Staję na chodniku i odwracam się,
machając do osób w busie. Byli tak dobrzy i podrzucili mnie do mieszkania, w
drodze do hotelu. Zawieszam ramię plecaka na prawym ramieniu i szczęśliwy
wbiegam do budynku. Zatrzymuję się na drugim piętrze i chwytam za klamkę,
jednak drzwi się nie otwierają. Czyżby czarnowłosa nauczyła się zamykać drzwi?
Z bagażu wyciągam klucze. Teoretycznie dziewczyny może tu już nie być, bo
ostatnio wkręciła się w prace i nie ma na nic czasu, ale przecież mogę zrobić
jej niespodziankę, przychodząc do studia. Z tą myślą wchodzę w głąb mieszkania.
Uśmiecham się, gdy do moich nozdrzy dociera jej zapach. Odkładam plecak i
futerał z gitarą przy ścianie i kieruję się do kuchni. Przekąsiłbym coś, jednak
moja uwagę zwraca wystająca dłoń z sofy. Podchodzę bliżej, a moim oczom ukazuje
się uroczy widok. Olivia ściska jedną ręką poduszkę, a drugą ma przewieszoną
przez oparcie. Nogi tak właściwie wiszą już nad wykładziną, a koc, którym była
najwyraźniej przykryta, leży na podłodze. Podchodzę bliżej i przykrywam ją
dokładnie, po czym składam całusa na jej czole. Dziewczyna mruczy coś pod
nosem, wiercąc się przy tym w każdą możliwą stronę, aż w końcu otwiera oczy.
Gwałtownie podnosi się i przygląda mi swoimi wielkimi, zielonymi oczętami, po
czym je przeciera.
-Jared?- Odzywa się, zdziwiona.-
Co tu robisz?- Ziewa, rozglądając się po pomieszczeniu.- Nie powinieneś być w
trasie?
-Aniele, dzisiaj 25.- Kucam przed
nią i całuję ją w odsłonięte kolano.
-Która godzina?- Spoglądam na
tarczę zegara.
-Po dziewiątej.- Odpowiadam, a ta
robi przerażoną minę.
-Spóźnię się do pracy.- Wstaje z
kanapy, więc ja również się podnoszę, ale ona totalnie mnie ignoruje, kierując
się do łazienki.
Gdy znika za drzwiami wzdycham
cicho i idę do kuchni. Chyba nie spodziewałem się takiego przywitania. Zaglądam
do lodówki, w której świeci pustkami. Zamykam ją, ogarniając wzrokiem
pomieszczenie. Na stoliku leży pomarańcza i jabłko. I to chyba tyle z
przedmiotów nadających się do jedzenia. Siadam na blacie i macham nogami,
przyglądając się ulicy za oknem. A miało być tak pięknie. Miała mi się rzucić
na szyję z tęsknoty, a ja miałem wyszeptać jak bardzo mi jej brakowało. Co za
palant ze mnie. Może ona po prostu nic do mnie nie czuje?
Nagle słyszę jak wychodzi z
łazienki, więc pewnie trochę już tu siedzę. Przyglądam się jak podąża w moim
kierunku, wycierając ręcznikiem włosy. Nagle potyka się o plecak i prawie
upada. Z wściekłością spogląda na mój bagaż, a wyraz jej twarzy zmienia się w
sekundę na zdziwioną i zaskoczoną. Podnosi wzrok i dostrzega mnie. Biegnie po
czym, wtula się w moje ciało.
-To naprawdę ty…- Szepcze, a ja
stoję oniemiały. Chyba nie wiem, co się dzieję. W końcu obejmuję ją.- Myślałam,
że znów mi się śniłeś.- Dodaje, a ja chyba zaczynam wszystko rozumieć. Całuję
ją we włosy
-Mam nadzieję, że nie idziesz
jednak do pracy.- Mruczę, a ta przeczy ruchem głowy, po czym staje na palcach i
wbija się w moje usta. Odwzajemniam pocałunek.- Tęskniłem za tobą.- Szepczę.-
Tak bardzo mi cię brakowało.- Całuję ją w policzek.- Richardson ciągle stoi
wtulona w moje ciało.
-A ja nie zamierzam cię puścić.-
Odpowiada.
* * *
Otwieram oczy i gwałtownie
podnoszę się do pozycji siedzącej. Rozglądam się po pomieszczeniu, a do moich
uszu dociera hałas, który mnie obudził- „Highway To Hell”, wydobywający się z
telefonu czarnowłosej. Wkładam rękę między sofę, a oparcie i wyciągam komórkę.
Na ekranie wyświetla się nieznany numer.
-Halo?- Odbieram, a na stoliku
zauważam karteczkę samoprzylepną. Odrywam ją i czytam: „Jestem na zakupach.
O.”
-Przepraszam. Jest Olivia?- Po
drugiej stronie odzywa się jakiś facet. Skądś kojarzę ten głos, ale nie mogę
sobie przypomnieć do kogo on należy.
-Wyszła, zostawiając telefon.-
Mówię.- Przekazać jej coś?
-Jared, tak?- Potwierdzam, a
mężczyzna po drugiej stronie kontynuuje.- Z tej strony Clint Eastwood.- Teraz
już wiem, dlaczego go kojarzyłem.- Byłem wczoraj na sesji i zapomniałem się
spytać, na kiedy zdjęcia będą gotowe.- Tłumaczy, a drzwi do mieszkania się
otwierają. Richardson wchodzi do mieszkania, niosąc dwie papierowe torby.
-Olivia właśnie wróciła. Już ją
daję.- Odbieram od dziewczyny zakupy, a podaję jej komórkę.
-Tak?- Odzywa się, a ja wchodzę
do kuchni, gdzie rozpakowuje zakupy. Fotograf po chwili pojawia się obok mnie.
Staje na palcach i cmoka mnie w usta. Uśmiecham się.- Zasnąłeś jak
rozmawialiśmy.- Siada na blacie.
-Nie spałem całą noc, bo nie
mogłem się doczekać, aż cię zobaczę.
-A ja się pogubiłam w tym
wszystkim.- Przyznaje, opuszczając głowę. Robię krok do przodu i znajduję się
centralnie przed nią. Głaskam ją leciutko po policzku.- Nie spodziewałam się
ciebie dzisiaj.- Dodaje.
-Zauważyłem.- Unoszę jej
podbródek i całuje w czoło.- Jesteś zapracowana. Nie masz na nic czasu. Musisz
trochę zwolnić.
-Nudzę się, więc pracuję.-
Wzrusza ramionami, a ja wzdycham.
-To jedź ze mną.- Obrzuca mnie
zmęczonym, złowrogim spojrzeniem.
-Nie mogę.- Całuję ją w czoło.
-A jeśli przyjedziesz tylko na
kilka dni? Nie wiem, jak będziemy w St. Petersburgu (miasto na Florydzie)? To
będzie jakoś w drugim tygodniu listopada.
-Zastanowię się, dobrze?- Kładzie
dłonie na moich biodrach i przysuwa mnie bliżej.- Ale bardzo bym chciała.-
Uśmiecha się słodko, a ja już nie mogę wytrzymać, więc wbijam się w jej usta.
Odwzajemnia pocałunek, jednak przerywa nam chrząkanie. Obracam się, a moim
oczom ukazuje się cały zespół, z Emmą na czele.
-No, hej.- Zaczyna Shannon.- Mam
nadzieję, że nie obrazicie się, że zaprosiłem ich tutaj. A poza tym drzwi były
otwarte.- Unosi kąciki ust wyżej. Spoglądam na czarnowłosą, która zeskakuje z
blatu.
-Dawno was nie widziałam.- Mówi,
przytulając Ludbrook.- Jak tam trasa?- Puszcza moją asystentkę, po czym wita
się z resztą.
-W miarę spokojnie.- Brat mrozi
mnie wzrokiem, a ja wystawiam mu język, na co ten się krzywi, zajmując miejsce
na sofie.
-Rozgłoście się. Chcecie coś do
picia? Kawa? Herbata?- Gdy do perkusisty docierają moje słowa, zrywa się z kanapy
jak poparzony.
-Sam sobie kawę zrobię.- Wchodzi
do kuchni, kierując się prosto da szafki, w której stoi puszka. Wyciąga ją i
odwraca się do mnie.- Na co się gapisz, dzieciaku?- Unoszę ręce w górę, w
obronnym geście.- Chce ktoś napoju bogów?- Nachyla się przez blat i wpatruje w
pozostałych.
-Mi możesz zrobić.- Zgłasza się
Richardson.
-A dla reszty zrób herbatę.-
Dodaje blondynka, wpatrzona w ekran komórki.
-A kto powiedział, że robię też
herbatę?- Pyta brunet, a ja wzdycham. Z szafki wyciągam kubki. Dwa zostawiam do
dyspozycji Shana, a do reszty wrzucam torebeczki.
-Zalej je potem.- Trącam go
ramieniem, a ten oddaje mi ze zdwojoną siłą. No cóż, czasem zapominam jakie
wyrobił sobie mięśnie grając na perkusji po kilka godzin dziennie. Idę do
salonu i siadam na podłokietniku fotela, na którym siedzi Olivia.- Co tu
robicie? Już się za mną stęskniliście?- Śmiejemy się, a drzwi do mieszkania się
otwierają i wchodzi przez nie John Gillis, a wszyscy milknął.
-Lizi, ja wiem, że Jared jest w
trasie, ale może zostawił…- Urywa, zauważając nas. Macha leciutko w naszym
kierunku, uśmiechając się.- Myślałem, że jesteście w trasie.
-Trzydniowa przerwa.- Mówię.
-No nie ważne. Błagam, pożyć gitarę.
Mam pomysł na piosenkę, a moja poleciała do Europy z całym bagażem.
-Tylko ostrożnie. To Artemis.-
Wskazuję na futerał pod ścianą.
-Kawa? Herbata?- Krzyczy Shan z
kuchni.
-Kawa, tylko mocna!- Odpowiada
czarnowłosy, wyjmując moją gitarę.- Zaraz wracam.- Znika w pokoju gościnnym.
-Czy to był Jack White?- Pyta
Ludbrook, patrząc w miejsce, gdzie przed chwilą stał muzyk.
-No, tak. Czasem do mnie wpada.- Potwierdza
Olivia, a w salonie pojawia się Shannon z czterema kubkami z napojami. Odkłada
je na szklanym stoliku.
-Bro, idziesz po resztę.-
Ogłasza, zajmując miejsce na sofie pomiędzy Emmą, a Tomo, który dyskutuje z
Mattem. Z ociąganiem podnoszę się i idę po pozostałe naczynia. Gdy wracam z
kuchni z herbatą i krakersami, drzwi do mieszkania po raz kolejny się otwierają
i wchodzi prze nie starsza kobieta z siwymi włosami, ubrana w czarną sukienkę,
tego samego koloru, nie zapięty płaszcz i szalik narzucony byle jak na szyję.
-O widzę, że masz gości.-
Uśmiecha się, a czarnowłosa zrywa się z fotela.
-Co tu robisz? Nie powinnaś
wychodzić z domu, szczególnie tak ubrana.- Podchodzi do kobiety, która stoi
niewzruszona.
-Nie będę siedzieć całymi dniami
w domu. A poza tym nie opuszczę takiej imprezy.- Unosi kąciki ust jeszcze wyżej
i wsadza rękę do kieszeni, by po chwili wyjąć z niej poczkę papierosów.
-Miałaś rzucić!- Dziewczyna mrozi
ją wzrokiem, a ja, podobnie jak pozostali nie mam pojęcia, kim ona jest.
-Ty kazałaś mi rzucić, a ja to
zignorowałam.- Wyjaśnia, zostawiając w tyle Olivię.
-Jestem Norma Kessler, matka tego
imbecyla, zwanego inaczej Terrym.- Staje nad kanapą, przekładając między
palcami papierosa.- Znajdziecie tu miejsce dla mnie?
-Jak chcesz palić, to wyjdź na
balkon.- Fuczy fotograf, wskazując na szklane drzwi.
-W taką pogodę?- Kobieta robi
oburzoną minę.
-Nawet mnie nie denerwuj.-
Dziewczyna siada na swoim poprzednim miejscu, a jej babcia kieruje się na
balkonik, jednak zatrzymuje się w pół kroku i odwraca do mnie.
-Jared Leto, tak?- Pyta, a ja
potwierdzam.- Miło cię wreszcie poznać.- Oznajmia, po czym wychodzi na świeże
powietrze.
-Ja też pójdę na papieroska.-
Odzywa się Shan, po czym idzie za kobietą.
-Przepraszam za nią. Jest
szalona.- Mruczy czarnowłosa.- Przyjechała na kilka dni z LA, żeby mieć nade
mną „kontrole”.- Robi cudzysłów w powietrzu.
-Każdy ma w rodzinie kogoś
szalonego.- Odpowiada Emma.
* * *
Odkładam telefon na szklany
stolik i uśmiecham się do naszych gości.
-Pizza będzie za pół godziny.-
Oznajmiam. Spoglądam na balkon, gdzie Shannon razem z Normą palą już trzeciego
papierosa, w ciągu tych kilku godzin. Nagle po mieszkaniu roznosi się pukanie.
Z lekkim ociąganiem, podnoszę się z wykładziny.- Szybcy są.- Komentuję, ze
śmiechem. Otwieram drzwi, a moim oczom ukazuje się dość wysoka blondynka, z
torbą podróżną w ręce.- Mama?- Dziwię się.- Co tu robisz?
-Pomyślałam, że skoro macie trzy
dni wolne, to spędzę z wami trochę czasu. W końcu nie widzimy się zbyt często.
Mam nadzieję, że nie przeszkadzam.- Szok mija, więc przytulam kobietę i
odbieram od niej torbę.
-Zapraszam. Tylko nie przestrasz
się, bo trochę ludzi tu jest.- Oznajmiam, wpuszczając ją do środka.
-Tak myślałam. Pierwsze
odwiedziłam hotel, ale recepcjonista nie chciał mi zdradzić żadnych szczegółów,
ani nawet potwierdzić, że tam jesteście. Dopiero któryś z techników, bodajże od
oświetlenia mnie rozpoznał i powiedział mi, że gdzieś wyszli, więc pomyślałam,
że pewnie tu jesteście.- Pomagam ściągnąć je kurtkę, po czym prowadzę w głąb.
-Patrzcie, kto tu przyszedł.-
Zwracam się do reszty, a oni spoglądają w naszym kierunku.
-Ooo… Connie.- Olivia podchodzi
do nas i przytula kobietę na przywitanie, po czym staje obok nas.- Mam
nadzieję, że nocujesz u nas.- Czarnowłosa uśmiecha się uroczo, a mama odpowiada
tym samym.
-Raczej myślałam o hotelu. Nie
chcę wam przeszkadzać.
-Ty nigdy nie przeszkadzasz. Jay,
zanieś torbę do sypialni.- Odstawiam bagaż do pokoju.
-A gdzie Shannon?- Wskazuje na
balkon, a ona się krzywi.- Znów pali?
-Dzień dobry.- Z kuchni wychodzi
John z kubkiem kawy w dłoni.- Chce się pani czegoś napić?
-Dziękuję, ale nie. Przepraszam,
ale chyba pana nie znam.- Przyznaje.
-John Gillis, albo jak ktoś woli
Jack White.- Przedstawia się czarnowłosy.- Przyjaciel tej tu Olivii
Richardson.- Obejmuje dziewczynę ramieniem, a ta się krzywi, podobnie jak ja.
-Puścisz mnie?- Syczy fotograf, a
ten zabiera rękę.
-Tak naprawdę, nie znam go.-
Mrozi go wzrokiem, a do pomieszczenia wraca matka Terrego i mój brat.
-Mama? Co tu robisz?
-Odwiedzam was.- Wtula się w
kobietę. Może to dziwne, ale jesteśmy naprawdę blisko z nią i cieszymy się
każdą spędzoną z nią chwilą. Może to przez samobójstwo ojca? Naprawdę, nie
wiem. W końcu puszcza ją.- A wy się nie przywitacie?- Kobieta zwraca się do
reszty, siedzącej na sofie, robiąc przy tym oburzającą minę.
-Przepraszamy.- Odpowiadają na
raz, po czym machają do niej, a ta od razu się rozwesela.
-Właśnie, Connie.- Zaczyna
Olivia.- Poznaj Normę Kessler, moją babcie. Babciu, poznaj Constance Leto, mamę
Jareda i Shannona.- Przedstawia kobiety sobie.
* * *
Zmywam naczynia po dzisiejszym
dniu, a Olivia je wyciera. W końcu oddaje jej ostatni kubek i wycieram ręce.
Spoglądam na zegarek, który wskazuje za pięć dwunastą.
-Aniołku?
-Tak?- Odwraca się w moim
kierunku, a ja mogę zajrzeć w głąb jej zielonych oczu.
-Cieszę się, że cię widzę.-
Całuję ją we włosy.
-Ja też.- Uśmiecha się.- Idę
pierwsza pod prysznic.- Pstryka mnie w nos, a ja robię oburzoną minę.- Wy
zawsze traktujecie się jakbyście byli rodziną?- Pyta, wkładając swój kubek do
szafki obok mojego.
-Tak, chyba tak. Bo to jest moja
rodzina. Przybrana, ale jest.- Automatycznie unoszę kąciki ust w górę.- I ty
też do niej należysz.- Dodaję.
-Dziękuję.