POSTACIE Strona głóna

czwartek, 28 stycznia 2016

29. GOŚCIE, GOŚCIE

25 październik 2006


Staję na chodniku i odwracam się, machając do osób w busie. Byli tak dobrzy i podrzucili mnie do mieszkania, w drodze do hotelu. Zawieszam ramię plecaka na prawym ramieniu i szczęśliwy wbiegam do budynku. Zatrzymuję się na drugim piętrze i chwytam za klamkę, jednak drzwi się nie otwierają. Czyżby czarnowłosa nauczyła się zamykać drzwi? Z bagażu wyciągam klucze. Teoretycznie dziewczyny może tu już nie być, bo ostatnio wkręciła się w prace i nie ma na nic czasu, ale przecież mogę zrobić jej niespodziankę, przychodząc do studia. Z tą myślą wchodzę w głąb mieszkania. Uśmiecham się, gdy do moich nozdrzy dociera jej zapach. Odkładam plecak i futerał z gitarą przy ścianie i kieruję się do kuchni. Przekąsiłbym coś, jednak moja uwagę zwraca wystająca dłoń z sofy. Podchodzę bliżej, a moim oczom ukazuje się uroczy widok. Olivia ściska jedną ręką poduszkę, a drugą ma przewieszoną przez oparcie. Nogi tak właściwie wiszą już nad wykładziną, a koc, którym była najwyraźniej przykryta, leży na podłodze. Podchodzę bliżej i przykrywam ją dokładnie, po czym składam całusa na jej czole. Dziewczyna mruczy coś pod nosem, wiercąc się przy tym w każdą możliwą stronę, aż w końcu otwiera oczy. Gwałtownie podnosi się i przygląda mi swoimi wielkimi, zielonymi oczętami, po czym je przeciera.
-Jared?- Odzywa się, zdziwiona.- Co tu robisz?- Ziewa, rozglądając się po pomieszczeniu.- Nie powinieneś być w trasie?
-Aniele, dzisiaj 25.- Kucam przed nią i całuję ją w odsłonięte kolano.
-Która godzina?- Spoglądam na tarczę zegara.
-Po dziewiątej.- Odpowiadam, a ta robi przerażoną minę.
-Spóźnię się do pracy.- Wstaje z kanapy, więc ja również się podnoszę, ale ona totalnie mnie ignoruje, kierując się do łazienki.
Gdy znika za drzwiami wzdycham cicho i idę do kuchni. Chyba nie spodziewałem się takiego przywitania. Zaglądam do lodówki, w której świeci pustkami. Zamykam ją, ogarniając wzrokiem pomieszczenie. Na stoliku leży pomarańcza i jabłko. I to chyba tyle z przedmiotów nadających się do jedzenia. Siadam na blacie i macham nogami, przyglądając się ulicy za oknem. A miało być tak pięknie. Miała mi się rzucić na szyję z tęsknoty, a ja miałem wyszeptać jak bardzo mi jej brakowało. Co za palant ze mnie. Może ona po prostu nic do mnie nie czuje?
Nagle słyszę jak wychodzi z łazienki, więc pewnie trochę już tu siedzę. Przyglądam się jak podąża w moim kierunku, wycierając ręcznikiem włosy. Nagle potyka się o plecak i prawie upada. Z wściekłością spogląda na mój bagaż, a wyraz jej twarzy zmienia się w sekundę na zdziwioną i zaskoczoną. Podnosi wzrok i dostrzega mnie. Biegnie po czym, wtula się w moje ciało.
-To naprawdę ty…- Szepcze, a ja stoję oniemiały. Chyba nie wiem, co się dzieję. W końcu obejmuję ją.- Myślałam, że znów mi się śniłeś.- Dodaje, a ja chyba zaczynam wszystko rozumieć. Całuję ją we włosy
-Mam nadzieję, że nie idziesz jednak do pracy.- Mruczę, a ta przeczy ruchem głowy, po czym staje na palcach i wbija się w moje usta. Odwzajemniam pocałunek.- Tęskniłem za tobą.- Szepczę.- Tak bardzo mi cię brakowało.- Całuję ją w policzek.- Richardson ciągle stoi wtulona w moje ciało.
-A ja nie zamierzam cię puścić.- Odpowiada.
                                *                      *                      *
Otwieram oczy i gwałtownie podnoszę się do pozycji siedzącej. Rozglądam się po pomieszczeniu, a do moich uszu dociera hałas, który mnie obudził- „Highway To Hell”, wydobywający się z telefonu czarnowłosej. Wkładam rękę między sofę, a oparcie i wyciągam komórkę. Na ekranie wyświetla się nieznany numer.
-Halo?- Odbieram, a na stoliku zauważam karteczkę samoprzylepną. Odrywam ją i czytam: „Jestem na zakupach. O.
-Przepraszam. Jest Olivia?- Po drugiej stronie odzywa się jakiś facet. Skądś kojarzę ten głos, ale nie mogę sobie przypomnieć do kogo on należy.
-Wyszła, zostawiając telefon.- Mówię.- Przekazać jej coś?
-Jared, tak?- Potwierdzam, a mężczyzna po drugiej stronie kontynuuje.- Z tej strony Clint Eastwood.- Teraz już wiem, dlaczego go kojarzyłem.- Byłem wczoraj na sesji i zapomniałem się spytać, na kiedy zdjęcia będą gotowe.- Tłumaczy, a drzwi do mieszkania się otwierają. Richardson wchodzi do mieszkania, niosąc dwie papierowe torby.
-Olivia właśnie wróciła. Już ją daję.- Odbieram od dziewczyny zakupy, a podaję jej komórkę.
-Tak?- Odzywa się, a ja wchodzę do kuchni, gdzie rozpakowuje zakupy. Fotograf po chwili pojawia się obok mnie. Staje na palcach i cmoka mnie w usta. Uśmiecham się.- Zasnąłeś jak rozmawialiśmy.- Siada na blacie.
-Nie spałem całą noc, bo nie mogłem się doczekać, aż cię zobaczę.
-A ja się pogubiłam w tym wszystkim.- Przyznaje, opuszczając głowę. Robię krok do przodu i znajduję się centralnie przed nią. Głaskam ją leciutko po policzku.- Nie spodziewałam się ciebie dzisiaj.- Dodaje.
-Zauważyłem.- Unoszę jej podbródek i całuje w czoło.- Jesteś zapracowana. Nie masz na nic czasu. Musisz trochę zwolnić.
-Nudzę się, więc pracuję.- Wzrusza ramionami, a ja wzdycham.
-To jedź ze mną.- Obrzuca mnie zmęczonym, złowrogim spojrzeniem.
-Nie mogę.- Całuję ją w czoło.
-A jeśli przyjedziesz tylko na kilka dni? Nie wiem, jak będziemy w St. Petersburgu (miasto na Florydzie)? To będzie jakoś w drugim tygodniu listopada.
-Zastanowię się, dobrze?- Kładzie dłonie na moich biodrach i przysuwa mnie bliżej.- Ale bardzo bym chciała.- Uśmiecha się słodko, a ja już nie mogę wytrzymać, więc wbijam się w jej usta. Odwzajemnia pocałunek, jednak przerywa nam chrząkanie. Obracam się, a moim oczom ukazuje się cały zespół, z Emmą na czele.
-No, hej.- Zaczyna Shannon.- Mam nadzieję, że nie obrazicie się, że zaprosiłem ich tutaj. A poza tym drzwi były otwarte.- Unosi kąciki ust wyżej. Spoglądam na czarnowłosą, która zeskakuje z blatu.
-Dawno was nie widziałam.- Mówi, przytulając Ludbrook.- Jak tam trasa?- Puszcza moją asystentkę, po czym wita się z resztą.
-W miarę spokojnie.- Brat mrozi mnie wzrokiem, a ja wystawiam mu język, na co ten się krzywi, zajmując miejsce na sofie.
-Rozgłoście się. Chcecie coś do picia? Kawa? Herbata?- Gdy do perkusisty docierają moje słowa, zrywa się z kanapy jak poparzony.
-Sam sobie kawę zrobię.- Wchodzi do kuchni, kierując się prosto da szafki, w której stoi puszka. Wyciąga ją i odwraca się do mnie.- Na co się gapisz, dzieciaku?- Unoszę ręce w górę, w obronnym geście.- Chce ktoś napoju bogów?- Nachyla się przez blat i wpatruje w pozostałych.
-Mi możesz zrobić.- Zgłasza się Richardson.
-A dla reszty zrób herbatę.- Dodaje blondynka, wpatrzona w ekran komórki.
-A kto powiedział, że robię też herbatę?- Pyta brunet, a ja wzdycham. Z szafki wyciągam kubki. Dwa zostawiam do dyspozycji Shana, a do reszty wrzucam torebeczki.
-Zalej je potem.- Trącam go ramieniem, a ten oddaje mi ze zdwojoną siłą. No cóż, czasem zapominam jakie wyrobił sobie mięśnie grając na perkusji po kilka godzin dziennie. Idę do salonu i siadam na podłokietniku fotela, na którym siedzi Olivia.- Co tu robicie? Już się za mną stęskniliście?- Śmiejemy się, a drzwi do mieszkania się otwierają i wchodzi przez nie John Gillis, a wszyscy milknął.
-Lizi, ja wiem, że Jared jest w trasie, ale może zostawił…- Urywa, zauważając nas. Macha leciutko w naszym kierunku, uśmiechając się.- Myślałem, że jesteście w trasie.
-Trzydniowa przerwa.- Mówię.
-No nie ważne. Błagam, pożyć gitarę. Mam pomysł na piosenkę, a moja poleciała do Europy z całym bagażem.
-Tylko ostrożnie. To Artemis.- Wskazuję na futerał pod ścianą.
-Kawa? Herbata?- Krzyczy Shan z kuchni.
-Kawa, tylko mocna!- Odpowiada czarnowłosy, wyjmując moją gitarę.- Zaraz wracam.- Znika w pokoju gościnnym.
-Czy to był Jack White?- Pyta Ludbrook, patrząc w miejsce, gdzie przed chwilą stał muzyk.
-No, tak. Czasem do mnie wpada.- Potwierdza Olivia, a w salonie pojawia się Shannon z czterema kubkami z napojami. Odkłada je na szklanym stoliku.
-Bro, idziesz po resztę.- Ogłasza, zajmując miejsce na sofie pomiędzy Emmą, a Tomo, który dyskutuje z Mattem. Z ociąganiem podnoszę się i idę po pozostałe naczynia. Gdy wracam z kuchni z herbatą i krakersami, drzwi do mieszkania po raz kolejny się otwierają i wchodzi prze nie starsza kobieta z siwymi włosami, ubrana w czarną sukienkę, tego samego koloru, nie zapięty płaszcz i szalik narzucony byle jak na szyję.
-O widzę, że masz gości.- Uśmiecha się, a czarnowłosa zrywa się z fotela.
-Co tu robisz? Nie powinnaś wychodzić z domu, szczególnie tak ubrana.- Podchodzi do kobiety, która stoi niewzruszona.
-Nie będę siedzieć całymi dniami w domu. A poza tym nie opuszczę takiej imprezy.- Unosi kąciki ust jeszcze wyżej i wsadza rękę do kieszeni, by po chwili wyjąć z niej poczkę papierosów.
-Miałaś rzucić!- Dziewczyna mrozi ją wzrokiem, a ja, podobnie jak pozostali nie mam pojęcia, kim ona jest.
-Ty kazałaś mi rzucić, a ja to zignorowałam.- Wyjaśnia, zostawiając w tyle Olivię.
-Jestem Norma Kessler, matka tego imbecyla, zwanego inaczej Terrym.- Staje nad kanapą, przekładając między palcami papierosa.- Znajdziecie tu miejsce dla mnie?
-Jak chcesz palić, to wyjdź na balkon.- Fuczy fotograf, wskazując na szklane drzwi.
-W taką pogodę?- Kobieta robi oburzoną minę.
-Nawet mnie nie denerwuj.- Dziewczyna siada na swoim poprzednim miejscu, a jej babcia kieruje się na balkonik, jednak zatrzymuje się w pół kroku i odwraca do mnie.
-Jared Leto, tak?- Pyta, a ja potwierdzam.- Miło cię wreszcie poznać.- Oznajmia, po czym wychodzi na świeże powietrze.
-Ja też pójdę na papieroska.- Odzywa się Shan, po czym idzie za kobietą.
-Przepraszam za nią. Jest szalona.- Mruczy czarnowłosa.- Przyjechała na kilka dni z LA, żeby mieć nade mną „kontrole”.- Robi cudzysłów w powietrzu.
-Każdy ma w rodzinie kogoś szalonego.- Odpowiada Emma.
                                *                      *                      *
Odkładam telefon na szklany stolik i uśmiecham się do naszych gości.
-Pizza będzie za pół godziny.- Oznajmiam. Spoglądam na balkon, gdzie Shannon razem z Normą palą już trzeciego papierosa, w ciągu tych kilku godzin. Nagle po mieszkaniu roznosi się pukanie. Z lekkim ociąganiem, podnoszę się z wykładziny.- Szybcy są.- Komentuję, ze śmiechem. Otwieram drzwi, a moim oczom ukazuje się dość wysoka blondynka, z torbą podróżną w ręce.- Mama?- Dziwię się.- Co tu robisz?
-Pomyślałam, że skoro macie trzy dni wolne, to spędzę z wami trochę czasu. W końcu nie widzimy się zbyt często. Mam nadzieję, że nie przeszkadzam.- Szok mija, więc przytulam kobietę i odbieram od niej torbę.
-Zapraszam. Tylko nie przestrasz się, bo trochę ludzi tu jest.- Oznajmiam, wpuszczając ją do środka.
-Tak myślałam. Pierwsze odwiedziłam hotel, ale recepcjonista nie chciał mi zdradzić żadnych szczegółów, ani nawet potwierdzić, że tam jesteście. Dopiero któryś z techników, bodajże od oświetlenia mnie rozpoznał i powiedział mi, że gdzieś wyszli, więc pomyślałam, że pewnie tu jesteście.- Pomagam ściągnąć je kurtkę, po czym prowadzę w głąb.
-Patrzcie, kto tu przyszedł.- Zwracam się do reszty, a oni spoglądają w naszym kierunku.
-Ooo… Connie.- Olivia podchodzi do nas i przytula kobietę na przywitanie, po czym staje obok nas.- Mam nadzieję, że nocujesz u nas.- Czarnowłosa uśmiecha się uroczo, a mama odpowiada tym samym.
-Raczej myślałam o hotelu. Nie chcę wam przeszkadzać.
-Ty nigdy nie przeszkadzasz. Jay, zanieś torbę do sypialni.- Odstawiam bagaż do pokoju.
-A gdzie Shannon?- Wskazuje na balkon, a ona się krzywi.- Znów pali?
-Dzień dobry.- Z kuchni wychodzi John z kubkiem kawy w dłoni.- Chce się pani czegoś napić?
-Dziękuję, ale nie. Przepraszam, ale chyba pana nie znam.- Przyznaje.
-John Gillis, albo jak ktoś woli Jack White.- Przedstawia się czarnowłosy.- Przyjaciel tej tu Olivii Richardson.- Obejmuje dziewczynę ramieniem, a ta się krzywi, podobnie jak ja.
-Puścisz mnie?- Syczy fotograf, a ten zabiera rękę.
-Tak naprawdę, nie znam go.- Mrozi go wzrokiem, a do pomieszczenia wraca matka Terrego i mój brat.
-Mama? Co tu robisz?
-Odwiedzam was.- Wtula się w kobietę. Może to dziwne, ale jesteśmy naprawdę blisko z nią i cieszymy się każdą spędzoną z nią chwilą. Może to przez samobójstwo ojca? Naprawdę, nie wiem. W końcu puszcza ją.- A wy się nie przywitacie?- Kobieta zwraca się do reszty, siedzącej na sofie, robiąc przy tym oburzającą minę.
-Przepraszamy.- Odpowiadają na raz, po czym machają do niej, a ta od razu się rozwesela.
-Właśnie, Connie.- Zaczyna Olivia.- Poznaj Normę Kessler, moją babcie. Babciu, poznaj Constance Leto, mamę Jareda i Shannona.- Przedstawia kobiety sobie.
                                *                      *                      *
Zmywam naczynia po dzisiejszym dniu, a Olivia je wyciera. W końcu oddaje jej ostatni kubek i wycieram ręce. Spoglądam na zegarek, który wskazuje za pięć dwunastą.
-Aniołku?
-Tak?- Odwraca się w moim kierunku, a ja mogę zajrzeć w głąb jej zielonych oczu.
-Cieszę się, że cię widzę.- Całuję ją we włosy.
-Ja też.- Uśmiecha się.- Idę pierwsza pod prysznic.- Pstryka mnie w nos, a ja robię oburzoną minę.- Wy zawsze traktujecie się jakbyście byli rodziną?- Pyta, wkładając swój kubek do szafki obok mojego.
-Tak, chyba tak. Bo to jest moja rodzina. Przybrana, ale jest.- Automatycznie unoszę kąciki ust w górę.- I ty też do niej należysz.- Dodaję.
-Dziękuję.

czwartek, 21 stycznia 2016

28. CLINT

24 październik 2006
Stoję przed drzwiami już od pięciu minut. W końcu chwytam za klamkę i naciskam. Ustępuję od razu. Skąd ja to znam? Do moich uszu dociera głośna muzyka, a do nosa dym papierosowy. Macham dłonią próbując odgonić ten zapach. Wchodzę głębiej zatykając twarz rękawem. W końcu docieram do salonu, gdzie siedzi starsza kobieta, ubrana w czarną sukienkę na ramiączkach. Wyłączam radio i dopiero wtedy zauważa moją obecność.
-Olivia? Co tu robisz?- Pyta, zaciągając się papierosem.
-Aktualnie? Duszę się.- Mówię, otwierając okno.- Zgaś to.- Całe szczęście, chociaż raz mnie słucha.- Zdajesz sobie sprawę z tego, jakie to niezdrowe?
-Marudzisz.- Mruczy.- Dzwonił do ciebie ten dureń?- Uśmiecham się lekko.
-Tak, cały czas sprawdza co ze studiem. To jego całe życie.- Siadam obok niej i ogarniam spojrzeniem stolik ze świeżo zaczętą butelką whisky, takiej samej jak ta Terryego.- Jak się trzymasz? Nie trzeba ci w czymś pomóc?
-Złotko, jestem Norma Kessler, sama sobie poradzę.- Puszcza mi oczko, a ja kręcę głową z politowaniem.
-Babciu, jakby co, daj znać.- Całuję ją w policzek.
-Wiem, wiem.- Podnoszę się z sofy i jak najszybciej się da, robię porządek na stoliku.- Dziecinko, siadaj i porozmawiam ze starszą babcią, a nie sprzątaj mi tu. Jeszcze mnie nie przykuli do łóżka.- Wysyłam jej pełne politowania spojrzenie i przechodzę do kuchni. W zlewie piętrzy się stos nie pozmywanych naczyń. Kobieta pojawia się za mną.- Nawet się nie waż.- Syczy, a ja po prostu wystawiam jej język i podwijam rękawy bluzy.
-Skoro już tu jestem, to ci trochę pomogę.- Wzruszam ramionami i odkręcam wodę.
-To ja zrobię coś do jedzenia.- Mruczy.- Tęsknisz za Jaredem?- Pyta w pewnym momencie, a ja odwracam się w jej stronę.
-Nie ma go tylko kilka dni.- Odpowiadam, odkładając naczynie na stojak.- Ale tak, tęsknię. Chciałabym się w niego wtulić, pocałować.- Przyznaję.- Przyjedzie na trzy dni, ale sama już nie wiem kiedy. Wszystko mi się pomieszało. Rozmawiałam z nim wczoraj, a może to było przedwczoraj? Naprawdę nie wiem. Mam tyle pracy, że nie wiem w co ręce wsadzić.
-Najlepiej w brudne naczynia.- Podsumowuje, a ja wybucham śmiechem. Po kilku sekundach i ona do mnie dołącza.-Dlaczego nie pojechałaś z nim?
-Ktoś musiał zostać w studiu.
-Nieprawda. Gdybyś naprawdę chciała, pojechałabyś z nim. Coś się stało, że wolałaś zostać?
-Czasem wkurza mnie to, że znasz mnie lepiej, niż ja siebie. – Odburkuję.- Chyba chciałam dać nam trochę czasu. Przez ponad pół roku, nie rozstawaliśmy się na dłużej niż tydzień. A skoro on jest muzykiem, ma zespół, z którym jeździ w trasy koncertowe, chyba muszę się przyzwyczaić do takich rozstań, prawda?
-Kochasz go?
-Tak.- odpowiadam bez zająknięcia.
-A powiedziałaś mu to?- Zakręcam wodę i odwracam się twarzą do kobiety. Biorę głęboki wdech.
-Nie.- Z jej wyrazu twarzy wyczytuję jedno słowo. A jest nim „dlaczego?”.- Boję się, że on może nie czuć tego samego.
-On cię kocha.- Mówi.
-Skąd to wiesz? Nie znasz go.
-Takie jest moje przeczucie, a poza tym rozmawiałam z Terrym.- Robię zdziwioną minę.
-Że niby on tak powiedział?- Unoszę prawą brew w górę.
-Zacytuję: „Ten cholerny Leto naprawdę ją kocha. A spróbuje skrzywdzić moją córeczkę, a popamięta mnie. Nogi mu z dupy powyrywam…”.- Unoszę dłoń w górę, przerywając jej.- No dobrze, oszczędzę ci tych wyzwisk.
-Dziękuję.
* * *
Uśmiecham się do mężczyzny, który pozuje mi do zdjęć jednocześnie opowiadając jedną z historii z wojska. Odkładam aparat na stoliczek i przyglądam się fotografią na laptopie. Mężczyzna podchodzi i przez ramię zagląda na ekran.
-Myślę, że wyszły świetnie.- Komentuje. Prostuję się i spoglądam na Eastwooda.- Jestem pod wrażeniem.- Dodaje.- Robisz wyśmienite zdjęcia.
-Dziękuję.- Unoszę kąciki ust wyżej.- Myślę, że tyle wystarczy. Naprawdę dobrze mi się z panem pracowało.
-Nie jestem żadnym panem. Mów mi Clint. Nie jestem aż taki stary. No może trochę.- Śmieje się, po czym spogląda na zegarek na nadgarstku.- Zdaje się, że się zasiedziałem. I właśnie, pozdrów ode mnie Jareda.- Puszcza mi oczko.- Słyszałem, że jesteście parą. Trafił na świetną dziewczynę.
-Znasz go?- Dziwię się, a następnie przypominam sobie, że mogli spotkać się na jakimkolwiek rozdaniu nagród, czy coś w tym stylu.
-Odrzucił rolę w moim ostatnim filmie, dość ważną rolę. Rozumiem go. Muzyka to dla niego wszystko. Naprawdę go szanuję i gdyby szukał jakiejś roli, niech dzwoni, a coś na pewno się znajdzie.
-Przekażę.
-No, dobrze. Ja już pójdę. Do zobaczenia, Olivio Richardson.- Zatrzymuje się koło drzwi i odwraca, po czym macha.
-Do zobaczenia, Clincie Eastwoodzie.- Odpowiadam, a ten znika.
Chyba nigdy nie spotkałam równie sympatycznego człowieka, jak on. Śmieję się pod nosem, zbierając sprzęt. Sprzątam po sesji, a potem przenoszę się do gabinetu, gdzie siedzę przez kolejne trzy godziny. W końcu po dwudziestej drugiej, zamykam studio i windą zjeżdżam na parter, gdzie przy biurku siedzi strażnik. Dziwi się, widząc mnie, ale nie komentuje. Życzę mu dobrej nocy i wychodzę z budynku. Owijam się dokładniej skórzaną kurtką, żałując, że nie ubrałam się cieplej. No cóż, mogłam przewidzieć, że o tej porze będzie już dość zimno, w końcu to już końcówka października. Jak najszybciej się da pokonuje odległość dzielącą mnie z domem. W końcu wchodzę do mieszkania, cała przemarznięta. Zamykam drzwi i pierwsze co robię, to jeżynową herbatę w kubku z Kubusiem Puchatkiem. Podczas, gdy ona stygnie, ja biorę szybki prysznic. Wychodzę z łazienki wycierając ręcznikiem włosy, by moment później odłożyć do na zimny kaloryfer. Siadam na sofie i odpalam laptopa i telewizor. Przełączam na stacje muzyczną i kontynuuję obróbkę zdjęć Clinta. W między czasie piję napój i przynoszę sobie koc. W pewnym momencie spoglądam na zegarek, który wskazuje za trzy pierwszą. Wzdycham i przełączam kanał na jakąś komedie. Kładę się na sofie, ówcześnie zamykając laptopa i wciągam w film, by po chwili jednak usnąć.

czwartek, 14 stycznia 2016

27. DO WIDZENIA

14 październik 2006
Zrzucam nogi na dywan i chwytam koszulkę Jareda, leżącą na szafce. Ubieram ją i cicho jęczę, gdy orientuję się, że to jedna z tych wyciętych po bokach. Nagle czuję dłoń na talii, która ciągnie mnie do tyłu. Z piskiem lecę na bruneta.
-Dlaczego mi uciekasz?- Pyta szeptem, z lekką chrypą. Po moim ciele przechodzi dreszcz, gdy przejeżdża nosem po odsłoniętej skórze szyi.
-Idę pod prysznic.- Odwracam głowę i całuję go, a on pogłębia pocałunek. Jego dłoń zaczyna błądzić po moich plecach, by potem przenieść się na brzuch. Odpycham go lekko.- Koniec.- Przykładam palec do jego ust, gdy przybliża się do mnie. Mruczy ze sprzeciwem.
-No wiesz?- Przejeżdża kciukiem po moim policzku. Cmokam go w nos i podnoszę się z łóżka.- Ej…- Macham mu, nie odwracając się. Przechodzę przez labirynt naszych wczorajszych ubrań i z szafy wyciągam pierwsze lepsze ciuchy. Wychodzę z sypialni i kieruję się do łazienki. Rozbieram koszulkę i wchodzę pod prysznic. W momencie, gdy nakładam szampon na włosy, drzwiczki się otwierają i pod natrysk wchodzi mężczyzna. Unoszę prawą brew w górę i przyglądam mu się z uwagą.- No co? Trzeba wodę oszczędzać.- Uśmiecha się. Myje włosy, a po opłukaniu się wychodzę z kabiny. Wycieram się dokładnie i zakładam bieliznę. Kątem oka dostrzegam Jay’a. Rzucam w niego ręcznikiem, którym owija się w pasie. Z kupki ciuchów wyciągam czarną spódnicę? Chyba więcej nie będę brać ubrań na chybił trafił. Chcąc nie chcąc ubieram ją i przyglądam się z niechęcią następnej części garderoby, tym razem białej bluzce. Nagle brunet odwraca mnie w swoim kierunku. Z włosów skapują mu kropelki wody, które spływają po jego torsie, by moment później zniknąć w fałdach ręcznika.- Ubierz to.- Podaje mi swoją wyciętą koszulkę z Mithrią. Zakładam ją i wkładam w spódnicę.- Jesteś pewna, że nie wracamy do łóżka?- Mruczy wprost do mojego ucha.
-Na sto procent.- Odwracam się i całuję go w nos, a ten jęczy ze sprzeciwem, po czym łapie mnie w talii i przerzuca przez ramię.- Leto, odstaw mnie.- Syczę, przez zaciśnięte zęby, szarpiąc się.- Już.- Dodaję, gdy wynosi mnie z łazienki. Zaciskam dłonie w pięść i uderzam go po plecach. Jego mokre włosy smyrają mnie po talii. Mężczyzna uderza mnie po tyłku.- No to przegiąłeś.- Mruczę, opierając łokcie na jego skórze, a głowę na rękach. Cierpliwie czekam, aż odstawi mnie, co w końcu następuje. Opadam na łóżko, a on ląduje na mnie. Podczas, gdy brunet obdarowywuje mnie pocałunkami po szyi i dekolcie, ja jęczę cicho, jednocześnie z przyjemnością i niechęcią.- Leto, opanuj hormony.- Odpycham go lekko.- Nie wystarczyła ci cała noc?- Mężczyzna ląduje obok mnie.
-Ciebie nigdy nie mam dosyć.- Całuje mnie w odsłonięte ramię.- A poza tym przez najbliższe półtora miesiąca będziesz mieć spokój.
-Nie chcę, żebyś wyjeżdżał.- Mruczę, przewracając się na bok. Kładę dłoń na jego policzku.
-Zawsze możesz jechać ze mną.- Wlepia we mnie swoje niebieskie tęczówki.
-Przecież wiesz, że muszę zostać i zając się studiem.- Jęczę, wtulając się w jego ciało.
-Wiem.- Całuje mnie w głowę.- Ale nie smuć się, Aniele. 25 z samego rana będę już w Nowym Yorku. Mamy tu koncert 27.
-Ale to całe dziesięć dni bez ciebie.- Mężczyzna zaczyna się śmiać.
-Jakoś damy radę. Przynajmniej cały czas będę w kraju.
-O której masz samolot?- pytam, przymykając powieki.
-O 19, więc mamy jeszcze dużo czasu, a ja nie zamierzam spać.- Zrywam się z łóżka i staje na dywanie.
-Ja też nie, ale pierwsze śniadanie.- Wyciągam w jego kierunku dłoń i pomagam mu wstać. Muzyk bierze mnie na ręce, tym razem nie tak brutalnie. Obejmuję go za szyję i wtulam się w jego ramię. Zanosi mnie do kuchni i odkłada na blacie.
-Na co masz ochotę? Naleśniki?- Potwierdzam ruchem głowy z uśmiechem.- W takim razie patrz i ucz się.- Zaczyna wyciągać składniki na jego wegański specjał, a ja z uwagą obserwuję jego poczynania.
-Nie zimno ci?- Pytam, przerywając ciszę. Ma na sobie jedynie ręcznik, owinięty wokół bioder.
-Rozpalasz mnie, Aniele, więc nie.- Puszcza mi oczko. Z szafki wyjmuje patelnie i wylewa na nią ciasto.- Z owocami?- Po raz kolejny kiwam głową w dół i górę. Podsuwam się bliżej kuchenki i podczas, gdy on kroi dodatki, ja piekę naleśniki.
-Wiesz co? Idź ubrać chociaż spodenki. Zimno mi się robi jak na ciebie patrzę.- Mówię, a on ze śmiechem wychodzi z kuchni, by po chwile wrócić w połowie ubrany.- O wiele lepiej.- Mruczę, zrzucając na talerz, ostatni naleśnik. Odrywam kawałek placka i wsadzam go do ust.
-Ej, nie podjadaj.- Mężczyzna obrzuca mnie spojrzeniem, a ja po raz kolejny przesuwam się na blacie, tym razem w kierunku deski, na której Jared kroi jabłko na plasterki. Przesuwam palcem u stopy po jego nodze, a ten mruczy coś pod nosem. Powtarzam moją czynność. Jay odkłada nóż i po chwili znajduje się naprzeciwko mnie. Łączy nasze usta i oplata moje nogi wokół jego bioder. Przyciąga mnie do siebie i unosi w powietrze. Kieruje się do sypialni, nie przerywając pocałunku, jednak przy drzwiach, to ja odrywam się od jego warg.
-Leto, głodna jestem.- Jęczę cicho, a ten ze śmiechem składa całusa na moich policzkach i zawraca do kuchni.
-Jeśli chcesz skończyć śniadanie, nie prowokuj mnie i nie mów mi po nazwisku, jasne?- Kiwam głową potwierdzając i kładę głowę na jego ramieniu. Przekładamy posiłek na stół i zaczynamy go konsumować, a ten ani na moment nie pozwala mi się oddalić, więc siedzę na jego kolanach.
-Leto…-Mruczę, odwracając się do niego.- Już skończyłam.- Dodaje, a ten sekundę później zatapia się w moich ustach.
* * *
Podchodzę do okna i spoglądam na ulicę. Latarnie oświetlają drogę, po której co chwila przejeżdża samochód. Odwracam wzrok i kieruję go na mężczyznę, który wkłada ostanie już rzeczy do walizki. Unosi głowę i uśmiecha się smutno w moją stronę. Wzdycham cicho i po raz kolejny wyglądam za szybę. Słyszę jak Jared zasuwa swój bagaż, a po chwili kładzie dłonie na mojej talii i odwraca mnie, do siebie. Wtulam się w jego tors.
-Na pewno nie chcesz jechać z nami?- Pyta, całując mnie we włosy.
-Chciałabym, ale muszę tu zostać. Terry jest w Paryżu, a ja muszę się zając studiem.- Jęczę.
-A gdybyś tak dojechała jak tylko wróci do Nowego Yorku?- Proponuje.
-Jeszcze zobaczymy.- Unoszę się na palcach i wbijam w jego usta. Przesuwam palcami po przydługawych, czarno-czerwonych włosach, a ten mruczy z przyjemności. Jednak do moich uchu dociera dźwięk zatrzymywanego się na ulicy samochodu. Odrywam się od jego warg i spoglądam na ulice. Na chodniku zaparkował żółty samochód.- Jest już.- Oznajmiam.
-Nie chcę wyjeżdżać bez ciebie.- Mruczy.
-Wiem, ale musisz już iść.- Łapię jego plecak i kieruję się do drzwi. Po chwili wychodzimy mieszkania i schodami schodzimy na parter, a potem na zewnątrz. Zatrzymuję się na chodniku i przyglądam jak Jared wraz z taksówkarzem pakują bagaż do auta. W końcu mężczyzna podchodzi do mnie i składa na moich ustach długi pocałunek.
-Już tęsknię.- Szepcze.- Naprawdę mam nadzieję, że dołączysz do nas.
-Postaram się. Pozdrów chłopaków.- Uśmiecham się.- A teraz już jedź, bo spóźnisz się na samolot. Do zobaczenia w przyszłym tygodniu.- Cmokam go i popycham w stronę samochodu.
-Pa, Aniele.- Odwraca się, a ja klepię go po tyłku. Zatrzymuje się i obrzuca mnie zaciekawionym wzrokiem.- Mam wrażenie, że chcesz żebym został.
-Spadaj, Leto. Mam na dzisiaj dość. Wsiadaj do tego samochodu, ale już.- Mężczyzna ze śmiechem siada na tylnym siedzeniu i zamyka drzwiczki. Przez chwilę obserwuję jak żółty pojazd znika za zakrętem, po czym wracam do mieszkania.


czwartek, 7 stycznia 2016

26. URODZINY

9 październik 2006



Odwracam głowę, słysząc odgłos otwieranych drzwi. Moim oczom ukazuje się Terence ubrany w zwykłą, czarną koszulkę i niebieskie dżinsy. Macha dłonią, przeganiając mnie ze swojego ulubionego fotela, który swoją drogą jest jedynym fotelem w Art. Ignoruję go. Wzdycha siadając na kanapie obok. Spoglądam na wiszący na ścianie zegar, który właśnie wybija południe.
-Spóźniłeś się.- Oznajmiam, odkładając kolejną porcje papierów na stolik. Zapamiętać. Nigdy, ale to przenigdy nie robić wystawy we Francji, chyba, że zechcę utonąć w morzu dokumentów.
-Przepraszam, zaspałem.- Mówi, a ja prycham.- Tak, wiem.- Unosi ręce w górę, w geście poddania się.- W nagrodę coś dzisiaj dostaniesz.- Na jego ustach pojawia się tajemniczy uśmiech.
-Oby nie dodatkowe godziny pracy.- Mruczę, a ten wybucha śmiechem.
-Naprawdę jestem, aż taki okrutny?- Otwieram usta, chcąc odpowiedzieć, jednak ten jest pierwszy.- Chyba jednak nie chcę wiedzieć. No, ale zacznę od rzeczy ważniejszej. Otóż wylatuję do Paryża 15 wieczorem. Do tego czasu musisz to skończyć.- Wskazuje na kartki, leżące na stoliku.- Ale zważywszy na to, że Jared zaczyna trasę też jakoś w tym czasie, możesz przesiadywać z nim dnie i noce. W studiu musisz zjawić się tylko wtedy, gdy będzie jakaś sesja, a że na razie nie ma takowych zaplanowanych, więc masz trochę czasu wolnego. No, oczywiście nie zapominając o moich dokumentach.
-Mówisz naprawdę, czy żartujesz?- Wpatruję się w jego zielone tęczówki, próbując wychwycić fałsz, jednak nic takiego nie widzę.
-Poważnie.- Uśmiecha się, ukazując zęby.
-A od kiedy to zaczyna obowiązywać?- Dopytuję. Może tu tkwi haczyk.
-Od dzisiaj.- Otwieram usta ze zdziwienia, po czym zrywam się z fotela i zamykam go w szczelnym uścisku.- Puchatku, wszystkiego najlepszego.- Oddalam się na kilka centymetrów od jego ciała.
-Ja nie obchodzę urodzin.- Szepczę.
-Wiem, Puchatku.- Pstryka mnie w nos, odpowiadając tym samym tonem głosu.- Ale za to obchodzisz urodziny za Johna Lennona.
-Ktoś musi o nim pamiętać.- Wzruszam ramionami.- Skończyłby dzisiaj 66 lat.
-No dobra. Mam dla ciebie mały prezencik.- Puszczam go, a ten nachyla się i z szafki wyciąga i podaje mi czarną ramkę ze zdjęciem, a raczej kilkunastoma zdjęciami, poskładanymi w jedno.
Ramka podzielona jest na kilka części, a w każdej jestem ja z osobami, które na zawsze zostaną w moim sercu. Przyglądam się wszystkim fragmentom dokładnie, zaczynając od fotografii z mamą, gdy miałam niespełna dwie godziny, a potem kolejno z moich trzecich urodzin, gdy dmuchałam świeczki z tortu, siedząc u Terrego na kolanach, moje pierwsze zakończenie szkoły razem z dziadkami, wakacje na Hawajach u Braxtona, wspólne wakacje z Jakem i Patrickiem, moja pierwsza prawdziwa sesje z Whitem, ploteczki z Emily, i na końcu zdjęcie wykonane jakoś tydzień temu, gdy zasnęłam, wtulona w klatkę piersiową Jareda, podczas gdy był u nas ojciec.
-Dziękuję.- podnoszę się i wygładzam, zmięty materiał sukienki, kupionej z Constance.- Jest cudowne.- Uśmiecham się.
-Ślicznie wyglądasz.- Mężczyzna podnosi się i łapie za rękę, obracając ją tak, że zmusza mnie do obrotu.- A teraz uciekaj do Leto.- Całuje mnie w czoło. Wrzucam papiery do torby, podobnie jak laptopa i ramkę.
-Na pewno nie będę ci potrzebna?- Zakładam aparat na szyje.
-Leć.- Macha ręką, tak jakby chciał mnie wygonić. Unoszę sprzęt do góry i pstrykam zdjęcie ojcu. Łapię torebkę i już chcę wyjść, gdy zielonooki chrząka. Odwracam się, a on wskazuje na moje szpilki.-Chyba o czymś zapomniałaś.- Komentuje, a ja spoglądam na moje gołe stopy. Ze śmiechem ubieram buty i tym razem naprawdę wychodzę. Windą zjeżdżam na parter i niepostrzeżenie podchodzę do biurka.
-Uśmiech.- Pstrykam zdjęcie blondynce, kiedy ze strachem spogląda na mnie.
-Przestraszyłaś mnie.- Zarzuca mi.- Mmm… Sexi wyglądasz.- Mruczy.- Pan Ideał cię widział i bez niczego wypuścił z mieszkania?
-Obudziłam się wcześniej i nawet go nie budziłam. Niech raz na jakiś czas sobie pośpi.- Opieram łokcie na ladzie, a głowę na dłoniach.- Nie uwierzysz. Terry dał mi wolne do wyjazdu Jareda.
-Żartujesz? Przecież Richardson to podstępny egoista, Demon, który nie cierpi twojego chłoptasia.
-Emily, słyszałem.- Odwracam się i zauważam ojca stojącego za mną. Krzywię się. Jak on tak szybko się tu pojawił?
-Wybacz, ale to prawda.- Blondynka wywraca oczami.- A ty lepiej wracaj do pracy. W końcu dopiero przyszedłeś. Właśnie, Olivia, ty masz dzisiaj urodziny. Złotko, wszystkiego najlepszego.- W mgnieniu oka obiega biurko i zamyka mnie w szczelnym uścisku.
-Ale ja nie obchodzę urodzin.- Jęczę, próbując naprać powietrza. W końcu mnie puszcza.
-No i co z tego? Życzenia warto złożyć. Żeby nie było, że zapomniałam. Ciekawe, czy pan Ideał pamięta.
-Em, nie obchodzę urodzin, a jak już, to świętowałyśmy z mamą urodziny Lennona.
-Tego z Beatlesów? Nie lubię ich.- Kiwam głową potwierdzając.
-Szczerzę, ja też za zespołem nie przepadam, ale osobno są naprawdę ciekawymi ludźmi.
- A co ten Lennon ma do tego?
-Urodził się 9 października.- Na mojej twarzy pojawia się szeroki uśmiech.- No dobra, uciekam. Wpadnij na kawę, bo nie wytrzymam tygodnia bez ciebie.- Całuję ją policzek i wychodzę z budynku. Jak na październik jest wyjątkowo ciepło. Ubieram na nos lenonki i spacerkiem idę do mieszkania. Wbiegam po schodach na drugie piętro i otwieram drzwi.- Jestem!- Wołam, jednak odpowiada mi cisza. Przeszukuje wszystkie pomieszczenia, ale najwyraźniej jestem sama. Zatrzymuje się na środku salonu i przez chwilę tak stoję. Nagle przed moimi oczami pojawia się ciemność.- Jay?- Mężczyzna zabiera swoje dłonie i obraca mnie do siebie.
-Wyglądasz przepięknie.- Całuje mnie w czoło.- Nie obudziłaś mnie rano.- Przyciąga mnie do siebie, a ja opieram głowę na jego ramieniu.
-Skoro wstałam sama, to nie widziałam potrzeby, żeby budzić też ciebie.- Mówię, a ten przerzuca mnie przez ramię. Piszczę z zaskoczenia.- Co robisz?- Pytam, jednak on to ignoruje, wynosząc mnie z mieszkania.- Tyłek mi widać.- Oznajmiam, a ten podciąga sukienkę, kontynuując „podróż” schodami na kolejne piętra.- Dziękuję. Gdzie ty mnie niesiesz?- Niebieskooki nadal milczy, a ja wzdycham. Przynajmniej mi już tyłka nie widać. W końcu Leto stawia mnie na dachu budynku, który jest teraz bardziej czymś na kształt prowizorycznego ogrodu z iglakami mojego wzrostu w doniczkach, kocem i poduszkami na środku oraz gramofonem, ustawionym przy drzwiach. No i nie śmiałabym zapomnieć o kilkunastu świeczkach ustawionych na barierce.
-Wszystkiego najlepszego dla Lennona i dla ciebie, Aniele. Chociaż jemu już to wszystko jedno.- Wzrusza ramionami, a na jego twarzy pojawia się uśmiech.
-Kiedy ty to zrobiłeś?- Pytam, rozglądając się wkoło.
-Jak pracowałaś. Zostało jeszcze dużo rzeczy do zrobienia, ale pomyślałem, że ci się spodoba.
-Prześlicznie tu.- Wtulam się w niego.- Gdy wyjedziesz i będę bardzo, bardzo tęsknić przyjdę tu i humor od razu mi się poprawi.- Całuje mnie w  głowę.
-Wiesz, że zawsze możesz do mnie przyjechać?
-Nie mogę. Muszę opiekować się studiem.
-Siadaj. Chciałem przygotować jakiś obiat, ale zaspałem. Na szczęście Terry poszedł na zakupy i przyniósł owoce.- Wskazuje na wiklinowy koszyk. Zajmuję miejsca na poduszkach, a po chwili mężczyzna zajmuje miejsce obok mnie.- Częstuj się. Właśnie, byłbym zapomniał.- Zrywa się i podbiega do gramofonem. Wkłada do niego płytę i dumny wraca do mnie, a ja zachwycam się słysząc „Imagine” Lennona.
-Kiedy ojciec ci o tym powiedział?
-Nie ważne. Ale dziwił się, że w ogóle wiem kiedy masz urodziny. Dlaczego trzymasz to w takiej tajemnicy?
-Bo nigdy nie świętowałam ich z mamą. Każdy się dziwił, ale nie przeszkadzało mi to.
-Nasza na urodziny piekła jakieś ciasta i dekorowała je różnymi owocami. Byliśmy tylko my i było świetnie.- Mężczyzna rozmarza się, a ja uśmiecham lekko.- Mimo tych wszystkich przeprowadzek, braku ojca, pieniędzy miałem szczęśliwe dzieciństwo.
-To dlatego, że mama bardzo was kocha.
-To prawda.- Kładzie się na poduszkach i przygląda białym chmurą.- Chodź tu.- Ciągnie mnie za rękę, także ląduję na jego torsie. Ściągam buty i odkładam je obok koca, po czym wtulam w jego ciało.- Jak ci się żyło z ojcem, którego…- Urywa.
-…teoretycznie nie było?- Kończę.
-Dokładnie.
-Czasem było ciężko. Na przykład kiedy nie miałam kogo przyprowadzić na dzień ojca do szkoły, chyba, że akurat zszedł się z matką. Ale pomagał nam, nawet kiedy myślałam, że się pozabijają. Chyba rzeczywiście byłam tym co ich najbardziej łączyło i na czym im najbardziej zależało.- Czuję pocałunek na włosach.
-Dla Terryego nadal jesteś najważniejsza. Jeszcze nie raz ci to udowodni. Zobaczysz.
-Chyba nawet dzisiaj to udowodnił, bo dostałam wolne do twojego wyjazdu.- Oznajmiam.- Będę cię gnębić, aż w końcu uciekniesz.- Pstrykam go w nos.
-Porwę cię ze sobą. Nigdy nie mam cię dość.- Przeciąga mnie jeszcze mocniej i całuje. – Czyli co? Mamy tydzień dla siebie?- Oddala się na kilka milimetrów od moich ust i szepcze.
-Ale muszę jeszcze uzupełnić papiery związane z wystawą we Francji.- Marszczę nos.
-To może poczekać.