-I tak wiem co wyjdzie.- Mruczę.
                                               *                      *                      *
         Od jakiegoś czasu przyglądam się dwóm kreskom na teście ciążowym. Po tym jak Emily wyszła już któryś raz to robię. I ciągle mam nadzieję, że to nie żadna pomyłka, mimo tego co powiedział mi lekarz kilka godzin po śmieci Melody. Teraz moja „choroba” była by jako taka usprawiedliwiona, bo podobnie czułam się na początku ciąży z Mel. Wzdycham cicho i odkładam test na szafkę, chociaż po kilku minutach znów ściskam go w dłoni. Nagle dociera do mnie dźwięk otwieranych drzwi. Wstaje z łóżka i kieruję się do przed pokoju, gdzie Jared rozbiera swoje buty.
-Cześć, kochanie.- Mówi, przyciągając mnie do siebie i całuje mnie krótko, ale czule.- Jak się czujesz? Przez telefon nie brzmiałaś za dobrze.- Przejeżdża dłonią po moim policzku.
-Sama nie wiem.- Wymrukuję, chwytając jego torbę, którą po chwili mi odbiera.
-Byłaś u lekarza?- Zatrzymuje się naprzeciwko mnie i patrzy wprost w moje oczy, po czym sam sobie odpowiada.- Nie byłaś, to oczywiste. Jutro z samego rana zadzwonię po jakiegoś, bo dzisiaj jest już chyba za późno. Chyba, że naprawdę się źle czujesz. Wtedy coś wykombinuję…- Podąża w stronę sypialni, a ja zostaję w miejscu. Po chwili jego głos milknie, a on sam wraca do mnie w dłoni trzymając test.- Powiedz, proszę, że to nie jest żart.- Wyszeptuje, a moje oczy zachodzą łzami.
-Nie mam pojęcia.- Odpowiadam.- Emily go przyniosła. To wszystko by tłumaczyło…- Mój głos się łamie, zresztą sama jest bliska załamania. Leto przyciąga mnie go siebie i mocno przytula.- Nie chcę, żeby skończyło się tak jak…- Nie pozwala mi dokończyć.
-Nie mów nic.- Całuje mnie w czubek głowy.- To nasz prywatny cud.
-Albo zwykły błąd.- Odmrukuję.
-Nie bądź taką pesymistką. Może jednak zasłużyliśmy na szczęście?- Unosi mój podbródek i całuje.
-Ja się po prostu nie chcę znów się rozczarować.- Przecieram twarz dłońmi, próbując zetrzeć łzy. Ten po prostu łapie moje nadgarstki, odciągając moje ręce i całuję mnie delikanie.
-Cokolwiek się stanie, pamiętaj, że zawsze będę cię kochać i możesz na mnie liczyć.- Cmoka mnie tym razem w czoło.- Nie zapominaj o tym.

środa, 1 lutego 2017

81. ŚWIEŻE POMYSŁY

2 sierpień 2011

Wygrywam jakąś melodie na pianinie, próbując wymyślić coś nowego, gdy drzwi wejściowe się otwierają, potem zamykają, a po kilku minutach, w których dociera do mnie dźwięk kluczy zderzających się z podłogą, ciche „cholera” z ust mojej ukochanej, odgłosu jej trampka zderzającego się ze ścianą i kolejnego „cholera”, w salonie pojawia się czarnowłosa.
-Cześć.- Mówi, opadając na stołek obok mnie. Całuje mnie w policzek, po czym opiera głowę na moim ramieniu.
-Cześć.- Nie przerywam grania, bo wiem, że to uwielbia.- Jak spotkanie?- Pytam, przykładając wargi do jej czoła i składając na nim krótki całus.
-Zaskakująco dobrze.- Uśmiecha się.- Jeśli wszystko dobrze pójdzie w przyszłym miesiącu mogę zaczynać. Tylko jeszcze muszę porozmawiać z Babu, czy wkręca się w ten biznes. Ale on jak zwykle nie odbiera telefonu.- Wzdycha.
-Może dlatego, że wyjada nam jedzenie z lodówki?- Zielonooka prostuje się i spogląda na mnie.
-Mówisz serio?- Kiwam głową, potwierdzając, a moje palce cały czas wybijają początek do nowej piosenki, czyli to co do tej pory udało mi się stworzyć.- Nawet nie wiesz, jak cię kocham.- Gwałtownie wbija się w moje usta, czym samym przerywając moją grę, po czym zrywa się i prawie biegnie do kuchni. Odwracam się na stołku i przyglądam jak znika w pomieszczeniu. Podnoszę się z lekkim ociąganiem i ignorując bałagan na pianinie, podążam za nią.- Robert, trzymaj łapy z daleka od naszej lodówki!- Krzyczy, w kierunku mojego przybranego brata, którego głowa znajduje się  w urządzeniu. Ten ze strachu podskakuje, a wraz  z nim jakąś półka. Odwraca się niepewnie.
-Cześć, Oliv.- Uśmiecha się, robiąc krok w przód i zamykając naszą, objadaną biedulkę. Jak nie Shan, to Olita, a jak nie Brax, to Rob. Biedactwo.
-Mam do ciebie interes życia.- Kobieta siada na stołku barowym i mierzy wzrokiem mężczyznę.
-Już się boje.- Wzdycha Greenwood, upierając głowę na łokciach, które położył na blacie.- Ale ciebie zawsze wysłucham, bo jako jedyna w tej całej bandy masz dobre pomysły. Ty, no i Emma.- Opieram się o blat i zakładam ramiona na piersi.
-Otwieram studio fotograficzne.- Oznajmia moja żona.- I właśnie proponuję ci robotę. Wchodzisz w to?- Babu marszczy brwi, by moment później wzruszyć ramionami.
-Pewnie.- Uśmiecha się.- Ktoś jeszcze do nas dojdzie?
-Na razie nie mam pojęcia.- Przyznaje Olivia.
-A co będzie naszą specjalnością?- Dopytuje.
-Jeszcze nie wiem. Miałam pomysł, żeby zgarniać ludzi, których potem można było wysyłać jako fotografów na koncert. Wiem, że na przykład Chester miał problem, bo mu ludzi do ekipy brakowało. Ty się na tym znasz, więc nie będziesz mieć problemów. 
-Czyli mam rozumieć, że Terry nie jest brany przez ciebie pod uwagę?- Robert prostuje się, a czarnowłosa wzdycha cicho i przechyla głowę na prawo.
-Powiedzmy, że zauważyłam, że mój ojciec nie umie robić zdjęć osobom w ubraniu.- Śmieję się cicho, podobnie jak reszta.
            *        *        *
Kieruję wzrok na Olivię, która od kilku minut ciągle się we mnie wpatruje. Próbowałem ją ignorować, z zaciekawieniem wpatrując się w basen, nad którym siedzimy, czy nawet dostrzec jakieś szczegóły mojego kubka z Tygryskiem, które wcześniej mi umknęły, ale to na nic. Jest spojrzenie jest tak natarczywe, że w końcu poddaje się.
-O co chodzi, Aniołku?- Pytam, a ta przenosi swój wzrok z mojego przedramienia na moją twarz.
-Chcę tatuaż.- Otwieram szeroko oczy, zadziwiony jej odpowiedzią.- Też chcę triadę.- Dodaje, a ja drapię się w tył głowy.
-No dobrze, a w którym miejscu?- Doskonale wiem, że nie odwiodę jej od tego pomysłu, więc nawet nie zamierzam jej niczego zabraniać.
-Może pod obojczykiem.- Wskazuje miejsce, o które jej chodzi, po czym łapie wisiorek z tym znakiem.- Taka maciusieńka. To nie sprawiedliwe, że tylko ja nie mam tatuażów.- Tupie lekko nogą, a ja śmieję się cicho, nachylam się nad nią i całuję we włosy.
-Nie zapominaj, że Emma też jest czysta.- Mówię, a ta mruży oczy, zastanawiając się nad czym przez moment.
-Która godzina?- Całkowicie wytrąca mnie z tematu. Mrugam przez chwilę, po czym chwytam telefon, leżący na stoliku.
-Za kilka minut 15.- Odpowiadam, a ta podnosi się, łapie nasze puste kubki i kieruje się do budynku.- Ale gdzie ty idziesz?- Wołam za nią, a ta w drzwiach tarasowych odwraca się i posyła mi ciepły uśmiech.
-Do kuchni. Chcę pozmywać naczynia. A potem pójdę do biura.- Wskazuje w kierunku pokoju, w którym zazwyczaj przesiaduję razem z asystentką i opracowujemy jakieś szczegóły dotyczące jakiś nagrań, tras, albo czegoś całkowicie innego. Żona znika mi z oczu, a ja siedzę jeszcze tak przez kilka minut, dopóki nie zjawia się ponownie, tym razem w towarzystwie Australijki. – My wychodzimy.- Oznajmia.- Wrócę wieczorem z dziarą na pół twarzy.- Śmieje się, po czym cmoka mnie w usta.- Módl się, żebyśmy przeżyły ten ból.- Śmieję się cicho, po czym poważnieję, spoglądając na kobiety.
-Czyli ty też, Em?- Wzdycham.
-A co? Już nie mogę zaszaleć? W zasadzie też jestem częścią tego wariatkowa, więc czemu nie?- Uśmiecha się.- Przekaż bratu, że wrócę późno. Zmienił się w Shannimala i kompletnie mnie zignorował.- Machają mi, po czym znikają w domu. Po kolejnych kilku minutach sam się podnoszę i wracam do domu. Kieruję się w stronę odgłosów zarzynanej perkusji, dzięki czemu docieram do zalanego potem Shannona wokół którego leży pełno połamanych pałeczek do gry.
-Bro!- Wrzeszczę, próbując zagłuszyć jego ulubiony instrument. Gdy w końcu mi się udaje przyciągnąć jego uwagę i to raczej machając szaleńczo do niego, niż moim darciem się, wyjmuje słuchawki z uszu.
-Długo tu tak stoisz?- Pyta, przekręcając się na stołku.
-Chwilkę, ale Em wyszła z Olivią.- Opadam na sofę, stojącą pod ścianą. Przyglądam się jak mój starszy brat ociera pot białym ręcznikiem, który potem ląduje obok instrumentu.
-A gdzie pognały? Myślałem, że nie miała na dzisiaj żadnych spraw do załatwienia na mieście.- Upija łyk wody, a ja odczekuje kilka chwil i dopóki butelka nie ląduje z powrotem koło jego nóg nie wyduszam z siebie ani słowa.-  Hej, mowę ci odjęło?
-Nie, po prostu wolę, żebyś nie rozlał niczego, bo potem ja to będę musiał sprzątać, królewno.- Rzucam w niego kawałkiem pałeczki, który wylądował obok kanapy.- Dziewczyny poszły zrobić sobie tatuaż.- Oznajmiam, a ten patrzy na mnie kilka minut w totalnej ciszy.- Mowę ci odjęło?- Pytam, wykorzystując jego wcześniejszy tekst.
-Yyy… Nie, ale… Cholera… Emma nic mi nie wspominała… Szlag, tatuaż?- Z rozbawieniem oglądam jego reakcje na tę wiadomość.- Kogo to pomysł?
-Olivii.  Z tego co wiem, właśnie na to wpadła, a twojej dziewczynie najwyraźniej się ten pomysł spodobał.- Wzruszam ramionami.
-W zasadzie, to całkiem, całkiem.  Mi też zaczyna to się podobać.- Szczerzy się w szerokim uśmiechu.

80. ŚLUB TOMO I VICKI

3 lipiec 2011

    Przyglądam się jak mój przyjaciel i jego narzeczona mówią sobie sakramentalne „tak”, jednocześnie obejmując ramieniem Olivię. Spoglądam na nią i uśmiecham się do niej leciutko, po czym całuję w czubek głowy. Kilka minut później wszyscy wychodzą z małego kościółka i kierujemy się do hotelu tuż obok plaży, w którego ogrodzie ma się odbyć wesele. Ciągle zastanawiam się jak oni znaleźli to miejsce i kiedy to wszystko przygotowali. Docieramy do wielkiego ogrodu z widokiem na morze, pośrodku którego stoi parkiet, a wokół porozstawiane są stoliki dla najbliższej rodziny i znajomych pary młodej. Po złożeniu życzeń schodzimy się do swoich stolików. Mi jak zwykle wypadł przydział z bratem. Z szerokim uśmiechem odsuwam krzesło dla mojej żony, a Shannon idzie moim przykładem i obok robi to samo z krzesłem dla mojej asystentki.  Siadam pomiędzy bratem, a panią fotograf, która chociaż dzisiaj rozstała się z aparatem.
    -Tylko, Bro, nie upij się dzisiaj.- Mówię, nachylając się do perkusisty.- Nie chcę cię potem zgarniać z podłogi.- Perkusista spogląda na mnie jak na wariata.- Poważnie mówię.
-Człowieku, ja nawet alkoholu nie tknę!- Broni się.- Nie mam dzisiaj ochoty.- Marszczę brwi na tą jego uwagę.- No, co?
-Nic, po prostu nie spodziewałem się takich słów po tobie.- Wzruszam ramionami, jednocześnie będąc pewny, że Tomo na sto procent namówi go na wypicie choćby jednego kieliszka. Nie to, że nie wierzę w zdolności odmawiania swojego brata, ale… No dobra, nie wierzę.

*        *        *
    Podchodzę do mojej żony, która od kilku minut stoi, wpatrując się w morze. Ma na sobie złotą sukienkę, sięgającą lekko za kolana. Zdejmuję marynarę i narzucam jej na ramiona, a ta odwraca się gwałtownie, po czym widząc, że to ja, uśmiecha lekko.
    -Nie chciałem cię przestraszyć.- Mówię cicho, stając teraz obok kobiety.
    -Muzyka zagłusza kroki.- Spogląda na mnie, po czym wtula się w moje ramię.- Nawet gdybyś był wielkim słoniem, to bym cię nie usłyszała.- Dodaje, a ja cmokam ją we włosy.
    -Dobrze, że użyłaś tego „gdybyś był”, bo w innym wypadku mógłbym się troszkę pogniewać.- Przejeżdżam językiem po dolnej wardze, czekając na jej reakcje.
    -Spokojnie, mało ci do niego brakuje.- Chcąc, nie chcąc muszę się uśmiechnąć, ale moment później przywołuję się do porządku, bo przecież, Leto, ona cię obraziła!
-Hej, nie zapędzasz się? Jestem twoim mężem i chyba mam prawo do jakiegoś szacunku?- Kontynuuję naszą dyskusję, która mnie śmieszy, ale tylko w duchu. Na zewnątrz próbuję zachować powagę, co nawet całkiem nieźle mi idzie.
-No, ale halo, masz swój „jakiś szacunek”. Przecież możesz spać ze mną w łóżku, a nie na podłodze.- Marszczę brwi, przyglądając się jak przenosi spojrzenie z niebieskiego morza na moją twarz, a na jej twarzy dostrzegam ten dobrze mi znany uśmiech, który oznacza tylko jedno. Droczy się ze mną.
-Co prawda, to prawda.- Mruczę w końcu, dając jej wygrać tą potyczkę słowną, ale obiecując sobie, że w następnej to ja będę zwycięzcą. Wpatruje się w jej uśmiech triumfu, ciesząc się z tego, że jest tu ze mną.
-Twoje oczy mają taki sam kolor jak to morze, wiesz?- Mówi, a ja kładę dłoń na jej policzku i całuję ją delikatnie.
-A ja cię bardzo mocno kocham, wiesz?- Kobieta marszczy nosek.
-A wiem.- Odpowiada, a marynarka zsuwa jej się z ramion i spada na trawę. Chcę ją podnieść, ale własna żona mnie uprzedza. Prostuję się, a ona już otrzepuje ją z niewidzialnych brudów.
-Daj spokój, nic się nie stało.- Wzdycham, wyjmując ciuch z jej rąk i ponownie zarzucając na jej ramiona.
-Ty mówisz „daj spokój”, ale to ja będę ją musiała później prać.- Pstryka mnie w nos.
-Tu akurat masz racje.- Obejmuję ją w pasie, stając za nią i wpatrujemy się w zachodzące słońce, a gdy ono już znika obok pojawia się Shan.
-Oliver!- Wykrzykuje, a ja wywracam oczami.- Co tak stoisz z tym pajacem?- Klepie mnie po ramieniu, a Olivia spogląda na mnie z rozbawieniem.- A czekaj, zapomniałem, to twój mąż.- Perkusista wystawia ręce w geście obronnym i przez moment się zatacza, ale po chwili znów stoi prosto.- Ta wyspa jest jakaś dziwna.- Mruczy, marszcząc brwi.- Cały wieczór nią trzęsie.- Krzywi się, ja wzdychając łapię go pod ramię.
-Chodź, Bro, poszukamy Emmy.- Mówię, próbując prowadzić go w stronę stolików, ale ten się opiera.
-Nie chce mnie!- Jęczy, co trochę jednak przypomina jego płaczliwy ton, którego zazwyczaj używa, gdy ma dość prób. Stoi tak bez ruchu, przez chwilę, po czym jednak rusza. W ciszy pokonujemy kilka metrów. Przez całą drogę rozglądam się dookoła, szukając swojej asystentki, a Olivia kroczy tuż za nami. Wskazuje mi blondynkę, która siedzi przy naszym stoliku z opuszczoną głową na blat. Pomagam usiąść bratu na moim krześle, co zwraca uwagę Australijki, która podnosi głowę i spogląda na nas błagalnie.
-Zróbcie coś z nim, bo ja już mam dość.- Wygląda jakby zaraz miała się rozpłakać. Moja żona staje za nią i kładzie jej dłonie na ramionach.
-A ja cię ostrzegałam przed związywaniem się z jednym z braci Leto i mnie nie posłuchałaś.- Mówi, a ja parzę na nią, marszcząc brwi.- A ty się tak nie gap. Jesteś równie irytujący jak twój brat, z tą różnicą, że jak się upijesz, to zachowujesz się jak dziecko.- Shannon w reakcji na jej słowa wybucha głośnym śmiechem, dzięki czemu przykuwa uwagę Tomislava. No tak, tylko pana młodego nam tu brakowała, jakby nie miał co robić. W momencie, gdy gitarzysta jest kilka kroków od nas, tej starszy Leto opuszcza głowę na blat, a raczej zrobiłby to, gdyby nie tort, który zostawiłem sobie na potem, także teraz mam twarz brata o bardzo słodkim smaku, albo ciasto z wyjątkowo pijanym bratem. Wszystko zależy od punktu widzenia. Spoglądam na pozostałych, w tym na Milicevica, który zatrzymał się w pół kroku i po prosu wybuchamy śmiechem.
-Ja mu zdjęcie muszę zrobić.- Wykrztusza Chorwat, wyciągając z marynarki telefon.- Wiecie, takie w razie, gdybym kiedyś potrzebował go zaszantażować.- Uśmiecha się szeroko, dzięki czemu doskonale widać jego krzywe zęby. Opieram ręce na biodrach, przyglądając się jak najmłodszy z zespołu robi zdjęcia z każdej możliwej perspektywy. W końcu prostuje się, a jego wzrok zatrzymuje się na Olivi.- Leć do fotografa i pożycz jego aparat. Te moje fotki nie wystarczą.- Kobieta spogląda na mnie, a ja kiwam leciutko głową z uśmiechem, wyrażając zgodę na złamanie wieczoru bez aparatu.

79. PLOTKI, PLOTECZKI



14 czerwiec 2011, Paryż
Łapię mocniej dłoń Jareda, zatrzymując tym samym nas przed kioskiem. Chwytam wolną rękę gazetę, która rzuciła mi się w oczy i otwieram na artykule o moim przyjacielu i jego prawie byłej żonie. Puszczam muzyka i z kieszeni wyciągam kilka euro, które daje sprzedawcy. Kontynuujemy podróż do mieszkania. Po dotarciu tam, od razu biorę się za czytanie artykułu, z którego dowiaduję się, że Jack jest podobno agresywny i nie umie się zająć dzieciakami, no i dostał zakaz zbliżania się do Elson.
-Co cię tak wciągnęło?- Pyta Jay, nachylając się nade mną. Marszczy brwi, zapewne czytając początek.- O cholera, to prawda o tym zakazie?- Okrąża sofę i siada obok mnie.
-Nie wiem. Nic mi nie mówił.- Wzdycham.- Zaraz do niego zadzwonię, ale mi się to w ogóle nie podoba.- Chwytam telefon i wykręcam numer do mojego cholernego przyjaciela. Jako, że ostatnio dużo podróżuję z chłopakami zaopatrzyłam się w „międzynarodowy telefon”, żeby nie narażać się na wielkie koszty. Po jakiś trzech sygnałach, odbiera.
-Tak?
-Jackie, ja naprawdę polubiłam Karen, ale co ona, do cholery, wyprawia? Jeśli trzeba, mogę zeznawać na jej niekorzyść.- Rzucam, ciągle wpatrując się w gazetę.- I dlaczego ja o niczym nie wiem?
-Zanim zaczniesz ją obrażać.- Zaczyna.- To nie jej wina. Prawnicy bez jej wiedzy chcieli mnie oczernić. Zresztą jak się o wszystkim dowiedziałem, to właśnie u mnie była i zostawiała dzieciaki. Nie musisz się o nic martwić.
-Na pewno? Wiesz, mi możesz powiedzieć o wszystkim.- Wtulam się w młodszego Leto, który ciągle siedzi obok mnie i głaska mnie delikatnie po ramieniu.
-Wiem, ale skąd ty o tym wiesz?
-Z gazety. Wylądowaliście na pierwszej stronie jakiegoś brukowca.- Uśmiecham się lekko, chociaż on i tak nie może tego widzieć.
-I ty im wierzysz? Pewnie jeszcze piszą, że mam jakieś romanse, co?- Przelatuję wzrokiem po artykule.
-Tak, ze mną w dodatku. Nawet zdjęcie dali.- Uśmiecham się, a ten wybucha śmiechem, podobnie jak Jay.- To jak odbieraliśmy dzieciaki z przedszkola.- Dodaję.
-No widzisz? Same głupoty.
-Ale sam potwierdziłeś ten zakaz. To było prawdą.
-No w sumie, ale następnym razem jak chcesz się czegoś dowiedzieć, dzwoń prosto do mnie, jasne?
-Jak słońce.- Odpowiadam.
-Gdzie jesteście aktualnie? Miałaś mi wysyłać pocztówki. Henry też się już niecierpliwi.- Wyobrażam sobie jego minę.
-Aktualnie jesteśmy w mieszkaniu w Paryżu. Zbankrutowałabym, gdybym miała wam wysyłać pocztówki z wszystkich miejsc. Dostaniecie je razem przy następnym naszym spotkaniu.
-W takim razie już nie mogę się doczekać. Pozdrów mężusia.
-Mężuś pilnuje czy aby na pewno mnie żonka z tobą nie zdradza.- Odzywa się Jay, a ja parskam śmiechem.
-Nie zdradza. Ja na to czasu nie mam.- Odpowiada.- Lizi, kochanie, od kiedy on nas podsłuchuje?- Wybucham jeszcze głośniejszym śmiechem.- A tak na poważnie, kończę, bo dzieciaki zabierają mnie dzisiaj do zoo, więc muszę się powoli zbierać.- Mówi z entuzjazmem.- Pa.- Rozłącza się, a ja odkładam telefon obok siebie i spoglądam w górę, na Jareda.
-Dobrze, że to tylko fałszywy alarm.- Mężczyzna cmoka mnie w nos, jednocześnie wsuwając dłoń pod moją koszulkę.- Chyba wiem do czego zmierzasz.- Mruczę, przenosząc się na jego kolana. Wbijam się w jego usta, a ten ściąga górną cześć mojej garderoby. Gdy ta ląduje na stoliku za mną, drzwi do mieszkania się otwierają.
-Dobrze, że nie wpadłem tu minutę później.- Komentuje Braxton, od razu kierując się do kuchni. Sięgam po ubranie i naciągam go na siebie. Wzdycham cicho, a Jared całuje mnie jedynie w czoło. Schodzę z niego, a ten podnosi się.
-Brax, nikt cię tu nie chce. Możesz sobie iść?- Pytam, wychylając się z kanapy i spoglądając jak opróżnia naszą lodówkę. On musi być jakoś spokrewniony z Shannonem, bo ten też ciągle nas objada.
-Nie? Za dobrze się tu czuję.- Spogląda na mnie zza prawego ramienia i wysyła szeroki uśmiech.
-Nie możesz się gdzie indziej dobrze czuć?- Dopytuje, a młodszy Leto śmieje się, siadając przy blacie.
-Olivii najwyraźniej bardzo zależy na spędzeniu ze mną upojnego wieczoru i kto wie, może nawet nocy.
-A żebyś wiedział.- Rzucam, opadając na sofę.
-To raczej nic z tego. Reszta ma tu wpaść za pół godziny.- Jęczę cicho i to bynajmniej nie z rozkoszy.
-Co? Nie po to macie zapłacone pokoje w hotelu, żeby przesiadywać u nas.
-Jej chyba naprawdę zależy.- Mruczy Olita.
-Słyszę cię, dupku. Pewnie to wszystko twoja wina. Po co ich tu zapraszałeś?
-To naprawdę nie ja. Shannon kazał mi tu przyjść i uprzedzić, żebyście przypadkiem nie robili takich planów, jak właśnie zrobiliście.- Słyszę jak zamyka lodówkę.- Także zwalaj wszystko na niego. Ja tu jestem tylko ofiarą twojej złości.- Nagle pojawia się nade mną, a ja mimo wolnie uderzam go w twarz. I nawet nie mam wyrzutów sumienia.
-Nie rób tak więcej.- Mówię, gdy ten się podnosi, trzymając za lewe oko.
-Nie mogłaś ciutkę lecej? Jutro mamy koncert. Muszę jakoś wyglądać.
-Hej, Brax, jesteś tylko w tle i tak nikt na ciebie nie patrzy.- Uśmiecham się wrednie, a ten krzywi.
-To boli.- Komentuje, zwalając się na mnie.- I to, że jesteśmy spokrewnieni nie upoważnia cię do obrażania mnie, jasne?- Wystawia palec wskazujący w moim kierunku, chyba mi grożąc, a ja przybliżam się w jego kierunku i po prostu go gryzę.- Cholera! Co to było?- Pyta, zabierając gwałtownie rękę.
-Po prostu ci się należało.- Krzyżuję ramiona na piersi, siadając normalnie, ze stopami na mięciutkim dywanie.
-Olivia ma focha.- Ogłasza Jared, pojawiając się po mojej drugiej stronie.- Ale mam nadzieję, kochanie, że nie na mnie.- Robi smutną, a jednocześnie proszącą minę, a ja po prostu się rozczulam i obejmuję jego twarz w dłonie i leciutko całuję w usta.
-Nie mogłabym się na ciebie gniewać.- Mówię, a do mieszkania wpada Shannon..

78. ŚLUB

7 czerwiec 2011



Spoglądam na parkiet, na którym tańczy Emma w objęciach Shannona. Uśmiecham się na ich widok. Odkąd dwa miesiące temu wpadliśmy niezapowiedzianie do mieszkania perkusisty przestali ukrywać się ze swoimi uczuciami i są szczęśliwi. Obok nich do rytmu porusza się Anthony, Emily i mały Victor, ich synek. Trochę dalej dostrzegam Terrego i Alexandrę, jego dziewczynę i jednocześnie asystentkę. Przechylam głowę na lewo i dostrzegam Jareda, który wpatruje się we mnie z uśmiechem.
-No co?- Pytam, a ten nachyla się w moim kierunku.
-Bardzo cię kocham, Aniele.- Składa na moich ustach krótki pocałunek.- Zatańczysz?- Kiwam głową, wyrażając zgodę, a ten pomaga mi wstać. Prowadzi mnie na parkiet, po czym obejmuje.
-Jay?- Szepczę, wtulając się w jego ciało.
-Tak?
-To trochę szalone.- Muzyk odrywa się ode mnie i spogląda wprost w moje oczy.
-Ale nie żałujesz, prawda?- Uśmiecham się do niego i cmokam w usta.
-Żartujesz? To najlepsza decyzja jaką mogłam podjąć. Kocham cię najbardziej na świecie i nie wyobrażam życia bez ciebie, rozumiesz? A te dwa miesiące były cudowne i mam nadzieję, że całe nasze życie będzie tak wyglądać.- Niebieskooki unosi kąciki ust w górę.
-W sumie to masz racje, ślub po dwóch miesiącach jest trochę szalony.- Śmieję się  cicho.
-Nie zapominaj, że zepsuliśmy razem mój wcześniejszy ślub. To było chyba bardziej szalone.
-Może trochę.- Obok nas pojawia się White. Wystawia dłoń w moim kierunku.
-Mogę?- Leto przekazuje mnie Jackowi, więc wtulam się tym razem w czarnowłosego.- Jesteś moją ulubioną cholerną przyjaciółką, więc jeśli ten tam.- Wskazuje palcem na Jareda.- Kiedykolwiek cię skrzywdzi masz mi o tym od razu powiedzieć, jasne? Załatwię go wtedy.- Prycham.
-Przecież ty nie umiesz się bić.- Przypominam.
-To nic nie znaczący szczegół.
-Jack, przestań żartować, lepiej mi powiedz gdzie są dzieciaki?- Rozglądam się dookoła, ale nigdzie nie dostrzegam jego dzieci.
-Właśnie dorwały twojego  męża.- Wskazuje na lewo, gdzie maluchy rzeczywiście otoczyły Jaya.-
                                *                      *                      *
Przekręcam na palcu srebrną obrączkę z czterema znakami- glifami i małą triadą od wewnętrznej strony. Jeszcze przed śmiercią Melody ustaliliśmy, że tak będą wyglądać nasze obrączki, tylko teraz nie bardzo pamiętam czy to był pomysł, mój czy Jaya? Chociaż triadę dodaliśmy pół godziny przed odwiedzeniem jubilera. W każdym razie tak zostało i nawet gdyby ktoś zaproponował mi górę złota i zwykłą obrączkę zostałabym przy tej, bo znaczy dla mnie naprawdę wiele.
Przelatuję spojrzeniem po sali, szukając Jareda, który zniknął jakieś pół godziny temu, ale nigdzie go nie ma, za to koło mnie pojawia się Emily. Siada na krześle, które wcześniej zajmował mój już mąż.
-Moje słoneczko nie jest już starą panną, po prostu nie wierzę.- Mówi, opierając się o oparcie.
-Hej, wypraszam sobie tą starą.- Jęczę, marszcząc nos.
-No może nie taką starą, ale popatrz, jesteśmy w tym samym wieku, a ja się hajtnęłam jakieś trzy lata temu i już mam tego małego szkraba.- Wskazuje na Victora, który bawi się z dzieciakami Whita, pod dokładnym nadzorem Tonego.- W porównaniu ze mną, byłaś starą panną.- Zaplata ręce na piersi.
-Ty do czegoś konkretnie zmierzasz, czy po prostu paplasz co ci ślina przyniesie na język?- Unoszę prawą brew w górę, a ta wzdycha cicho.
-No właśnie w tym problem, że chyba po prostu paplam, bo ostatnim razem tak naprawdę rozmawiałyśmy jeszcze wiesz, przed tym całym zamieszaniem.- Mówi, a ja uświadamiam sobie, że ma racje.- I nawet nie pozwoliłaś mi się odwdzięczyć za zorganizowanie mojego wesela, tylko sama to wszystko zrobiłaś.- Wymachuje rękoma.
-Przepraszam, że cię tak zaniedbałam.- Mruczę, spuszczając wzrok.- Naprawdę nie chciałam. Nawet starałam się do ciebie odzywać jak mieszkałam u Jacka, ale znając ciebie, jeśli to byłby stały kontakt, od razu wyciągnęłabyś mój adres i wypaplała Jaredowi, a przypominam, tego właśnie nie chciałam.
-Taaa, tu masz akurat rację, więc o nic cię nie winię, no ale przecież mogłam ci pomóc z tym weselem. Tego akurat ci nie daruję, chyba że obiecasz, że znów będziemy przyjaciółkami na śmierć i życie.- Z uśmiechem spoglądam ponownie na nią.
-Emi, przecież zawsze nimi byłyśmy.
-No, w takim razie mogę ci powiedzieć, że opaćkałaś się jedząc przed chwilą ciasto.- Spoglądam w dół, na białą sukienkę, na której dostrzegam okruszki z ciasta. Strzepuję je jak najszybciej, po czym mrożę dziewczynę wzrokiem.
-Czemu mi wcześniej nie powiedziałaś?- Syczę cicho, a ta wybucha śmiechem.
-Żeby właśnie tak się pośmiać.- Składa na moim policzku całusa i już jej nie ma, ale nie na długo pozostaję sama, bo obok mnie pojawia się Jack.
-Widziałem, że cię Emily dorwała.- Mówi, siadając na krześle, które moment wcześniej zajmowała blondynka.
-No, tak jakby.- Robię minę, która powinna mu powiedzieć wszystko i przypominam sobie o czymś, a raczej o kimś.- Nie widziałeś Jareda? Zniknął mi.
-Niespodziankę ci przygotowuje.- Odpowiada czarnowłosy takim tonem głosu, jakby to było oczywiste. Otwieram szeroko oczy, cały czas wpatrując się w niego.- No, nie gap się tak, bo ci zaraz gałki oczne wypadną.- Przechyla lekko głowę.
-Jaką znów niespodziankę?
-Jak ci powiem, to już nie będzie niespodzianka, dlatego muszę siedzieć cicho, jak ta, mysz pod młotem.- Uśmiecha się szeroko, a moja dłoń ląduje na czole.
-Pod miotłą, matole.- Poprawiam go, a ten wywraca oczami.
-Jedna cholera, ważne że cicho.- Ponownie się szczerzy, a muzyka w tle nagle milknie. Próbuję coś zobaczyć w tłumie ludzi, ale jak to tłum ludzi, wszystko zasłaniają.- To znaczy, że się zaczyna.- Spoglądam na Whita, który cały czas siedzi na miejscu mojego męża, nie robiąc sobie nic z tego, że ja tu zaraz oszaleją.- No siedź spokojnie. Zaraz wszystkiego się dowiesz.- Wraz z końcem jego wypowiedzi, rozbrzmiewa jakaś melodia z cichym „Oh oh” w wykonaniu Jaya. Ludzie się rozchodzą, a ja dostrzegam na małej scenie, stojącej centralnie naprzeciwko trzech muzyków.
-I've been dreaming
Of things yet to come
Living, learning, watching, burning
Eyes on the sun
-
Śpiewa młodszy Leto, a ja przyglądam mu się jak zaczarowana.
-I’m leaving
Gone yesterday
Brutal, laughing, fighting, fucking
A price I had to pay-
Jared zeskakuje ze sceny i powoli podchodzi do stolika przy którym siedzę.
Bright lights, big city
She dreams of love
Bright lights, big city.- Słowa z mojej ulubionej koszulki.
He lives to run-
Zatrzymuje się przede mną i wpatruje we mnie smutnym spojrzeniem, bo te słowa padły z moich ust na lotnisku, gdy wyjeżdżał w trasę. 
-To run, to run, to run….- Powtarzają cicho Tomo i Shan do mikrofonu, a Jay nadal się we mnie wparuję.
-Przepraszam.- Mówię bezgłośnie, z oczami pełnymi łez, a ten uśmiecha się słabo, po czym kontynuuje piosenkę.
-Demon
Where did my angel go
Vacant, vapid, stupid, perfect
You are the one.-
Tym razem jak też się uśmiecham, słysząc jednocześnie przezwisko ojca, o któro tyle razy się z nim kłóciłam, to jak mnie ciągle nazywa i wyznanie, które znaczy dla mnie więcej niż te wszystkie przyrzeczenia.
-A new day, a new age, a new face, a new lay
A new love, a new drug, a new me, a new you
.-
No i nie mogło zabraknąć naszego postanowienie, że zaczynamy wszystko od początku. Niebieskooki wraca na scenę, ponownie powtarzając refren.
-Bright lights, big city
She dreams of love
Bright lights, big city
He lives to run.
I forgive
Had enough
Time to live
Time to love.-
Po tym znów wkracza Shan i Tomo, po czym Jared kończy piosenkę refrenem. Prawie wpycha mikrofon swojemu bratu i kieruje się w moją stronę. Podnoszę się z krzesła, a ten pojawia obok mnie, wyciągając ramiona, którymi moment później mnie oplata w szczelnym uścisku.
            -To…- Zaczynam, pociągając nosem.- Było po prostu cudowne.- Mówię, unosząc głowę i spoglądając w jego tęczówki.
            -Od razu przepraszam za nazwanie cię próżnym, nudnym i głupim aniołem, ale ten fragment pisałem akurat w samolocie, zaraz po tym jak oddałaś mi pierścionek…- Krzywi się nieznacznie, a ja po prostu wbijam się w jego usta.

77. WIELKIE KROKI

25 marzec 2011



Przechodzę koło łazienki i do moich uszu dociera śpiew Jareda z pod prysznicu. Aktualnie wydziera się, udając Davida Bowiego .
-We can beat them, just for one day
We can be Heroes, just for
one day!- Śpiewa, a ja uśmiecham się lekko. Tego właśnie brakowało mi w Nashville.
-Ciszej, Jay!- Wołam, mimo wszystko.- Shannon narzeka.- Dodaje.
-Przekaż mu, żeby się w dupę pocałował!- Parskam śmiechem słysząc odpowiedź niebieskookiego. Kontynuuje moją drogę do sypialni i do szafy odkładam poskładane ciuchy. Gdy wracam na dół, drzwi od łazienki się otwierają i z pomieszczenia wychodzi muzyk, owinięty w pasie ręcznikiem.- Dawno temu przyjechał?- Pyta, łapiąc mnie w ramiona.
-Jakieś 10 minut temu. Aktualnie opróżnia nam lodówkę.- Cmokam go w usta.- Tak, więc się pośpiesz.- Wyplątuję się z jego ramion i schodzę po schodach do salonu.- Shan, Emma z tobą nie przyjechała?- Mówię w kierunku kuchni, z której po chwili wychyla się głowa perkusisty.
-Yyy… Nie?- Odpowiada z pełną buzią. Przełyka to co do tej pory żuł.- Pojechała załatwić coś z wyjazdem do Brazylii. Za godzinę powinna wrócić.- Ponownie znika.- Jack dzwonił.- Słyszę jeszcze, więc podążam za nim. Otwiera lodówkę, zapewnie chcąc jeszcze coś zjeść.
-Emma ci nie karmi?- Rzucam, a ten odwraca się w moim kierunku.
-Jest zajęta czymś innym.- Mówi z wielkim uśmiechem, a ja krzywię się, zarzucając sobie w duchu, że w ogóle zadałam mu to pytanie.- Nie mamy czasu na jedzenie.- Wysyła mi oczko, a do  nas dołącza Jared.
-Bro, przestań nas objadać.- Mruczy na wstępie, a ja chwytam swój telefon, leżący na blacie.
-Nie wiesz po co dzwonił?- Pytam, a ten tylko wzrusza ramionami.
-Prosił, żebyś oddzwoniła.- Wychodzę do salonu, żeby im nie przeszkadzać i wybieram numer mojego cholernego przyjaciela. Odbiera prawie od razu.
-Cześć, Lizi. Mam mały problem.- Mruczy.- Zapomniałem powiedzieć Roxie, że lecę do NY i nie mam zarezerwowanego hotelu…- Przerywam mu, opadając na sofę, która stoi obok perkusji starszego z braci.
-Jedź do Terrego i poproś go o zapasowy klucz do mieszkania i powiedz mu, że miał do mnie zadzwonić wczoraj.
-Dzięki, wiedziałem, że na ciebie mogę liczyć.- Oczyma wyobraźni widzę jego uśmiech.- Tak właściwie to już u niego jestem, ale wolałem się upewnić. Mówi, że zadzwoni wieczorem.
-Tylko niech uwzględni różnicę czasową.- Przymykam powieki.
-Oki. To pa.- Cmoka i rozłącza się, a ja tkwię w takiej pozycji dopóki ktoś nie zwala się na mnie.
-Shannon Christopher Leto, zabieraj ze mnie swój wielki tyłek.- Syczę, a ten ze śmiechem zajmuje miejsce obok mnie.
-Nawet nie wiesz jak mi cię brakowało.- Cmoka mnie w policzek, a ja wywracam oczami.
                                *                      *                      *
Wychodzę na taras i uśmiecham się na widok Jared, który stoi na brzegu basenu z kubkiem herbaty w dłoni. Podchodzę do niego.
-O czym tak myślisz?- Pytam.- Stoisz tu już pół godziny.- Mężczyzna spogląda na mnie swoimi intensywnie niebieskimi oczętami.
-Wyjdź za mnie.- Oznajmia, a ja otwieram lekko usta.- Wiem, że dopiero od kilku dni jesteśmy znów razem, ale ja naprawdę chcę spędzić z tobą resztę swojego życia.- Uśmiecham się, zagryzając jednocześnie wargę.
-Zgoda.- Odpowiadam, a ten marszy brwi.
-Serio?- Potwierdzam ruchem głowy, z coraz większym uśmiechem.- Myślałem, że z godzinę cię będę błagać na kolanach.- Śmieje się cicho, obejmując mnie ramieniem.
-Kocham cię i po tym wszystkim, wiem, że nie mogę bez ciebie żyć.- Wspinam się na palcach i całuję go krótko.
-W takim razie, Aniele, ślub zorganizujemy zaraz po amerykańskiej części trasy, przed Europą, czyli przed 10 czerwca będziesz już moją żoną.
-Nie zapominaj, że Tomo i Vicki  też chcą się pobrać. Nie obrażą się, że się tak wepchniemy przed nimi?- Zagryzam policzek od środka, a ten odkłada kubek na stolik obok i łapie moją twarz w swoje dłonie.
-Według nich powinienem cię poślubić od razu, po wparowaniu na twój ślub. Proponowali mi nawet podwójną ceremonie.- Cmoka mnie w nos.- Będą szczęśliwi, że w ogóle się na to zdecydowaliśmy.- Tym razem całuje mnie w usta, tak długo aż brakuje nam powietrza.