POSTACIE Strona głóna

czwartek, 30 czerwca 2016

51. ROCK AM RING CZ.1

1 czerwiec 2007


Stoję przy środkowym wyjściu, mając przy okazji doskonały widok na wnętrze busa. Na prawo stoją szafki kuchenne, na lewo są sypialnie, a naprzeciwko wielka sofa, na której siedzi zniecierpliwiony Shannoon.
-Jared!- Krzyczę, strzelając palcami.- Zaraz się zacznie!
-Już, już.- Z pokoju, przeznaczonego do spania wychyla się górna połowa mężczyzny.- Jeszcze tylko koszulka.- Podchodzi bliżej, zakładając na siebie wspomnianą część garderoby, na której znajduje się symbol zespołu, który zaraz będzie grał na scenie. Perkusista wstaje gwałtownie i po prostu wybiega z pojazdu. Podobnie jak ja i jego brat. Doganiamy go po chwili, gdyż jego kondycja jest po prostu beznadziejna. Nie żebym ja miała lepszą, ale, no cóż, jednak mam lepszą. Zatrzymujemy się, widząc tłum pod sceną.
-I co teraz?- Pytam, zagryzając wargę.- I gdzie Tomo z Emmą?- Rozglądam się dookoła.
-Nie wracali z nami po Muse’ie.- Odpowiada starszy Leto, marszcząc brwi.- W sumie, gdyby nie Jay, też mogliśmy zostać.- Mruczy, w momencie, gdy koncert się rozpoczyna.- Chyba widzę Emmę.- Wskazuje na miejsce koło sceny, a w tym samym momencie Chester zaczyna piosenkę „One Step Closer”.
-I cannot take this anymore
Saying everything I've said before-
Śpiewa, a my powolutku przeciskamy się w kierunku przyjaciół. Po kilku minutach, gdy już trwa kolejny utwór docieramy do miejsca, gdzie „nieupoważnionym wstęp wzbroniony”, no ale to przecież członkowie Thirty Seconds To Mars i niezastąpiona asystentka młodszego z braci.
-Gdzie wyście się podziali?- Pyta Australijka, a właściwie wykrzykuje, próbując zagłuszyć Chestera.
-Jared poszedł zmienić koszulkę.- Jęczę.
-Czyli na darmo dwie godziny męczyłam się w dwóch warstwach materiału, żeby potem rozebrać jedną z nich, wraz ze zmianą zespołu?- Dziewczyna mrozi wzrokiem powód naszego rozdzielenia.
-Dobra, cicho siedźcie.- Tomislav macha ręką w naszym kierunku.- Przyszliśmy tutaj, żeby zabawić się na koncercie, a nie obwiniać.
Nagle tłum wraz z Shinodą na czele zaczynają klaskać, co zwiastuje piosenkę „Given Up”.
-One, two, three, four.- Liczy multiinstrumentalista, a po chwili wokalista zaczyna utwór, gdy jest przy refrenie, odzywa się Ludbrook.
-No, taki to nawet by mógł na mnie krzyczeć.- Mruczy z rozmarzeniem, a ja klepię ją po plecach.
-Marzenia.- Komentuję, a Jared jak na komendę odwraca się w naszym kierunku.
-Chcesz, żebym zaczął na ciebie krzyczeć?- Pyta ze skruszoną miną.
-Nie.- Śmieję się, całując go w usta.- Wystarczy, że śpiewasz biorąc prysznic. Twoja ostatnia przeróbka „Ruby” Kaisera Chiefa była świetna.- Oddalam się nieco od niego, a ten tylko mruży oczy, cały czas patrząc na mnie, podczas, gdy jego przyjaciele zwijają się ze śmiechu.- A tak a propos, to występują jutro o 17:40. Akurat zdążycie odświeżyć się po waszym występie.- Drapię się w nos.- A tak w ogóle, to kto zamierza iść ze mną na The White Stripes?- Uśmiecham się do zgromadzonych.
-Nie dość ci?- Blondynka robi minę, jakby co najmniej umierała.- Byliśmy już na Led Zeppelin, Muse, teraz Linkin Park, a ty jeszcze masz energię na więcej?
-Obiecałam Jackowi, że przyjdę.
-Ja bardzo chętnie pójdę.- Zgłasza się Jay.
-Ja też.- Wtrąca Chorwat.
-I ja.- Shan opiera łokcia na ramieniu Tomislava, co wygląda komicznie, gdyż, co tu dużo mówić, perkusista jest niższy.
-No, niech wam będzie.- Jęczy.- Ale nie liczcie na to, że pójdę jutro na wasz koncert.- Wskazuje palcem na mężczyzn.- Będę to wszystko odsypiać.
-Ale my gramy dopiero po 16.- Młodszy Leto rozkłada ramiona.
-Jared, wchodzicie na scenę o 15:25. Zapamiętaj: 15:25. Rozumiesz?
-No, niech ci będzie. 15:45.- Brunet wywraca oczami, a Australijka jest na skraju załamania.
-Spokojnie, Em. Ja im przypomnę.- Uśmiecham się do niej pokrzepiająco.
-A ty nie będziesz na jakimś koncercie?- Unosi jedną brew w górę.
-Nie, jutro nudy. No oprócz naszych drogich Marsów i Kaisera Chiefa.- Mówię ze smutkiem.
-Och, co za szkoda.
-A żebyś wiedziała. A takie pytanie, jakim sposobem możemy tu normalnie rozmawiać, skoro trwa koncert i nie powinniśmy słyszeć nawet własnych myśli?
-Tu jest tak jakby wyciszone.- Odpowiada Shannon. Nagle obok nas pojawia się Mike.
-Co wy tu robicie?- Pyta, zatrzymując się przed nami.
-Yyy… Stoimy?- Uśmiecham się do niego, a on to odwzajemnia.- A ty nie powinieneś być na scenie?- Cmokam ustami, wpatrując się w niego.
-Przyszedłem tylko po gitarę.- Odpowiada, łapiąc instrument.- Ja lecę, pogadamy jutro.-Macha nam i znika na scenie.
                                *                      *                      *
Po raz kolejny czekam przy wyjściu z busa. Przeżywam deja vu, jednak teraz obok starszego Leto, siedzi jeszcze Tomo i Emma.
-Jared!- Krzyczę.- Mógłbyś łaskawie kończyć?
-Moment. Spodnie.- Po pojeździe rozbrzmiewa odpowiedź.
-Ile ty się przebierasz? Nam to zajęło dwie minuty.- Jęczy zniecierpliwiona Emma, poprawiając białą koszulkę.
-Cierpliwości.-Słyszymy.
-Po co te stroje? I dlaczego akurat te kolory?- Shannon wskazuje na białe spodnie i czarną koszulkę, które ma na sobie.
-Chcę, żeby Jack mnie zauważył. A kolory? Nie słyszałeś? The White Stripes ubierają się tylko w trzy kolory: Biały- Wskazuje na jego spodnie i koszulkę Australijki.- Czerwony- Tym razem moja góra i dół Chorwata.- I czarny.- Teraz na odwrót dół mój, góra Milicevica.- Według Jacka trzy to liczba święta. Gadał mi o tym przez trzy godziny na ostatniej sesji.- Jęczę, w momencie, gdy z sypialni wychodzi Jay, ubrany w czarne dżinsy i koszulkę w biało-czerwone paski.
-Jak białe paski, to białe paski. (The The Stripes z ang. Białe Paski)- Podchodzi do mnie.- No, zbierać się. I tak jesteśmy już spóźnieni.- Patrzymy na niego jak na idiotę, po czym zrywamy się i biegiem docieramy pod scenę, pełną ludzi. No, świetnie. Jakoś docieramy w podobne miejsce, w jakim spędziliśmy koncert Linkin Park. Rozpoznaję piosenkę „Little Cream Soda”.
-Coś czuję, że jesteśmy odrobinę spóźnieni.- Mruczę.
-Ciekawe, dlaczego?- Jęczy Shannon, wpatrując się w swojego brata.
-Nie jęcz.
Moją uwagę zwraca piosenka „I Just Don't Know What To Do With Myself”, którą wprost uwielbiam. Przyglądam się dokładnie Johnowi, który ma na sobie czerwone spodnie i czarną koszulkę, tak jak ja, a gra na czerwono-białej gitarze. Meg jest w zamienionych kolorach. Jack zaczyna piosenkę, a po dwóch pierwszych słowach to tłum ją wyśpiewuje. Ja też zaczynam nucić ją pod nosem. White śpiewa zwrotki, pozwalając fanom powtarzać słowa, które są w tytule. Po moim policzku spływa pojedyncza łza. Od zawsze ten utwór mnie wzruszał. W pewnym momencie czuję dłonie Jareda na mojej tali i pocałunek na szyi.
-Dlaczego ty się zawsze na tym rozklejasz?- Pyta, szepcząc wprost do mojego ucha.
-Nie wiem.- Pociągam nosem, a w tym samym czasie zaczyna się następna piosenka i Jack podchodzi do keyboardu i podnosi wzrok na nas. Uśmiecha się w naszym kierunku i zaczyna grać.

czwartek, 23 czerwca 2016

50. SESJA Z GRANATAMI

27 kwiecień 2007


Otwieram szafę i wyjmuję z niej jedną z szerokich koszulek muzyka. Ubieram ją i wychodzę z sypialni. Spoglądam na młodszego Leto, który ciągle śpi, wtulony w koc. Otulam go nim jeszcze dokładniej, po czym kieruję się do kuchni. Otwieram lodówkę, a moim oczom ukazuję się opakowanie truskawek. Oprócz owoców wyjmuję jeszcze składniki na naleśniki. Właśnie przypiekam ciasto na patelki, gdy po mieszkaniu rozchodzi się huk. Odwracam się gwałtownie, dostrzegając, że sofa jest pusta, a z ziemi powoli wstaje mężczyzna, ocierając zaspane oczy. Nasze spojrzenia się spotykają.
-Czy ja cię wczoraj jakkolwiek skrzywdziłem, że tu spałem?- Mówi przestraszonym głosem, a ja zaczynam się śmiać, przypominając sobie, co on wczoraj robił.
-Gdybyś coś chciał mi zrobić, spałbyś pod drzwiami z podbitym okiem, a nie tutaj.- Odpowiadam, a ten oddycha z ulgą.
-Całe szczęście. Nie wytrzymałbym z myślą, że coś ci mogłem zrobić.- Podchodzi bliżej.- Ale w takim razie, dlaczego spałem w salonie? Nie za dobrze pamiętam wczorajszy wieczór.- Obejmuje mnie w pasie.
-Chciałeś mi zrobić masaż, ale jak sam wiesz, mam na plecach łaskotki, więc poszedłeś spać. A że tam- Wskazuję na sofę.- to już nie moja wina.- Zagryzam wargę, a ten całuje mnie w nos.
-Nie zmarzłaś w nocy beze mnie?- Kładzie głowę na moim ramieniu, a ja przewracam naleśnika, który jest już w zasadzie czarny.
-Nie miałam się do kogo przytulić.- Mruczę, odwracając się i wtulając w jego ciało. Przejeżdżam dłonią po jego nagich plecach, a ten chwyta mnie za pośladki.- Nie zapędzaj się, Leto.- Oddalam się lekko i grożę mu palcem. Jakoś go to nie rusza, bo ponownie łapie mnie za tyłek, tym razem jednak wysadzając na szafkę. Całuje mnie lekko, po czym odwraca się w stronę kuchenki.
-Spaliłaś naleśnika.- Mruczy, kręcąc głową z politowaniem.
-Bo mnie rozproszyłeś.- Wywracam oczami.- To tylko i wyłącznie twoja wina.- Macham nogami w każdą możliwą stronę, podczas gdy on wylewa ciasto na wolną już patelnie.
-A podobno kobiety potrafią robić milion rzeczy na raz.- Łapię w rękę ścierkę i walę go w ramię.
-Nie przewidzieli, że będę miała takiego przystojnego faceta, który będzie mnie obmacywać przy robieniu śniadania.- Mrużę oczy, a ten wybucha śmiechem. W tym samym momencie po mieszkaniu rozchodzi się „Highway To Hell”.
-Zgaduję, że to Terry.- Muzyk wraca do przyrządzania posiłku, a ja zeskakuję z szafki i biegiem docieram do sypialni, gdzie ostatni raz widziałam telefon. I żeby było śmieszniej, dzwoni mój szef, a jednocześnie ojciec, więc Leto po raz kolejny miał racje. Odbieram, przykładając komórkę do ucha.
-Tak?- Wracam powoli do kuchni.
-Gdzie ty się podziewasz?- Wykrzykuje, a ja oddalam lekko sprzęt od ucha.
-Przyjdę na dziesiątą.- Wymrukuję.
-Już jest dziesiąta.- Odzywa się, a ja wtulam się w plecy bruneta.
-To na jedenastą, albo lepiej, na dwunastą.- Rozłączam się, zanim Terence zdąży się sprzeciwić, co byłoby z jego strony pewne. Odkładam komórkę na blat, wdychając zapach mojego faceta i przymykając jednocześnie powieki.- Kocham cię, Jared.- Całuję go leciutko w skórę.- Bardzo, bardzo, bardzo cię kocham.- Dodaje, a ten odwraca się, nadal obejmowany.
-Ja ciebie też bardzo, bardzo, bardzo kocham, Lee.- Kładzie obie dłonie na moich policzkach i całuje moje wargi. Uśmiecham się przez pocałunek. Trwamy tak w nim, dopóki do naszych nosów nie dociera zapach spalenizny. Odrywam się od jego ciała i zaglądam na kuchenkę, gdzie naleśnik się dymi.
-Ty też nie umiesz ich piec.- Mruczę, ściągając patelnie z palnika.- Może po prostu zjemy truskawki?- Proponuję.
-A wiesz, że to jest bardzo dobry pomysł.- Uśmiecha się, łapiąc pojemnik z owocami. Łączy nasze palce i ciągnie na kanapę, gdzie spędził dzisiejszą noc. Siadam wtulona w niego, a ten karmi mnie czerwonymi truskawkami, przy okazji skradając mi całusy.- Odprowadzić cię do pracy?- Pyta mężczyzna, odkładając pudełeczko na stolik.
-A chcesz mnie odprowadzić?- Spoglądam na niego.
-Wolałbym, żebyś została ze mną.- Zagryza wargę, a ja doskonale wiem, co mu chodzi po głowie.
-O nie, panie Leto, innym razem. Mam sesje o 12:30 i o 16. Nie mogę się spóźnić.
-Ale…- Przykładam palec do jego ust.
-Nie, rozumiesz? Może potem się skuszę.- Unoszę leciutko kąciki ust w górę.
-Obiecujesz?- Mruży oczy, przyglądając mi się z uwagą, a ja cmokam go w usta.
-To się jeszcze zobaczy.- Pstrykam go w nos.- A teraz idziemy się ubrać, bo raczej tak nie pójdziemy.- Podnoszę się z sofy, ciągnąc go w górę. Z szafy wyciągam czarne dżinsy i naciągam je na nogi, a następnie zmieniam koszulkę Jareda na bluzę z długim rękawem. Siadam na łóżku i przyglądam się jak muzyk się ubiera.
-Co powiesz na wieczorną randkę, tym razem w naszym domowym zaciszu?- Odwraca się w moim kierunku, przekładając przez głowę bluzę.- Może jakiś film oglądniemy?
-Całkiem dobry pomysł.- Odpowiadam, podnosząc się.
-To przyjdę po ciebie o 18.
                                *                      *                      *
Spoglądam na trzech mężczyzn znad aparatu. Aktualnie dwóch z nich obrzuca się plastikowymi granatem w kształcie serca, a trzeci podchodzi do stolika, na którym, w szklance stoją paluszki. Wsadza do ust na raz jakieś dziesięć. Kieruję wzrok na zegar na laptopie. Za kilka minut siedemnasta, a za godzinę ma tu być Jared. Po prostu świetnie. Chyba znów będę musiała przestawić naszą randkę. Przecież przez dwie godziny zrobiłam jakieś trzy zdjęcia, które naprawdę się nadają. Wzdycham i klaszczę w dłonie. Moi modele spoglądają na mnie.
-Wracać na miejsce i zachowywać się.- Mówię głosem nie znoszącym sprzeciwu.- Mamy niecałą godzinę na dokończenie sesji, więc albo się doprowadzicie do porządku, albo wrócicie kiedy indziej, rozumiecie?- Kiwają posłusznie głowami, a na moją twarz wkrada się uśmiech. Może jeszcze nie wszystko stracone.- Świetnie.
Obserwuję jak Frank, ze spuszczoną głową podchodzi do dwójki przyjaciół, a z ust wypadają mu okruszki. Z podłogi podnosi jedną z wielu zabawek i przyciska ją do torsu, w miejscu gdzie powinno być serce, a następnie podnosi wzrok na sufit. Czarnowłosy natomiast ściska je w prawej dłoni i patrzy w moim kierunku, podobnie jak Michael, tylko ten spogląda z dzikością wymalowaną na twarzy.  Klikam kilka razy guziczek w aparacie, a potem oglądam powiększone zdjęcie na laptopie. Na czarnym garniturze Wright’a zauważam jakieś białe plamy. Kieruję swój wzrok na niego i drapię się po podbródku.
- Frank, mógłbyś się otrzepać?- Pytam, a on bez słowa strzepuje wszystkie okruszki po paluszkach.
-Dlaczego mówisz mu po imieniu?- Zwraca się do mnie wokalista i jednocześnie gitarzysta.
-A jak mam inaczej się do niego zwracać?- Odpowiadam pytaniem i pstrykam kolejne zdjęcie.
-Tré.- Dirnt rozkłada ręce, jakby próbował ukazać swą rozpacz.- Każdy tak do niego mówi.- Jęczy, wracając do poprzedniej pozy.
-Stop, ale podoba mi się to. Wreszcie, ktoś mnie szanuję.- Sprzeciwia się Frank.
Perkusista wystawia serce, rozłożone na dłoniach w moim kierunku i spogląda na mnie. Billie Joe rzuca okiem na niego i wykonuje podobną pozę, jednak jeśli Tré wygląda na skruszonego, tak Armstrong na pewnego siebie. Mike drapie się po blond włosach z ciemnymi odrostami, przyglądając jednocześnie przyjaciołom z zespołu. W końcu ściska prawą dłonią zabawkowy granat, tak jakby był prawdziwy. Robię kilka zdjęć, zanim któryś z nich się poruszy. Wszystko idzie pięknie, aż w końcu 2/3 Green Day’a znów zaczyna obrzucać się zabawkami, a pozostała część zespołu wraca do stolika z paluszkami. No błagam! Czy oni nie mogą stać spokojnie przez kilka minut? Cmokam kilka razy, zastanawiając się jak zwrócić ich uwagę, aż w końcu zakładam aparat na szyję i podchodzę do dwóch mężczyzn. Ciągnę czarnowłosego za ramię i puszczam go na prostopadłej ścianie, z której jeszcze nie zdjęłam jasnego tła w kwiaty.
-Mógłbyś ściągnąć marynarkę?- Przechylam głowę w lewo, zastanawiając się nad fotografią. Billie Joe zostaje w czarnej koszuli i czerwonym krawacie, a włosy odstają mu w każdą możliwą stronę. Naciskam guzik dwa razy, a potem zajmuje się pozostałymi. Koniec, nareszcie.
-Oliva!- Po całym piętrze rozchodzi się krzyk ojca.
-Co?- Okrzykuję, pomagając zbierać zabawki do pudełka.
-Jared przyszedł.- Odwracam się w kierunku drzwi, o które opiera się piosenkarz. Uśmiecham się do niego, a on to odwzajemnia. Prostuję nogi i podchodzę do niego.
-Wyrobiłam się dzisiaj.- Oznajmiam z dumą, a on całuje mnie na przywitanie.
-Widzę, że Green Day ci się zwalił na głowę.- Komentuje wchodząc do pomieszczenia. Billie Joe zamyka pudełko i kładzie je przy sofie, na której Frank obżera się paluszkami.
-O, Leto.- Na twarzy Armstronga pojawia się lekki uśmiech.- Słyszałem, że będziecie w tym roku na Rock Am Ring.- Robię zdziwioną minę.
-Na czym?- Dopytuję, a Jay się krzywi.
-Jak zawsze musisz wszystko wygadać, nie?- Odwraca się w moim kierunku.- Miałem ci to dzisiaj powiedzieć. Otóż, jedziemy na taki festiwal i chciałem zabrać cię ze sobą.
-A gdzie to jest?- Przegryzam wargę.
-Niemcy. 1-3 czerwca, ale my będziemy tydzień wcześniej.
-Muszę się spytać Terry’ego.- Jęczę niechętnie.
-Co się mnie spytać?- Pyta ojciec, wchodząc do pokoju. Zatrzymuje się w pół kroku, zauważając perkusistę, odkładającego szklankę po przekąsce.- Ej, to były moje paluszki.- Wskazuje palcem na mężczyznę, a ten robi niewinną minę.
-Mogę jechać z Jaredem do Niemiec na półtora tygodnia?
-A jedź gdzie chcesz.- Mruczy, wychodząc.
-To chyba znaczyło tak.- Na mojej twarzy pojawia się szeroki uśmiech.- A wtedy nie będziemy już mieszkać w Paryżu?- Dopytuję.
-Całkiem możliwe.- Mężczyzna całuje mnie w policzek.
-Szkoda, że nas w tym roku nie będzie.- Wtrąca Mike, poluzowując niebieski krawat. Po chwili zastanowienia, chowa go do pudełka z granatami.- Może się jeszcze kiedyś spotkamy.- Podchodzi do mnie i ściska moją dłoń.- Świetnie się z tobą współpracowało.- Mówi. Billie Joe powtarza to co basista, a Tré po prostu mnie przytula, a następnie wręcza serce.
-Polubiłem cię.- Odrywa się ode mnie, ze smutkiem.
-Ja ciebie też, Frank.
                                *                      *                      *
Wychodzimy z budynku i kierujemy się na Spring Street. Kieruj swój wzrok na Jareda, któremu z ust nie schodzi uśmiech.
-Gdzie będziemy nocować?- Mężczyzna spogląda na mnie z niezrozumieniem, jednak moment później doznaje olśnienia.
-W tourbusie. Mam nadzieję, że nie masz klaustrofobii.
-Chyba nie. Zwinęłam Terry’emu rozdzielacz do słuchawek.- Cmokam ustami, po czym puszczam dłoń bruneta. Uchylam torebkę i staram się znaleźć przedmiot. W końcu go wyciągam i macham przed oczami wokalisty.- Musimy go wypróbować, więc dawaj komórkę.- Leto wyciąga z kieszeni BlackBerry, a ja podpinam sprzęt i  słuchawki. Wpisuję hasło, czyli rok urodzenia Tomo i włączam pierwszą lepszą piosenkę. A jest to „Numb” Linkin Park.
-Działa.- Ogłasza, wyciągając jedną słuchawkę z ucha. Robię to samo.- To na pewno należało do twojego ojca?
-Leżało na jego biurku, więc chyba jego.- Wzruszam ramionami.- A poza tym, tu jest coś wyryte.- Wskazuje na rozdzielacz.- Chyba „T +”. Tam jeszcze coś było, ale teraz nie da się tego odczytać.- Mruczę, niezbyt zadowolona.
-Terry wie, że podkradasz mu rzeczy?- Przeczę ruchem głowy, po czym wybucham śmiechem i odcinam się od niego, wracając do słuchania muzyki, tym razem leci „Dani California” Red Hot Chili Peppers. Po raz kolejny łączy nasze dłonie, a ja nucę pod nosem piosenkę, aż w końcu dodaję słowa:
-She's a lover baby and a fighter
Shoulda seen her coming when it got a little brighter
With a name like Dani California
Day was gonna come when I was gonna mourn ya
A little loaded, she was stealin' another breath
I love my baby to Heath!-
Ostatni wers już wykrzykuję, a ludzie przechodzący koło nas dziwnie się na mnie patrzą. Na szczęście nie jest ich tak dużo.
-Aniele, uspokój się, bo wstyd mi przynosisz.- Przez muzykę przebijają się słowa Jareda, który obserwuje mnie ze śmiechem.
-No, niech ci będzie.- Jęczę w odpowiedzi, krzywiąc się przy okazji.
-Już ci to mówiłem, głos masz okropny, ale lubię cię słuchać, dlatego pośpiewasz sobie w domu.- Pstryka w mój nos palcami, po czym składa na policzku całusa, a na moją twarz momentalnie wraca uśmiech.
                                *                      *                      *
Oglądam jakiś film wtulona w ciało Jareda, gdy przerywa nam piosenka AC/DC pod tytułem „Highway to hell”, którą mam ustawioną na dzwonek. Z cichym jękiem wstaję, i próbuję znaleźć mój telefon.
-Tu jest.- Brunet wystawia dłoń w górę, zaciskając palce na przedmiocie moich poszukiwań. Podaje mi go, a ja od razu naciskam zieloną słuchawkę, nie patrząc nawet na wyświetlacz
-Olivia, masz mi natychmiast oddać rozdzielacz.- Od razu rozpoznaję głos Terrenca.
-Skąd wiesz, że to ja?- Pytam, siadając przy tym na oparciu sofy.
-Bo to ty ciągle podkradasz mi różne rzeczy.- Mruczy.- Jestem pod mieszkaniem. Możesz mi otworzyć?- W tym samym momencie, po mieszkaniu rozlega się pukanie. Leniwie podchodzę do drzwi, wcześniej kładąc komórkę na kanapie. Do środka wpada ojciec.- To mogę odzyskać moją własność?- Z jękiem sięgam do torebki, leżącej na podłodze. Przez chwilę grzebię w niej, aż w końcu wyciągam z niech rozdzielacz. Zielonooki wyciąga dłoń w moim kierunku.
-Nie tak prędko. Najpierw powiedz mi co tu pisało.- Wskazuje na literkę i plusa. Zza fotografem dostrzegam zaciekawionego Jay’a.
-„T+E”. Na pierwszej randce z twoją matką spacerowaliśmy i słuchaliśmy muzyki, dlatego jest dla mnie taki ważny.- Odpowiada, ówcześnie wywracając oczami.
-W takim razie, oddaję.- Wręczam mu jego własność, a ten kiwając głową z politowaniem, wychodzi z mieszkania.



czwartek, 16 czerwca 2016

49. KOLACJA

26 kwiecień 2007
Siedzę na stołku i gram na pianinie piosenkę, gdy do środka wpada jak strzała dziewczyna. Podchodzi do mnie. Nachylam się do tyłu, a ona całuje mnie w usta, na przywitanie. Siada na połowie stołka i wtula się w moje ciało. Przerywam grę.
-Kontynuuj.- Szepcze, a ja jestem jej posłuszny. Kończę grać i łączę nasze usta.
-Bardzo cię kocham, Olivio Richardson.- Głaszczę ją po policzku, oddalając się od jej twarzy na kilka milimetrów.
-Ja ciebie też, Jaredzie Leto.- Odpowiada.
-Głodna jesteś?- Pytam, a ta wzdycha, wstając.
-Popsułeś cały romantyzm.- Siada na oparciu sofy, a ja przekręcam się na stołku, obserwując ją. Jest ubrana w najzwyklejsze dżinsy i jedną z koszulek, które sama namalowała, a na to narzuciła moją bluzę, którą dzisiaj szukałem. Włosy związała luźnego warkocza, więc pewnie robiła to w pośpiechu.
-Jesteś piękna.- Mówię znienacka, a ta spada w tył, zostawiając jedynie nogi.
-Nie gadaj głupot.- Podnoszę się i podchodzę do niej. Łapię jej dłonie i podciągam w górę.
-Jesteś najpiękniejszą i najcudowniejszą istotą jaką ten świat kiedykolwiek widział.- Mówię śmiertelnie poważnie.
-To co na obiad?- Unosi kąciki ust w górę.
-Teraz ty psujesz romantyzm.- Pstrykam ją w nos.- Mogę zrobić sałatkę.- Proponuję, a dziewczyna zagryza wargę.- Albo mam pomysł. Genialny w dodatku.- Czarnowłosa ponownie spada, ale tym razem układa się wygonie na poduszce, a ja siadam na oparciu kanapy.
-Jak Terry wpadnie na coś głupiego, to tak mówi.- Wzdycha.
-Mój może ci się nawet spodoba.- Bawię się jej dłonią.- Co powiesz na romantyczną kolacje do restauracji? Dawno nigdzie nie byliśmy.- Całuję każdą jej kostkę z osobna.
-A jak ktoś cię rozpozna?
-To powiesz, że jestem Francuzem i nie znam angielskiego.- Wzruszam ramionami.
-Nie sądzę, żeby ci się to udało. Tylko ty masz taki kolor włosów.- Robi dziubek, a ja wiem, że rozważa mój pomysł.
-Po prostu kocham całym sercem zespół i chcę wyglądać jak sam Jared Leto.- Wywracam oczami.- Olivia, znam cię za dobrze, wiem że coś wymyślisz na szybko. Ja mogę coś wtrącić po francusku.
-No dobra, niech ci będzie.- Wzdycha, a ja spadam na nią i łączę nasze usta.- A teraz ze mnie złaź, grubasie.- Próbuje mnie zepchać, co nie jest znów takie łatwe, ale w końcu ląduję na ziemię.- Idę pod prysznic.- Zrywa się i po chwili znika za drzwiami. Jeszcze przez chwilę leżę na wykładzinie, po czym wracam do pianina. Gram piosenkę z „Titanica”, a gdy dziewczyna wychodzi, owinięta ręcznikiem, ja zajmuję łazienkę. Mniej więcej w środku mycia, puka.- Ja na moment wychodzę. Tylko ubierz się ładnie.- Uśmiecham się.
-Tak jest, Kapitanie.


OLIVIA


Ubieram się w zwykłe dżinsy i koszulkę, a do torebki wrzucam czarną sukienkę i tego samego koloru szpilki. Podchodzę do drzwi od łazienki, w której Jay bierze prysznic.
-Ja na moment wychodzę.- Mówię.- Tylko ubierz się ładnie.
-Tak jest, Kapitanie.- Gdy słyszę odpowiedź zabieram się za ubieranie czarnych tenisówek. Łapię jeszcze mój telefon i wychodzę z domu. Prawię wybiegam z budynku i jak najszybciej się da idę do mieszkania Emily. Gdzie jestem po około dziesięciu minutach, wspinam się na trzecie piętro i pukam do jej drzwi. Właściwie robię to kilka razy, ale nikt się nie odzywa. Odwracam się, chcąc odejść, ale wtedy do głowy przychodzi mi jeszcze jedna myśl. Pukam do drzwi naprzeciwko, które po niecałej minucie otwiera mi uśmiechnięta blondynka.
-Olivia? Co tu robisz?- Pyta, ze zdziwieniem wymalowanym na twarzy.- Znów kłótnia z panem Ideałem?- Opiera się o futrynę.
-Nie? Zabiera mnie na kolacje i musisz mi pomóc.- Zagryzam wargę.
-Trzeba było tak od razu.- Wciąga mnie do środka.- Ale nie zamierzasz chyba iść w takim stroju, prawda?- Prowadzi mnie do salonu, z uwagą przyglądając się z uwagą mojemu strojowi.
-Mam sukienkę i szpilki w torebce.- Uśmiecham się, wyjmując czarne zawiniątko.- Emma twierdzi, że dobrze w niej wyglądam.
-No dobra, rozgość się, a ja zaraz wracam.- Znika w głębi, a ja siadam na kanapie. Rozglądam się dookoła. Obok stoi stolik z czterema krzesłami, a dalej znajduje się kuchnia. Poprawiam włosy, a do mnie wraca dziewczyna z kosmetyczką w ręce.- Mam nadzieję, że siedzisz wygodnie, bo teraz nie możesz się ruszać, jasne?- Zajmuje miejsce obok mnie i zaczyna mnie malować.
-Wzięłaś urlop?- Pytam, bo już trzeci dzień nie pojawiła się w pracy.
-Na chorobowym jestem.- Uchylam jedno oko i dostrzegam jej uśmieszek, po czym udaje, że kaszle.- Zamykaj to oko, ale już.- Trzepie mnie po głowie pędzlem do pudru.- Jestem posłuszna, ale po chwili ktoś chodzi po salonie.
-Cześć, Olivia.- Odzywa się głos należący do Anthonego. Macham do niego, albo raczej w kierunku, z którego dochodzi jego głos.
-Cześć, Tony. Przepraszam, że was tak nachodzę…- Zaczynam, ale przerywa mi kolejne trzepnięcie po głowie.
-Cicho siedź, bo mnie rozpraszasz.- Karci mnie.
-Kotku, daj jej chociaż oddychać.- Śmieje się mężczyzna.- Chcecie coś do picia?- Jego kroki są coraz cichsze, więc pewnie poszedł do kuchni.
-Ja nic nie chcę, a Olivia nie może nic teraz pić.- Odpowiada za siebie i za mnie.
-Kotku?- Szepczę, przez co po raz kolejny obrywam.- Czy możesz przestać mnie bić? I kiedy wytłumaczysz mi co jest między wami?- Dodaję.
-Tony zaraz idzie na zakupy.- Odburkuje, a po kilku minutach mężczyzna rzeczywiście wychodzi.
-No to mów, Anderson, wszystko jak na spowiedzi.- Otwieram oczy i przyglądam jej się z uwagą.
-Ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Powiem ci, że bardzo dobrze się rozumiemy z Tonym.- Blondynka drapie się po głowie.- Dziwię się jak ta wredna suka mogła go zdradzać i to z jego wydawcą, którym w sumie jest jego brat. Trochę nie fajna sytuacja.
-Jakim wydawcą?- Dopytuję.
-Nie wspominałam, że jest pisarzem? Pisze romansidła i nie zgadniesz kto jest jego aktualną muzą.- Uśmiecha się słodko, a ja wcale nie muszę zgadywać, żeby wiedzieć.- Napisał już prawie połowę. Ale musi znaleźć nowego wydawcę, bo na razie z bratem nie chce się widzieć. Ale nie dziwię mu się. To okropne co mu zrobili.
-A ty się już tu sprowadziłaś?
-Za kogo ty mnie uważasz?- Wywraca oczami.- Znam go tylko dwa tygodnie. Na razie po prostu spędzamy razem czas, poznajemy się.- Wymienia, a ja wiem że zmyśla.
-A tak na serio?- Unoszę prawą brew w górę.
-Nie wychodzimy z łóżka. Tylko na śniadanie i ja do pracy, oprócz ostatnich trzech dni. Ale powiem ci jedno, on jest cudowny. Wreszcie znalazłam faceta, na którego czekałam całe życie.- Rozmarza się, a ja wiem, że to zły znak.
-Tylko żeby nie było jak z tym malarzem od siedmiu boleści.- Mruczę.- Też byłaś jego muzą.
-Raczej malarz od siedmiu muz. Nie wierzę, że tak mnie omamił. Dureń jeden, ale z tego co wiem, pozostałe dziewczyny poszły za moim przykładem i tez go rzuciły. Nigdy więcej nie będę z malarzem, obiecuję.
* * *
Uśmiecham się, wysiadając z taksówki, która podwozi mnie prosto pod restauracje, gdzie czeka już na mnie Jared ubrany w czarny garnitur. Zatrzymuję się obok niego i całuję go na przywitanie.
-Wyglądasz prześlicznie.- Szepcze, prowadząc mnie do środka. Zajmujemy dwuosobowy stolik w kącie lokalu.- Masz te szpilki, w których na mnie wpadłaś rok temu.- Zauważa, a ja potwierdzam.
-Przepraszam, że nie zdążyłam wrócić. Emily mnie zagadała.
-Nic się nie stało. Ważne, że dotarłaś na miejsce.- Do naszego stolika podchodzi kelner i podaje nam menu, więc szybko zamawiamy jedno z dań wegańskich.- Właściwie, to mam dla ciebie propozycje. Dostałem rolę w filmie.- Widzę niepewność w jego oczach i to dość dużą.
-Ale?- Zagryzam wargę, czekając na odpowiedź.
-Kręcony jest w Europie. I może przez jakiś czas zamieszkalibyśmy w Paryżu? W zasadzie przez większość tygodnia mnie nie będzie, bo będziemy kręcić i koncertować, ale nie daleko mieszka mama, więc nie będziesz sama, a ja będę wracał tak często jak się tylko da.- Mówi na jednym wydechu, a ja powoli się uśmiecham.
-Podoba mi się ten pomysł, ale co z Terrym?- Wypowiadam to pytanie chyba po raz setni. Za każdym razem, gdy mamy gdzieś wyjechać, ale nie mogę zapominać, że jestem asystentką ojca.
-Będziesz pracować we Francji. Przecież tam też jest studio. Ale tak właściwie, to już rozmawiałem o tym z Richardsonem. Zgadza się, zostałaś tylko ty.- Opiera głowę na dłoni, wpatrując się we mnie.
-To kiedy wyjeżdżamy?- Unoszę kąciki ust jeszcze wyżej, o ile się tak da.
-I właśnie tego jeszcze nie obmyśliłem.- Wzdycha.
-Nie wierzę. Pan Perfekcyjny nie zrobił całego planu?- Rozszerzam oczy, a ten śmieje się.
-Nie czepiaj się, mała.- Wymrukuje.
-Tylko nie mała.- Grożę mu palcem, wyciągniętym w jego kierunku, a w tym samym momencie obok nas pojawia się kelner z posiłkiem.
-Smacznego, Kochanie.
-Smacznego.- Zabieramy się za jedzenie, co chwila na siebie spoglądając.
* * *
Stoję obok mężczyzny, który usiłuje otworzyć drzwi do naszego mieszkania, ale trochę mu to nie wychodzi. Zastanawiam się czy to przez ilość wina, którą wypiliśmy w restauracji, czy też z innego powodu. Przejeżdżam delikatnie jednym palcem po jego ramieniu, a ten odwraca się do mnie i całuje w nos.
-Rozpraszasz mnie.- Wymrukuje, wreszcie otwierając drzwi. Wpuszcza mnie pierwszą, jak na gentelmana przystało, w momencie gdy wchodzimy do salonu, wprost się na mnie rzuca, łapczywie całując po szyi.- Może przeniesiemy się do sypialni?- Proponuję.- Zrobię ci rozluźniający masaż. Lubisz moje masaże, prawda?- Spogląda na mnie wielkimi oczyma, a ja uśmiecham się, bo zachowaniem bardziej przypomina dziecko, niż dorosłego faceta.
-Lubię, nawet bardzo.- Odpowiadam, wzuwając z nóg szpilki. Odkładam je przy sofię, a ten wprost zaciąga mnie do naszego pokoju. Zdejmuję z ramion marynarkę należącą do muzyka i z ostrożnością zawieszam ją na oparciu krzesła.
-Pomogę ci z tą sukienką.-Brunet prawie podskakuję z radości, kiedy ściąga ze mnie tą część garderoby. Teraz ja stoję w samej bieliźnie, a on ma na sobie jeszcze czarne spodnie i białą, dobrze dopasowaną koszulę. Uważnie ściąga z siebie ciuchy, po czym kładzie się obok mnie na łóżku.- Teraz masaż dla najcudowniejszej istoty na ziemi.- Ledwo łączy ze sobą słowa, ale jakoś go rozumiem. Przekręcam się na brzuch, ale przy każdym jego dotyku wybucham niekontrolowanym śmiechem.- Zdaję mi się, że to dzisiaj nie wyjdzie.- Wymrukuje, podnosząc się. Kieruje się prosto do salonu, czego nie do końca rozumiem.
-Gdzie ty idziesz?- Pytam, unosząc się na łokciach. Ten odwraca się i zaspanym wzrokiem wskazuje na sofę. Doczłapuje i układa się na niej. Idę za nim, ale ten już śpi. Kręcę głową z politowaniem, przykrywając go kocem. Coś tam jeszcze wymrukuje, po czym wtula się w kocyk i całkiem odpływa. Wracam do łóżka i również zasypiam.


czwartek, 9 czerwca 2016

48. 2x WHITE

12 kwiecień 2007


Budzę się i nagle dociera do mnie, jak bardzo boli mnie głowa. I jak bardzo chce mi się wymiotować. Gwałtownie wstaje i moment później nachylam się nad sedesem. Chyba za dużo wypiłyśmy z Emily. Po raz kolejny wyrzucam z siebie zapewne, tą pyszną pizze, którą zamówiłyśmy, gdy ktoś odgarnia mi włosy z twarzy. Odwracam się i dostrzegam zmartwioną twarz Jareda. Siada obok mnie i zaplata mi warkocza.
-Przynieść ci wodę?- Pyta, a ja delikatnie potwierdzam kiwając głową. Wychodzi z łazienki, by po chwili wrócić z butelką. Upijam kilka łyków i opieram się o ścianę.- Lepiej?- Po raz kolejny potwierdzam, a ten nachyla się nade mną, jednak ja przykładam palec do jego ust.
-Zmienisz miejsce na teledysk?- Odzywam się.
-Olivia…- Zaczyna, ale ja mu przerywam.
-Poradzę sobie. Możesz już wracać do spania.- Mruczę, ale ten nie reaguje.- Po prostu już idź.- Unosi się i znika za drzwiami, a ja zostaje sama z własnymi myślami. Jeszcze kilkanaście minut siedzę na płytkach, po czym podnoszę się i wychodzę. W momencie, gdy stawiam krok na wykładzinie, z podłogi ktoś się zrywa.- Powiedziałam coś.- Omijam niebieskookiego i idę do kuchni, gdzie przeszukuje szafki. W końcu znajduję środki przeciwbólowe. Zażywam dwie tabletki i odwracam się, wyczuwając jego obecność.
-Porozmawiasz ze mną?
-Nie.- Zostawiam go samego i  wracam do pokoju gościnnego. Kładę się na materacu i przymykam oczy.
                                *                      *                      *
Podnoszę się i ubieram ciuchy, które dziwnym trafem znalazły się w graciarni. Ziewam po raz kolejny, zbierając rzeczy potrzebne w pracy. Nie udało mi się zasnąć z powrotem, ale przynajmniej pozbyłam się bólu głowy. Z notesu wyrywam kartkę i zapisuję ją: „Jestem w pracy. Mam nadzieję, że jeszcze przemyślisz ten swój pomysł. O.”. Zabieram kluczę ze stolika i wychodzę na klatkę schodową. Zamykam mieszkanie, co nie zdarza się często. W dziesięć minut docieram do Starbucksa, gdzie kupuję kawę na wynos, która pomoże przetrwać mi dzisiejszy dzień. Kolejne pięć minut zajmuje mi dotarcie do Art Partner. Wchodzę do budynku i pierwsze co zauważam, to blondynkę drzemiąca na ladzie. Szturcham ją, a ta zrywa się gwałtownie.
-Nie strasz mnie.- Jęczy.- Myślałam, że to szef. Czy ty też masz takiego kaca?- Opiera głowę na dłoniach.
-Wymiotowałam w nocy. Potem nie mogłam zasnąć. A o głowie nie wspomnę.- Mruczę.
-A jak z panem Ideałem?- Wywracam oczami i siadam na połowie jej krzesła. Kładę głowę na jej ramieniu i obejmuję w talii.
-Przytrzymywał mi włosy, jak zwracałam tą pyszniutką pizze. Ale nadal jestem na niego zła.- Dodaję.
-Ty się o niego martwisz, kochana.
-Nie ważne. A co u twojego kochanka? Jak mu w końcu było? Charlie, Andrew? Pogubiłam się już.- Wyznaje, a na jej twarzy pojawia się uśmiech.
-Anthony, Tony. Ja też się pogubiłam. No to może zacznijmy od tego, że jak wyszłaś zaniósł mnie do łóżka i tak siedział ze mną.- Rozmarza się.- Ale ja, rzuciłam się na niego i chyba wiesz czym to się skończyło.- Chichotam.- A rano dostałam śniadanko prosto do łóżka.- Unoszę kąciki ust w górę.
-Przynajmniej tobie się powodzi.- Gdy kończę swoją wypowiedź, drzwi windy się otwierają, a z niej wychodzi Terence.
-Koniec ploteczek. Dokończycie na lunchu, teraz brać się do pracy.- Zatrzymuje się przed nami. Z lekkim ociąganiem wstaję. Całuję policzek Anderson- Wytłumacz mi, moja panno, gdzieś ty się wczoraj ukryła przed wzrokiem Leto?- Odwracam się do blondynki i wywracam oczami.- Wiesz, ile razu musiałem mu tłumaczyć, że cię nie przetrzymuję?
-Nie ważne. Możemy o tym zapomnieć?- Wchodzimy do metalowej klatki. Naciskam guziczek z piętnastym piętrem.
-Co się stało, Puchatku?- Uśmiecham się, słysząc przezwisko, którym nazywał mnie w dzieciństwie.
-Nic. Poradzę sobie.- Opieram się o lustro na jednej ze ścian, a do środka wchodzi jakaś kobieta. Uśmiecha się lekko, by moment później wysiąść na dziesiątce. Jeśli to co Emily mi mówiła, mają tam okropnego szefa, który nie liczy się z pracownikami.
-Olivia…- Zaczyna, gdy jesteśmy na wysokości czternastki. Jeszcze tylko kilka sekund.
-Proszę, skończ z tym.- Przerywam mu.- Dałam sobie radę kiedyś, więc teraz też sobie poradzę.- Gdy tylko drzwi się otwierają, zostawiam do osłupiałego w windzie, a sama idę do studia, przygotować wszystko na dzisiejszą sesje do jakiegoś magazynu modowego. Wyczuwam na swoim ciele czyjś wzrok.- Zostaw mnie w spokoju.- Mówię nie odwracając się.
-Ktoś tu jest zły.- Odpowiada głos, ale nie należy do Terenca. Odwracam się. W drzwiach stoi Jack i szczerzy się jak mysz do sera.- Myślałem, że jak tylko wrócisz do domu, od razu rzucisz się Jaredowi w ramiona, ale chyba jest na odwrót.- Komentuje, siadając na czarnej sofie. Ignoruję go i kontynuuje ustawianie aparatu.- No wiesz? Ze mną mogłabyś pogadać. W końcu ja nie wybieram się na misje samobójczą.- Jęczę cicho i obrzucam go morderczym spojrzeniem.
-Możesz się zamknąć, White?- Pytam.
-Nie. A teraz mów, co ci leży na serduszku, w końcu od tego są cholerni przyjaciele.
-Jak zaraz nie zamilkniesz, to wylecisz stąd przez okno. Tak w ogóle, to po co tu przylazłeś? Nie masz swojego życia?
-Może gdybyś ze mną normalnie porozmawiała, to wiedziałabyś co u robię. Jest lekka zmiana planów. Otóż Terry jedzie robić te zdjęcia do gazety, a ty zostajesz ze mną. Zbliża się dziesiąta rocznica powstania The White Stripes i chcieliśmy zrobić jakąś sesje pamiątkową.- Tłumaczy, a ja nieświadomie układam usta w dziubek i zastanawiam się przez moment.
-Czyli innymi słowy, Terry zwinął mi sesje dla Glamoura?- Nie czekając na odpowiedź, wychodzę z pomieszczenia i kieruję się prosto do gabinetu ojca. Zielonooki wkłada aparat do pokrowca.- Powiedz mi tylko dlaczego? –Zatrzymuję się przed nim.
-Pomyślałem, że wolałabyś zrobić sesje z Jackiem.- Wzrusza ramionami.
-Mogłam zrobić obie. Po prostu zostałabym trochę dłużej. Następnym razem mógłbyś spytać mnie co o tym sądzę, a nie decydować samemu.
-Dzwoniłem wczoraj, ale uciekając przed Jaredem, zostawiłaś komórkę w mieszkaniu. Naprawdę pokłóciłaś się z nim o durny teledysk?
-Ty wiesz, jakie niebezpieczne jest to, co oni zamierzają zrobić?- Wzdycham. Czy on nie da mi spokoju?
-To na spokojnie z nim porozmawiaj.- Wywracam oczami i wychodząc z gabinetu, wpadam na kogoś.
-Przepraszam, szukam pana Richardsona.- Odzywa się kobieta z ciemnymi włosami. Rozpoznaje w niej byłą żonę mojego przyjaciela, którą kiedyś pokazywał mi na zdjęciach. Widać, że jest zdezorientowana i zagubiona.
-Jestem Olivia Richardson. Megan, tak?- Potwierdza ruchem głowy.- Tędy.- Prowadzę ją do studia, gdzie Jack plądruje moją torebkę, w której trzymam głównie jedzenie. Odwraca się z moim słonecznikiem w ręce. Mrożę go wzrokiem.- Odłóż to. Natychmiast.- Syczę, zaciskając zęby.
-Spokojnie, już odkładam. Nie zabijaj. Cześć Meg, widzę, że już poznałaś Lizi.- Macha do perkusistki.- To z nią będziemy mieć sesje.- Szczerzy się do mnie, a ja wystawiam w jego kierunku język.
                                *                      *                      *
Wchodzę do mieszkania, w którym panuje ciemność. Mimowolnie przypominają mi się pierwsze miesiące po przeprowadzce do Nowego Yorku. Zagryzam wargę i włączam światło. Torebkę odkładam obok szafki i od razu wchodzę do łazienki. Po szybkim prysznicu, wycieram się ręcznikiem i ubieram piżamę. W kuchni jedyne co robię, to zaglądam do lodówki. Zamykając ją, zauważam karteczkę, zapisaną pismem Jareda. Zrywam ją z drzwiczek i czytam: „Wrócę późno. J.”. Gniotę ją w dłoni i wyrzucam do kosza. Przechodzę do pokoju gościnnego. Kładę się na materacu i próbuję usnąć.
Po dwóch godzinach słyszę jak ktoś otwiera drzwi. Podnoszę się i przyglądam się zarysowi mężczyzny za drzwiami.
-Olivia?- Woła, a ja automatycznie wracam do poprzedniej pozycji i udaję, że śpię. Brunet wchodzi do pomieszczenia i komórką oświetla mnie, po czym zostawia mnie w spokoju. Przez kilka minut chodzi po pozostałej części mieszkania, by następnie ucichnąć.
Zaczynam rozmyślać o tym całym teledysku. Chyba powinnam go przeprosić, ale gdy tylko sobie wyobrażę, że coś może mu się coś stać, z moich oczu od razu zaczynają lecieć łzy. Chyba nie powinnam tak reagować. Chociaż kocham go, jak nikogo innego, więc to, że się o niego martwię jest chyba usprawiedliwione. Pociągam nosem, jednak ciągle płaczę. Nagle wyczuwam dotyk na plecach. Odwracam się i dostrzegam zamgloną twarz niebieskookiego.
-Aniele…- Szepcze, kładąc się obok mnie, a ja wtulam w jego ciało.
-Przepraszam.- Wykrztuszam z siebie, a ten całuje mnie w głowę.- Ja po prostu…-Zaczynam.- Nie wiem, dlaczego tak na ciebie naskoczyłam. Kocham cię i nie chcę, żebyś tak ryzykował.
-Już dobrze.- Głaska mnie kciukiem po policzku.- Zmieniłem miejsce kręcenia na Islandie i Grenlandie. I to ja cię powinienem przeprosić. Nie pomyślałem o niektórych sprawach.- Ociera moje łzy z policzka. Uśmiecham się lekko.- Już dobrze?
-Tak. Nie chcę się już z tobą kłócić.- Patrzę mu prosto w oczy.
-Ja też, Aniele, ja też.- Przyciąga mnie do swojego ciała jeszcze mocniej.-Możesz przekazać Emily, żeby następnym razem nie wzywała policji?- Zrywam się i spoglądam na niego zdziwiona.
-Co zrobiła?- Mężczyzna wywraca oczami i po raz kolejny przyciąga mnie do siebie.
-Po części też ty.- Odburkuje.- Ale wezwała policje. Chwała, że ten sąsiad z naprzeciwka, Tony, mnie ukrył. Potem wyjaśnił wszystko policji. Opowiedział prawdę, ale nie mówiąc, że to o mnie chodzi. Na szczęście, po jego wyjaśnieniach poszli sobie. Potem Tony obiecał mi, że wsadzi cię do taksówki i tak zrobił.
-Przepraszam. Nie pamiętam niczego, odkąd Emi zadzwoniła przez przypadek do swojej matki.- Brunet śmieje mi się do ucha.- Ty nie widziałeś jej przerażenia, gdy zorientowała się co zrobiła. Chyba nigdy więcej nie tknę wina. A szczególnie tego od jej brata.- Nagle niebieskooki kładzie mi palec na ustach.
-Kocham cię.- Wyznaje, po czym całuje mnie.

czwartek, 2 czerwca 2016

47. WINKO

11 kwiecień 2007


Spoglądam ze wściekłością na mężczyznę. Ten kładzie dłoń na moim policzku, próbując mnie uspokoić, jednak ja ją strącam.
-Jesteś idiotą!- Krzyczę.- Tylko ty mogłeś wpaść na tak idiotyczny pomysł.- Łapie mnie za nadgarstki i w momencie, gdy ja próbuję się wyrwać, on ściska mocniej.
-Uspokój się!- Wpada mi w słowo, a ja zamieram, zapominając co chciałam powiedzieć. Niebieskooki zmniejsza uścisk, aż w końcu całkowicie mnie puszcza. Odwracam się tyłem do niego i zawieszam na szyi lustrzankę.
-Wychodzę. Nie wiem kiedy wrócę.- Mruczę.- Mam nadzieję, że przemyślisz ten pomysł.- Otwieram gwałtownie drzwi, a stojący za nimi czarnowłosy, podskakuje, po czym opuszcza dłoń, którą chciał pukać. Omijam go i zbiegam po schodach.
-Olivia, zaczekaj!!!- Słyszę jeszcze Jareda, ale całkowicie go ignoruję. Wychodzę z budynku i rozglądam się na prawo i lewo. Decyduję się iść na lewo. Po kilkunastu minutach ląduję pod mieszkaniem Anderson. Naciskam dzwonek, a po chwili otwiera mi blondynka, owinięta pościelą.
-Oli?- Dziwi się.- Poczekaj moment.- Zamyka drzwi, a moment później wypycha przez nie jakiegoś chłopaka w samych gaciach, z kupką ciuchów w dłoniach.- Zapraszam, a ty zadzwoń.- Rzuca do niego, po czym wciąga mnie do środka.
-Czy ty właśnie wywaliłaś tego przystojnego kolesia?- Pytam, pociągając nosem.
-Czego się nie robi dla przyjaciółki.- Wzrusza ramionami.- Jak kocha to wróci. Co się stało? Zazwyczaj to ja muszę cię nachodzić.
-Pokłóciłam się z Jayem.- Odburkuję, a ta znika w jednym z pokojów. Po chwili wychodzi ubrana w luźną koszulkę i spodenki.
-Czekaj, czekaj, ty i pan ideał się pokłóciliście?- Wchodzimy do kuchni.- O co?
-Wymyślił sobie, że będą kręcić teledysk na Antarktydzie. Czy ty wiesz jak tam jest niebezpiecznie? Nie dość, że ryzykuje swoje życie, to jeszcze Shannona i Tomo. Egoista zasrany.- Odburkuję.
-Naprawdę?- Blondynka patrzy na mnie jak na idiotkę.- Tylko o to? Z kim ja się przyjaźnię?- Opieram się o blat i przyglądam jak dziewczyna nastawia wodę, zapewne na kawę.
-Czekaj, złotko.- Mruczę.- Masz może winko?- Anderson obrzuca mnie spojrzeniem.
-Ale, że przed śniadaniem?- Kiwam ochoczo głową.- Mam, mam. Ten idiota, zwany inaczej moim bratem ma winnice. Przysyła mi kilka butelek co miesiąc. Jesteś pewna?- Po raz kolejny potwierdzam ruchem głowy, a ona podskakuje w miejscu z uśmiechem.- Czyli co? Damski wieczór, w wersji porannej?- Zawiesza mi się na szyi, a ja wybucham śmiechem.
-No jasne. Masz jakieś filmy?- Emily wyciąga z szafki butelkę, a ja przeszukuję kieszenie.- Chyba zapomniałam komórki.- Mruczę.



JARED



-Uspokój się!- Wykrzykuję, a ona otwiera i zamyka usta jak ryba. Powoli puszczam jej nadgarstki, mając nadzieję, że teraz porozmawiamy normalnie, jednak ona odwraca się i zawiesza na szyi swój aparat, mówiąc jednocześnie.
- Wychodzę. Nie wiem kiedy wrócę.- Mruczy.- Mam nadzieję, że przemyślisz ten pomysł.- Otwiera drzwi i prawie wpada na Jacka, który podskakuje ze strachu. Omija go i zbiega po schodach.
-Olivia, zaczekaj!- Biegnę za nią, ale zatrzymuje mnie jej „cholerny przyjaciel”.
-Co jej zrobiłeś?- Pyta, ciągle zagradzając mi drogę.
-Nic.- Po budynku roznosi się głos zamykanych drzwi wejściowych. Mrużę oczy.
-Gdybyś nic nie zrobił, nie zachowywałaby się tak.- Czarnowłosy wchodzi do mieszkania, a ja odwracam się za nim.- No chodź, ona i tak musi to wszystko przemyśleć. Pewnie poszła do ojca.- Idę za muzykiem. Łapię telefon leżący na szafce i wykręcam numer dziewczyny, który znam już na pamięć. Jednak jedyne co się odzywa, to jej komórka wetknięta między siedzenie, a oparcie w sofie.
-Cholera.- Mruczę. Kręcę się wokół własnej osi, szukając Johna. Ten stoi przy blacie w kuchni.
-Kawy?- Wyskakuje na blat i wyglądam za okno. W oddali dostrzegam sylwetkę dziewczyny. Może bym ją jeszcze dogonił.- Nawet o tym nie myśl.- Odwracam się i dostrzegam jego wzrok utkwiony we mnie.- Daj jej czas. To jak chcesz tą kawę?
-Nie, dzięki.- Drapię się po głowię.
-No dobra, a teraz mów, co jej zrobiłeś, oprócz tego, że nic.
-Opowiedziałem o planach dotyczących kolejnego teledysku.
-Leto, mów prościej.
-Chcemy nagrać klip na biegunie północnym.- Wokalista unosi prawą brew w górę, więc tłumaczę dalej.- Dokładniej to na lodowym klifie, który cały czas usuwa się do wody.
-Czyli wkurzyła się na ciebie, bo udajesz się wraz ze swoim zespołem na tak zwaną samobójczą misję?- Jack zalewa kubek wrzącą wodą.- Ja bym się cieszył. To oznaka tego, że zależy jej na tobie. No i jeśli ci życie miłe, zmień miejsce nagrania na jakieś bezpieczniejsze. Nie wiem, może Grenlandia?
                                *                      *                      *
-Jak to nie ma jej u ciebie?- Dziwię się. Jack spogląda na mnie zdezorientowany.- W takim razie, gdzie mogła pójść?
-Mnie się pytasz? To ty z nią mieszkasz i tak dalej.- Odzywa się Terence.- Pokłóciliście się?- Doskonale wiem, że mówiąc to, na jego twarzy pojawia się uśmiech.- Poważnie?
-Nie. To masz pomysł gdzie mogła pójść?
-Zadzwoń do Emily. Może u niej siedzi.- Richardson rozłącza się bez ostrzeżenia.
-Nie ma jej u ojca.- Oznajmiam, szukając numeru do blondynki.
-To już wiem.- Mężczyzna podnosi moją Artemise, a ja dzwonię do przyjaciółki czarnowłosej. Odbiera po kilku sygnałach.
-O pan Ideał.- Mruczy niewyraźnie.- Po co dzwonisz?
-Nie ma u ciebie Olivii?- Pytam.
-To już moja sprawa, kto u mnie przesiaduje.- Zaczyna się śmiać, a ja marszczę brwi.- No ten, tegos, nie jesteś jednak takim ideałem, panie Leto. I następnym razem, jak będziesz planować teledysk, pomyśl o bezpiecznym miejscu. A przepraszam, następnego już nie będzie, bo zginiecie.
-Emily, co piłyście?- Opieram głowę na dłoni.- Zaraz u was będę.
-Ani się wasz, ty niegodny egoisto. Jedź na ten swój biegun północny, a może zachodni? No w każdym razie biegun. Może nawet zjawię się na twoim pogrzebie, w końcu ktoś będzie musiał pocieszać wdowę po tobie. W każdym razie, jak tylko się zjawisz, wzywam policje. Olivia wróci jak będzie chciała. Do niczego jej nie zmusisz.- Rozłącza się, podobnie jak przed momentem Terry. Rzucam telefon na sofę.
-Jest u Emily. I zdaje się, że coś piły. A nawet bardziej niż zdaje.
-To co, idziemy po nią?- Mężczyzna odkłada gitarę i przygląda mi się wyczekująco.
-Straszy mnie policją, a tą dziewczynę na to stać.
 



OLIVIA



-No dobra, a teraz mów co to za facet?- Poprawiam się, wykładając stopy na uda dziewczyny. Upijam łyk wina, po czym oddaje butelkę dziewczynie.
-To Charlie. Mój nowy sąsiad. A może to Andy?- Zaczynamy się śmiać. Alkohol zaczął działać już kilka godzin temu.- W każdym razie przyszedł wczoraj po południu się przywitać, no i został na dłużej.- Uśmiecha się pod nosem.- Przeprowadził się z Chicago, bo narzeczona go zdradzała. Wredna suka.- Syczy, a ja chowam twarz w poduszkę, próbując ukryć uśmiech.
-I ty go pocieszasz?- Zielone szkło wraca do mnie.
-Charlie jest cudowny.- Mruczy.- I taki delikatny.- Rozmarza się, a ja unoszę kąciki ust w górę. Wypijam ostatnią krople i przyglądam się butelce ze smutkiem.
-Masz jeszcze?- Odkładam ją, obok dwóch pozostałych. Recepcjonistka wstaje i chwiejnym krokiem podąża w stronę kuchni, gdy po mieszkaniu roznosi się dźwięk dzwonka do drzwi.
-Kogo tu przywiało?- Mówi pod nosem, zmieniając cel swojej wędrówki. W końcu zatrzymuje się  pośrodku salonu i krzyczy.- Otwarte!- Drzwi się otwierają, a do środka wchodzi blondyn, którego kilka godzin temu wygoniła.
-Cześć, nie przeszkadzam?- Podchodzi bliżej, a oczy Anderson zaczynają błyszczeć.
-Charlie, miło cię widzieć.- Uśmiecha się do niego, lekko chwiejąc. Przewróciłaby się, gdyby nie pomocne ramie chłopaka.
-Kto to Charlie?- Swoje brązowe oczy kieruje na mnie, a ja wzruszam ramionami. Jego wzrok ląduje na pustych butelkach, leżących na stoliku.- Piłyście?- W tym samym momencie kiwamy głową na „nie”, a on pomaga blondynce usiąść obok mnie.- Tony jestem.- Podaje mi dłoń.
-Olivia.- Unoszę kąciki ust w górę.- To może ja już pójdę.
-To ja zadzwonię po taksówkę.
 

JARED


Leżę na kanapie, z uwagą wpatrując się w sufit, gdy do mieszkania ktoś wchodzi. Unoszę głowę i jedyne co dostrzegam, to czarną czuprynę dziewczyny. Chwiejąc się, wchodzi do pokoju gościnnego. Podnoszę się i idę za nią. Zielonooka leży na materacu.
-Aniele.- Szepczę, kucając obok niej.- Przepraszam. Wiem, że to głupi pomysł, ale…- Odgarniam włosy z jej twarzy i dostrzegam, że zdążyła już zasnąć. Nachylam się i wciągam powietrze, w którym wyczuwam wino. Wywracam oczami i idę do sypialni. Z łóżka zabieram piżamę, a z szafy strój dla niej na jutro. Po chwili Richardson jest już przebrana w strój do spania. Przykrywam ją dokładnie, aby nie zmarzła i składam całusa na jej czole. Jak najciszej wychodzę z pokoju, w kierunku sypialni. Z fotela, stojącego przy ścianie w salonie, zabieram gitarę. Jakoś nie sądzę, abym mógł zasnąć tej nocy.