POSTACIE Strona głóna

niedziela, 28 maja 2017

98. ŁAGODNY DEMON

20 styczeń 2013



Ciągnę za sobą dwie walizki, co chwila spoglądając na Jareda i Luckie, którą muzyk niesie. Mężczyzna po chwili wyłapuje moje spojrzenie.
-Pomóc ci?- Pyta, ale ja szybko przeczę ruchem głowy, po czym wracam wzrokiem przed siebie i po prostu zatrzymuję się w miejscu, dostrzegając osobę, stojącą kilka metrów przed nami.- Co się stało?- Jay również się zatrzymuje, przyglądając mi z uwagą. Otwieram usta, chcąc mu odpowiedzieć, ale uprzedza mnie Elizabeth.
-Gugu!- Woła, wyciągając rączki w kierunku Terenca, który stoi z uśmiechem, opierając się o słup.
-Cześć.- Podchodzimy do mojego ojca, który chyba po raz pierwszy w życiu wyjechał po nas na lotnisko. Co szczególnie dziwne, nawet go o to nie prosiliśmy.- Cześć, Kangurku.- Przejmuje niebieskooką od mojego męża.
-Co tu robisz, Terry?- Pytam, marszcząc brwi.
-Jak to co? Przyjechałem po was. Nie będziecie się tłukli po taksówkach z moją wnuczką.- Oznajmia, ruszając w kierunku wyjścia z budynku. Jared przejmuje jedną z walizek, a ja obserwuję jak fotograf szczelnie owija moją córkę malutkim szaliczkiem.
-Jay, ty to widzisz?- Szepczę. Mężczyzna łapie mnie za rękę i całuje w skroń.
-Widzę, widzę i nie mogę się nadziwić, że Demon złagodniał.- Śmieje się cicho. Wychodzimy na świeże, mroźne powietrze zimowego Nowego Jorku, a zaraz potem chowamy się na parkingu.
-Matko, jak tu zimno.- Mruczę, jeszcze szczelniej owijając się kurtką. Jared zatrzymuje się przede mną i ze swojego plecaka wyciąga czapkę, którą nakłada mi na głowę, a potem cmoka w nos. Poprawia jeszcze mój szalik, mimo, że już nie jesteśmy narażeni na zimny wiatr.
-To dlatego, że przyzwyczailiśmy się do klimatu LA.- Mówi, ponownie łapiąc mnie za rękę. Wtulam się w jego ramię i kontynuujemy drogę, starając się nie stracić z oczu mojego ojca i córki. W końcu mężczyzna przed nami odwraca się i zatrzymuje. Gdy już z nim zrównujemy, zaczyna.
- Pożyczyłem od Emily fotelik, bo Victor i tak z niego wyrósł, a mój Kangurek nie może tak jeździć bez niczego, bo to niebezpieczne.- Uśmiecham się lekko, bo po prostu nie poznaję ojca. Ostatnim razem to po prostu Anderson po nas wyjechała, bo Elizabeth była za mała, żeby ją tak tarmosić w taksówkach.- Podwiozę was do mieszkania, ale musicie mi obiecać, że wpadniecie na kolacje.- Uśmiecha się, otwierając samochód. Zapina swoją wnuczkę w fotelku, o którym nam wspomniał, a ja z pomocą Jareda wkładam walizki do bagażnika, a potem siadam obok córki, podczas gdy Jay zajmuje miejsce z przodu.- To co z tym wieczorem?- Terry wyjeżdża z miejsca parkingowego i po kilku chwilach jesteśmy już na ulicy.
-Wydaje mi się, że wpadniemy.- Uśmiecham się, do jego odbicia w przednim lusterku.- Nic innego nie mamy na dzisiaj w planach, więc ja jestem za.
-W takim razie, z tego co zaplanowała Skinny, wpadnę po was koło dziewiętnastej.- Obserwuje jak mężczyzna poprawia swoje okulary, jednocześnie zatrzymując się na światłach.
Po prawie godzinie dojeżdżamy pod kamienicę, w której nie tak dawno jeszcze mieszkaliśmy na co dzień. Żegnamy się z fotografem i wychodzimy na drugie piętro, z tą różnicą, że teraz to ja niosę Luckie, a Jared nasze walizki. Jeszcze nie do końca wchodzimy do mieszkania, gdy ktoś puka do drzwi. Widząc, że Leto zamierza otworzyć, padam na łóżko, w zamiarze przespania chociaż marnych trzydziestu minut, ale po chwili dociera do mnie głos kobiety, którą najchętniej wywaliłabym z tego mieszkania.
-Przyszłam na kawę.- Odwracam głowę i zauważam Emily, opierającą się o framugę drzwi.
-Idź sobie. Chce mi się spać.- Jęczę, sięgając po poduszkę, którą po chwili przytulam.
-Nie ma szans. Zostaję. Ty zdajesz sobie sprawę ile cię ploteczek ominęło?- Jęczę cicho, ale jakoś podnoszę  się z pościeli i staję na równych nogach.- Wiedziałam, że dasz radę.- Blondynka uśmiecha się szeroko i znika w salonie, a ja z tęsknotą spoglądam na pościel. W końcu sięgam mimo wszystko po podusie i ściskając ją, idę śladem Anderson, która panoszy się w kuchni.- Jakbyś szukała Jareda, to poszedł do sklepu, żebyście z głodu nie umarły.- Siadam na sofię, zostawiając przygotowanie kawy recepcjonistce, a sama siadam na dywanie, koło bawiącej się dziewczynki.
***
Zamykam zmywarkę i prostuję się, przyglądając się jak Skinny napełnia czajnik wodą. Następnie wrzuca do każdego kubka torebkę z herbatą, a gdy jest przy ostatnim, odzywam się.
-Ja poproszę kawę.- Uśmiecham się, opierając o blat. Kobieta marszczy brwi, spoglądając na mnie.- Tak, wiem, jest wieczór, a ja chcę kawę.- Wywracam oczami.- Ale mnie pobudza tylko herbata Jaya i pierwsza kawa rano.- Dziewczyna mojego ojca niepewnie chwyta słoiczek z kawą, stojący w rogu.
-Jesteś pewna?- Śmieję się cicho, bo pomimo, że znamy się już kilka lat, dzięki mojej spontanicznej ucieczce do Nashville nie do końca zdążyłyśmy się tak porządnie poznać. Zresztą prosto z Nashville trafiłam do LA.
-W stu procentach.- Odpowiadam. Po chwili przenosimy kubki do salonu, gdzie chwilę wcześniej zostawiliśmy mężczyzn z Elizabeth i pustym stołem, na którym teraz stoi butelka whisky i dwie szklaneczki, na których dnie błyszczy złoty napój.- Jay, poważnie?- Pytam, wskazując naczynie. Przez cały nasz związek zdążyłam się nasłuchać jego opinii o alkoholu mojego ojca, chociaż ten tylko raz się nim porządnie upił. Pamiętam to dokładnie, bo wtedy spotkaliśmy się po raz pierwszy w Nowym Jorku. Niebieskooki wzrusza jedynie ramionami.
-Tylko jedna szklaneczka, Aniele.- Uśmiecha się niewinnie, a ja teraz zwracam uwagę na Terenca, który spaceruje po całym pomieszczeniu z Luckie na rękach i pokazuje jej przeróżne przedmioty. Teraz zatrzymuje się przed szafką z ciemnego drewna, na której stoją zdjęcia w ramkach.
-Popatrz, Kangurku, to twoja babcia.- Tłumaczy podnosząc jedną z fotografii.- A to twoja mamusia, Maleństwo.- Śmieję się cicho, słuchając jego monologu, przerywanego jedynie krótkim „mama”, czy „bu”, albo „gugu”.
-Dlaczego on tak do niej mówi?- Pytam, spoglądając na brunetkę, która siedzi w fotelu, podczas gdy ja z Jaredem na sofie.
-Odpowiedź jest na twojej kolekcji kubków, Puchatku.- Odzywa się głos nade mną. Unoszę wzrok i dostrzegam Terrego, który przekazuje mi dziewczynkę, ta wtula się we mnie, ale po chwili zaczyna się wiercić. Młodszy Leto podaję jej Bubu, czyli jej nierozłączną żyrafę.
*** 
Przechodzę z pokoju do pokoju, szukając wszędzie pluszowej żyrafy, której domaga się Elizabeth i którą jednocześnie gdzieś zgubiła.
-Mama, bubu!- Woła, z pokoju, który kiedyś przeznaczony był dla gości, a teraz należy do niej.
-Już, kochanie.- Wciągam gwałtownie powietrze, dostrzegając wystającą żółtą łapkę zabawki z pod łóżka w naszej sypialni. Wyciągam miśka i zanoszę go do naszej córki, która stoi w swoim łóżeczku, trzymając się ramy.- Widzisz, mama znalazła misia.- Wręczam jej zabawkę, a ta po prostu siada, a potem kładzie się, przytulając go.- Widzę, że idziesz spać.- Uśmiecham się i przykrywam ją kocykiem.
Gaszę światło, ale zostawiam małą lampkę nad łóżeczkiem zaświeconą i wychodzę, nie zamykając drzwi. Wchodzę do sypialni i wślizguję się pod kołdrę. Przez moment nasłuchuję czy nie woła mnie Ellie, ale albo bawi się grzecznie, albo powoli zasypia. W końcu w drzwiach pojawia się Jared, przecierający długie już włosy ręcznikiem. Na sobie ma tylko czarne spodnie od piżam. Marszczę brwi, dostrzegając na jego twarz zarost.
-Wracaj do łazienki.- Mówię, gdy ten zawiesza ręcznik na ciepłym kaloryferze.
-Po co?- Dziwi się.
-Zgól to coś. Wyglądasz jak pajac.- Pokazuję o co mi chodzi, machając dłonią koło swojej twarzy.- Nawet nie wiesz jakie to irytujące jak tak kłujesz.- Wzdycham, a ten jak na złość, nachyla się nade mną i po prostu przejeżdża swoim policzkiem, po moim. Próbuję się jakoś obronić, ale na marne.- Głupi jesteś.- Uderzam go lekko w klatkę piersiową, a ten całuje mnie delikatnie.
-Nie wiem, czy za tego pajaca pozbędę się zarostu, bo zaczyna mi się podobać.- Uśmiecha się, a ja jęczę cicho.- Może jak poprosisz.- Wzdycham cicho.
-Bardzo proszę.- Robię słodkie oczka, a ten po pocałowaniu mnie w czoło, wychodzi z pomieszczenia. Gdy wraca po kolejnych kilku minutach na jego twarzy nie ma ani jednego włoska.
-Luckie zasnęła, więc zgasiłem u niej.- Mówi, kładąc się obok mnie. Przyciąga mnie do siebie, przez co z rąk wypada mi telefon, którym bawiłam się, podczas jego nieobecności. Głaskam go po policzku, który nadal pachnie pianką do golenia i kładę się na jego torsie.

sobota, 20 maja 2017

97. ODWIEDZINY U DZIADKÓW

19 styczeń 2013

Rozpinam szelki i wyjmuję dziewczynkę z fotelika, gdy za mną rozlega się głos, należący do babci Olivii, która się właśnie z nią wita. W drzwiach domu stoi za to mężczyzna ze swoim nieodłącznym kapeluszu na włosach. Kiwa mi lekko głową, po czym powoli podchodzi do przybranej wnuczki. Gdy pierwszy raz spotkałem Johna Richarda Lomaxa ponad sześć lat temu byłem nieźle przerażony jego stoicką wręcz postawą i bezpośredniością i co tu dużo ukrywać, miałem ochotę uciec gdzie pieprz rośnie.
-Dobrze, że jesteście. Annie się martwiła- Odzywa się muzyk, całując następnie moją żonę w czoło. Prycham cicho, bo wiem, że osobą która tu się najbardziej martwiła, był właśnie on. Teraz podchodzi do mnie, ale nachyla się nad moją córeczką i wita się z nią dokładnie tak samo jak z jej matką. Dopiero po tym geście, wystawia dłoń w moim kierunku.- Mam nadzieję, że zostaniecie na trochę dłużej niż jeden dzień.
-Niestety, Jackie. Musimy wracać wieczorem, bo jutro lecimy do Nowego Jorku.- Odpowiada Olivia, wyciągając z tylnego siedzenia torbę, w której wczoraj zostawiła telefon, i o zgrozo, właśnie ponownie wsuwa go do jednej z przegródek. Zamykam samochód i wchodzimy do środka.
-Pozdrówcie mojego półgłówka.- Mówi Annie, wyciągając z kieszeni czarnej sukienki papierosa wraz z zapalniczką.
-Co ja ci mówiłam?- Fuczy od razu fotograf.- Zapalisz jednego, a my sobie jedziemy.- Kobieta z jękiem chowa przedmiot z powrotem.- No, to akurat był dobry ruch.- Wchodzimy do przestronnego salonu z widokiem na ogród. Jackie siada na fotelu, a na oparcie odkłada swój kapelusz.
-Jared, podaj mi Luckie.- Wystawia ręce w moim kierunku, więc sadzam dziewczynkę na jego kolanach.- Cześć, malutka.- Chwyta jej dłoń i zaczyna się nią bawić.- Jaka ty jesteś śliczna.- Rozglądam się, ale Olivia i jej babcia już zniknęły w kuchni, więc po prostu siadam na sofie.- Mówisz już, kochaniutka?- Elizabeth łapie go za nos, śmiejąc się przy tym.
-Kilka słówek już potrafi wymówić.- Odzywam się.
-A kto to jest?- Mężczyzna odwraca ją w moim kierunku i wystawia palec, wskazując na mnie. Zaciskam zęby, bo wiem jaka odpowiedź zaraz padnie.
-Bubu!- Woła dziewczynka, wystawiając rączki do mnie.
-Akurat “tata”, to moja osobista porażka.- Przyznaję, widząc jak Lomax podśmiechuje się pod nosem.- Wiesz, to jest akurat mało śmieszne, bo nauczyła się “mama”, podobnie jak “Babu”.- Mówię, a ten odwraca ją z powrotem twarzą do siebie.
-A kto to?- Tym razem wskazuje na siebie.
-Baba!- Teraz to ja się śmieje.
-A to w jej języku “babcia”.- Uśmiecham się szeroko, dostrzegając wzrok muzyka.- To ja może sprawdzę, czy nie trzeba im coś pomóc.- Wskazuję w kierunku kuchni, jednocześnie podnosząc się. W pomieszczeniu, przy blacie stoi moja żona, a jej babcia zagląda do lodówki.- Pomóc?- Pytam, a Olivia odwraca się w moim kierunku i z uśmiechem wskazuje na kubki, stojące na stoliku.
-Możesz przenieść to do salonu.- Zanoszę naczynia na szklany stolik w salonie i wracam do królestwa mamy Terrego, mijając ją po drodzę. Zatrzymuję się za czarnowłosą i nad jej ramieniem dostrzegam, że kroi na kawałki jakieś ciasto. Kładę dłonie na jej biodrach i nachylam się, składając kilka mokrych pocałunków na jej odsłoniętej skórze. Obserwuję jednocześnie jak odkłada nóż obok dodatku do kawy, bądź herbaty, a w momencie gdy jedną rękę wsuwam pod jej koszulkę, ta ściska krawędź blatu.- Jay, przestań…- Mruczy, mimo, że po jej reakcji wnioskuję, że jej się to podoba. Moja dłoń przesuwa się mimo wszystko kilka centymetrów w górę.
-Ale dlaczego?- Pytam, tym samym tonem głosu.
-Bo jesteśmy u moich dziadków, a oni są w salonie?- Odwraca się, ale ciągle pozostaje w moich ramionach.- Wieczorem, jak Luckie zaśnie dokończymy, dobrze?- Podnosi się na palcach i składa na moich ustach całusa.
-Nie wiem czy wytrzymam.- Zagryzam wargę, wpatrując się w nią z uwagą.
-Nie masz wyboru.- Uśmiecha się szeroko, a do kuchni wchodzi jej babcia.
-Nie przeszkadzajcie sobie. Ja tylko po ciasto przyszłam.- Mówi, w ustach trzymając niezapalonego papierosa. Zabiera z blatu deser i znika w salonie. Spoglądam na kobietę w moich ramionach, która nawet nie skomentowała nałogu jej krewnej, co jest nieprawdopodobne i dostrzegam, że jest cała czerwona. Cmokam ją w nos, ciągnąc do reszty.


OLIVIA
Jared gasi samochód, wcześniej zatrzymując się na podjeździe. Otwieram drzwi i wysiadam z pojazdu. Okrążam go i z tylnego siedzenia zabieram śpiącą Luckie, przy okazji na ramię zakładając torbę z jej rzeczami Jakoś udaje mi się otworzyć dom jedną ręką, przy okazji nie budząc dziewczynki, więc póki jeszcze śpi, zanoszę ją na górę do jej pokoiku. Wkładam ją do łóżeczka i przykrywam kocykiem, a potem kładę obok pluszową żyrafę. Wracam na korytarz i cichutko zamykam drzwi. Schodzę na piętro i obieram kierunek na kuchnie, gdy Jared przykłada mi palec do pleców. Zatrzymuję się, chcąc zobaczyć co ten dureń wymyślił i po sekundzie czuję jego oddech na szyi.
-Rozbieraj się, Aniołku.- Szepcze wprost do mojego ucha, po czym przejeżdża nosem, po mojej skórze, tak, że po moim ciele przechodzi dreszcz.- No już.- Pogania mnie. Odwracam się i wspinam na palcach, by złożyć na jego ustach krótkiego całusa. Niebieskooki najwyraźniej chce go pogłębić, ale nie pozwalam mu na to, zakrywając jego usta.
-Moment.- Mówię, a następnie chcę kontynuować moją drogę do kuchni, ale ten łapie mnie w pasie i przenosi, po czym rzuca na sofę.
-Nie moment, Kochanie, tylko teraz- Mruczy, atakując moją szyję pocałunkami, gdy jego dłonie wślizgują się pod moją koszulkę i cały czas sunął w górę. W końcu najwyraźniej ten ciuch zaczyna mu przeszkadzać, bo odrywa się od mojego ciała i po prostu go ściąga i rzuca na środek salonu, po czym wraca do pocałunków. W momencie, gdy sięga do zapięcia mojego stanika, ktoś wchodzi do domu. Jared zamiera, po czym unosi głowę, najwyraźniej czekając na naszego gościa, a gdy ten się pojawia, mruży oczy.- Spadaj stąd, Kurduplu. Jesteśmy zajęci.- Syczy. Chcę się podnieść, ale nie pozwala mi.- No, już cię nie ma, Kretynie!
-Hej, spokojnie.
-Cześć, Shan.- Mówię, starając się pomachać mniej więcej w stronę, z której słyszę jego głos.
-Cześć, Oliver. To twoja koszulka?
-Ta na środku? Tak. Możesz mi ją podać?- Kawałek mojej garderoby ląduje na mojej twarzy. Spycham z siebie Jareda, który siada obok, a sama się ubieram.
-Po coś tu przylazł?- Pyta mój mąż, zwracając się do swojego brata.
-Jak to, po co? Pożegnać się chciałem. W końcu jutro wyjeżdżacie.- Odpowiada, zwalając się na jeden z foteli.- Chciałem wam powiedzieć, że będę za wami tęsknić.- Uśmiecha się szeroko.
-Jełopie, umówiliśmy się, że nas podwieziesz rano na lotnisko.- Przypomina mu Jay, a na twarzy perkusisty pojawia się zdziwienie.
-Ty, no rzeczywiście! Zapomniałbym o tym.- Podnoszę się i z kieszeni dżinsów wyciągam telefon, który przez cały czas wbijał mi się w brzuch.- To w takim razie, skoro już tu jestem, napiłbym się kawy.- Jego uśmiech się powiększa, a ja, w przeciwieństwie do niego, zdaję sobie sprawę z tego, że przeholował w tym momencie. Łapię niebieskookiego za ramię, gdy próbuje się podnieść, zatrzymując go tym samym przed zamordowaniem swojego brata.
-SPADAJ STĄD, KURDUPLU.- Mówi powoli i wyraźnie, akcentując każdą literkę. Shannon podnosi się ze swojego miejsca, unosząc jedynie dłonie w geście obronnym.
-Dobrze, to ja się powoli wycofam. Zostawiam was samych, tylko grzecznie mi tutaj.- Puszcza nam jeszcze oczko.- Wpadnę po was koło ósmej.- Wysyła całusa w naszą stronę, po czym wychodzi, a nade mną znów pochyla się młodszy Leto.
-Nie rozumiem, po co w ogóle się ubierałaś?- Mruczy, znów w doskonałym humorze i ponownie ściąga mi koszulkę.Piszczę cicho, gdy podnosi mnie, wsuwając jednocześnie dłonie w spodnie.
-Może jednak pójdziemy do sypialni?- Pytam cicho, gdy ten znów atakuje moją szyję.
-A po co?- Odpowiada jedynie, na moment odrywając się od mojego ciała, a ja wplątuję palce w jego włosy.

sobota, 13 maja 2017

96. UP IN THE AIR CZ.2

18 styczeń 2013

Wchodzę do hali prosty jak struna, na rękach trzymając Luckie. Kieruję się na środek, gdzie powinni się zebrać wszyscy, tak jak to było dotychczas. Mniej więcej w połowie drogi, dobija do mnie Shannon z krzywą miną.
-Tak, wiem, spóźniliśmy się, ale były straszne korki, a musieliśmy wstąpić jeszcze po Babu.- Tłumaczę, zanim w ogóle ten się odezwie. Mężczyzna macha ręką z lekceważeniem, a ja zatrzymuję się i aż mrużę oczy, spoglądając na niego. Nie skomentował mojego spóźnienia? To jest podejrzane.- W takim razie, co się stało?
-Ten facet mnie przeraża.- Mówi, wskazując na mężczyznę, rozmawiającego z naszym kamerzystą. Marszczę brwi, bo nie widziałem tego człowieka na oczy.
-Kto to w ogóle jest?- Pytam, a Shan robi zdziwioną minę. W tym samym czasie, niebieskooka na moich ramionach łapie moje włosy i ciągnie je.
-Miałem spytać cię o to samo.- Rzuca i przez chwile wpatrujemy się w nieznajomego. Tak właściwie, przyglądamy mu się dopóki nie omija nas moja żona i z wielkim uśmiechem całuję go w policzek.- Chyba Oliver go zna.
-No co ty?- Mruczę, kontynuując moją drogę, zostawiając brata w tyle. Podchodzę do rozmawiającej pary.- Yyy… Dzień dobry.- Mówię, a ten kieruje swoje oczy na mnie, a te moment później rozszerzają się chyba dziesięciokrotnie. Facet jest chyba mniej więcej w wieku braci Foleyów, a ja mam przypuszczenia, że to kumpel starszego z nich.
-Cholercia, całe życie tu mieszkam i pierwszy raz ktoś sławny, z własnej nieprzymuszonej woli mówi mi ‘dzień dobry”. Także, dzień dobry, panie Jaredzie.- Uśmiecha się, wysuwając w moim kierunku dłoń, ale dostrzegając, że w jednej ręce trzymam torbę z najpotrzebniejszymi rzeczami, a w drugiej córkę, która powoli się niecierpliwi, opuszcza ją.
-Proszę mi mówić po imieniu.- Odzywam się, spoglądając na moją żonę.
-No dobrze. Ja jeszcze się tu rozejrzę, a potem już wam nie przeszkadzam.- Z wielkim uśmiechem, odchodzi, a ja pierwsze stawiam na ziemi torbę, a potem kieruję wzrok na Olivię.
-To właściciel hali?- Pytam, a ta potwierdza ruchem głowy.- Adrien, tak?- Dopytuję. Pomimo tego, że wynajęliśmy to miejsce, mężczyznę nie widziałem na oczy, bo klucze przekazał nam przez Jaka. Gdy otrzymuję twierdzącą odpowiedź, uśmiecham się lekko, przyglądając się jak mężczyzna krąży po hali, oglądając wszystko z niemałym zainteresowaniem.
***
Siadam na podłodze i odkręcam butelkę wody, a następnie wypijam połowę. Teledysk właśnie został nakręcony, ale Olivia chciała zrobić jeszcze kilka zdjęć. Rozglądam się dookoła, szukając mojego brata i córki, ale nigdzie ich nie dostrzegam. Za to przede mną zatrzymuje się Tomislav. Marszczę brwi, czekając aż się odezwie. W końcu po prostu pada obok mnie i plącze nogi, siadając po turecku.
-Koniec?- Pyta.
-Koniec.- Odpowiadam z uśmiechem, proponując mu napój. Bierze go bez zastanowienia i dopija do końca.- Nie widziałeś gdzieś Shannona?
-Spaceruje z Luckie na zewnątrz.- Podnoszę się z podłogi.
-Tak właściwie, to jak się Vicki czuje? Jakość wcześniej nie miałem kiedy zapytać.- Czarnowłosy śmieje się cicho.
-Dokładanie tak jak Emma. Też ciągle lata wymiotować.- Uśmiecha się szeroko, ale moment później jego uśmiech znika.- Matko, nie wierzę, że będę miał dziecko, zresztą nadal nie wyobrażam sobie tego, że wy też już dorośliście. To po prostu absurdalne.
-Kiedyś w końcu trzeba.- Zostawiam go w spokoju, a sam kieruję się do wyjścia z hali, jednak już przy drzwiach pojawia się Olivia z aparatem przewieszonym na szyi.- Skończyłaś?- Pytam, łapiąc ją w objęcia.
-Tak. Więc oficjalnie skończyliście nagrywać teledysk. I tak jak przewidziałam, zajęło wam to tydzień.- Uśmiecha się, całując mnie szybko.- A ty się tak właściwie gdzie wybierasz?- Marszczy brwi, przyglądając mi się z uwagą.
-Po naszą córkę idę. Podobno razem z Shanem spacerują koło hali.
***
Obejmuję ramieniem Olivię, która praktycznie na mnie leży jednocześnie przeglądając nagrany materiał. Spoglądam na Elizabeth, bawiącą się na dywanie, która powoli zaczyna ziewać.Cmokam szybko moją żonę w głowę, dzięki czemu zyskuję jej uwagę, bo aż zatrzymuje nagranie i odwraca się w moim kierunku.
-Idę położyć Luckie.- Mówię, a gdy ta prostuje się, wstaję z sofy. Kucam obok córki, a gdy ta wystawia rączki w moim kierunku, podnoszę ją na ręce.- Jay, jeszcze żyrafa.- Upomina mnie Lee, gdy już zamierzam ruszać na piętro. Wracam po pluszowe zwierzę, bez którego mała nie zaśnie, a gdy już trzyma go malutka, kieruję się na schody, by następnie wchodzę do jej pokoiku, pomalowanego na taki sam kolor jak pokój gościnny w naszym mieszkaniu w NY, czyli pomagranate.
-Bubu…- Dziewczyna łapie mnie za włosy, ciągnąc lekko, a ja wywracam oczami.
-Jestem tata, nie bubu.- Mruczę, siadając na fotelu w kącie.- Co powiesz na przesłuchanie Bright lights?- Sięgam wolną ręką do odtwarza i włączam nagranie, które specjalnie nagraliśmy dla Ellie, gdy mogła zasnąć tylko słuchając tego.- Wiesz, że jak ja nie mogłem zasnąć, jak byłem w twoim wieku, to twoja babcia puszczała mi “Life on mars”?- Mówię.- A teraz z twoimi wujkami mam zespół, a twoja mama śmieję się, że chyba rzeczywiście pochodzimy z marsa.- Całuję ją w główkę, bo ta ciągle spogląda na mnie dużymi, niebieskimi oczkami.- Bardzo cię kocham, wiesz malutka?- Uśmiecham się leciutko, ale moją uwagę zwraca jakiś ruch w okolicy drzwi, więc kieruję wzrok w tamtą stronę i dostrzegam Olivię, opierającą się o framugę, która trzyma kolorowy kocyk.
-Kocyka zapomniałeś.- Unosi kąciki ust w górę. Podchodzi bliżej i nachyla się nad dziewczynką.- A ty nie słuchaj taty. To głupek.- Cmoka ją w główkę, tak jak ja przed momentem.
-Mama żartuje. Nie jestem głupkiem.- Prostuję, a malutka wierci się przez moment, a gdy już Olivia wychodzi z pokoju, ustawia się, wczepiona w moją koszulkę.- To chyba znaczy, że komuś chce się spać.- Uśmiecham się lekko. Przez chwilę czekam, aż Elizabeth zaśnie, a gdy jej oczka już są zamknięte, wkładam ją do łóżeczka, przykrywam kolorowym kocykiem i kładę obok niej pluszową żyrafę, a gdy już chcę odejść, po pomieszczeniu rozbrzmiewa “Highway to hell”. Jęczę cicho, ale jednocześnie rzucam się w poszukiwaniu telefonu pani fotograf, zanim dzwonek obudzi malutką. Zresztą dziwne, że już się to nie stało. Na szafce, stojącej pod ścianą, leży torba, z rzeczami naszej córki, więc to z niej moment później wyciągam dzwoniącą komórkę. Odbieram, ale odzywam się dopiero stojąc na korytarzu.- Halo?- Wychodząc nawet nie spojrzałem na numer, więc nie mam pojęcia kogo mogę się spodziewać po drugiej stronie.
-Jared? Dobrze, że to ty odebrałeś.- Wzdycha moja rozmówczyni, a na moich ustach pojawia się uśmiech.- Macie plany na jutro?
-Dobry wieczór, Annie.- Witam się z matką Terenca.- Ja jestem wolny, ale nie wiem co Olivia planuje.- Mówię zgodnie z prawdą.
-W takim razie nie widzę przeciwwskazań, żebyście nie przyjechali do nas na weekend.- Wywracam oczami. Tak to już jest z tą kobietą, a mi za bardzo przypomina moją żonę. Schodzę po schodach, zatrzymując się w salonie, który jednak jest pusty.- Tak dawno nie widziałam się z dziewczynami.- Wzdycha.- No i z tobą.- Śmieję się cicho.
-Tak, wiem, wiem. Jak tylko znajdę Lee, to sobie porozmawiacie.- Akurat z końcem jej wypowiedzi z kuchni wychodzi czarnowłosa i marszczy brwi.- O, właśnie ją znalazłem- Mówię.- To do zobaczenia.- Podaje jej telefon i wracam na swoje poprzednie miejsce na sofie.

czwartek, 11 maja 2017

95. UP IN THE AIR CZ.1

14 styczeń 2013
Maszeruję dookoła, wpatrując się w drogę dojazdową. Zatrzymuję się centralnie przed wejściem do hali i z kieszeni wyjmuję telefon. Olivia powinna być tu już pół godziny temu. Wykręcam do niej numer, gdy obrywam drzwiami w ramię. Przenoszę wzrok na mojego oprawcę, którym okazuje się być Robert.
-Lee jeszcze nie ma?- Pyta, rozglądając się po podjeździe zapełnionym samochodami.
-No właśnie nie ma. Martwię się.- Przeczesuję palcami długie już włosy.
-Ty wiesz jaka ona jest. Ciągle się spóźnia.- Greenwood opiera się ścianę i teraz oboje wpatrujemy się w drogę, na której chwilę później pojawia się czarny, jeepowaty samochód, należący do mnie.- No widzisz, już jedzie.- Mężczyzna klepie mnie po ramieniu, po czym znika w budynku. Olivia parkuje obok samochodu Emmy, po czym wysiada z pojazdu.
-Przepraszam, przepraszam, przepraszam.- Robi przepraszającą minę, podchodząc do mnie. Przyciągam ją do ciebie i całuję w czoło.
-Następnym razem daj mi znać, że się spóźnisz, bo ja od zmysłów odchodzę.- Kobieta wyplątuje się z moich ramion i podchodzi do auta, z którego wysiada troje osób.
-To Megan, Charlie i Eddie.- Wskazuje po kolei na swoich pracowników, po czym otwiera drzwi i przez moment mocuje się z czymś, by wyjąć naszą córkę. Marszczę brwi.
-A Luckie nie miała zostać z Henrym?- Pytam, mając na myśli jej dziadka.
-Alice się źle poczuła i pojechali do szpitala.- Mówi, podchodząc bliżej. Podaje mi dziewczynkę, która od razu łapię moje włosy, a Olivia otwiera bagażnik pełen sprzętu fotograficznego.
-Lee, damy sobie radę bez ciebie. Jak chcesz, to możesz do niej jechać.- Zbliżam się do niej, a jej pracownicy wchodzą z częścią sprzętu do środka, dając nam choć trochę prywatności.
-Dzwoniłam do nich. To nic poważnego i wracają już do domu.- Uśmiecha się lekko.- Dobra, powiedz mi co nagraliście, gdy mnie nie było? Hej, Luckie, ale nie ciąg tatę za włosy.- Dziewczynka spogląda na swoją mamę, a potem nachyla się w kierunku mojego ucha, patrząc za mnie i woła.
-Babu!- Odwracam się i dostrzegam Roberta.
-Cześć, Bubu!- Odpowiada jej fotograf.- A co ty tu robisz? Myślałem, że jedziesz do dziadka.- Zabiera mi dziewczynkę.
***
Wrzucam do letniej wody musującą tabletkę magnezu, która od razu zaczyna się rozpuszczać i przenoszę kubek z Kubusiem Puchatkiem do salonu, gdzie przed laptopem ​siedzi Olivia. Od jakiegoś czasu ciągle drga jej powieka, co jednoznacznie wskazuje na niedobór tego pierwiastka, który dodatkowo wypłukuje kawą. Elizabeth śpi już od dawna. Odkładam naczynie na szklany stolik i siadam obok niej.
-Kończysz już?- Pytam, przyglądając się zdjęciom, które zrobiła dzisiaj.
-Nie bardzo.- Odrywa się na moment od sprzętu, ale tylko po to by cmoknąć mnie szybko w usta i upić łyk napoju, który jej przygotowałem.- Jeśli się sprężycie, to myślę, że skończycie nagrywanie jeszcze w tym tygodniu.- Mówi, wpatrzona w ekran.- Potem wystarczy wszystko skleić i gotowe.- Rzuca szybkie spojrzenie na mnie, a gdy nie odpowiadam odwraca się na dłużej.- Czemu milczysz?- Zagryza wargę. Uśmiecham się lekko, przyciągając ją bliżej, przez co cicho piszczy.
-Milczę, bo ty tu rządzisz, Aniele.- Składam na jej czole całusa.- I od tej pory, to ty jesteś Cubbinsem.- Kobieta wywraca oczami.
-Nie przesadzaj. Chcę wam tylko pomóc.
-Wiem, ale jeśli ktoś znów mnie spyta “Who the f#%k is Bartholomew Cubbins?” odpowiem bez wachania, że to ty.- Zamykam ją w szczelnym uścisku, by nie mogła mi uciec.
-Głupek z ciebie.- Komentuje, ale nawet się nie wyrywa. Słyszę jedynie jak w pewnym momencie wzdycha.
-Co tam?- Puszczam ją, pozwalając oddalić się na kilka centymetrów, ale nie za daleko.
-Musimy chyba zatrudnić opiekunkę dla Luckie.- Zielonooka wpatruje się we mnie z powagą.- To tego czasu jakoś dawaliśmy rady, ale za niedługo wyjedziecie w trasę, a ja sama nie wyrobię.- Znów wzdycha, a ja marszczę brwi.
-Przepraszam bardzo, ale, pragnę zaznaczyć, że wy jedziecie z nami.- Mówię.
-Jay, nie jedziemy. Luckie jest mała i nie chcę tego mówić, ale muszę, będzie wam po prostu przeszkadzać. Zresztą, co ja bym niby miała robić?- Zakłada ręce na piersi, co każdy uznaje za znak, że lepiej poddać się na starcie, ale halo, jestem Jared Leto, jej mężuś.
-Olivio Carrie Richardson Leto, jedziecie ze mną w trasę i nie chcę słyszeć ani słowa sprzeciwu.- Opieram się wygodniej na sofię i wystawiam stopy na stolik jak pan domu, którym właściwie jestem.
-Jaredzie Josephie Leto, po pierwsze, śmierdzące łapy na ziemię.- Zrzuca moje nogi, a ja mrużę oczy. To, że czasem daję sobą pomiatać, nie znaczy, że to nie ja tu rządzę!- Po drugie, jak ty to sobie wyobrażasz?
-Jeszcze nie wiem, ale przepraszam, będę ci płacił za robienie zdjęć podczas koncertów.- Wyrzucam dłonie w górę.
-Nie mi, tylko firmie. A ja mogę wysłać z wami kogokolwiek.- Celuje we mnie środkowym palcem.
-Ale ja życzę sobie najlepszego fotografa, czyli ciebie, jeśli jeszcze tego nie zrozumiałaś.- Uśmiecham się szeroko.- Płacę i wymagam.- Obserwuję jak z moją żonka godzi się z przegraną.
-Dobrze, może i to już sobie zaplanowałeś, ale jest jeszcze drobny szczegół o imieniu Elizabeth. Skoro ja będę pracować, to co z nią?
-Emma się nią będzie zajmować. Co za problem?- Wzruszam ramionami.- Musi się podszkolić, skoro za niedługo będzie miała dziecko i to dodatkowo z genami mojego brata.
-Emma nigdzie nie jedzie.- Wzdycham cicho. Co za uparte stworzenie!
-Jedzie. Zresztą Shannon nie zostawi jej samej. Czy ci się to podoba, czy też nie, ale jak już się jakiś Leto zakocha, to na wieki i nie pozwoli na dłuższe rozstanie.
-Na wieki, powiadasz?- Potwierdzam, po czym obserwuję jak na jej twarzy pojawia się przebłysk, który oznacza, że się właśnie wkopałem. Jeszcze nie wiem w co, ale się wkopałem.- Czekaj, jak jej było, Cameron?- Teraz to ona się uśmiecha.- Czyżby jednak ona była miłością twojego życia?
-Hej, Aniele, to jest już cios poniżej pasa.- Jej stopy lądują na moich udach.- To było tylko zauroczenie. Prawdziwą miłość życia poznałem w barze Vinyl trzy dni po rozstaniu z nią. I tak zostało, że szaleję za tą samą dziewczyną już ponad dziesięć lat.- Unoszę kąciki ust w górę.- Ty oczywiście jesteś tylko dodatkiem, ale to szczegół.- Kobieta wywraca oczami, zapewne na moją głupotę i zmienia pozycję, tak że teraz to jej głową jest na moich udach. Podnosi dłoń w górę i delikatnie gładzi mnie po policzku.
-Kurczę, to niesamowite, że znamy się już dziesięć lat.- Całkowicie ignoruje moją zaczepkę, co w zasadzie idzie tylko na moją korzyść.
-Teoretycznie dziesięć, w praktyce trochę mniej, bo przez dwa lata tylko przychodziłaś nas posłuchać i zawsze uciekłaś przed końcem, a potem uciekłaś mi całkowicie do Nowego Jorku.- Przypominam.- No i jeszcze epizod, gdzie prawie wyszłaś za jakiegoś przydupasa z Kanady.
-Jesteś okropny, wiesz?

94. DITA I HALA

11 styczeń 2013
Uzupełniam dokumenty związane z lokalem, gdy do środka wchodzi czarnowłosa kobieta. Ubrana jest w czarną, prostą sukienkę do kolan. Uśmiecha się do mnie, a ja podnoszę się z krzesła i okrążam drewniany stół. Wyciągam w jej kierunku dłoń, a ona ją ściska.
-Dzień dobry, jestem Olivia Richardson.- Przedstawiam się, po raz kolejny używając dawnego nazwiska. Do tej pory czasem mi się to zdarza.- To ja do pani dzwoniłam.
-Dita von Tease albo Heather Sweet. Jak wolisz.- Uśmiecha się. Opieram się o stolik.
-Usiądź. Mam dla ciebie propozycje. Mój mąż nagrywa teledysk i szuka kilku osób. Billie Joe wspominał, że jesteś całkiem sympatyczną osobą, która byłaby w stanie nam pomóc.
-Czyli mam pomóc wypromować się zespołowi twojego męża, tak?- W momencie, gdy wypowiada ostatnie słowo z drugiego pomieszczenia wychodzi Leto z pudełkiem z pluszowymi granatami w kształcie serca.
-Aniele, gdzie to położyć?- Pyta, nie zauważając mojego gościa.
-Pod ścianą.- Wskazuję miejsce obok kanapy.- Więc, Dita, wracając do rozmowy. Wydaje mi się, że już się wypromowali.- Poszerzam uśmiech, a do mnie podchodzi Jay.
-Kogo ja widzę, sam Jared Leto.- Odzywa się.- A ty jesteś córką Terryego? Nie skojarzyłam, że to ty. Nie jesteś ani trochę podobna do ojca.
-Całe szczęście.- Rzucam.
-To od chłopaków z Green Daya?- Wskazuje na pudło.
-Tak. Prezent świąteczny. Tylko nie mogą zapamiętać naszego adresu, dlatego wysłali to tu. To jak z tym teledyskiem?
-Masz już gotowy pomysł?- Zwraca się muzyka, a ja wracam za stół.
-Oczywiście.
***
Zatrzymuje się, obserwując jak Jake wyciąga z kieszeni pęk kluczy, a następnie każdym po kolei próbuje otworzyć drzwi do wielkiej hali. W końcu, metodą prób i błędów, udaje mu się to. Wślizguję się do środka. Wchodzę za nim, przepuszczona przez Jareda. W środku nie panuje całkowity mrok, ale zupełnie jasno też nie jest. Rozglądam się wkoło.
-Adrien mówi, że możecie korzystać z tej hali ile chcecie.- Odzywa się właściciel baru. Spoglądam na muzyka, który zapisuje coś w notesie. Zaczepiam się na jego ramieniu.
-Musicie załatwić jakieś lampy.- Mówię, a ten z uśmiechem wskazuje na nabazgraną kartkę.
-Już zapisałem.- Odwraca się i cmoka mnie w policzek.- Myślę, że to miejsce jest idealne.- Odzywa się głośniej, przez co odzywa się za nim echo. Niebieskooki marszczy na moment brwi. Przez moment milczy, jakby zastanawiając się nad czymś, a dokładniej nad tym co usłyszał po swojej wypowiedzi.- Myślisz, że jak zwieziemy tu wszystko i wszystkich, to echo zniknie?- Zwraca się do mnie.- Zresztą i tak tylko nagrywamy teledysk, a piosenkę podłożymy do obrazu.
-Mimo wszystko sądzę, że jak będzie tu tyle ludzi, to echo powinno zniknąć. Zadzwonić do Shannona?- Wyciągam z tylnej kieszeni dżinsów komórkę.
-Nie ma potrzeby. Ma wpaść wieczorem do nas. Mogłabyś zrobić kilka zdjęć? Musimy pomyśleć nad ustawieniem wszystkiego.- Przykładam do twarzy aparat, który cały czas wisi na mojej szyi i pstrykamy kilka fotografii, w tym takie z zamyślonym Jaredem w tle, które całkiem ładnie będzie wyglądać oprawione w sypialni na ścianie. Po raz ostatni pstrykam guziczek, tym razem uchwycając Jake’a.
-Gotowe.- Mówię, gdy lustrzanka z powrotem wisi na szyi.
-Jeszcze spytam, ile będzie nasz kosztować wynajem?- Jared zagryza wargę, wpatrując się w blondyna.
-Nic. Adrien oczekuje tylko wpisu w Wikipedie miejsca gdzie nagrywaliście.- Mężczyzna uśmiecha się szeroko.- Dobra, dzieciaczki, ja bym z wami tu jeszcze powiedział, ale przypominam, że to Pat został opiekunką Luckie, więc radzę się pospieszyć.- Klaska w dłonie. Wychodzimy z budynku i godzinę później zatrzymujemy się pod kamienicą, w której mieszkają bracia. Wychodzimy na trzecie piętro, gdzie został młodszy bliźniak z naszą córeczką. Jake otwiera mieszkanie, a zaraz potem w przedpokoju pojawia się nasza córka, a zaraz za nią Patrick. Oboje na czworakach.
-Co robicie?- Pytam, przystając w progu, dzięki czemu blokuję drogę Elizabeth na klatkę schodową, gdzie za wszelką cenę próbuje się dostać. Schylam się i podnoszę ją na ręce, a blondyn teraz siada po turecku i uśmiecha się szeroko.
-Jak to co? Bawimy się. Prawda, Bubu?- Dziewczynka podskakuję, cały czas trzymana przeze mnie i wystawia ręce do barmana.
-Bubu!- Woła.
***
Wychodzę z łazienki, ubrana jedynie w koszulkę Jareda i przechodzę do sypialni. Podchodzę na parapecie, gdzie stoi mój kubek z Kubusiem Puchatkiem z resztką zimnej już herbaty. Wypijam ją do końca, a do pomieszczenia wchodzi Jay.
-Zasnęła?- Pytam, a ten kiwa głową, po czym po prostu pada na łóżko.- Czyli mamy resztę wieczoru dla siebie?- Dopytuję, zagryzając wargę. Mężczyzna podnosi się na łokciach i przez moment sunie wzrokiem po moim ciele, zatrzymując się dłużej na nogach.
-Na to wygląda.- Uśmiecha się, wyciągając rękę w moim kierunku. Podchodzę do łóżka i siadam na muzyki okrakiem, by następnie wbić się w jego usta. W momencie gdy jego dłoń wsuwa się pod koszulkę z pokoju obok dobiega płacz. Wzdycham cicho, odrywając się od słodkich warga.
-Ja do niej pójdę.- Cmokam go jeszcze, po czym wstaję i przechodzę do pokoiku naszego dziecka.- Hej, Luckie, co się stało?- Pytam, nachylając się nad łóżeczkiem. Dziewczynka wyciąga do mnie rączki, więc podnoszę ją. Wtula się w moją szyję.
-Mama.- Mówi. Nadal w to nie wierzę, że w ciągu niecałych dwóch tygodni nauczyła się mówić “mama”, “kuku” i “Babu”.
-Jestem tutaj, maleńka.- Cmokam ją w główkę, siadając na fotelu w rogu pomieszczenia.- Przyśniło ci się coś?- Głaskam ją po plecach uspokajająco, bo zdaję sobie sprawę z tego, że normalnie nie budzi się już z płaczem.
-Pomóc?- Odwracam się w kierunku głosu, podobnie jak dziewczynka i dostrzegamy opierającego się o framugę Jareda.
-Bubu.- Uśmiecham się, dostrzegając jak minę niebieskookiego.
-Nie Bubu, tylko tata.- Muzyk podchodzi bliżej i siada na oparciu. Cmoka ją w główkę, podobnie jak ja przed momentem.- No i dlaczego nie śpisz? Przecież przed momentem cię uśpiłem.- Zabiera ją z moich kolan i przekłada na swoje.
-Mama.- Elizabeth wystawia rączki w moim kierunku, więc wraca do mnie, jednocześnie ziewając.
-Idź spać. Ja ją położę i zaraz przyjdę.- Zwracam się do mężczyzny. Ten z ociąganiem wstaję i wychodzi. Przez moment siedzę jeszcze z zasypiają Luckie, a potem wkładam ją do łóżeczka, wręczam pluszową żyrafę i przykrywam kocykiem. Przechodzę do sypialni, gdzie młodszy Leto śpi rozwalony na środku łóżka, ubrany jedynie w spodnie od piżamy. Kręcę głową z politowaniem i siadam mniej więcej na wysokości jego brzucha.- Śpiochu, posuń się trochę.- Dźgam go w żebra, a ten mruczy coś pod nosem i jeszcze bardziej się rozkłada. Jeczę cicho, ponawiając dźganie. Nawet nie wiem kiedy ląduję na nim, przyciągnięta przez jego silne ramiona.
-Nie ładnie tak męża atakować.- Mówi tuż przy moich ustach, po czym się w nie wbija.

93. KLUCZE I TELEDYSK

9 styczeń 2013
Podchodzę do drzwi wejściowych do studia i ściągam plecak, by moment później rozpocząć poszukiwania kluczy. Po wyjęciu wszystkich rzeczy na chodnik, przypominam sobie, że ostatnim razem widziałam je wczoraj, gdy dawałam je Luckie. W końcu im zabawka bardziej dzwoni, tym lepiej, prawda? Jeczę cicho, rzucając okiem na rower, którym tu przyjechałam. Nie ma opcji, żebym teraz się wracała pod tą górę, wystarczy, że potem muszę wrócić do domu. Po raz kolejny spoglądam na przeszklone drzwi i podejmuje jedyną rozsądną w tym momencie decyzję. Wyjmuję z kieszeni telefon i wybieram numer do Roberta, który, jak przystało na współwłaściciela ma drugi klucz. Odbiera dopiero za czwartym razem i to w chwili, gdy już mam się rozłączyć.
-Nie mów, że tylko żartowałaś z tym dniem wolnym.- Jęczy, jeszcze zaspany.
-Nie żartowałam, ale zapomniałam kluczy.- Mówię, wyobrażając sobie jak się krzywi.
-I tylko dlatego mnie obudziłaś?- Zostawiam to pytanie bez odpowiedzi.- Ale musisz po niego przyjść. Nie licz na to, że ci go przyniosę.
-Kocham cię, Babu. Tylko nie powtarzaj przypadkiem tego Jaredowi.- Uśmiecham się szeroko.
-Jasne, jasne. Ile razy średnio w ciągu dnia nazywasz mnie kretynem? Tak z dziesięć, nie?- Rozglądam się dookoła, po czym zaczynam wpakować z powrotem rzeczy do plecaka, który następnie narzucam na ramię.- Kup mi po drodzę jakieś bułki.- Zaczynam iść w stronę mieszkania mojego wspólnika, bo w związku z tym, że mieszka całkiem niedaleko, nie opłaca mi się nawet wsiadać na rower, dlatego też prowadzę go jedną ręką.
-Jeszcze czego, leniu?
-Jakbyś tak jeszcze sok pomarańczowy kupiła, to byłbym ci bardzo wdzięczny.- Cmoka do słuchawki, po czym od razu się rozłącza, nie dając mi nawet sekundy na sprzeciw. Jeczę cicho, ale po kilkudziesięciu metrach wstępuję do jakiegoś małego sklepiku po jego zakupy.
***
Wchodzę do domu, w którym panuje cisza, co jest całkowitą nowością. Zrzucam buty w przedpokoju tuż obok czarno-białych tenisówek w kratkę i na bosaka wchodzę do salonu, gdzie przy schodach odkładam torebkę.
-Jest tu ktoś?- Pytam, rozglądając się wkoło. Ustaliliśmy, że dzisiaj z Jared razem z Shannonem zajmą się Elizabeth, gdy będą ustalać coś do nowego teledysku. Nagle zza sofy wyłaniają się dwie dłonie. Jedna należąca do młodszego, a drugą do starszego Leto.
-Tu jesteśmy.- Mruczy wokalista. Podchodzę bliżej i moim oczom ukazuje się dwóch zrezygnowanych muzyków, leżących na kanapie i bawiąca się na dywanie dziewczynka.
-A wam co się stało?- Pytam, przechodząc na około i kucając obok czarnowłosej, która od razu wyciąga do mnie rączki.
-Mama!- Woła, a ja ją podnoszę i znów przyglądam się tej dwójce.
-Chyba nie będzie żadnego teledysku.- Mruczy perkusista, robiąc jednocześnie dziwne wygibasy, by ostatecznie wyciągnąć z tylnej kieszeni komórkę. Przez moment wpatruję się w ekran.- No i jeszcze Emma się źle czuję.- Jęczy.
-To co ty tu jeszcze robisz?- Unoszę prawą brew w górę.- Leć do niej.- Mężczyzna przenosi wzrok ze mnie na sufit, po czym z ociąganiem, podnosi się do pozycji stojącej.
-A więc zaraz wracam.- Mruczy, po czym rusza na piętro. Przyglądam mu się, nie rozumiejąc za bardzo gdzie on idzie.
-Emma przegląda papiery w moim biurze.- Tłumaczy Jay, zmieniając pozycję na siedzącą.- Cześć, Aniołku.- Nachyla się i całuje mnie krótko.- Jak dostałaś się do studia? Znalazłem twoje klucze w kołysce Luckie.
-Pożyczyłam je od Babu w zamian za zakupy.- Uśmiecham się szeroko, a ten kręci głową z politowaniem.- Co z tym teledyskiem? Przecież wczoraj mieliście już prawie wszystko gotowe.- Marszczę brwi, odstawiając dziewczynkę na dywan i ciągle trzymając ją za rączki zaczynamy spacerować po pomieszczeniu.
-To było wczoraj. Dzisiaj nie ma nic.- Jęczy.- Ani hali, ani aktorów, ani nawet pomysłu.- Ponownie opada ze zniechęceniem wypisanym na twarzy na sofę. Podnoszę córkę na ręce i podchodzimy do muzyka. Odkładam małą na jego brzuch, a on automatycznie chwyta ją, żeby nie spadła.
-Halo, macie fotografa.- Uśmiecham się w jego kierunku, by chociaż trochę dać mu wsparcie.
-Ale nic poza tym.- Mruczy, po czym podnosi czarnowłosą, robiąc tak zwany samolot.
-Pesymista.- Rzucam, a ten kieruje swój wzrok na mnie.
-Shan sobie wymarzył takiego byka, którego można ujeżdżać w wesołym miasteczku.- Śmieję się cicho z wyobraźni starszego z braci.- Czekaj, to jeszcze nie wszystko. On musi być koniecznie różowy.- Dodaje, odkładając z powrotem Elizabeth na sobie.- Tylko wyjątkowo nikt nie chce wystąpić na tym w naszym teledysku. Zresztą gdzie ja mam to znaleźć?- Siadam na podłokietniku fotela, a w mojej głowie rodzi się pewien pomysł.
-Ty wiesz, że właśnie na coś wpadłam?- Odzywam się, jednak wstając. Podchodzę do torebki, w której zostawiłam telefon, cały czas czując na sobie wzrok niebieskookiego.
-A mogę wiedzieć co?- Pyta, gdy ja się prostuje, szukając już odpowiedniego numeru w kontaktach.
-Na razie nie. Muszę do kogoś zadzwonić. Zaraz wracam.- Idę w kierunku kuchni, a gdy już numer czeka tylko na naciśnięcie zielonej słuchawki, odwracam się.- Jest coś do jedzenia? Głodna jestem.- Uśmiecham się szeroko.
-Zrobiłem trochę ryżu dla Emmy i jeśli ten kurdupel tego nie zjadł, to powinno jeszcze trochę zostać.- Podnosi się z Luckie na rękach.
-Oki. Zostań z małą. Ja sobie poradzę.- Znikam w kuchni i przykładam telefon do ucha, a po chwili po drugiej stronie odzywa się mężczyzna.
-Nie wierzę. Sama Olivia Richardson zaszczyciła mnie swoim telefonem. Zazwyczaj to ja przez tydzień muszę się do ciebie dobijać, żebyś w końcu odebrała.- Wywracam oczami, nasypując na talerz resztki brązowego ryżu.
-Nie przesadzaj.- Mruczę, a ten śmieje się.
-To o co chodzi? Bo jakoś nie chce mi się wierzyć, że dzwonisz spytać co u mnie.
-Billie Joe, nie bądź niedowiarkiem. Co słychać u was?- Z lodówki wyjmuję jogurt sojowy, a z szuflady łyżeczkę.
-Jakoś leci. Nie zgrywaj się. Mów jaką masz sprawę.
-W jednym z waszych teledysków zagrała Dita Von Tees, prawda?- Pytam, opierając się o blat.
-Dokładniej w “Redundant”. Ale to było jakoś w 98 roku.- Mówi z niepewnością.
-Armstrong, a masz może do niej numer?
-A mam i to nawet aktualny. Ale co ty planujesz?
-Czy to ważne? Mógłbyś mi go podesłać?- Robię proszącą minę, chociaż on i tak nie może jej zobaczyć.
-Jasne. Jak tam u Luckie? Z ostatniego zdjęcia wnioskuję, że podrosła odkąd ją ostatnio widziałem.
-Rośnie jak na drożdżach.- Uśmiecham się, a do pomieszczenia wchodzi perkusista. Otwiera lodówkę i wyciąga z niej butelkę wody.- Musisz nas kiedyś odwiedzić.- Rzucam jeszcze.- Dobra, będę kończyć. Trzymaj się.- Rozłączam się nawet nie czekając na jego odpowiedź.- Jak Em?- Shan odwraca się do mnie zmęczonym wzrokiem.
-Lepiej, chociaż zwróciła chyba wszystko co zjadła dzisiaj.- Wzdycha.- Tak bardzo chciałabym jej pomóc, a nie mam pojęcia jak.
-Jesteś przy niej a to najważniejsze.- Uśmiecham się lekko.- Wracaj do niej, a ja razem z Jayem zajmiemy się tym teledyskiem.- Ciemnooki po raz ostatni na mnie spogląda, po czym wychodzi z kuchni, a ja zaraz za nim. Po salonie młodszy Leto spaceruje z naszą córeczką. Odkładam talerz na szklany stolik, a Shan znika na piętrze.- No, dobra, co jeszcze brakuje do klipu?- Pytam.
-Wszystkiego. Nawet miejsca nie mamy​.- Wzdycha, pozwalając Elizie usiąść na dywanie przy zabawkach, po czym podchodzi do mnie i z małej szafki, stojącej obok sofy zabiera jakieś kartki.- Emma przygotowała nam listę budynków, gdzie jest dużo miejsca i w których w można byłoby coś nakręcić, ale nic nie da się wynająć na dłużej niż sześć godzin.- Spoglądam na podkreślane adresy wraz z numerami telefonów.
-O to się nie martw. Zaraz napiszę do właściciela byłego lotniska za miastem, który tak się składa jest dobrym kumplem Jake'a.- Wyciągam telefon i pierwsze wysyłam wiadomość do właściciela baru po numer, a zaraz potem do jego znajomego, którego poznałam jeszcze w młodości.- No dobra, coś jeszcze?
-Może jakieś zwierzęta?- Proponuje mężczyzna siadając obok mnie i coś zapisując na odwrocie.
-Konkretnie?- Kończę posiłek, który w międzyczasie jadłam.
-Nie wiem. O jakie ty rzeczy mnie pytasz? Na razie to ty tu dowodzisz.- Śmieję się cicho.- Może wykorzystamy prezent świąteczny Shannona?
-Tą wredną papugę?- Krzywi się.
-Jest wredna tylko dla ciebie.- Poprawiam go, podczas gdy Luckie raczkując podchodzi do mnie i wystawia rączki w moim kierunku, więc biorę ją na ręce.