POSTACIE Strona głóna

czwartek, 31 marca 2016

38. PARYŻ

30 grudzień 2006


Ziewam, szukając w tłumie ojca. Nienawidzę lotnisk, więc to nie dziwne, że nie mam dobrego humoru. Spoglądam na Jareda, który łączy nasze dłonie.
-Widzisz go?- pytam, przeczesując włosy palcami. Mężczyzna przeczy, spoglądając na mnie.-Ja wiedziałam, że tak będzie. Jemu nie można ufać.- Mruczę.
-Co robimy? Już dawno powinien tu być.- Z torebki wyciągam telefon, który włączyłam kilkanaście minut temu. Wykręcam numer Richardsona, który odbiera po kilku sygnałach.
-Tak?- Odzywa się, a we mnie aż się gotuje.
-Gdzie ty jesteś? Czekamy na ciebie już pół godziny.- Biorę głęboki wdech, próbując się uspokoić.
-Jak to gdzie? Mam jeszcze pełno pracy w związku z wystawą. Myślałem, że wspominałem ci o tym, że po was nie wyjadę.
-Mówiłeś na odwrót. No dobra, gdzie mamy przyjechać?- Już nawet złość mi przechodzi. Po prostu chcę być już na miejscu i się położyć.
-Na 6 Rue Du Jour. Drugie piętro. Musze wracać do pracy. Do zobaczenia.- Rozłącza się, a ja wysyłam Jaredowi wymowne spojrzenie.
-Nie przyjedzie po nas.- Oznajmiam.- Musimy sami sobie poradzić.- Ciągnę go w kierunku wyjścia z lotniska, gdzie powinien znajdować się postój taksówek. I nie mylę się, bo po kilku minutach siedzimy już w pojeździe. Wtulam się w ramię Leto i zamykam powieki.
Budzi mnie leciutki pocałunek w skroń. Otwieram leniwie oczy i dostrzegam, że stoimy w uliczce, a po obu stronach mamy dość wysokie budynki.
-Aniele, jesteśmy na miejscu.- Szepcze brunet. Spoglądam na niego zdezorientowana, ale moment później wszystko sobie przypominam. Wysiadamy z samochodu i z pomocą kierowcy wyciągamy bagaże. Z torebki wyciągam portfel z euro i płacę za przejazd. Rozglądam się po okolicy, ale na bramie przy której się zatrzymaliśmy wisi tabliczka z numerem 4.
-Pardon, monsieur.- Zwracam się do mężczyzny po francusku.- Tu jest 4.
-Numer 6 jest tam.- Wskazuje na drzwi na malutkim dziedzińcu za bramą.
-Merci.- Taksówkarz odjeżdża, a my podchodzimy do wskazanych drzwi, które na szczęście są otwarte, podobnie jak te oddzielające klatkę schodową i drugie piętro budynku. Popycham je lekko, a moim oczom ukazuje się przedpokój. Wchodzę głębiej i rozglądam się. Na ścianie wisi lustro z przyklejoną karteczką. Zrywam ją i czytam na głos.- Rozgośćcie się. Ja wrócę późno. Cały apartament jest do waszej dyspozycji. T.
-W takim razie trzeba to jakoś wykorzystać.- Całuje mnie w szyję, rozbierając przy tym kurtkę. Ja też swoją zdejmuję i zawieszam na wieszaku. Nagle zasłania mi oczy, po czym powoli prowadzi przed siebie.
-Jesteś gotowa?- Szepcze wprost do mojego ucha, przejeżdżając nosem po moim karku, przez co po ciele przechodzi mi dreszcz.- To jak, Aniele?
-Gotowa.- Odpowiadam tym samym tonem głosu, a on powoli zabiera swoje dłonie, mówiąc.
- Wiem, że nie byłaś nigdy w Paryżu, a całą drogę taksówką przespałaś, dlatego to pierwszy raz jak widzisz Wieże Eiffel.- Całuje mnie w czubek głowy, a ja otwieram oczy ze zdziwienia, widząc czubek wieży wystającej zza budynków.- Jutro, jeśli Terry pozwoli zabiorę cię jeszcze bliżej, żebyś mogła zobaczyć ją całą.- Odwracam się do niego i zagryzam wargę.
-Ale nie wyjedziemy na nią, prawda?- Mężczyzna uśmiecha się leciutko.
-Masz lęk wysokości, więc to odpada. Nie zapominam o tym. Poszukam sypialni, żebyś mogła się położyć.- Cmoka mnie w czoło, a ja unoszę kąciki ust wyżej.
-Kocham cię, wiesz?- Idę za nim, po drodze zbierając jedną z naszych walizek.
-Wiem. Ja ciebie też.- Otwiera drzwi z karteczką „To wasza sypialnia.”.- No i proszę. To było proste.- Obracam się ogarniając wzrokiem pomieszczenie. Na każdych drzwiach jest karteczka z informacją.
-Zamiast tak dokładnie to wszystko opisywać, mógł po nas przyjechać.- Komentuje wchodząc do pokoju pomalowanego na biało. Na środku stoi łóżko, na które od razu padam.- Całkiem wygodne.- Mruczę wprost w pościel, a materac obok ugina się pod ciężarem bruneta.
-Chcesz je wypróbować.- Podnoszę lekko głowę i spoglądam na jego twarz, znajdującą się kilka sentymentów ode mnie.
-Wiem, że czasem narzekam jak kobieta z pięćdziesięcioletnim stażem, ale nie teraz. Wypróbuję je na inny sposób.
-W takim razie, ty się połóż, a ja porozglądam się po mieszkaniu. Dobrych snów, Aniele.- Podnosi się, a ja z walizki wyjmuję jakieś dresy i jedną z koszulek Jareda.
-Dziękuję.- Przebieram się szybko i wskakuję pod kołderkę.
                                *                      *                      *
Budzi mnie głos Terenca. No tak. Inaczej być nie mogło. Zwlekam się z łóżka i ziewając, otwieram drzwi.
-Ciszej, Olivia śpi.- Jared upomina go, a ja wchodzę do kuchni, połączonej z salonem.
-Już nie śpię.- Odzywam się, a oni odwracają.
-I widzisz, obudziłeś ją.- Dreptam przez moment w miejscu, próbując się rozbudzić, gdy nagle ojciec zamyka mnie w szczelnym uścisku.
-Co robisz, szaleńczy staruszku?- Pytam, będąc zgniatana.
-Wesołych świąt, Puchatku.- Mówi, a ja słyszę śmiech Jaya.
-Grabisz sobie, Leto.- Mrużę oczy, uwalniając się z ramion Richardsona.- Macie coś do jedzenia? Trochę zgłodniałam.- Otwieram lodówkę i pierwsze co widzę to filet z kurczaka w przeźroczystym opakowaniu, więc od razu ją zamykam.- Ten biedny kurczaczek ma z tą zniknąć, jeśli chcesz, żebym ci pomogła, rozumiesz?
-Zaraz go usmażę i zjem. Nie musisz się martwić.
-Byłem na obchodzie ulicy i znalazłem spożywcza.- Zaczyna niebieskooki.- I kupiłem trochę owoców.- Podchodzę do niego i całuję.
-Ratujesz mi życie.- Wgryzam się w jabłko.- Dobra, Terry dawaj te papiery. Chce mieć to już za sobą.- Mężczyzna spogląda na muzyka, a ten wzrusza ramionami.
-Żadnych papierów nie ma.- Mówi, a ja unoszę prawą brew w górę.- Chciałem cię tu ściągnąć, bo mam dla ciebie niespodziankę. To mieszkanie należało do mojego ojca, a on spisał mi je w spadku. Więc postanowiłem je wyremontować. Za tymi drzwiami jest studio.- Wskazuje przed siebie, ale ja jedynie wpatruję się w niego.- Pamiętasz dzień, w którym rzuciłaś we mnie gazetą z artykułem o was? Napisali, że miałaś też romans ze mną, co było całkowitym kłamstwem.
-Pamiętam. Zwiałeś na cały dzień.- Uśmiecham się lekko.
-Tak, więc postanowiłem, że świat musi się dowiedzieć kim tak naprawdę jesteś. I kim była dla mnie Elizabeth.
-Czyli chcesz wyznać wszystkim, że masz córkę?- Robię dziubek, a on potwierdza.
-Przepraszam, że musieliśmy cię okłamać.- Wtulam się w niego.
-Dziękuję.- I nagle coś do mnie dociera.- Musieliście? Jared, wiedziałeś o wszystkim?- Robię krok w tył i mierzę wzrokiem bruneta. Ten leciutko kiwa głową.- Zdrajca.- Mruczę, ale jego też przytulam.- Mimo wszystko, dziękuję. Kiedy będę mogła obejrzeć zdjęcia i zlikwidować te, które mi się nie podobają?
-Jutro wieczorem na otwarciu.- Szczerzy się fotograf.
-Nie zrobisz mi tego.
-A właśnie, że zrobię.- Wystawia mi język.

czwartek, 24 marca 2016

37. WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO

26 grudzień 2006


Otwieram powieki. Leżę wtulony w Olivię, która uśmiecha się do mnie szeroko. Odrywam się od niej i przecieram zaspane oczy.
-Jay, wiesz co dzisiaj jest?- Zaczyna, a udaję, że się zastanawiam.- Twoje 35 urodziny. Wszystkiego najlepszego, Kochanie.- Obejmuje mnie i całuje. Następnie wręcza mi małe pudełeczko. Podobne do tego, które dałem jej wczoraj.- Skoro ja dostałam bransoletkę, która ma mi o tobie przypominać- Wykonuje kilka ruchów nadgarstkiem.-Ty też dostałeś coś co będzie ci o mnie przypominać, jak będziesz w trasie.-Otwieram pudełeczko i uśmiecham się widząc naszyjnik z Orbis Epsilon. Zawieszam go od razu na szyi i przyciągam do siebie dziewczynę. Ta ze śmiechem upada na mnie.
-Dziękuję- Całuję ją w policzek, a w tym samym momencie drzwi do sypialni się otwierają. Spoglądam na przybysza, którego spodziewałem się tu zobaczyć.
-Dobrze, że nie robicie czegoś innego.- Siada w nogach łóżka, a ja odsuwam się od czarnowłosej.- Oj Jaredzik, Jaredzik, starzejesz się chłopie.- Mrużę oczy, a ten wybucha śmiechem.- No, ale i tak jestem od ciebie starszy, więc się nie martw. No to tak, życzę ci dużo zdrowia…- Wymienia, licząc na palcach.- Szczęścia z Olivią, chociaż podejrzewam, że ona byłaby o wiele szczęśliwsza ze mną.- Puszcza jej oczko, a zielonooka wtula się we mnie.- Czyli mam rozumieć, że wolisz jego. No, dobra. Kto jak woli. Miłość masz, więc to tyle. I mój prezent.- Rzucam mi brelok. Zielonego Marsjanina z moją głową. Olivia po raz kolejny wybucha śmiechem, a ja przyglądam się z uwagą bratu.- Co się tak na mnie gapisz?
-To ja?
-No tak, a co?- Dziwi się.
-To na gaciach i bluzach też ja?- Dopytuję.
-Nie bądź egoistą. Ja też tam jestem. No i Tomo i Matt.- Uśmiecha się szeroko.
-Shan, wiem, że są urodziny Jareda, ale masz ich więcej?- Richarson wskazuje na mój prezent, ciągle się chichrając. Spoglądam na nią, udając wkurzenie, a ta podnosi ręce do góry, w geście poddania się.
-Przewidziałem to pytanie. Odpowiedź jest prosta. Mam całe pudło, a właściwie to cztery. W końcu jesteśmy Marsjanami z Marsa.- Szczerzy się, a ja łapię się za głowę. On naprawdę jest moim bratem?? Może w szpitalu go podmienili?- Każdy będzie mógł sobie skompletować komplet. Już nawet powysyłałem je do rodziny Tomo i Matta. Możecie być ze mnie dumni.
-To nie może dostać się w ręce Echelonu, rozumiesz?- Grożę mu palcem, a ten robi niewinną minkę.
-Czyli zero publicznych wystąpień?
-Zero.- Potwierdzam.
-Pytanie numer dwa.- Po raz kolejny odzywa się dziewczyna.- Czy mogę wysłać to na prezent dla Jacka?- Przekręcam głowę w jej stronę. Czy tylko ja tu jestem dorosły i rozsądny???- No, co? Na pewno się ucieszy.
-Ale jak ktoś zrobi mu zdjęcie, to nie żyjesz. Rozumiesz?- Przejeżdżam palcem po szyi, chcąc zobrazować moje słowa.
-Jasne jak słońce. Masz to u mnie załatwione.- Salutuje, a ja chcąc nie chcąc się uśmiecham.- Masz różne rozmiary?- Zwraca się do mojego (podmienionego) brata, a ten potwierdza.- W twoim pokoju?
-Tak.- Dziewczyna wprost wybiega z łóżka, a Shannon sunie wzrokiem po jej nogach.- Za tymi nóżkami mógłbym pójść nawet do piekła.- Mruczy, wychodząc za nią.
-Shan, a mogę wysłać je jeszcze do Emily i Terryego?- Słyszę.
-Olivia!- Krzyczę. Im więcej osób, tym gorzej.
-Wiem, wiem. To nie ujrzy świata dziennego!- Odpowiada, a ja padam na poduszę, czując się po prostu bezsilny.
                                *                      *                      *
Siedzę na drewnianym krześle w średniej wielkości ogródku przy domu pana Lomaxa. Mężczyzna rozłożył się w wiklinowym fotelu i przygląda mi się uważnie od kilku minut. Na siwych, dość długich włosach ma narzucony czarny, kowbojski kapelusz, a wąsy lekko powiewają przez suchy, pustynny wiatr o wdzięcznej nazwie Santa Ana, który dziś jest wyjątkowo łaskawy.
-Więc, masz na imię Jared, tak?- Zaczyna muzyk, a ja jestem jeszcze bardziej przerażony, niż moment wcześniej. Chyba o wiele bardziej wolę groźby ze strony Jake i Patricka, niż jego obecność.
-Tak.- Wykrztuszam, modląc się w duchu, żeby Olivia i jej babcia już wróciły.
-Jared Leto, tak?- Dopytuję, a ja zastanawiam się nad ucieczką.
-Dokładnie.- Próbuję się uspokoić, ale na marne.
-To dobrze.- Z kieszeni wyjmuje paczkę papierosów i zapala jednego.- Chcesz?- Wyciąga paczkę w moim kierunku.
-Dziękuję, nie palę.- Odmawiam, a z domu jak zbawienie wychodzi moja ukochana.
-Jackie, od ilu lat was proszę? Rzućcie wreszcie te fajki!- Wyczuwam zirytowanie dziewczyny, ale pan Lomax tak po prostu łapię ją w tali i przerzuca przez oparcie fotela, tak że ląduje u niego na kolanach.
-Oh, Maleńka nie denerwuj się tak. To nastąpi wcześniej czy później.- Czarnowłosa śmieje się, a ja zapominam o wcześniejszym strachu.
-Dobra, puść mnie już, staruszku.- Obserwuje jak Richardson schodzi z jego kolan, ciągle z uśmiechem i siada na krześle po mojej prawej stronie, przysuwając je trochę bliżej.- O cholera!- Nagle zrywa się.- Miałam pomóc babci.- Biegnie do budynku, a ja znów zostaje sam na sam z muzykiem.
-Przejdźmy do rzeczy.- Zaczyna.- Widzę, że Olivia jest przy tobie szczęśliwa i mam nadzieję, że tak zostanie, bo…- Przerywam mu.
-Wiem, wiem. Oberwie mi się za to.- Kończę za niego, a ja jego twarzy pojawia się szeroki uśmiecha.
-Szybko się uczysz. Czyżbyś miał do czynienia z Henrym i bliźniakami?
-To jest aż tak oczywiste?
-Zgaduję, że spotkałeś też Alice. Jeśli ona cię nie odstraszyła, to witam w rodzinie.- Uśmiecha się.- Możesz mówić do mnie po imieniu.
-Dziękuję.
-Sam na to zasłużyłeś.- Puszcza mi oczko, a do ogrodu po raz kolejny wchodzi czarnowłosa, tym razem z czarną gitarą basową przewieszoną przez ramie. Zaczyna grać fragment jakiejś piosenki, którą skądś kojarzę. Wpatruję się w nią jak zaczarowany. W końcu kończy swój występ ukłonem, a my zaczynamy bić brawo.
-Nie wiedziałem, że umiesz grać.- Mówię, a ta siada mi na kolanach.
-Ojciec były basista, przybrany dziadek gitarzysta. Nie było opcji, żebym się wywinęła z lekcji gry.- Całuje mnie w policzek.- Niestety przez mój głos nie zdobyłam sławy w Kaliforni, ani nawet na całym świecie.- Udaje smutek.- Na szczęście robię dobre zdjęcia.- Dołącza do nas Norma, ze złą miną, niosąc talerz z ciastem.
-Olivia, miałaś mi pomóc.
-Przepraszam, babciu.- Robi skruszoną minę, machając nogami w powietrzu.- Zagrać ci coś? Znalazłam bas ojca.
-Poczęstuj się ciastem. Specjalnie dla was upiekłam wegańskie.
-Annie, daj jej coś zagrać. Nie grała od dwóch lat.
-Trzech, staruszku, trzech.- Poprawia go, po czym znów całuje mnie w policzek.
                                *                      *                      *
Zajeżdżam na podjazd, słuchając opowieści dziewczyny o jedynych z wakacji spędzonych w Ojai. Wysiadamy z samochodu i za rękę idziemy do domu, gdy nagle dzwoni jej komórka. Wywraca oczami, ale odbiera siadając na murku. Zajmuję miejsce obok niej.
-Halo?... Terry?... Że co?... Jak to mam lecieć do Paryża?... O, i nawet bilety już zarezerwowałeś. No świetnie, a nie pomyślałeś o tym, że może chcę spędzić koniec roku w Kaliforni?... Jesteś idiotą, wiesz?... Pa- Rozłącza się, a ja robię zdziwiona minę.
-Co się stało?- Pytam, obejmując ją ramieniem.
-Jak to co? Terry nie może sobie poradzić z wystawą i mamy do niego przylecieć. Jak on mnie irytuje…
-Spokojnie, Aniołku.- Ściskam ją jeszcze mocniej.- Mówił o co dokładnie chodzi?- Dopytuję, choć doskonale o wszystkim wiem.
-Powiedział, że potrzebuje mnie, bo nie do końca umie sobie poradzić z papierami. Kolejnymi, rozumiesz?- Uśmiecham się lekko, nie mogąc się powstrzymać.
-Rozumiem, rozumiem.- Całuję ją w głowę.- Pomogę ci z tym. Coś tam z francuskiego umiem.- Doskonale wiem, że gadka z dokumentami to tylko podpucha, żeby zwabić zielonooką do Francji.- Nigdy nie marzyłaś o romantycznej kolacji z ukochanym w Paryżu?
-No może czasem.- Na jej twarz wraca uśmiech.- Albo jeszcze częściej.- Dodaje.
-Twoje marzenie może się teraz spełnić.- Zeskakuję z murku, po czym pomagam jej zejść.
-Ale tam jest środek zimy.- Marszczy noc, a ja ją w niego cmokam, a następnie ciągnę do domu. Odkładam kluczyki w przedpokoju i wchodzę do salonu. Na sofie siedzi starsza, drobniutka kobieta. Czuję jak dziewczyna wpada na mnie.- Przepraszam.- Mówi, a moment później zauważa naszego gościa.- Dzień dobry.- Macha leciutko.
-Babcia?- Wykrztuszam wreszcie, a ta przechyla głowę w lewo z delikatnym uśmiechem.- Co tu robisz?
-Nie mogłabym opuścić twoich urodzin, wnuczku.- Podnosi się i podchodzi bliżej. Przytulam ją.- Cieszę się, że widzę cię takiego szczęśliwego.- Puszcza mnie i spogląda na czarnowłosą.- Słonko, jestem matką Konstance, a ty to Olivia, tak?
-Tak, proszę pani.- Potwierdza.
-Żadna tam pani, jestem Ruby.

czwartek, 17 marca 2016

36. PREZENTY

25 grudzień 2006
Przyglądam się braciom Leto, którzy nie mogą już usiedzieć na miejscu. Młodszy z nich łączy nasze palce. Uśmiecham się, gdy z ust Constance pada jedno zdanie.
-No dobrze, możecie otwierać prezenty.- Na moje nieszczęście Jared ciągnie mnie w stronę naszej nielegalnej choince. Chłopaki padają na dywan, a ja zatrzymuję się przed nimi. Wypuszczam powietrze z ulgą i odwracam się w stronę blondynki, która chichra się przy stole. Wywracam oczami, po czym wracam wzrokiem do mężczyzn, którzy zrywają papier z pakunków.
-Czy to jest to o czym myślę?- Shan podnosi się i spogląda wprost w moje oczy.
-Jeśli myślisz o tym co ja, to tak.- Mówię, a ten zamyka mnie w szczelnym uścisku i w dodatku bardzo mocnym uścisku.
-Uwielbiam cię!- Krzyczy mi do ucha, a ja podskakuję z zaskoczenia. Puszcza mnie i biegnie prosto do kuchni.
-Connie, ty też chodź po prezenty.- Mówię, przywołując ją do nas. Kobieta wstaje z krzesła, a po chwili, razem ze mną, siada pod choinką. Spoglądam na Jareda, który nadal mocuje się z opakowaniem.- Pomóc ci?- Pytam, a ten z cierpiącą miną podaje mi paczkę. Szybkim ruchem otwieram ją, a on automatycznie mi go zabiera i przytula do swojego ciała. Kręcę głową z politowaniem, dostrzegając, że ten dorosły facet, w środku jest tak naprawdę bezbronnym chłopczykiem. I okazuje to tylko swoim najbliższym. Blondynka podaje mi pakunek z moim imieniem. Uważając, żeby nie podrzeć papieru, ściągam go, a moim oczom ukazuję się zestaw złożony ze skarpetek, spodni i koszulki z zielonymi Marsjanami, które mają głowy chłopaków z zespołu. Parskam śmiechem, zgadując, że to pomysł Shannona.
-Oh, widzę, że mamy to samo.- Odwracam się do blondynki.- To pewnie od Shanniego.- Przekręcam się na drugą stronę, chcąc zobaczyć reakcje Jareda na prezent ode mnie, ale jego już nie ma.
-Gdzie Jay? Przed momentem tu jeszcze był.- Podnoszę się i zaglądam do kuchni, gdzie starszy Leto robi sobie wypasioną kawę. Po sprawdzeniu całego parteru kieruję się na piętro.- Jared?- Wołam, jednak nikt mi nie odpowiada. Wchodzę do sypialni. Na środku pomieszczenia stoi mężczyzna ubrany w dresy w mikołaje i renifery, na co zakłada strój Mikołaja. Na włosy ma zarzuconą czapkę z białym pomponem.- Co robisz?- Pytam, opierając się o framugę drzwi. Brunet na moje słowa podskakuje ze strachu, po czym odwraca w moim kierunku. Na jego uśmiech pojawia się wielki uśmiech.
-Mierzę mój strój.- Odpowiada, naciągając do końca spodnie. Podchodzi do mnie i cmoka w nos.- To od ciebie, prawda?- Upewnia się, trzymając moje policzki w swoich dłoniach. Kiwam lekko głową, potwierdzając. Zamyka mnie w uścisku.- Dziękuję. A podoba ci się prezent ode mnie?- Szepcze, kładąc głowę na moim ramieniu.
-Jeszcze go nie otworzyłam.- Przyznaję, a on się zrywa i ciągnie mnie na dół. Constance odwraca się w naszą stronę i wybucha śmiechem, widząc strój swojego młodszego syna.
-Zostałeś Mikołajem.- Komentuje, gdy z powrotem zajmujemy miejsca pod choinką.- Tylko brody ci brakuje.- Dodaje, gdy mężczyzna podaje mi malutki pakunek. Otwieram pudełeczko, a moim oczom ukazuje się cienka, srebrna bransoletka z malutką nutką.
-Pomyślałem, że będzie ci przypominać o mnie, gdy będę w trasie.- Mruczy, a ja wtulam się w jego ciało.
-Jest piękna, dziękuję.- Próbuję ją założyć, ale nie bardzo mi się tu udaje.
-Pomogę ci.- Oznajmia i z łatwością zapina ją na moim nadgarstku.- Dobra, dawać mi resztę prezentów!- Do pomieszczenia wchodzi Shannon z dwoma kubkami.
-Olivia, zrobiłem ci kawę.- Zwraca się do mnie z wielkim uśmiechem. Odkłada naczynia na stolik i zajmuje miejsce obok nas. Jared otwiera paczkę i wyciąga taki sam zestaw jak ja i Connie.
-Bro, lepszego pomysłu nie było?- Uśmiecha się, a ja otwieram kolejny prezent. Z papieru wyjmuje sześciopak piwa. Spoglądam starszego z braci, a ten mruga do mnie.
* * *
Padam na łóżko i przyglądam się jak Jared podchodzi do okna i odwraca się w moim kierunku. Uśmiecha się, a ja zakładam ręce za głową.
-Aniele, wiesz że dzisiaj mija cztery lata, odkąd po raz pierwszy cię zobaczyłem?- Unoszę kąciki ust wyżej.
-No tak, to było w święta.- przypominam sobie ten dzień, gdy po raz pierwszy ich usłyszałam. Unoszę się na łokciach.- Myślę, że trzeba to uczcić…- Mruczę, a ten odpycha się od parapetu i powolutku idzie w moją stronę. Zagryzam wargę.-… Ale pierwsze chodźmy na spacer.- Mężczyzna zatrzymuję się w połowie drogi i mruży oczy. Wstaję z łóżka i z szafy wyciągam dżinsy, koszulkę i bluzę Jareda. Przebieram się, a ten ciągle przygląda mi się.- No co się tak patrzysz? Ubieraj się.- Zawieszam na szyi lustrzankę i wychodzę na balkon, czekając na Leto. Po chwili wychodzi do mnie. Łączę nasze palce i ciągnę go na parter. Przed wyjściem z domu, łapię kluczyki do jeepa.
-Myślałem, że to miał być spacer.- Otwieram samochód i siadam za kierownicą, odkładając aparat do schowka.
-Też tak myślałam, ale chciałabym cię gdzieś zabrać. Myślałam, żeby tam pojechać ostatnio, ale nie byłam do końca przekonana. Teraz wiem, że naprawdę mnie kochasz i jakoś ułożyłam sobie to w głowie, chociaż nadal wydaje mi się to nieprawdopodobne, że ktoś taki jak ty mógł pokochać kogoś takiego jak ja.- Brunet nachyla się i całuje mnie w policzek, szepcząc.
-Kocham cię bardzo i nie wyobrażam sobie życia bez ciebie.- Uśmiecha się lekko.
-Bardzo się cieszę. Ale chcę cię zabrać na grób mamy.- Spuszczam głowę, zastanawiając się jak na to zareaguje.- Byłam tam tylko na pogrzebie, zaraz potem wyjechałam i nie mam zamiaru jechać tam sama. Chciałabym, żeby był ze mną tam ktoś, któremu na mnie zależy i chyba jesteś najodpowiedniejszą osobą.
-Jesteś na to gotowa?- Kładzie swoją dłoń na mojej.
-Nigdy nie będę na to gotowa, ale to chyba najodpowiedniejszy moment.
-Tak, więc prowadź.- Wzdycham z ulgą i odpalam samochód, po czym wyjeżdżam na drogę. Około pół godziny zabiera nam dotarcie do cmentarza, znajdującego się najbliżej mojego byłego domu. Parkuję na pustym parkingu i biorę głęboki oddech, po czym wysiadam z samochodu. Jared pojawia się obok mnie i łapię moją rękę. Przez moment mijamy białe pomniki z przeróżnymi nazwiskami i dotrzeć do tego z nazwiskiem Elizabeth Scroggs. Jakoś tak się stało, że zaraz po moim urodzeniu postanowiła dać mi coś z ojca, a było to nazwisko. Przyglądam się napisowi, a z moich oczy zaczynają wypływać łzy, podobnie jak podczas moich snów z nią. Odwracam się w kierunku mężczyzny z błagającym spojrzeniem, więc ten mnie obejmuje.
-I co teraz? Terry mówił, że to mi pomoże…- Szepczę.
-A czy Terry miał kiedyś racje? Ja na grobie ojca byłem tylko raz i zareagowałem tak samo jak ty.
* * *
Nagle komórka leżąca na szafce wibruje i podświetla się. Delikatnie, żeby nie obudzić Jareda, podnoszę się z łóżka i zgarniam telefon. Odblokowuję go i czytam wiadomość: „Mam nadzieję, że cię nie obudziłem. Wesołych świąt. J.G.”. Uśmiecham się delikatnie, po czym wychodząc na balkon. Wykręcam numer do Jacka, a ten po chwili odbiera.
-Obudziłem cię?- Zaczyna.
-Nie, nie spałam. Wesołych świąt, White. Co u ciebie?
-Mała nas zamęcza. Właśnie ją uśpiłem.- Wzdycha, a ja przechylam się na barierce.- Karen odpadła godzinę temu. A co u was?
-Prezenty.- Przyglądam się podświetlonemu napisowi Hollywood.- I byłam u mamy.
-I jak? Zgaduję, że nie najlepiej.
-Nigdy nie lubiłam cmentarzy.- Komentuje.- No dobra, idź spać, bo znając życie Mała jeszcze nie raz cię obudzi w nocy.- Podśmiechuję się, a on mnie przedrzeźnia.
-No dobra, dobranoc, Lizi.
-Dobranoc, Jack.- Rozłączam się i stoję, oddychając świeżym powietrzem, dopóki na moich biodrach nie pojawiają się dłonie, należące do młodszego Leto. Opieram się o jego klatkę piersiową.
-Z kim mnie zdradzasz?- Mruczy, wprost do mojego ucha.
-Z Whitem.- Odpowiadam, przymykając powieki.- Ale z tego co wiem, to on nawet nie ma czasu dla Karen, a co dopiero na zdradzanie jej ze mną, więc nie musisz być zazdrosny.
-Wracajmy do łóżka.

czwartek, 10 marca 2016

35. CHOINKA

22 grudzień 2006
Budzę się, gdy promienie słoneczne świecą mi prosto w twarz. Najśmieszniejsze jest to, że wczoraj wieczorem jeszcze rzucaliśmy się przed lotniskiem śnieżkami w Nowym Yorku, a dzisiaj jesteśmy już tutaj, w słonecznej Kalifornii. Mało brakowało, a w ogóle byśmy nie wylecieli z powodu warunków pogodowych. Próbuję się ruszyć, ale przeszkadza mi Jared wtulony w mój brzuch. Opadam z powrotem na poduszkę i przymykam powieki, jednak nie na długo, bo kilka minut później do pokoju wpada Shannon.
-Cześć, przyszła bratowa.- Rzuca, siadając w nogach łóżka. Unoszę prawą brew w górę, przyglądając mu się z uwagą.
-Czy ja o czymś nie wiem?
-Wiesz o wszystkim, co trzeba. Ale myślę, że skoro już wolisz tego kretyna ode mnie, to on przynajmniej jakoś utrzyma cię przy sobie.- Puszcza mi oczko, po czym trąca nogą swojego brata w brzuch.
-Ej, nie bij go.- Próbuję powstrzymać perkusistę, rzucając w niego poduszką.- Co on ci takiego zrobił?
-Nic. Po prostu jest moim bratem, a rodzeństwo już tak ma.- Wzrusza ramionami.- A poza tym mama kazała was obudzić.-Dodaje.
-A od kiedy ty się jej tak słuchasz, co?- Brązowooki wystawia mi język i po raz kolejny szturcha młodszego Leto, jednak ten uparcie śpi.- Nie umiesz. Tak to się robi.- Mruczę i zaczynam głaskać wokalistę po policzku, a ten powoli otwiera powieki. Na jego ustach pojawia się uśmiech, zapewne jeszcze nieświadomy, kto siedzi za nim.
-Dzień dobry, Aniele.- Wymrukuje z poranną chrypą, podnosząc się z mojego brzucha.
-Tak, tak. Cześć, Bro.- Shannon uderza go w ramie, a ten podskakuje ze strachu.
-Co tu robisz?- Pyta, odwracając się do swojego brata, a ja wstaje z łóżka
-Przyszedłem was obudzić.- Perkusista kieruje swój wzrok na mnie.- Mmm… Jakie niesamowite nóżki.- Komentuje, za co obrywa od Jareda. A ja wystawiam mu środkowy palec i wychodzę z sypialni. Przechodzę przez korytarz i wchodzę do łazienki, gdzie zdejmuje z siebie piżamę i wchodzę do kabiny prysznicowej. Podczas, gdy mydlę swoje ciało, do pomieszczenia ktoś wchodzi. Już mam zaprotestować, gdy owa osoba się odzywa.
-Przyniosłem ci ciuchy.- Poznaję głos Jaya.- No i ręcznik.- Dodaję.- Ja idę wziąć prysznic na części Shanna.
-Dziękuję.- Odpowiadam.
Moment później drzwi się znów otwierają i zamykają, więc wnioskuję, że mężczyzna już wyszedł. Wycieram się dokładnie fioletowym, puchatym ręcznikiem, po czym ubieram bieliznę, luźną koszulkę i dżinsowe spodenki, które przyniósł mi Jared. Piżamy wrzucam z powrotem do torby i spoglądam na dokładnie posłane łóżko. Z uśmiechem na ustach, zbiegam po schodach na parter, gdzie kieruję się prosto do kuchni. Przy blacie, odwrócona do mnie tyłem, stoi matka chłopaków. Wtulam się w nią z zaskoczenia, a ta ze śmiechem, odwzajemnia uścisk.
-Dobrze cię widzieć, Connie.- Mówię, a ta całuje mnie w głowę. W nocy, gdy Shan nas przywiózł z lotniska, ona już spała, więc nie chcieliśmy jej budzić.
-Ciebie też. Nie mogłam się was już doczekać.- Puszcza mnie i wskazuje na drewniany stół.- Zrobiłam wam sałatkę owocową i kawę, więc siadaj i się częstuj.
-A ty nie zjesz z nami?- Pytam, widząc tylko dwa talarze. Zajmuję miejsce z idealnym widokiem na ogród.
-Troszkę podjadłam robiąc ją, więc już nie jestem głodna.- Uśmiecha się pogodnie.- Mam nadzieję, że Shannon zbyt gwałtownie was nie obudził.
-Już nie spałam. Za to Jared doznał szoku- Śmieję się, a do środka wchodzi mężczyzna z czerwonymi końcówkami.
-Witam, piękne panie.- Unosi wysoko kąciki ust i obejmuje swoją rodzicielkę.- Część mamo. Dobrze cię widzieć.- Blondynka zaczyna się śmiać.- O co chodzi?- Niebieskooki się dziwi, a ona całuje go we włosy, podobnie jak mnie moment wcześniej.
-Olivia powiedziała mi to samo. A teraz smacznego.- Popycha go w moim kierunku. Leto nachyla się i cmoka mnie w usta i zajmuje miejsce obok mnie.- Jak wam minęła podróż?- Constance siada naprzeciwko swojego syna i upija łyk kawy.
-Ja cały lot przespałam.- Odpowiadam, wsadzając do buzi kawałek banana.
-Ja też i chyba od tej pory będę latał nocą.- Do kuchni wchodzi Shannon. Opiera się o blat i krzyżuję ręce na klatce piersiowej.
-Jay, mam do ciebie sprawę, bardzo ważną w dodatku.- Zaczyna z powagą.- Chodzi o szczegóły dotyczące trasy koncertowej. Dwa podpunkty mi się nie zgadzają. Dokładniej piąty i czwarty.- Zaczyna, a Constance podnosi się ze swojego dotychczasowego miejsca.
-Święta nadchodzą dzieciaki, a wy tylko myślicie o trasie.- Kręci głową z politowaniem.- Jeśli zamierzacie o niej rozmawiać, to ja wychodzę.- Kobieta znika, a na twarzy Shana pojawia się wielki uśmiech. Przechodzi na byłe miejsce swojej mamy i zabiera mój kubek z kawą. Mrożę go wzrokiem, a ten tylko wzrusza ramionami. Przenoszę wzrok na ogród, do którego właśnie weszła blondynka.
-Trzeba się zastanowić nad prezentem.- Kontynuuje starszy Leto, a ja powoli głupieję. Przed momentem mówił o trasie. Przyglądam im się kolejno, a ciemnooki macha ręką, wyjaśniając.- Mama ma jutro urodziny.
-I wy mi to dopiero teraz mówicie?- Przez moją głowę przelatuje milion pomysłów na minutę, na prezent dla Connie.- Jay, dlaczego wcześniej mi o tym nie powiedziałeś?
-Bo my kupujemy jej jeden prezent na święta i urodziny.- Mężczyzna nachyla się i całuje mnie w czoło.- A widziałem jak pakowałaś coś dla niej.
-Mimo wszystko, powinieneś mi powiedzieć.- Zabieram kawę Jareda i wypijam ją do dna. W zasadzie on i tak woli herbatę. Uśmiecham się do niego, odstawiając kubek.
-I teraz ja powinienem zabrać kawę Shannonowi, jednak ten takowej już nie posiada.- Mruczy, a my się śmiejemy.
-No dobra. Nie zmieniać tematu!- Upomina nas perkusista, przybierając srogą minę.- Przejdźmy może do konkretów. Co jej damy?
-Terry przysłał nam kilka butelek francuskiego wina. Bardzo dobrego zresztą.- Mówiąc to, młodszy Leto kładzie dłoń na moim kolanie, a ja chcąc nie chcąc przypominam sobie kilka wyśmienitych wieczorów, spędzonych z niebieskookim i winkiem.
-Czyli mam rozumieć, że przyleciały tu razem z wami?- Kiwamy głową potwierdzając.- W takim razie wino i…- Urywa, czekając aż skończymy. Splata swoje palce i przygląda nam z uwagą.
-Ty nie patrz tak na nas, tylko myśl.- Odburkuje Jared, zabierając rękę z mojej nogi, by dokończyć posiłek.
-Kupiłam jej pod choinkę książkę kucharską.- Zaczynam.- Z przepisami na dania wegańskie.
-Widzisz, tak się przestraszyłaś, a masz najlepszy prezent.- Ciemnooki drapie się po głowie.
-Ale on jest na święta, a nie na urodziny.- Protestuję, zbierając naczynia. Podchodzę z nimi do zlewu i odkręcam kran.
-Olivierze, co ty robisz?- Perkusista pojawia się obok mnie.
-Zmywam, a co? I nie nazywaj mnie tak.- Chlapię go i łapię w ręce biały talerz, który po chwili mu podaje.- Wytrzyj go.- Mówię.
-Ale ty tu jesteś gościem, moja droga. To ten kretyn powinien to robić.- Wskazuje na niebieskookiego, który pojawia się po mojej drugiej stronie.
-Nie gadaj, tylko wycieraj.- Wręczam mu kolejne naczynie i uśmiecham się promieniście. Następną rzecz podaję już Jayowi, który przyjmuje ją bez sprzeciwu. I tak na zmianę, aż zlew zostaje pusty.- Dziękuję za pomoc.- Wycieram ręce w ręcznik.- Właśnie, Shan, mądralo, nas wypytujesz o prezent, a sam co kupiłeś?- Wyskakuję na blat i obserwuje jak Jared rozstawia po szafkach suche kubki i talerze.
-Tu się właśnie pojawia problem, bo nie wpadłem na odpowiedni pomysł i na to wyszło, iż zostałem z niczym.- Mężczyzna zajmuje miejsce po mojej lewej stronie.- Macie jakieś plany na dzisiaj?
-Chyba nie.- Odpowiadam.- Chyba, że ty coś wymyśliłeś.- Zwracam się do mojego chłopaka.
-Niestety, ale może chcesz się spotkać z Henrym, albo Foleyami.- Proponuje, siadając po mojej prawicy, po czym łączy nasze palce.
-A ty nie chcesz spotkać się z jakimiś znajomymi?- Opieram głowę na jego ramieniu.
-Nie mam kogo, bo wszyscy spędzając święta z rodziną.- Uśmiecha się lekko, a mi do głowy przychodzi pewna myśl.
-Chłopaki, czy my tak właściwie mamy choinkę?- Pytam, a Shannon się krzywi.
-Wiedziałem, że o czymś zapomniałem.- Perkusista zeskakuje z szafki.- W takim razie mamy już plany. Jedziemy po świąteczne drzewko!

*                     *                      *
Rozglądam się po placu, szukając braci Leto. Wokół mnie nie ma ani jednej żywej duszy. Ze spodenek wyciągam komórkę, chcąc zatelefonować do jednego ze zgub, jednak za choinką zauważam głowę starszego z nich.
-Gdzie wy się szlajacie?- Pytam, gdy podchodzi bliżej.
-Jay poszedł spytać o cenę drzewek.- Odpowiada przeczesując włosy palcami. – Ty jesteś z nim tak na poważnie?- Unoszę prawą brew w górę.
-A toś pytanie strzelił.- Mruczę.
-Nie żeby coś, ale martwię się o niego. A wygląda na to, że zaangażował się w ten związek. Przedstawił cię mamie, co jest prawdziwą nowością. No i chyba miałaś jechać z nami do Chin, prawda? Właśnie, dlaczego nie pojechałaś?
-Bo jestem głupia.- Mrużę oczy, przyglądając mu się.- Przeziębiłam się. Nie wypiłam jednej durnej herbaty, którą zrobił i stało się tak jak przewidywał. Wy nagrywaliście, a ja umierałam w Nowym Yorku. I tak, jestem z nim na poważnie.
-W takim razie mam dla ciebie wyzwanie. A właściwie, będzie to tak jakby zakład.
-Co ty odwalasz, Leto?
-Nic.- Wzrusza ramionami.- Po prostu chcę, żebyś ignorowała Jay’a do północy. Możesz jedynie odpowiadać na jego pytania. I nawet nie próbuj mu wspominać o tym.
-A co jeśli się nie zgodzę, albo złamię, któryś z twoich zasad?- Patrzę na niego z obojętnością wypisaną na twarzy, choć tak naprawdę podoba mi się ten pomysł.
-Kupujesz mi zgrzewkę piwa.
-A jak wygram?
-To ja ci ją kupię. Może być?
-I będziesz robić to co ci każę.- Dodaję.- Zgoda?
-No niech ci będzie.- Mruczy, w momencie gdy podchodzi do nas jego brat.- I co? Ile kosztują?
-Najtańsza 150 dolarów.- Jęczy zrezygnowany.- Jedziemy? Chyba w tym roku nie będzie choinki.- Idziemy w kierunku samochodu. Shannon siada za kierownicą jeepa, a ja na miejscu pasażera. Młodszy Leto przygląda się swojemu bratu w skupieniu, jednocześnie mrożąc go wzrokiem.
-Co tak stoisz, Bro? Zostało ci miejsce z tyłu.- Brunet wchodzi do auta z nieciekawą miną.
-Dlaczego ty prowadzisz? To mój samochód.- Jęczy z wyrzutem.
-Bo tak.- Perkusista szczerzy ząbki, wyjeżdżając z parkingu. Kieruje się w stronę miasta. Przez pierwsze dwa kilometry krajobraz się nie zmienia. Po obu stronach drogi są pola, na których rosną choinki. Całe miliony choinek. W mojej głowie pojawia się pewna myśl.
-Shan, mógłbyś się zatrzymać?- Mężczyzna zjeżdża na pobocze, a ja wysiadam z pojazdu. Podobnie jak oni. Jedyne co oddziela nas od tych zielonych drzewek, to metalowy drut. Lustruję wzrokiem najbliższa okolicę, ale jesteśmy na odludziu. W pewnym momencie Jared wydaję z siebie krzyk, jednocześnie przerażenia, jak i zaskoczenia. Zatykam usta dłonią, hamując jednocześnie masę pytań o przyczynę tego wrzasku.
-Coś ty zrobił?- Shannon jak przystało na starszego brata, od razu reaguje.
-Dotknąłem drutu.- Jęczy Jay, a ja zaczynam się śmiać.- Kopnął mnie prąd. 
-Jesteś kretynem.- Oznajmia zrezygnowany.
                                *                      *                      *                   
Zamykam drzwi od domu i wsiadam do samochodu, tym razem jego właścicielem jest Shannon. Patrzę na niego, zagryzając wargę. Oboje ubraliśmy się na czarno, chcąc zlać się z nocnym niebem. Mężczyzna odpala samochód.
-Shan, stój. To głupi pomysł.- Mówię w momencie, gdy on zamierza wyjechać z posesji.
-Olivia, nie ma głupich pomysłów. Są tylko nieprzemyślane, a ja go dokładnie przemyślałem. Jedziemy.- Brunet jedzie dalej.
-A jak ktoś nas złapie?- Pytam.
-Nikt nas nie złapie. Jak ci idzie ignorowanie Jareda?- Spoglądam na zegarek, podczas gdy na jego twarz wypływa grymas.
-Za pięć minut koniec zakładu, a ja odpowiadałam tylko na jego pytania, tak jak kazałeś.- Uśmiecham się.- To kiedy dostanę to piwo?
-W swoim czasie.- Mruczy, niezadowolony. No, cóż. Chyba nie spodziewał się takiego wyniku.
Po półgodzinnej jeździe docieramy do pola choinek, na obrzeżach miasta. Wysiadamy z samochodu i z łopatą turlamy się pod drutem, w którym płynie prąd i odchodzimy jakieś piętnaście drzewek od pojazdu. Dostrzegam dość ładnego iglaka, mniej więcej mojego wzrostu. Wskazuję go Shannonowi. Podczas gdy on wykopuję go, ja świece latarką, pod jego stopami, jednocześnie przyglądając się krajobrazowi. Na niebie zawisła połowa księżyca. Mężczyzna odstawia choinkę i zakopuje dół. Nagle po całej okolicy rozchodzi się dźwięk syreny, a na jednym z słupków miga czerwony kogut.
-O cholera.- Mruczę.- Co robimy?
-Jak to co? Zwiewamy.- Odpowiada, podnosząc drzewko. Przerzuca je nad drutem, a my przechodzimy tym samym sposobem, w jaki udało nam się tam dostać. W oddali widać już radiowóz, tylko jakim cudem on tak szybko zdołał się tu dostać. Shan wkłada drzewko do bagażnika.- Módl się, żeby go nie zauważyli.- Mruczy, a pojazd zatrzymuje się obok nas. Wysiada z niego czarnoskóry mężczyzna i blondynka, oboje są ubrani w mundur, a przy pasie mają przypiętą broń. Dłoń policjanta zsuwa się na czarny pistolet.
-Co tu robicie?- Pyta, mrużąc oczy, podczas gdy kobieta świeci nam w twarz latarką.
-Przyszliśmy liczyć choinki.- Odpowiada brunet, po czym wybuchamy śmiechem, jednak policjantom nie jest do śmiechu.
-Lekceważycie służby mundurowe, więc pójdziecie z nami.- Z mojej twarzy znika uśmiech, a pojawia się niedowierzanie. Mężczyzna zakuwa nas w kajdanki i ciągnie do radiowozu.
-Nie możecie tego zrobić.- Jęczy Shannon, próbując się przeciwstawić.- My niczego nie zrobiliśmy.
-Uwierz, możemy zatrzymać was na noc na komisariacie.
-A co z samochodem?- Pytam, poprawiając się na tylnym siedzeniu pojazdu.
-Zostanie odholowany.- Odzywa się kobieta, po raz pierwszy. Policjanci wsiadają do przodu i odjeżdżamy w kierunku miasta.
-Terry mnie zabije jak się dowie.- Mruczę, z przerażeniem.- Jared mnie zabije.- Dodaję.
-O niego się nie martw. Najpierw zabije mnie, że cię w to wciągnąłem.
-Ej, cisza tam z tyłu.- Ciemnoskóry policjant mrozi nas wzrokiem, a my momentalnie milkniemy.
Po kilkunastu minutach docieramy na komisariat. Po zdjęciach, mamy możliwość do jednego telefonu, tak więc decydujemy się zadzwonić do Jareda. Pomagam brunetowi trzymać słuchawkę, bo cały czas mamy zakute ręce.
-Jay? No wreszcie.- Odzywa się Shan.- Mógłbyś po mnie przyjechać?... Gdzie jestem? Na 4861 Venice Bled… Tak, to komisariat… Nieważne, dowiesz się jak przyjedziesz… Jest ze mną…- Mężczyzna spogląda na mnie.- Rozłączył się.- Oznajmia, a ja odstawiam telefon.
-Czyli mamy przesrane?
-Dokładnie.
-Nigdy nie byłam w więzieniu.- Oznajmiam.
-To nie więzienie, tylko areszt. Nie martw się. Jared nas uratuje.
                                *                      *                      *   
Budzi mnie dźwięk otwieranych krat. Otwieram oczy, podnosząc głowę z ramienia Shannona. Kieruje swój wzrok na policjanta, który wskazując na nas, mówi:
-Wychodzicie. Wpłacono za was kaucje.- Wstaję i razem z brunetem wychodzimy na korytarz. Na jednym z plastikowych krzesełek siedzi Jay, który zrywa się, gdy tylko nas widzi. Spuszczam wzrok na stopy, nie chcąc patrzeć mu w oczy.
-Chodźcie.- Mówi, z obojętnością w głosie. Nie czekając na nas, wychodzi z komisariatu. Ja jeszcze zatrzymuję się przy recepcji? Albo jakkolwiek to się nazywa.
-Przepraszam. Czy możemy odebrać samochód?- Pytam, a kobieta sprawdza coś na komputerze po czym podaje nam jakąś karteczkę.
-Za komisariatem jest parking. Pokażcie to policjantowi, który tam pilnuje.
-Dziękujemy.- Idziemy w kierunku, który wskazała nam kobieta, jednak w połowie drogi, słyszymy głos Jared.
-Olivia, ty jedziesz ze mną.- Spoglądam na Shannona, po czym odwracam się i idę w kierunku jeepa.
-Przepraszam.- Mówię.
-Cicho, muszę to przemyśleć.- Wsiadamy do auta. Cała droga mija w ciszy, bo boję się odezwać. Mężczyzna parkuję na podjeździe pod domem i wysiada z pojazdu. Biorę głęboki oddech i opuszczam samochód. Młodszy Leto opiera się o maskę. Staję naprzeciwko niego, a on przeczesuje czarno-czerwone włosy dłonią.- Co wyście sobie wyobrażali, co?- Pyta, nie patrząc na mnie. W tym samym momencie obok nas parkuje Shan. Po prostu wybiega z auta.
-Nie zabrali jej!- Krzyczy, a na moją twarz wkrada się uśmiecha.
-Kogo nie zabrali?- Dziwi się Jay, przyglądając się nam z uwagą.

-Choinki.- Otwieramy bagażnik i wyjmujemy drzewko, a Jared wybucha śmiechem.   

czwartek, 3 marca 2016

34. CHORÓBSKO

7 grudzień 2006



Kicham, otwierając drzwi do mieszkania. Jak najszybciej się da odkładam zakupy w kuchni, po czym rozbieram kurtkę i buty. Zaczynam rozpakowywać kupione rzeczy, szukając dużej paczki chusteczek. Zaczynam je i kicham po raz kolejny, a w pomieszczeniu zjawia się Olivia z zaczerwienionym nosem i podpuchniętymi oczami.
-Dobrze, że jesteś.- Mruczy, ledwo słyszalnie.- Masz moje tabletki?- Pyta, zaglądając mi przez ramie. Łapie pastylki na ból gardła i ciastka zbożowe, po czym wyrywa mi paczkę z chusteczkami.
-Lepiej trochę?- Podążam za nią do salonu i zajmuję miejsce na kanapie. Okrywam nas kocem i wtulam się w jej ramie.
-Jedynie to, że Terry podrzucił nam kolejny sezon doktora Housa.- Odpowiada, włączając telewizor.- Nienawidzę być chora…- Dodaje, włączając serial.- Dobrze, że już jesteś. Zimno mi było bez ciebie.- Przybliża się do mnie.
-Nic nie mów, Aniele.- Całuję ją w głowę.- Zamówiłem po drodze pizzę. Powinni zaraz tu być.- Wysmarkuję nos, a dziewczyna zaczyna się śmiać, by moment później zanosić się głośnym kaszlem. Tym razem to ja się chichram, przez co obrywam w żebra.- No dobra, dobra. W sumie, to sam nie jestem lepszy.- Mówię i nagle do drzwi ktoś puka. Wyplątuję się z uścisku czarnowłosej i otwieram. Za progiem stoi roznosiciel pizzy.
-Dzień dobry.- Mówi, a ja kicham.- Oj, chyba choróbsko pana dopadło.- Uśmiecha się.- Jest może pani Olivia?- Robię zdziwioną minę, a dziewczyna wychyla się zza kanapy.
-Nie radzę ci się zbliżać, Max. Jesteśmy chorzy.- Mówi, a blondyn wręcza mi pudełko.
-Chciałem tylko powiedzieć, że kuzynka jest zachwycona sesją u ciebie, dlatego macie pizzę na koszt firmy. Na razie.- Macha nam i zaczyna zbiegać, a ja nadal stoję oniemiały.
-Jesteście po imieniu?- Pytam, mrugając oczami z oszołomienia.- Jego kuzynka miała u ciebie sesje?- Zamykam drzwi i wracam na sofę.
-Tak, bo jego kuzynką jest Kate Winslet.- Po raz kolejny się we mnie wtula, powoli przeżuwając nasz posiłek.
-Mówisz serio?- Po kaszluję przez moment, po czym spoglądam na nią.
-No tak. Też spodziewałam się jakiejś dziewczynki, która tylko chciałaby zostać wielką gwiazdą, a tu taką niespodzianka…- Opowiada, chrypiąc, a na końcu już całkowicie traci głos. Z ruchy jej warg wyczytuję jedno zdanie: ”O cholera”. Ledwo udaje mi się nie uśmiechnąć, a co dopiero wybuchnąć śmiechem, ale z pomocą przychodzi mi atak kaszlu. O ile można to tak nazwać. Po ataku wstaję i z małej szafki, stojącej przy pianinie wyjmuję notes i długopis. Podaję przedmioty Richardson, a ta uśmiecha się z wdzięcznością.
                                *                      *                      *
Kolejny odcinek Dr. House się kończy, a ja spoglądam na dziewczynę, która śpi, ze stopami na moich udach. Uśmiecham się, uświadamiając sobie, że lepiej trafić nie mogłem. Ta dziewczyna jest dla mnie wszystkim i teraz nie wyobrażam sobie życia bez niej.
Powoli podnoszę się i biorę ją na ręce, uważając, żeby się nie obudziła. Wchodzę do sypialni i kładę ją na łóżku, a wtedy jej oczy się otwierają i podnosi się, zatapiając w moich ustach. Pociąga mnie, tak, że upadam obok niej. Dziewczyna przegryza płatek mojego ucha, a ja nie wiem co powiedzieć.
-Cii…- Mruczy.
-Ty możesz mówić.- Zdziwię się.
-Chciałam cię wkręcić i się udało.- Śmieje się.- Ale to tylko z głosem. Naprawdę jestem chora.
-Skoro tak, to jakaś zemsta cię czeka.- Mruczę, przerzucając ją na drugą połowę łóżka. Teraz to ja jestem górą. Powoli zdejmuję z niej bluzę, a ta cicho podśmiechuje się.
-Takie zemsty to ja mogę mieć cały czas.- Zagryza wargę, a ja pozbywam się jej dresów i koszulki. Wracam do jej ust, gdy do drzwi zaczyna się ktoś dobijać.
-Ignorujemy?- Pytam, a ona potwierdza, lecz niecałą sekundę później dochodzi do nas jedno zdanie, a mianowicie: „Policja, otwierać!”. Spoglądam na dziewczynę w zdumieniu.
-Zrobiłeś coś?- Czarnowłosa mruży oczy, wyślizgując się. Ubiera się powoli.
-Myślałem, że mi ufasz.- Wychodzę z pomieszczenia i kieruję się ku drzwiom. Otwieram je, a moim oczom ukazuje się… No właśnie, już wolałbym sto razy bardziej tą całą policje, bo przede mną stoi szeroko uśmiechnięty Shannon.
-Wiedziałem, że się na to nabierzesz.- Unosi kąciki ust jeszcze wyżej.- Jesteś zbyt porządnym człowiekiem.- Przełykam ślinę, próbując się uspokoić, po czym po prostu zamykam drzwi.
-Czego chcieli?- Czarnowłosa pojawia się obok mnie.
-To nie policja.- Odburkuję, a ona mruczy coś pod nosem, więc wracam i wpuszczam starszego Leto.
-Shan, co tu robisz?- Richardson przygląda mu się z uwagą, a ten nadal stoi uśmiechnięty, co niezmiernie mnie irytuje.
-Jak to co? Przyjechałem was odwiedzić, bo podobno umieracie.- Siadam na kanapie i włączam kolejny odcinek House.- Mam nadzieję, że wam nie przeszkadzam. Mogę tu przenocować, nie?- Odwracam się i posyłam mu spojrzenie, które doskonale umie rozszyfrować.
-Nie możesz.- Warczę.
-Jared, zachowuj się. Zostań ile chcesz, ale jak się przeziębisz, to nie nasza wina. Rozgość się.
-Co on taki zły?- Mimo, że ten pajac ściszył głos, i tak wszystko słyszę. Wywracam oczami.
-Przerwałeś mu coś.- Odpowiada czarnowłosa.
-Już nawet chyba wiem co. Oli, ubrałaś koszulkę na lewą stronę.- Perkusista siada obok mnie.- Oj, nie dziwię ci się już, braciszku.



------------------------------------------------------------------------------
                                       Ktoś to w ogóle czyta????