POSTACIE Strona głóna

czwartek, 29 października 2015

16. MOTEL



5 sierpień 2006
Budzi mnie dzwonek telefonu. Na ślepo szukam go na szafce nocnej. Gdy w końcu wpada w moje ręce, odbieram, nawet nie patrząc kto to.
-No wreszcie.- Po drugiej stronie wydziera się Terrence.- Wytłumacz mi, dlaczego nie mogę dodzwonić się do mojej córki?
-Ciszej, Olivia śpi.- Szepczę.- Komórka jej się zepsuła.- Odpowiadam, a dziewczyna w moich ramionach zaczyna się wiercić.
-Wszystko u niej w porządku? Nie dzwoniła do mnie wczoraj.
-Terry wróciliśmy do pokoju po czwartej nad ranem. Możemy się wyspać? Jesteśmy zmęczeni.
-Niech ci będzie, ale niech do mnie zadzwoni później.
-Dobrze.
-I przepraszam.- Stop, czy Terry Richardson właśnie mnie przeprosił? Myślę co mam odpowiedzieć, gdy do moich uszu dociera odgłos zakończenia połączenia. To już bardziej do niego pasuje. Odkładam telefon na szafkę i spoglądam na czarnowłosą, która śpi wtulona we mnie. Na jej ustach widoczny jest delikatny uśmiech, więc pewnie śni jej się coś miłego. Zamykam powieki i zapadam w sen.
Po raz drugi budzą mnie promienie słońca zaglądające do sypialni. Otwieram oczy i przelatuje spojrzeniem pomieszczenie. Wnętrze nie zmieniło się tak bardzo od kręcenia „The Kill”, ale za to dużo pozmieniało się w ogrodzie. W całym budynku dominuje kolor brązowy i biały, co w naszym teledysku daje trochę ponurego wyglądu, ale mimo wszystko jest tu bardzo przytulnie.
Mimowolnie zaczynam gładzić odsłonięte ramie mojej dziewczyny, uważając przy tym, żeby jej nie obudzić. Po kilkunastu minutach jej powieki się otwierają i wpatruje się we mnie zielonymi oczętami. Kąciki jej ust unoszą się w górę.
-Jak się spało?- Pytam, całując ją w głowę. Czarnowłosa przez moment się wierci w moich ramionach, aż w końcu znajduje najwygodniejszą pozycje.
-Dobrze, a tobie? Zdaje się, że całą noc przespałam, leżąc na tobie.- Siada na łóżku i przeciera oczy.
-Czy mi to kiedykolwiek przeszkadzało? Jesteś leciutka.- Odwraca się w moją stronę i nachyla, dając mi całusa.- Chyba mi się wczoraj przysnęło.- Komentuje, zagryzając wargę.
-Tak trochę.- Odpowiadam ze śmiechem.-Ale możemy nadrobić to teraz.- Uśmiecham się z chytrze, a ona wbija w moje usta. Jednak w pewnym momencie coś ląduje obok nas. Czarnowłosa odrywa się od moich warg. Jęczę cicho, zauważając co, a raczej kto, zakłóca nam poranek.- Czego chcesz?- Pytam, znudzonym głosem, przyciągając do siebie dziewczynę.
-Jako jedyni jeszcze nie wstaliście, a za chwilę nie zostanie dla was ani okruszka ze śniadanie, więc polecam wybrać się do jadalni.
-Jak się tu dostałeś?- Richardson wstaje i kieruje się prosto do łazienki. Spoglądam na mojego brata, który patrzy na zamknięte już drzwi.- Shan, nie gap się na nią.
-No już nie mogę przyjrzeć się dokładnie dziewczynie swojego brata?- Spogląda na mnie z szerokim uśmiechem.
-Nie, jeśli ma na sobie tylko prowizoryczną piżamę. A teraz odpowiadaj, jak się tu dostałeś?
-Było otwarte.- Unosi kąciki ust jeszcze wyżej, a ja wzdycham.
-Chyba muszę nauczyć Olivię zamykać drzwi. Właśnie, dobrze, że sobie przypomniałem. Czy jest coś między tobą, a moją asystentką?
-Przecież Emma nie ma czasu na romanse. Wczoraj tylko z nią potańczyłem.- Wzrusza ramionami.- Nic więcej. Naprawdę.
-Dobra, Bro, wierzę ci. Tylko tak, z ciekawości pytałem.- Do pomieszczenia wchodzi czarnowłosa, ubrana w dżinsy i moją koszulkę z Black Sabbath.
-Ja jestem gotowa, a ty?- Zwraca się do mnie, opierając o ścianę. Zrzucam nogi na wykładzinę i idę do łazienki. Po porannej toalecie ubieram dżinsy, przewieszone przez wannę. Była tu jeszcze koszulka, którą aktualnie ma na sobie moja dziewczyna. Wracam do sypialni i z walizki wyciągam taką z Red Hot Chili Peppers. Zakładam ją.
                                *                      *                      *
Pakuję walizki do samochodu, po czym zamykam bagażnik. Spoglądam na Richardson, która ciągle rozmawia z Terrencem. Odwraca się, tak jakby wyczuwała mój wzrok i wywraca oczami. Kieruje się w moją stronę.
-Muszę kończyć, zaraz wyjeżdżamy… Dobrze, będziemy uważać… Pa.- Rozłącza się z wyraźną ulgą i oddaje mi telefon.- Już myślałam, że nigdy nie skończy.- Komentuje.
-Martwi się o ciebie.- Uśmiecham się do niej i łapię za rękę.- Musimy iść się pożegnać.- Wchodzimy do budynku, gdzie w holu zebrała się większość osób. Podchodzimy do Matta i Libby.
-Gotowi do drogi?- Odzywa się basista, a ja kiwam głową.- No to, do zobaczenia w najbliższym czasie.- Obejmuje mnie jak kumpla.- I trzymaj się Olivii, to dobra dziewczyna.- Szepcze, puszczając mnie. Uśmiecham się do niego i żegnam się z jego żoną.
-Nie widzieliście Emmy i Shanna?- Brunetka wskazuje na lewo, gdzie przy ścianie stoi szukana przeze mnie para oraz gitarzysta Marsów i jego dziewczyna.- Dziękuję i jeszcze raz gratuluję.- Podchodzimy do mojego brata i reszty.
-Wy już jedziecie?- Pyta Vicky.
-Na to wygląda.- Odpowiada czarnowłosa.- Miło było was poznać.- Uśmiecha się, a Bosanko przytula ją.
-Ciebie też. Nigdy nie sądziłam, że Jared znajdzie sobie taką porządną dziewczynę.- Puszcza ją, by Emma mogła zrobić to co brunetka przed momentem.
-Vicky ma racje.- Dodaje blondynka, a ja wywracam oczami.
-Ja tu ciągle jestem.- Mruczę, przyglądając się jak Tomo przyciąga w swoje ramiona fotograf.
-Do zobaczenia, Mała.- Mówi, a ja wyobrażam sobie jak Richardson marszczy nosek na jego słowa.
-Na to wygląda, że teraz moja kolej.- Jęczy Shannon.- Może początki naszej znajomości nie były zbyt udane, ale myślę, że już mi przebaczyłaś.- Uśmiecha się.- I mam dla ciebie nawet prezent.- Z dumą wyciąga z kieszeni pałeczki.- To dla ciebie.- Wręcza je zdziwionej Olivii.
-Dziękuję, ale po co mi one?- Straszy Leto wzrusza ramionami.
-Możesz sobie pograć na perkusji…- Zaczyna.
-…Albo sprzedać na e-bayu.- Podrzuca Miličevic.
--I w dodatku to są oryginalne Shannimalowe, więc trochę za nie dostaniesz.- Dodaje dziewczyna Chorwata.
-Ej, tak nie można.- Oburza się mój brat.- Jay, powiedz im coś.- Odzywa się niczym małe dziecko.
-Jak dorzucisz do tego mój autograf, będzie miało większą wartość.- Uśmiecham się, a oni wybuchają śmiechem, no oprócz starszego Leto.- Dobra, my będziemy się już zbierać, bo długa podróż przed nami.- Przytulam na pożegnanie obie kobiety, a chłopaków klepię po ramieniu.- Do zobaczenia.
-Miłej podróży.- Mówią na odchodne, a ja obejmuję ramieniem czarnowłosą i tak wychodzimy z budynku.
-Na pewno wszystko wzięliśmy?- Pyta fotograf, a ja patrzę na nią z pod przymrużonych powiek.
-Pytasz się o to dziesiąty raz.- Całuję ją w policzek, a ta wzdycha.
-To źle? Nie chcę, żeby coś zostało.- Wciąga powietrze i napycha nimi buzie, przez co wygląda jak chomik. Zakładam kosmyk jej włosów za ucho.
-Spokojnie.- Odwracam ją w moim kierunku i zsuwam dłoń na jej talię.- Co się stało?
-Terry, znów.- Przyciągam ją do siebie i zamykam w szczelnym uścisku.- Nie jestem już małą dziewczynką, żeby mógł mnie kontrolować cały czas.- Moja koszulka lekko zniekształca jej głos, ale słowa rozumiem doskonale.
-Pogadam z nim o tym, dobrze?
-O nie.- Wyrywa mi się.- Wszystko pogorszysz.- Wywracam oczami.
-W takim razie będę patrzył jak dalej cię męczy, tak?- Krzyżuję ręce na piersi, a ta spuszcza głowę.- Olivia, on się o ciebie martwi, bo wychowywała cię mama, teraz chce to naprawić i nie zdaje sobie sprawy, że przy tym cię krzywdzi. Powiem mu tylko to, nic więcej.
-Na pewno?- Spogląda na mnie, a ja z uśmiechem kiwam głową.- Dobra, ale spróbuj pisnąć słówko za dużo, a śpisz na kanapie.- Grozi mi palcem, a ja po raz kolejny przyciągam ja do siebie.
-I tak mi tego nie zrobisz. Ona jest zbyt niewygodna.- Mruczę.
-A co? Zamierzasz mnie sprawdzić?- Przechyla głowę na prawo.
-Nie, wolę nie. Chyba pora wyjeżdżać.
-Ja wybieram płytę!- Biegnie do samochodu, od strony pasażera i klęka na siedzeniu. Idę za nią i spoglądam na jej idealny tyłek, który nieświadomie wypina moim kierunku.
-Już?- Pytam, opierając się o auto.
-Cierpliwości.- Mruczy, a ja klepię ją po tyłku. Po chwili uderza głową o dach pojazdu, a zaraz potem wychyla się z mordem w oczach.- Już.- Syczy, a ja z uśmiechem kieruję się na miejsce kierowcy. Wsiadam do środka i odpalam, a w tym samym momencie z radia wydobywają się pierwsze dźwięki „Attack”, naszej piosenki z drugiej płyty.
-Naprawdę? Nie wolałabyś, żebym to ja ci pośpiewał?- Zostawiamy w tyle hotel „The Carlu”, w którym to nagrywaliśmy „The Kill”.
-Za to, co zrobiłeś, nie.- Odwraca się w stronę szyby i opiera o nią.
-No i co? Będziesz się teraz na mnie gniewać?- Kładę dłoń na jej kolanie, wyjeżdżając przy tym na ulicę. Spogląda na mnie z pod przymrużonych powiek, a ja bez słowa zabieram rękę.- Ja tak, to tak.- Mruczę. Po kilkunastu minutach wyjeżdżamy z Toronto w kierunku Nowego Yorku, a ona ciągle milczy.- Będziesz tak przez całą drogę?- Pytam, spoglądając na nią, jednak ona już śpi. Wzdycham cicho i zatrzymuję się na poboczu. Z tylnego siedzenia zabieram koc i przykrywam nim dziewczynę, po czym kontynuuję podróż.
                                *                      *                      *
Lodowatą wodą zmywam z siebie zmęczenie, kiedy słyszę coś w rodzaju mojego imienia. Wyłączam strumień i owijam się w biodrach ręcznikiem, kiedy głos się powtarza. Teraz jestem pewien, że to Olivia mnie woła. Wychodzę z łazienki, co zwraca jej uwagę. Biegnie w moim kierunku i wtula się w moje ciało. Całuję ją w głowę.
-Już się na mnie nie gniewasz?- Pytam, z lekkim uśmiechem, a ta odpycha mnie.
-Głupek. Przestraszyłam się.- Spogląda na mnie z wyrzutem.- Budzę się w jakimś nieznanym miejscu, ciebie nie ma. To nie jest śmieszne. Gdzie my w ogóle jesteśmy?
-W motelu. Muszę się zdrzemnąć, bo w takim stanie nie chcę prowadzić.
-A ja?- Przyglądam się jej z pytaniem wymalowanym na twarzy.- Przecież też mam prawo jazdy. Mogę jechać.- Wzrusza ramionami.
-Przypominam, że właśnie się obudziłaś. A teraz pozwól, że wrócę do łazienki się ubrać, bo tu jest zimno.- Obrzucam ją po raz ostatni spojrzeniem i wracam do pomieszczenia, gdzie ubieram się w mój poprzedni strój. Wracam do prowizorycznej sypialni, gdzie na łóżku siedzi czarnowłosa, otulona kołdrą. Gdy mnie zauważa zagryza wargę.
-Przepraszam.- Mruczy spuszczając wzrok.
-Nie masz za co przepraszać.- Uśmiecham się i siadam obok niej.- Skoro już tu jesteśmy to zdrzemniemy się chwilę i jedziemy dalej, dobra?- Kiwa głową, po czym spogląda na mnie zielonymi oczami.
-Masz tu jakąś bluzę?- Pyta cicho, a ja ze śmiechem podchodzę do plecaka, który zabrałem z samochodu.
-Zatrzymałem się po drodze w sklepie i kupiłem herbatę i kilka jabłek.- Oznajmiam.- Tylko nie było jeżynowej, więc wziąłem zwykłą.- Łapię w dłonie materiał i odwracam się w jej kierunku. Podchodzę do dziewczyny i pomagam jej ubrać moją czarną bluzę. Chcę odejść zrobić coś do picia, ale ta przyciąga mnie do siebie i wbija się w moje usta.
-Dziękuję za wczoraj. Jeszcze nigdy się tak dobrze nie bawiłam.- Szepcze, a ja ją obejmuję.
-To raczej ja powinienem dziękować tobie.- Całuję ją w czółko.-Chcesz herbatę?- Przeczy ruchem głowy. Kieruję się do „kuchni”, o ile można tak nazwać małą lodóweczkę, blat, zlew, kuchenkę i czajnik. Czekam, aż woda się zagotuje, po czym zalewam nią kubek termiczny. Wracam z nim do sypialni i odkładam go na szafce nocnej.
-Myślisz, że mogę zrobić sobie szyki prysznic?- Pyta dziewczyna.
-Woda jest lodowata, więc nie radzę.- Wskakuje pod kołderkę, a fotograf wtula się we mnie, gdy nagle zaczyna po pomieszczeniu rozbrzmiewa dzwonek telefonu. Z cichym jękiem zgarniam go z szafki i odbieram, nie patrząc kto dzwoni.- Halo?
-Ty dupku, coś zrobił Olivii, że nie mogę się do niej dodzwonić?- Rozpoznaje krzyki Emily.
-Uspokój się, bo trupy pobudzisz.- Mruczę.
-Ty mnie tu nie pouczaj, tylko mów gdzie moja przyjaciółka!- Odsuwam lekko komórkę od ucha.
-Nie możesz się do niej dodzwonić, bo telefon jej się zepsuł.- Tłumaczę, a Richardson spogląda na mnie z uniesioną brwią.
-Nie zepsuł się sam, tylko ty go utopiłeś.- Poprawia na tyle głośno, żeby blondynka po drugiej stronie usłyszała.
-Olivia, ty żyjesz!- Nie, no, tak nie da się rozmawiać. Wręczam telefon czarnowłosej w moich ramionach.
-Em, mogłabyś ciszej?... O wiele lepiej, a teraz powiedz po co dzwonisz… Ja też tęskniłam, ale rano będziemy już w domu…Kawa?- Przymykam powieki. Oczami wyobraźni już widzę recepcjonistkę z samego rana w drzwiach mieszkania i jakoś mi się to nie podoba…

czwartek, 22 października 2015

15. WESELE


4 sierpień 2006
Uśmiecham się na widok czarnowłosej, która siedzi obok mnie i rozmawia z Shannonem o uwaga, uwaga krzywiźnie ołówka. Wywracam oczami na kolejną uwagę mojego brata. Dziewczyna odwraca się do mnie z grymasem na twarzy.
-Powiedz mu, że nie każdy ołówek jest idealnie prosty, a w sumie to nawet nie możliwe.
-Ona dobrze mówi, Bro.- Potwierdzam, obejmując ją ramieniem.
-Czy tylko ja tu myślę?- Brunet wyrzuca  ręce w góre, a obok nas pojawia się Tomislav.
-Ja też myślę.- Oznajmia.- A o co tak właściwie chodzi?- Spogląda na każdego z nas z pytającym wyrazem twarzy.
-Ołówki są proste, prawda?- Perkusista kieruje swój wzrok na Chorwata.
-Teoretycznie tak, praktycznie nie. Każdy ma jakiś minimalny kąt odchylenia.- Tłumaczy, po czym kontynuuje wędrówkę między stolikami.
Nagle wszyscy cichną i kierują wzrok na Matta i Libby, siedzących w centralnym miejscu sali. Nasz basista unosi kieliszek w górę i zaczyna swoją wypowiedzieć.
-Zebraliście się tu wszyscy dla mnie i mojej ukochanej, za co niezmiernie wam dziękujemy. Jest tu ze mną cała moja rodzina, przyjaciele i za to was uwielbiam. Chciałem wam za po podziękować, a szczególnie trzem osobom, dzięki którym moje życie jest… No cóż, dość dziwne, zaskakujące, i tak dalej. No i oczywiście, chcę podziękować mojej pięknej żonie, którą kocham nad życie. Chcę spędzić resztę swoich dni z tobą u boku.- Podaje jej rękę i pomaga wstać, po czym całuje ją czule. Rozglądam się dookoła, połowa osób płacze. No, okey, jak kto woli, ale tu chyba należy się cieszyć ich szczęściem, a nie płakać.- No dobrze, teraz możecie wypić nasze zdrowie i zmykać na parkiet.- Szczerzy się do swoich gości i na raz wypija całą zawartość kieliszka, podobnie jak wszyscy obecni tu, no może z wyjątkiem dzieci.
-Olivio Richardson, zatańczysz ze mną?- Zwracam się do mojej towarzyszki, szepcząc wprost do jej ucha, a ona uśmiecha szeroko.
-No na myślę.- Całuje mnie w policzek. Pomagam jej wstać od stołu i prowadzę na parkiet. Łapię ją w ramiona, a ona kładzie głowę na mojej klatce piersiowej. Delikatnie wprawiam w ruch nasze ciała i chłonę jej obecność.
Nigdy nie sądziłem, że to z nią spędzę ten wieczór. Matt planował to wesele już od dawna i szczerzę, jakoś nie spodziewałem się zaproszenia na nie, ze względu na moje wcześniejsze zachowanie, jednak najwyraźniej mój starszy braciszek musiał wygadać się basiście o moim związku z piękną czarnowłosą, która właśnie w tym momencie wsłuchuje się w bicie mojego serca.
Nagle piosenka zmienia się na jakąś szybszą, a obok nas pojawia się para młoda. Spoglądam na przyjaciela z zespołu, nie rozumiejąc o co im chodzi.
-Odbijamy.- Mówi, a ja z cichym jękiem sprzeciwu oddaję mu moją dziewczynę, a sam zaczynam tańczyć z Libby.
-Och, Jared, ostatnim razem widziałam cię w takim stanie po jednym z koncertów w barze u Foley’a.- Uśmiecham się na samo wspomnienie.- Nie jestem pewna, ale mam przeczucie, że Olivia i tamta dziewczyna to ta sama osoba.
-I tym razem, przeczucie cię nie myli.- Odpowiadam, ukazując rząd moich ząbków.- Choć nie jestem pewny, czy aby na pewno twoje przeczucie miało racje wychodząc za tego głąba.- Brunetka prycha.
-No cóż, to lepsze niż związek z pajacem, którym jest twój brat.- Śmieję się.
-W tym akurat masz racje.- Obracam głowę, szukając wzrokiem mojej towarzyszki. Niestety jej nie wyłapuję, za to moje spojrzenie przykuwa Shannimal tańczący w towarzystwie Emmy. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że szepta jej na ucho jakieś pewnie miłe słówka, bo na jej policzki wkrada się rumieniec.- Moment, czy ja, aby o czymś nie wiem?- Pytam, wskazując na tą parę.
-Dla mnie to też nowość.- Oznajmia, w momencie kiedy piosenka się kończy. Obok nas zjawia się blondyn i czarnowłosa.
-No dobra, oddawaj mi moją żonę.- Mówi, chwytając brunetkę za rękę. Po raz kolejny zaczynamy z Olivią taniec, jednak znów zostaje on zakłócony, tym razem przez gitarzystę i jego dziewczynę.
-Jak się pewnie spodziewasz, nie dane będzie ci delektować tym tańcem z panną Richardson.- Zaczyna Chorwat z krzywym uśmiechem i to dosłownie krzywym. Następuję zamiana partnerek.
-Oni to robią specjalnie?- Zadaje pytanie, czysto retoryczne.- Matt, teraz Tomo, jeszcze brakuje Shannona.
-Nie martw się, on też czym prędzej się napatoczy.- Odpowiada, kobieta, która zna Miličevica odkąd pamiętam.
-Tak właściwie, to jak poznałaś Tomo?- Zadaje pytanie, które męczy mnie już od dłuższego czasu.
-Jeszcze w szkole. Chodziliśmy do tej samej klasy, no i cóż, zaczęliśmy się spotykać i jakoś to trwa do teraz.- Uśmiecha się.- Chociaż czasem mam ochotę wywalić go z domu, za te jego durne pomysły.- Dodaje.- A teraz ty mi się spowiadaj jak to było z Olivią.
-Panna Richardson to ta dziewczyna z baru.- Mówię, a ona unosi jedną brew w górę.
-A mógłbyś mi powiedzieć coś czego nie wiem? Może jak ją znalazłeś w Nowym Yorku, przecież to wielkie miasto.
-Przypadkiem. Wpadła na mnie, biegnąc do pracy.- Unoszę kąciki ust w górę.- Ale prędzej czy później i tak byśmy się spotkali.
-Skąd ta pewność? A dobra, już wiem, jest córką Terrego, a to twój kumpel od siedmiu boleści, który upija każdego swoją whisky.
-No cóż, odkąd jestem z nią, jakoś zmienił swoje podejście do mnie.
-Nie dziwię mu się, czasem zachowujesz się jak dupek.- Wywracam oczami.
-Było minęło, tak? Skończyłem z tym.
-Wiem, wiem. Chyba pora, abyś mnie oddał mojemu kretynowi.- Mruczy. 

OLIVIA


Tańczę z Mattem do jednej z piosenek zespołu Red Hot Chili Peppers, którego wprost uwielbiam, gdy basista Marsów zaczyna.
-Jak udało ci doprowadzić do porządku tego głąba?- Pyta, a ja patrzę na niego zdezorientowana.- Ostatnim razem widziałem szczęśliwego Jareda po tych występach w barze w LA, a wraz z ich zakończeniem stał się dupkiem bez serca.- Kontynuuje, a ja nie wiem jak mam to skomentować.
-Ja… Nic takiego nie zrobiłam.- Odzywam się po chwili.
-I tak ci nie wierzę. On by się od tak nie zmienił. I powiem ci coś jeszcze. Jesteś naszym cudem prosto z Marsa.- Na jego ustach pojawia się uśmiech.- Bez ciebie długo byśmy nie pożyli. Dziękuję w imieniu nas wszystkich, w tym Echelonu.- Kłania się przede mną, niczym Książę.- No dobra, pora oddać cię Jayowi.- Prowadzi mnie do mojego towarzysza. -No dobra, oddawaj mi moją żonę.- Mówi, chwytając brunetkę za rękę, po czym znikają w tłumie wirujących par. Z uśmiechem na ustach zaczynamy tańczyć, gdy obok nas zjawia się Chorwat ze swoją dziewczyną.
-Jak się pewnie spodziewasz, nie dane będzie ci delektować tym tańcem z panną Richardson.- Zaczyna gitarzysta uśmiechając się. Łapie mnie w objęcia i zaczyna poruszać się w rytm piosenki, tym razem Linkin Park. Jestem ciekawa kto je wybierał, bo żadna nie pasuje do tego rodzaju przyjęcia.- I jak wrażenia po poznaniu Vicki?- Pyta.
-Nie mogłeś lepiej trafić.- Mówię, zgodnie z prawdą.
-Wiesz, ty jesteś jednym z najlepszych wyborów w życiu Jareda. O ile nie najlepszych, nie wliczając oczywiście przyjęcia mnie do zespołu.- Śmieję się.
-Rzeczywiście chłopaki dobrze zrobili przyjmując cię do zespołu.

JARED


Łapię dziewczynę za rękę i prowadzę do wyjścia z budynku. Spoglądam na nią, delektując się jej pięknem. Ma na sobie czarną, koronkową sukienkę bez ramiączek, przed kolano. Włosy zostawiała rozpuszczone, twierdząc, że nie ma siły się z nimi użerać. Wychodzimy z hotelu, wprost do ogrodu, gdzie naszą uwagę przykuwa oświetlony basen. Jest już po trzeciej, a nawet nie zapowiada się, aby impreza się kończyła.
-Pięknie tu.- Mówi moja towarzyszka, zatrzymując się przy żywopłocie.
-Jak ostatnim razem tu byłem, wyglądało to zupełnie inaczej.- Kładę głowę na jej ramieniu i wdycham jej zapach.
-Matt zdecydował się na to miejsce ze względu na „The Kill”?- Pyta, a ja przytakuję całując przy okazji jej szyję.
-A przynajmniej tak mi się wydaję. No cóż, będę tęsknił za nim jak odejdzie z zespołu.
-Macie jeszcze czas do końca roku. – Odwraca głowę w moim kierunku i smyra mój nos swoim, po czym podchodzi bliżej krawędzi basenu, gdzie kładzie swoje buty. Wpatruje się w nią, po czym podchodzę do niej. Wbijam się w jej wargi, a ona przeczesuje moje włosy palcami. Jęczy wprost w moje usta. Nigdy nie sądziłem, że jednym pocałunkiem wywołam u niej taką reakcję.
-Masz ochotę na to samo co ja?- Pytam, zalewając jej szyję pocałunkami.
               -Mhm…- Wymrukuje, nie wiedząc na co się właśnie zgodziła. Robię krok do przodu, przez co lądujemy w basenie. Czarnowłosa wynurza się i odkłada koło butów swoją komórkę.- Chyba jednak chodziło mi o co innego.- Rzuca, a ja podpływam do niej.- Zabiłeś mi…- Zaczyna, ale ja znów atakuję jej wargi.- Hej, opamiętaj się.- Wyrywa mi się.- Ja chcę sobie na przykład popływać.- Ucieka mi na drugi koniec basenu, a ja się nie ruszam.- No dobra, znudziło mi się.- Oznajmia, jednak ja nie reaguję.- Naprawdę trzeba ci to powtarzać dwa razy?- Kręci głową z politowaniem i jednym, zgrabnym ruchem wychodzi z wody. Dopiero teraz się budzę i podążam za nią.
-Aniele…

OLIVIA


Wychodzę z basenu, do którego wrzucił mnie ten głąb. Mimo wszystko nie jestem na niego za to zła. Jedynie o czym mogłam pomyśleć, to zostawienie telefonu przy stoliku. Ale teraz to już za późno.
-Aniele.-  Odwracam się na dźwięk głosu mojego chłopaka, a ten brutalnie wbija się w moje usta. Zaskoczona jego ruchem, potykam się o własne nogi i lecę do tyłu, a on razem ze mną. Lądujemy na mięciutkiej trawie, a on ani na moment nie odrywa się od moich warg. Jego dłonie błądzą po mojej talii, a moje nurkują pod jego marynarkę, której po chwili się pozbywam. Turlamy się po trawniku, gdy przerywa nam chrząknięcie.
-Nie wolno tutaj przebywać w nocy. Proszę powrócić do budynku.- Unoszę głowę i zauważam jednego z pracowników hotelu. Z rumieńcem na twarzy wstaje z mężczyzny. Podchodzę do krawędzi basenu i podnoszę szpilki i komórkę, po czym kieruję się do środka.
-Olivia, czekaj.-Zatrzymuję się na dźwięk swojego imienia. Po chwili Jared mnie dogania i łapie za rękę.- Mam wrażenie, że nie powinniśmy w takim stanie wracać na sale, więc możemy iść prosto do pokoju.- Szepcze wprost do mojego ucha.
-Myślę, że to dobry pomysł.- Odpowiadam. Jay prowadzi mnie przez labirynty korytarz, aż w końcu docieramy do naszego pokoju. Wchodzimy do niego.- Odsuń mi sukienkę.- Mówię. Najwyraźniej nie trzeba mu tego dwa razy powtarzać, bo po chwili ta część garderoby leży na wykładzinie.- Idę pod prysznic, sama.- Podkreślam.- A ty też się tu rozbierz, bo przez jakiegoś idiotę wylądowaliśmy w basenie.

JARED
Czarnowłosa znika w łazience, a ja z cichym jękiem ściągam z siebie koszule i spodnie. Rzucam to wszystko obok sukienki Olivii i siadam na fotelu. Zawsze marzyłem o dziewczynie, która nie przejmuje się rozwaloną fryzurą, czy makijażem i wreszcie taką znalazłem. A na dodatek całowała się ze mną, tarzając po trawniku. Tego jeszcze nie było. Po kilku minutach wychodzi z pomieszczenia, a na sobie ma jedynie koronkowe majtki i zwiewną koszulkę, kończącą się w połowie brzucha. Automatycznie wstaję, jednak ta wystawia dłoń, zatrzymując mnie.
-Pierwsze prysznic.- Mówi, a ja jęczę ze sprzeciwem.- Już, bo inaczej nie wpuszczę cię do łóżka.- Wysyła w moim kierunku słodki uśmiech, a ja z grymasem na twarzy wchodzę do łazienki. Po najszybszym prysznicu w swoim życiu, wracam do sypialni, gdzie na łóżku, wtulona w poduszkę, śpi czarnowłosa. No tak, a czego ja się spodziewałem. Że ten wieczny śpioch poczeka na mnie? Kładę się obok niej i z uśmiechem przykrywam nas kołdrą. Dziewczyna przez chwile mruczy coś niezrozumiałego dla mnie, by po chwili wtulić się we.

czwartek, 15 października 2015

14. SESJA



Stoję z mamą na przejściu dla pieszych, czekając na zielone światło. Rozmawiamy o rozdaniu dyplomów, które miało miejsce kilka godzin wcześniej. Teraz pracowicie jestem fotografem. Światło rozbryzguje na zielone. Zrywam się i idę w kierunku drugiej strony ulicy. Gdy jestem już na chodniku, odwracam się. Kobieta stoi jeszcze na chodniku.
-No chodź, mamo.- Krzyczę, poganiając ją, a ona powoli przechodzi obok dużego jeepa, jednak na drugim pasie, jakiś idiota, nie zważając na człowieka na przejściu, kieruje swoje auto z całej siły w moją matkę. Czarnowłosa uderza w maskę, a przed prędkość, z jaką jechał samochód, wylatuje jakieś 8 stóp (2,4 metra) w górę. Pojazd zatrzymuje się, tak jakby czekał, aż jego ofiara wyląduje na asfalcie, a potem z piskiem opon odjeżdża.- Mamo!- Krzycząc, biegnąc do niej, cała roztrzęsiona. Słyszę jak z jeepa ktoś wysiada. Kobieta otwiera oczy. Widzę, że cierpi. Podnoszę wzrok. Mężczyzna dzwoni na pogotowie.
-Oliwia, znajdź Terry’ego i pamiętaj kocham cię, Maleńka.- Jej oddech ustaje..
-Ja też cię kocham, mamo.- Szepczę z płaczem.
                                *                      *                      *
Budzę się. W pomieszczeniu panuje ciemność. Znów mi się to śniło. Powoli wstaje z łóżka. Przechodzę do salonu, żeby nie obudzić Jareda. Nie chcę, żeby widział mnie w takim stanie. Siadam na kanapie i czuję łzy zbierające się w kącikach oczu, ale ponoć im więcej wart człowieka, tym większy po nim ból. Zwijam się w kłębek. Nagle czuję, jak ktoś mnie podnosi i sadza sobie na kolanach.
-Szukałem cię w całym łóżku.- Mruczy do ucha.- Co się stało?- Ociera jedną z wielu łez z mojego policzka.
-Nieważne.- Próbuję go zbyć.
-Ważne, skoro płaczesz.- szepcze. Oplata moje ręce wokół swojej szyi. Czuję na sobie jego ciepło i jego oddech na karku.- Śniło ci się coś?- Kiwam głową potwierdzająco. Nie potrafię go okłamać.
-Wypadek mamy.- Moja dłoń automatycznie odnajduję jego i splatam je ze sobą, a on tylko ściska je mocniej.- Co jakiś czas mi się to śni.- Pociągam nosem.
-Dlaczego nie mówiłaś?- Przesuwa nosem po karku, a po moim ciele przychodzi dreszcz.
-To nic takiego.
-A po twojej twarzy wcale nie leci setki słonych kropli wydobywających się z oczu, prawda?- Mówi wprost do mojego ucha.
-Po prostu nadal nie mogę zrozumieć, dlaczego zginęła, a ten facet po prostu uciekł. Ale przynajmniej go złapali.
-Wiem.- Całuje mnie w policzek.- Przecież to ja zapisałem jego tablice rejestracyjną.- Przypomina.
-I zadzwoniłeś po karetkę.- Dopowiadam.- Dziękuję. Bardzo mi wtedy pomogłeś.
-Każdy by tak zrobił.- Mruczy. Dotyka mojego naszyjnika.- Podoba mi się.
-Mama i Terry mi go dali.- Uśmiecham się pod nosem.
-Co to oznacza?
-Triada to trójca. Dzięki temu miałam pamiętać, że mogę zawsze na nich liczyć.
-Terry nigdy nie wspominał o tobie.- Opieram głowę o jego lewe ramię.
-Bo to była tajemnica. Pierwszy się o tym dowiedziałeś. Zdajesz sobie sprawę, co by się działo, gdyby się dowiedzieli o ukrywanej córce sławnego fotografa?- Szepczę, sennym głosem.
-Wiem.- Odpowiada.- Naprawdę pierwszy się dowiedziałem?
-Mhm…-Mruczę, powoli odpływając. Czuję jeszcze jak mężczyzna zanosi mnie do łóżka.
                                               *                      *                      *


Budzi mnie głaskanie po policzku. Otwieram leniwie oczy. Na łóżku siedzi uśmiechnięty Jared.
-Po co mnie budzisz?- Pytam zaspana.
-Żebyś zdążyła do pracy, przynajmniej na dziewiątą. Za minutę ósma, więc masz jeszcze czas na prysznic, żeby się dobudzić.- Przymykam oczy.- Ej, nie zasypiaj.- Szturcha mnie w ramie.- W kuchni masz już gotowe śniadanie.
-Dziękuję.- Uśmiecham się lekko.- Ale to łóżko mnie przyciąga.- Mruczę.
-Drzemka? 2 minuty?- Spoglądam na niego.
-5 minut?- Proszę, robiąc przy tym słodkie oczka.
-Obudzę cię za chwilę.- Wstaje i wychodzi z pokoju, a ja zasypiam.
Po jakimś czasie mężczyzna budzi mnie po raz kolejny. Tym razem bez słowa ześlizguję się z łóżka. Patrzę na zegarek, jest za pięć ósma.
-Ile mi dałeś czasu na drzemkę?- Patrzę na niego zdezorientowana.
-Pół godziny.- Uśmiecha się.- Ja w tym czasie robiłem naleśniki, więc chodź na śniadanie.
-Spryciarz z ciebie.- Idziemy zjeść najważniejszy posiłek w całym dniu, po czy, idę na poranny prysznic, żeby się dobudzić. Gdy wychodzę z łazienki, mieszkanie jest puste. Na blacie w kuchni leży kartka:
                    „Musiałem wyjść wcześniej. Miłej pracy. Do zobaczenia.
J. ”
No cóż. Ubieram koszulkę z napisem: „Lost In A Daydream” i czarne spodnie. Oprócz tego, chyba po raz pierwszy odkąd pracuję u Terry’ego, robię makijaż w domu. O ile po pudrowanie twarzy i pomalowanie rzęs można nazwać makijażem.
Dwie minuty przed dziewiątą wchodzę do Art Partner. Emily, gdy tylko mnie widzi, robi zdziwioną minę.
-Tak wiem, jestem wcześnie.- Mruczę, omijając ją. Naciskam guzik przywołujący windę.
-Ten twój Jay, jest u Terry’ego.- Mówi, a ja się cofam.- Ale za to ten cały Jared Leto się nie pojawił. Ja to powtarzałam, skoro jest bogaty, to się spóźni.- Wchodzę do windy, bo czuję, że zaraz zacznę się śmiać. Jadę na górę i otwieram drzwi do gabinetu ojca, jednak panują tam pustki. Idę więc do pomieszczenia, w którym odbywają się sesje. Niebieskooki stoi na białym tle, a na jego twarzy pojawiają się przeróżne miny. Ojciec uwiecznia to wszystko na zdjęciach. Stoję tak niezauważona, dopóki nie podskakuję ze strachu, gdy ktoś kładzie mi rękę na ramieniu. Odwracam się i widzę uśmiechniętego Shannona.
-Nie bój się, to tylko ja.- Mówi ze śmiechem, a Jay i Terry patrzą w naszym kierunku.
-Olivia, co ty tu robisz? Jest po dziewiątej.- Zwraca się do mnie zielonooki.
-Przyszłam do pracy.- Wzruszam ramionami.- I byłam tu kilka minut przed dziewiątą.- Wchodzę w głąb pomieszczenia.- Cześć, Jared.- Rzucam w kierunku niebieskookiego, a on odwzajemnia to uśmiechem i puszcza w moim kierunku oczko.  Siadam na sofię. Terry wędruje wzrokiem to po mnie, to po młodszym Leto. W końcu kontynuuje sesje. Obok mnie siada Shannon.
-Pogubiłem się trochę. Nie przyszłaś tu z moim bratem?
-Nie, pracuję tu jako asystentka Terry’ego, aczkolwiek z Jaredem już się dzisiaj widziałam.
-Wiesz, cieszę się, że cię poznał. Matka ciągle powtarza mi, żebym go pilnował, ale on doskonale radzi sobie beze mnie. To ja potrzebuję jego pomocy. Przepraszam za to jak zachowałem się wtedy w hotelu. Po prostu mu trochę zazdroszczę. Bo znalazł kogoś kto mu pomoże. Chyba drugi rok dzieje się z nim coś niedobrego. Znaczy, niby zagrał w „Lord Of War” i „Lonely Hearts”, nagraliśmy „A Beautiful Lie”, ale on staje się taki dziwny. Nie chce z nami rozmawiać. Cały czas mówi o nowej płycie, ale nie ma żadnych piosenek, więc nie wiem jak on ją zamierza nagrać.- Brunet chowa twarz w dłoniach. Widać, że martwi się o swojego brata.
-Ostatnio coś pisał w swoim notesie. I to dość dużo.- Mówię.
-To dobrze.- Uśmiecha się, ale trochę bez przekonania.- To tylko dzięki tobie. Nigdy nie widziałem go takiego szczęśliwego…
-Witam wszystkich!- W drzwiach pojawia się czarnowłosy Chorwat z wielką wieżą pudełek.- Patrzcie co dla was mam.- Wskazuje na tekturowe opakowania.- I przepraszam za spóźnienie, ale coś im się na lotnisku zepsuło.- Kładzie to wszystko na stoliku obok mnie i Shannona.- Ooo… Widzę nową twarz. Jestem Tomislav Miličević, ale mów mi Tomo.
-Olivia.- Wyciągam rękę w jego kierunku, a on zamiast ją uściskać, całuje ją.
-Miło mi cię poznać. Mam nadzieję, ze ten tu obecny, Shannon Christopher Leto cię nie zanudza.- Siada między nami.- Pracujesz tu?- Przygląda mi się z uwagą, wyczekując odpowiedzi. Czuję, że go polubię.
-Tak.
-Coś ty tu przytargał ze sobą?- Przerywa mi starszy Leto, wskazując na pudełka.
-Zrobiłem ciasteczka.- Chorwat uśmiecha się, pokazując nam nierówne zęby.- Pięć rodzajów, żeby wszystkim smakowało. Mam nadzieję, że lubisz ciastka.- Zwraca się do mnie.- I się nie odchudzasz, bo na marginesie, nie masz z czego. Jared! Terry! Chodźcie, mam coś dla was.- Czarnowłosy wstaje i otwiera kartony.- Dla każdego coś dobrego. A Jay, tu są specjalnie dla ciebie. I Matt nie przyjedzie. Coś mu w domu wypadło.- Podaje mu jedno z opakowań. Niebieskooki siada obok mnie, w czasie gdy wokół Tomislava kręci się jego brat i mój ojciec.
-Widziałaś ten wzrok Terry’ego?- Śmiejemy się.- On mnie w końcu zabije.- Mruczy w pewnym momencie.
-Nie martw się, mnie pierwszą jak nadal będę się spóźniać.
-Co to, to nie. Już się przyzwyczaił do tych twoich spóźnień. Chce tylko sprawiać wrażenie złego. Musisz zjeść chociaż 5 ciastek, bo Tomislav się obrazi.- Wskazuje na pudełko.- Jedz bez obaw, to są wegańskie.- Biorę pierwsze ciastko, potem drugie i kolejny, aż w końcu przestaje liczyć.- Widzę, że smakują.- Śmieje się brunet, w momencie, gdy obok nas siada czarnowłosy.
-Tomo, te ciastka są nieziemskie.- Mówię z uśmiechem.
-Skosztuj jeszcze pozostałe.- Wskazuje na miejsce, w którym stoi Terry i Shannon.
-Przykro mi, jestem weganką.- Odpowiadam ze smutkiem.
-A miałem zrobić dwa pudełka dla Jareda…- Mruczy.


czwartek, 8 października 2015

13. OPIEKUNKA



Budzą mnie promienie słońca, wpadające przez nie zasłonięte zasłony. Podnoszę głowę z brzucha dziewczyny i siadam na kraju łóżka. Przecieram twarz, upijam kilka łyków wody, po czym odwracam się z uśmiechem w kierunku czarnowłosej, która mruczy coś pod nosem. Nachylam się nad nią i składam delikatnego całusa na jej czole, po czym ubieram jakieś dresy i najzwyklejszą czarną koszulkę. Po cichu wychodzę z sypialni, a następnie z mieszkania, ówcześnie zabierając portfel. Przebiegam przez ulice i wchodzę do sklepu. Jak najszybciej się da łapię jakieś owoce, warzywa i mleko wegańskie, po czym kieruję się do kasy, gdzie płacę za zakupy. Idąc z powrotem do mieszkania, zaczynam doceniać, że sklep znajduje się tak blisko. Tu zajmuje mi to niecałe pięć minut, a w LA pół godziny, albo i więcej, i to na rowerze.
W kuchni przygotowuję naleśniki z owocami, gdy do pomieszczenia wczłapuje Olivia, wyglądająca jak jedno wielkie, piękne nieszczęście. Jej włosy odstają na wszystkie strony, a koszulka podwinęła się tak, że widać kawałek jej brzucha, na którym się obudziłem. Jedna z jej skarpetek jest opuszczona jak najniżej się da, a drugiej w ogóle nie ma. Kiwam głową z politowaniem, a ona wtula się w moje ciało. Całuję ją w głowę, przekręcając przy tym naleśnika.
-Jak się spało?- Pytam, a ona z jękiem odsuwa się ode mnie.
-Dobrze. Cieszę się, że już oficjalnie ze mną mieszkasz.- Uśmiecha się szeroko.- Pozwól, że pierwsze skoczę pod prysznic, a potem wrócę na śniadanie.- Składa na moim policzku całusa, po czym wychodzi leniwie z kuchni. Kąciki moich ust unoszą się w górę, kiedy obserwuje jak idzie, ledwo podnosząc stopy w górę, przez co, potyka się kilka razy. Mruczy pod nosem, kontynuując drogę, a ja wyczuwam zapach spalenizny. Gwałtownie odwracam się w stronę kuchenki i zgrabnym ruchem zdejmuję z patelni spalonego naleśnika.
                                *                      *                      *
Siedzimy wtuleni w siebie na kanapie, karmiąc się nawzajem naleśnikami z owocami, kiedy po mieszkaniu rozchodzi się dzwonek do drzwi. Czarnowłosa z lekkim ociąganiem wstaje i otwiera je.
-Przepraszam, że tak wcześnie.- Podnoszę się, próbując dostrzec do kogo należy ten głos.- Wypadła mi bardzo pilna sprawa w biurze, a nie mam z kim zostawić Annabeth. Jeśli nie sprawi to kłopotu, mogłabyś ją popilnować jakąś godzinkę? Oczywiście postaram się ją odebrać jak najszybciej.
-Sarah, spokojnie. Oczywiście, że się nią zajmę. To najsłodsze dziecko n a świecie.- Richardson kuca, a moim oczom ukazuje się dość szczupła rudowłosa z torebką na ramieniu, z której wystaje pluszowy miś. Dziewczyna kieruje swój wzrok na mnie.
-Oj, przepraszam. Nie wiedziałam, że masz gościa.
-To Jared, mój chłopak. Wprowadził się do mnie wczoraj.- Macham do niej.- A teraz uciekaj, ja zajmę się małą.
-Naprawdę nie wiem, jak ci dziękować.
-Wiesz, że ją uwielbiam. No leć, bo się spóźnisz.
-Olivia, jesteś najlepszą sąsiadką pod słońcem.- Dziewczyna wręcza misia czarnowłosej, a moment później odchodzi machając do swojej córki. Fotograf zamyka drzwi, prowadząc za rękę małą dziewczynkę w różowej sukieneczce z dwoma rudymi kucykami.
-Ann, poznaj Jay’a.- Obie siadają na sofie obok mnie. Mała patrzy na mnie przerażona. Ma mniej więcej cztery latka, a może trzy?
-Masz ochotę na naleśnika?- Pytam, wskazując na nasz przerwany posiłek, ale dziewczynka kręci głową na „nie”.- No, cóż. Może pokaże ci co Olivia wygrała w wesołym miasteczku, a ona skończy jeść śniadanie, dobrze?- Tym razem udaję mi się przekonać małą i po chwili prowadzę ją w kierunku sypialni gdzie, w kąciku siedzi misiek. Annabeth najwyraźniej się spodobał, bo po chwili siedzi wtulona w niego.- Może przeniesiemy go do salony?- Proponuję, a ona z uśmiechem przytakuje. Łapię maskotkę za przednie łapki i ciągnę ją, jednocześnie prowadząc rudowłosą. Odkładam miśka na środku salonu.
-Ciociu, pobawisz się ze mną?- Pyta dzieciak, przyglądając przy tym czarnowłosej.
-Oczywiście.- Dziewczyna z uśmiechem wstaje z sofy i przez moment stoi, zapewne się nad czymś zastanawiając.- Wiesz, że ja mam gdzieś jeszcze twoje lalki?- Odzywa się, podchodząc do szafki. Przez chwile coś w niej szuka, aż w końcu wyjmuję zabawki.- Zostawiłaś je u mnie ostatnio.- Tłumaczy, siadając na wykładzinie koło dziewczynki.
-Ale są tylko dwie.- Zauważa mała.- Dla wujka zabrakło.- Robię smutną minkę zajmując miejsce obok nich.
-Ja sobie poparzę.- Mówię z uśmiechem.
Przyglądam się dokładnie dziewczynie, która od kilku minut bawi się z małą sąsiadką. Mimo, że nadal nie zrobiła porządku ze swoimi włosami, a jedynie je związała, wygląda przepięknie. Czasem zastanawiam się, jak to się w ogóle stało, że ją znalazłem. W końcu, to było po prostu nie możliwe. Ale skoro daliśmy radę, to znaczy, że jesteśmy dla siebie stworzeni, bo inaczej nie umiem tego wytłumaczyć. Po prostu nie umiem. A teraz, gdy mam ją przy sobie, czuję się wreszcie szczęśliwy. I gdy widzę jak bawi się z tą dziewczynką, dochodzę do wniosku, że byłaby wspaniałą matką.
Moje rozmyślania przerywa dzwonek do drzwi. Niechętnie wstaję i idę otworzyć. Za progiem stoi Shannon. Spodziewałbym się tu każdego, ale nie jego. Potrząsam głową, sprawdzając czy to na pewno jest prawda. No, cóż, brunet ciągle tam stoi.
-To wpuścisz mnie, czy będziesz tak stać i się na mnie gapić?- Odzywa się ze śmiechem. Po raz kolejny doprowadzam się do porządku, jednocześnie uchylając drzwi szerzej.
-Co ty tu robisz?- Pytam.
-Chciałem jeszcze raz przeprosić Olivię za wczoraj. Nie powinienem tak mówić. To nie był dobry początek znajomości.
-Też tak myślę.- Potwierdzam, prowadząc go do salonu. Mężczyzna zatrzymuje się, zauważając rudowłosą dziewczynkę.- Shannon przyszedł.- Oznajmiam, a czarnowłosa odwraca głowę w naszym kierunku, z uśmiechem na ustach.
-Cześć.- Macha, podnosząc się z podłogi. Podchodzi do nas.- Co tu robisz?
-Kto to jest?- Pyta mała, wskazując na tego drugiego Leto palcem.
-To jest brat wujka.- Odpowiada dziewczyna.
-To twoja córka?- Shannon ciągle przygląda się rudowłosej. Jakoś nigdy nie przepadał za dziećmi.
-Nie, czasem się nią opiekuję…- Czarnowłosa nie jest w stanie dokończyć, bo Annabeth, ciągnie ją za rękę, w kierunku lalek.
-Ciociu, miałyśmy się bawić.- Upomina ją, a ja uśmiecha się przyglądając temu.
-Chcesz się czegoś napić?- Zwracam się do brata.- Może kawy?- Proponuję, wiedząc, że na pewno się zgodzi.
-Nie śmiałbym odmówić.- Mruczy, unosząc kąciki ust w górę. Prowadzę go do kuchni.- Ale pozwól, że ja ją zrobię.- Wyjmuję puszkę z szafki i wręczam mu ją.
-Olivia, ty też chcesz kawy?- Wołam.
-A jak myślisz?- Wysyła mi spojrzenie, podobne jak przed momentem Shan. Czasem się zastanawiam czy uzależnienia od kawy nie trzeba leczyć.
-Zrób trzy.- Mówię, siadając przy stole. Opieram głowę na dłoniach i przypatruję się ruchom mężczyzny.
-Mama do mnie wczoraj dzwoniła.- Odzywa się.- Pytała co u ciebie.- Dodaje.- No i o to, kiedy wracamy.
-I co jej odpowiedziałeś?-Pytam z czystej ciekawości.- Też muszę do niej zadzwonić.
-Wiesz, ja chyba w ciągu dwóch tygodni wracam do LA. Nudzi mi się tu. Wylatuję zaraz po sesji u Terry’ego. A poza tym, mamy problem. Rozmawiałem z Mattem. Chce odejść z zespołu.- Wzdycham.
-To przeze mnie.- Chowam twarz w dłoniach.- Ostatnio zachowywałem się jak dupek. I do tego całkiem was zaniedbałem.
-No cóż, z tym dupkiem, zaprzeczyć nie mogę, ale to nie twoja wina. Powiedział, że woli rodzinę. Więc ciebie nie można tu winić.- Podnoszę wzrok.
-Miałeś kawę robić.- Przypominał, a on odwraca się tyłem do mnie.
-Wiesz, co, Bro?- Przymykam oczy. Prawie zapomniałem jak brzmi to słowo. Od ponad dwóch lat nie słyszałem go.- Nieźle trafiłeś.- Przyglądam się jego plecom. Są doskonale wyrzeźbione od ciągłego grania na perkusji.- Olivia to świetna dziewczyna.
-Łapy przy sobie, Shan.- Mruczę z uśmiechem. Doskonale wiem, że co najwyżej będzie ją traktował jak siostrę. Nic więcej.
 -Ma się rozumieć. No i gotowe.- Odwraca się, trzymając trzy kubki w dłoniach. Dwa w prawej, jeden w lewej.- A poza tym, powinniśmy zakopać siekierę wojenną.
-Chyba topór.- Poprawiam, a ten wywraca oczami.
-Wszystko jedno, byle to zakopać.
-W takim razie, zakopmy go.- Uśmiecham się, a do środka wchodzi czarnowłosa, prowadząc dziewczynkę za rękę.
-Jay, masz jeszcze krakersy?- Pyta, przegryzając wargę. Wstaję i podchodzę do szafki. Wyciągam z niej opakowanie, które udało mi się tak starannie ukryć. Z cichym jękiem kładę go na stole.- Shan, dziękuję za kawę. Jest pyszna.
                                *                      *                      *
Obejmuję ramieniem dziewczynę, która wpatruje się w ekran laptopa. Wzdycha i zamyka sprzęt, po czym odkłada go na szklany stolik. Odwraca się w moim kierunku i kładzie głowę na moim torsie.
-Ciągle zastanawiam się, dlaczego Terry nie zatrudni grafika, tylko wszystko ja muszę robić.- Mruczy, a ja całuję ją w głowę.
-Pomyśl, że dzięki temu potem łatwiej zmienisz prace. Masz teraz doświadczenie i w byciu fotografem i grafikiem.
-Ale ja nie chcę zmienić pracy. Terry jest trudnym współpracownikiem, ale mimo wszystko dobrze mi tam. No i jestem blisko ojca.
-Jak to tak właściwie było z nim i twoją mamą? Jak się poznali?- Zadaje pytanie, które nurtuje mnie od dawna.
-Szczerzę? Nie mam pojęcia. Ale byli młodzi, głupi.- Wzrusza ramionami.- Gdy mama dowiedziała się o ciąży, zdążyli się rozstać. Przez pierwszy rok wychowywała mnie sama, aż pewnego dnia za drzwiami staną ojciec. Chciał do niej wrócić, ale ona tego nie chciała. Cały czas powtarzała, że jestem jej oczkiem w głowie i wybrała mnie. Ale jak przystało na Terrenca, nie poddał się tak łatwo. W końcu dowiedział się o moim istnieniu. Pomagał jak mógł i przy okazji wrócili do siebie. A potem znów rozstali i tak w kółko, aż poznał Nikki. Po pierwszym spotkaniu się znienawidziłyśmy. Za każdym razem jak przyjeżdżałam do ojca, uciekałam po kilku dni do matki, żeby tylko się na mnie nie zemściła. Jest takie zdjęcie, gdzie niby sobie goli brew.- Czarnowłosa uśmiecha się wrednie.- Tak naprawdę to ja ją zgoliłam, w nocy, jak spała. Godzinę później byłam już w drodze do domu.
-A potem?
-Potem się rozwiedli. Terry przyleciał do LA pierwszym samolotem i przyszedł do mamy. Pół roku później wrócił do Nowego Yorku po dość ostrej kłótni. Ja studiowałam, mama znalazła sobie faceta, potem się rozstali, znów była z Terrym, kłótnia, a potem wypadek.- Zagryza wargę, jakby próbowała się nie rozpłakać.
-A ten facet? Wiedział o tobie?
-Tak. Sam nie miał dzieci, więc traktował mnie jak swoją córkę. Do tej pory utrzymuję z nim kontakt.
-Mam nadzieję, że kiedyś go poznam.- Uśmiecham się.
-Ale ty go znasz.- Robię zdziwioną minę.- To właściciel tego baru, w którym graliście. Jake Foley. Dlatego wiedziałam kiedy graliście.- Składa na moim policzku całusa, po czym wstaje z sofy.- Ja lecę pod prysznic.- Oznajmia.

czwartek, 1 października 2015

12. HOTEL



Wychodzimy z mieszkania. Idziemy w kierunku północnym, z tego co się orientuję. Ale ja dobra z tego jestem.
-Jesteś pewna, że mogę z tobą mieszkać?- Pyta niebieskooki z niepewnością.
-Skora sama ci to zaproponowałam, to chyba muszę być pewna, prawda?- Spoglądam na niego.
-No wiesz, moja uroda jest oszałamiająca.- Zaczynam się śmiać.
-Ach, ta wysoka samoocena.- Mężczyzna w pewnym momencie łapie mnie za rękę.
-Mam nadzieję, że Shannon gdzieś poszedł. Nie mam ochoty na spotkanie z nim.- Widzę, że jest zdenerwowany i to bardzo.
-Będzie dobrze.- Po 5 minutach dochodzimy do hotelu. W recepcji Jared bierze klucz i po chwili jesteśmy pod drzwiami. W momencie, gdy on próbuje otworzyć, z pokoju z naprzeciwka wychodzi starszy z braci Leto.
-Co, pokłóciłeś się ze mną i znalazłeś sobie pocieszenie.- Mężczyzna opiera się o ścianę obok. Niebieskooki otwiera w końcu pokój, ale jest na skraju wytrzymałości.
-Nie mów tak o niej.- Warczy.- Chodź, Olivia.- Prawie wpycha mnie do środka.
-Nawet ja nie upadłem do tego poziomu, żeby sprowadzać sobie panienki.- Odwracam się w stronę starszego z braci. Już rozumiem, dlaczego Jared ostatnio się z nim nie dogaduje.
-Pieprz się, Shannon.- Zamykam mu drzwi przed nosem, zostawiając go oniemiałego.
-No, nieźle.- komentuje Jay. Wzruszam ramionami.
-Należało mu się. Pomóc ci się pakować?
-Teoretycznie, wystarczy zabrać tylko walizkę.- Słyszymy donośne pukanie do drzwi. Spoglądam na bruneta.
-No nic, otworzę.- Za progiem nadal stoi Shannon.
-Przepraszam, poniosło mnie.- Spuszcza wzrok. Przyglądam mu się przez chwilę i zaczynam się śmiać.- Yyy… Bo ja chyba nie rozumiem o co tu chodzi.
-Nie mogłabym się na ciebie gniewać. Jesteś moim ulubionym perkusistą.- Mężczyzna się uśmiecha.
-Fanka?- Opiera się o framugę.
-Można tak powiedzieć. Chodziłam w LA do baru jak graliście.
-Wiedziałem, że znam skądś tą twarz. To dla ciebie Jay ciągle tam przychodził.
-Dobra, jestem gotowy.- W korytarzu pojawia się Jared.- Widzę, że się jakoś dogadujecie.- Staje przy mnie i patrzy na swojego brata.
-A ty gdzie się wybierasz?- Pyta starszy Leto, wskazując na walizkę.
-Wynoszę się stąd.- Oznajmia bez żadnych emocji w głosie.
-Auć, zostawiasz mnie w tej zapyziałej dziurze?
-Na to wygląda.

                                              *                      *                      *
Wchodzimy do mieszkania. Spoglądam na uśmiechniętego Jareda, który kładzie futerał z gitarą przy ścianie. Staję na palcach i składam na jego policzku całusa. Brunet spogląda na mnie zaskoczony, ale kąciki jego ust unoszą się ku górze.
-A to za co?- Pyta.
-A musi być jakaś okazja?- Wzruszam ramionami, kierując się w stronę kuchni.
-Dziękuję, że pozwoliłaś mi u siebie zamieszkać.- Mówi, a ja zatrzymuję się w pół kroku.
-W sumie mieszkasz u mnie odkąd się poznaliśmy. Był chyba tylko jeden dzień kiedy tu nie zagościłeś.- Na jego twarzy pojawia się delikatny grymas.
-Bo ja wtedy przez chwile czekałem pod drzwiami.- Wyznaje, a ja wybucham śmiechem.
-Czego ja się tu dowiaduję, Leto.- Podchodzę do lodówki i wyciągam z niech butelkę wody.- Rozgość się. Zrobiłam ci nawet miejsce w szafie.- Upijam łyk orzeźwiającego napoju, po czym odkładam go tam, skąd go wzięłam.
-Co za poświęcenie.
-Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jakie to było trudne.- Mruczę, wchodząc do sypialni, gdzie mężczyzna już układa swoje ciuchy.- Doszłam do wniosku, że z tych tekstów z moich koszulek można by było piosenkę napisać.- Opieram się o framugę, a ten spogląda na mnie z pod przymrużonych powiek.
-Myślisz, że już nie próbowałem? Mam te wszystkie teksty w notesie i w wolnej chwili próbuję ułożyć z nich coś sensownego.- Brunet wraca wzrokiem do swojej walizki, a ja zamykam oczy, rozkoszując się tym momentem. Emily miała racje. Zaproponowanie mu przeprowadzki było dobrym pomysłem.- A ty co tak stoisz? Pomóż mi.- Otwieram powieki w momencie, gdy na mojej twarzy lądują jego spodnie.
-No, wiesz?- Zgarniam tą część garderoby i z udawaną wściekłością odrzucam w jego kierunku.- Co to w ogóle miało być, co Leto?- Zaplatam ręce na piersi, siadając przy tym na łóżku.- Teraz nie licz na moją pomoc.
Wystawiam język w jego kierunku, mężczyzna reaguje od razu, łapiąc poduszkę leżącą przy szafie. Rzuca ją w moją stronę, a ja, zaskoczona jego ruchem próbuję zasłonić się dłońmi, odchylając się przy tym do tyłu, tak że ląduję na pościeli. Mężczyzna moment później nachyla się nade mną i po drobnym zamachu uderza mnie lekko poduszką. Postanawiam się odwdzięczyć, tak więc kilka minut później oboje tłuczemy się tymi miękkimi przedmiotami, by w końcu paść ze zmęczenia na łóżko.
-Jesteś najpiękniejszym stworzeniem na świecie.- Mówi, przerywając tym samym ciszę. Na moich policzkach pojawiają się rumieńce.- I uwielbiam jak się rumienisz.- Dodaje, odwracając głowę w moim kierunku.
-A ty najgłupszym.- Po raz kolejny wystawiam mu język.
-A miało być tak romantycznie.- Jęczy, podnosząc się.
-Wybacz.- Podobnie jak on, unoszę się, ni to leżąc, ni to siedząc. Brunet kładzie dłoń na moim, nadal czerwonym policzku, by moment później wbić się w moje usta. Odwzajemniam jego pocałunek, nawet wtedy, gdy przygniata mnie swoim ciężarem.- Złaź ze mnie.- Mruczę między pocałunkami, a on unosi się na łokciach, uwalniając moje ciało od ciężaru, jednak ani na moment nie odrywając się od moich ust.
Jego dłoń wędruję pod moją cienka koszulkę i jednym zwinnym ruchem zdejmuje ją. Ja nie pozostaje dłużna, bo po chwili i jego górna część garderoby ląduję w którymś z kątów sypialni. Jego usta pieszczą moją szyję, a ja przeczesuję palcami jego ciemne włosy. Niestety przerywa nam wtargnięcie nieproszonych gości do mieszkania, a dokładniej do naszej sypialni. Orientujemy się o jego obecności dopiero gdy chrząka. Jared przerywa, odrywając się tym samym od mojej szyi, a ja unoszę się lekko. W drzwiach stoi Emily. No przecież, któżby inny wchodził tu bez zapowiedzi? A no tak, Terrence, który swoją drogą ukrywa się zaraz za nią. Leto pada obok mnie z jękiem i zakłada ręce za głowę.
-Co was tu sprowadza?- Pytam dość kulturalnie, przymykając przy tym oczy.
-Przyszłam sprawdzić czy zrobiłaś to co ci mówiłam.- W głębi duszy, wiem, że przygląda się walizce rozłożonej obok szafy, zresztą podobnie jak mój ojciec. Otwieram leniwie powieki i uświadamiam sobie, że ani trochę się nie pomyliłam, ale jeśli blondynka patrzy a to z uśmiechem, tak fotograf, z lekkim obrzydzeniem.
-Już się do ciebie sprowadza?- Odzywa się, wchodząc do pomieszczenia.- Nie za szybko?- Wywracam oczami, rzucając przy tym w niego poduszką.- Teraz może byście się ubrali, co?
-O, nie.- Sprzeciwia się dziewczyna.- My wychodzimy, Terry, a wy bawcie się dobrze.- Mruga do nas, taszcząc za sobą zielonookiego.