22 grudzień 2006
Budzę się, gdy promienie
słoneczne świecą mi prosto w twarz. Najśmieszniejsze jest to, że wczoraj
wieczorem jeszcze rzucaliśmy się przed lotniskiem śnieżkami w Nowym Yorku, a
dzisiaj jesteśmy już tutaj, w słonecznej Kalifornii. Mało brakowało, a w ogóle
byśmy nie wylecieli z powodu warunków pogodowych. Próbuję się ruszyć, ale
przeszkadza mi Jared wtulony w mój brzuch. Opadam z powrotem na poduszkę i
przymykam powieki, jednak nie na długo, bo kilka minut później do pokoju wpada
Shannon.
-Cześć, przyszła bratowa.- Rzuca,
siadając w nogach łóżka. Unoszę prawą brew w górę, przyglądając mu się z uwagą.
-Czy ja o czymś nie wiem?
-Wiesz o wszystkim, co trzeba.
Ale myślę, że skoro już wolisz tego kretyna ode mnie, to on przynajmniej jakoś
utrzyma cię przy sobie.- Puszcza mi oczko, po czym trąca nogą swojego brata w
brzuch.
-Ej, nie bij go.- Próbuję
powstrzymać perkusistę, rzucając w niego poduszką.- Co on ci takiego zrobił?
-Nic. Po prostu jest moim bratem,
a rodzeństwo już tak ma.- Wzrusza ramionami.- A poza tym mama kazała was
obudzić.-Dodaje.
-A od kiedy ty się jej tak
słuchasz, co?- Brązowooki wystawia mi język i po raz kolejny szturcha młodszego
Leto, jednak ten uparcie śpi.- Nie umiesz. Tak to się robi.- Mruczę i zaczynam
głaskać wokalistę po policzku, a ten powoli otwiera powieki. Na jego ustach
pojawia się uśmiech, zapewne jeszcze nieświadomy, kto siedzi za nim.
-Dzień dobry, Aniele.- Wymrukuje
z poranną chrypą, podnosząc się z mojego brzucha.
-Tak, tak. Cześć, Bro.- Shannon
uderza go w ramie, a ten podskakuje ze strachu.
-Co tu robisz?- Pyta, odwracając
się do swojego brata, a ja wstaje z łóżka
-Przyszedłem was obudzić.-
Perkusista kieruje swój wzrok na mnie.- Mmm… Jakie niesamowite nóżki.-
Komentuje, za co obrywa od Jareda. A ja wystawiam mu środkowy palec i wychodzę
z sypialni. Przechodzę przez korytarz i wchodzę do łazienki, gdzie zdejmuje z
siebie piżamę i wchodzę do kabiny prysznicowej. Podczas, gdy mydlę swoje ciało,
do pomieszczenia ktoś wchodzi. Już mam zaprotestować, gdy owa osoba się odzywa.
-Przyniosłem ci ciuchy.- Poznaję
głos Jaya.- No i ręcznik.- Dodaję.- Ja idę wziąć prysznic na części Shanna.
-Dziękuję.- Odpowiadam.
Moment później drzwi się znów
otwierają i zamykają, więc wnioskuję, że mężczyzna już wyszedł. Wycieram się
dokładnie fioletowym, puchatym ręcznikiem, po czym ubieram bieliznę, luźną
koszulkę i dżinsowe spodenki, które przyniósł mi Jared. Piżamy wrzucam z
powrotem do torby i spoglądam na dokładnie posłane łóżko. Z uśmiechem na
ustach, zbiegam po schodach na parter, gdzie kieruję się prosto do kuchni. Przy
blacie, odwrócona do mnie tyłem, stoi matka chłopaków. Wtulam się w nią z
zaskoczenia, a ta ze śmiechem, odwzajemnia uścisk.
-Dobrze cię widzieć, Connie.-
Mówię, a ta całuje mnie w głowę. W nocy, gdy Shan nas przywiózł z lotniska, ona
już spała, więc nie chcieliśmy jej budzić.
-Ciebie też. Nie mogłam się was
już doczekać.- Puszcza mnie i wskazuje na drewniany stół.- Zrobiłam wam sałatkę
owocową i kawę, więc siadaj i się częstuj.
-A ty nie zjesz z nami?- Pytam,
widząc tylko dwa talarze. Zajmuję miejsce z idealnym widokiem na ogród.
-Troszkę podjadłam robiąc ją,
więc już nie jestem głodna.- Uśmiecha się pogodnie.- Mam nadzieję, że Shannon
zbyt gwałtownie was nie obudził.
-Już nie spałam. Za to Jared
doznał szoku- Śmieję się, a do środka wchodzi mężczyzna z czerwonymi
końcówkami.
-Witam, piękne panie.- Unosi
wysoko kąciki ust i obejmuje swoją rodzicielkę.- Część mamo. Dobrze cię
widzieć.- Blondynka zaczyna się śmiać.- O co chodzi?- Niebieskooki się dziwi, a
ona całuje go we włosy, podobnie jak mnie moment wcześniej.
-Olivia powiedziała mi to samo. A
teraz smacznego.- Popycha go w moim kierunku. Leto nachyla się i cmoka mnie w
usta i zajmuje miejsce obok mnie.- Jak wam minęła podróż?- Constance siada
naprzeciwko swojego syna i upija łyk kawy.
-Ja cały lot przespałam.-
Odpowiadam, wsadzając do buzi kawałek banana.
-Ja też i chyba od tej pory będę
latał nocą.- Do kuchni wchodzi Shannon. Opiera się o blat i krzyżuję ręce na
klatce piersiowej.
-Jay, mam do ciebie sprawę, bardzo
ważną w dodatku.- Zaczyna z powagą.- Chodzi o szczegóły dotyczące trasy
koncertowej. Dwa podpunkty mi się nie zgadzają. Dokładniej piąty i czwarty.-
Zaczyna, a Constance podnosi się ze swojego dotychczasowego miejsca.
-Święta nadchodzą dzieciaki, a wy
tylko myślicie o trasie.- Kręci głową z politowaniem.- Jeśli zamierzacie o niej
rozmawiać, to ja wychodzę.- Kobieta znika, a na twarzy Shana pojawia się wielki
uśmiech. Przechodzi na byłe miejsce swojej mamy i zabiera mój kubek z kawą.
Mrożę go wzrokiem, a ten tylko wzrusza ramionami. Przenoszę wzrok na ogród, do
którego właśnie weszła blondynka.
-Trzeba się zastanowić nad
prezentem.- Kontynuuje starszy Leto, a ja powoli głupieję. Przed momentem mówił
o trasie. Przyglądam im się kolejno, a ciemnooki macha ręką, wyjaśniając.- Mama
ma jutro urodziny.
-I wy mi to dopiero teraz
mówicie?- Przez moją głowę przelatuje milion pomysłów na minutę, na prezent dla
Connie.- Jay, dlaczego wcześniej mi o tym nie powiedziałeś?
-Bo my kupujemy jej jeden prezent
na święta i urodziny.- Mężczyzna nachyla się i całuje mnie w czoło.- A
widziałem jak pakowałaś coś dla niej.
-Mimo wszystko, powinieneś mi
powiedzieć.- Zabieram kawę Jareda i wypijam ją do dna. W zasadzie on i tak woli
herbatę. Uśmiecham się do niego, odstawiając kubek.
-I teraz ja powinienem zabrać
kawę Shannonowi, jednak ten takowej już nie posiada.- Mruczy, a my się
śmiejemy.
-No dobra. Nie zmieniać tematu!-
Upomina nas perkusista, przybierając srogą minę.- Przejdźmy może do konkretów.
Co jej damy?
-Terry przysłał nam kilka butelek
francuskiego wina. Bardzo dobrego zresztą.- Mówiąc to, młodszy Leto kładzie
dłoń na moim kolanie, a ja chcąc nie chcąc przypominam sobie kilka wyśmienitych
wieczorów, spędzonych z niebieskookim i winkiem.
-Czyli mam rozumieć, że przyleciały
tu razem z wami?- Kiwamy głową potwierdzając.- W takim razie wino i…- Urywa,
czekając aż skończymy. Splata swoje palce i przygląda nam z uwagą.
-Ty nie patrz tak na nas, tylko
myśl.- Odburkuje Jared, zabierając rękę z mojej nogi, by dokończyć posiłek.
-Kupiłam jej pod choinkę książkę
kucharską.- Zaczynam.- Z przepisami na dania wegańskie.
-Widzisz, tak się przestraszyłaś,
a masz najlepszy prezent.- Ciemnooki drapie się po głowie.
-Ale on jest na święta, a nie na
urodziny.- Protestuję, zbierając naczynia. Podchodzę z nimi do zlewu i odkręcam
kran.
-Olivierze, co ty robisz?-
Perkusista pojawia się obok mnie.
-Zmywam, a co? I nie nazywaj mnie
tak.- Chlapię go i łapię w ręce biały talerz, który po chwili mu podaje.-
Wytrzyj go.- Mówię.
-Ale ty tu jesteś gościem, moja
droga. To ten kretyn powinien to robić.- Wskazuje na niebieskookiego, który
pojawia się po mojej drugiej stronie.
-Nie gadaj, tylko wycieraj.-
Wręczam mu kolejne naczynie i uśmiecham się promieniście. Następną rzecz podaję
już Jayowi, który przyjmuje ją bez sprzeciwu. I tak na zmianę, aż zlew zostaje
pusty.- Dziękuję za pomoc.- Wycieram ręce w ręcznik.- Właśnie, Shan, mądralo,
nas wypytujesz o prezent, a sam co kupiłeś?- Wyskakuję na blat i obserwuje jak
Jared rozstawia po szafkach suche kubki i talerze.
-Tu się właśnie pojawia problem,
bo nie wpadłem na odpowiedni pomysł i na to wyszło, iż zostałem z niczym.-
Mężczyzna zajmuje miejsce po mojej lewej stronie.- Macie jakieś plany na
dzisiaj?
-Chyba nie.- Odpowiadam.- Chyba,
że ty coś wymyśliłeś.- Zwracam się do mojego chłopaka.
-Niestety, ale może chcesz się
spotkać z Henrym, albo Foleyami.- Proponuje, siadając po mojej prawicy, po czym
łączy nasze palce.
-A ty nie chcesz spotkać się z
jakimiś znajomymi?- Opieram głowę na jego ramieniu.
-Nie mam kogo, bo wszyscy
spędzając święta z rodziną.- Uśmiecha się lekko, a mi do głowy przychodzi pewna
myśl.
-Chłopaki, czy my tak właściwie
mamy choinkę?- Pytam, a Shannon się krzywi.
-Wiedziałem, że o czymś
zapomniałem.- Perkusista zeskakuje z szafki.- W takim razie mamy już plany.
Jedziemy po świąteczne drzewko!
* * *
Rozglądam się po placu, szukając
braci Leto. Wokół mnie nie ma ani jednej żywej duszy. Ze spodenek wyciągam
komórkę, chcąc zatelefonować do jednego ze zgub, jednak za choinką zauważam
głowę starszego z nich.
-Gdzie wy się szlajacie?- Pytam,
gdy podchodzi bliżej.
-Jay poszedł spytać o cenę
drzewek.- Odpowiada przeczesując włosy palcami. – Ty jesteś z nim tak na
poważnie?- Unoszę prawą brew w górę.
-A toś pytanie strzelił.- Mruczę.
-Nie żeby coś, ale martwię się o
niego. A wygląda na to, że zaangażował się w ten związek. Przedstawił cię
mamie, co jest prawdziwą nowością. No i chyba miałaś jechać z nami do Chin,
prawda? Właśnie, dlaczego nie pojechałaś?
-Bo jestem głupia.- Mrużę oczy,
przyglądając mu się.- Przeziębiłam się. Nie wypiłam jednej durnej herbaty, którą
zrobił i stało się tak jak przewidywał. Wy nagrywaliście, a ja umierałam w
Nowym Yorku. I tak, jestem z nim na poważnie.
-W takim razie mam dla ciebie
wyzwanie. A właściwie, będzie to tak jakby zakład.
-Co ty odwalasz, Leto?
-Nic.- Wzrusza ramionami.- Po
prostu chcę, żebyś ignorowała Jay’a do północy. Możesz jedynie odpowiadać na
jego pytania. I nawet nie próbuj mu wspominać o tym.
-A co jeśli się nie zgodzę, albo
złamię, któryś z twoich zasad?- Patrzę na niego z obojętnością wypisaną na
twarzy, choć tak naprawdę podoba mi się ten pomysł.
-Kupujesz mi zgrzewkę piwa.
-A jak wygram?
-To ja ci ją kupię. Może być?
-I będziesz robić to co ci każę.-
Dodaję.- Zgoda?
-No niech ci będzie.- Mruczy, w
momencie gdy podchodzi do nas jego brat.- I co? Ile kosztują?
-Najtańsza 150 dolarów.- Jęczy
zrezygnowany.- Jedziemy? Chyba w tym roku nie będzie choinki.- Idziemy w
kierunku samochodu. Shannon siada za kierownicą jeepa, a ja na miejscu
pasażera. Młodszy Leto przygląda się swojemu bratu w skupieniu, jednocześnie mrożąc
go wzrokiem.
-Co tak stoisz, Bro? Zostało ci
miejsce z tyłu.- Brunet wchodzi do auta z nieciekawą miną.
-Dlaczego ty prowadzisz? To mój
samochód.- Jęczy z wyrzutem.
-Bo tak.- Perkusista szczerzy
ząbki, wyjeżdżając z parkingu. Kieruje się w stronę miasta. Przez pierwsze dwa
kilometry krajobraz się nie zmienia. Po obu stronach drogi są pola, na których
rosną choinki. Całe miliony choinek. W mojej głowie pojawia się pewna myśl.
-Shan, mógłbyś się zatrzymać?-
Mężczyzna zjeżdża na pobocze, a ja wysiadam z pojazdu. Podobnie jak oni. Jedyne
co oddziela nas od tych zielonych drzewek, to metalowy drut. Lustruję wzrokiem
najbliższa okolicę, ale jesteśmy na odludziu. W pewnym momencie Jared wydaję z
siebie krzyk, jednocześnie przerażenia, jak i zaskoczenia. Zatykam usta dłonią,
hamując jednocześnie masę pytań o przyczynę tego wrzasku.
-Coś ty zrobił?- Shannon jak
przystało na starszego brata, od razu reaguje.
-Dotknąłem drutu.- Jęczy Jay, a
ja zaczynam się śmiać.- Kopnął mnie prąd.
-Jesteś kretynem.- Oznajmia
zrezygnowany.
* * *
Zamykam drzwi od domu i wsiadam
do samochodu, tym razem jego właścicielem jest Shannon. Patrzę na niego,
zagryzając wargę. Oboje ubraliśmy się na czarno, chcąc zlać się z nocnym
niebem. Mężczyzna odpala samochód.
-Shan, stój. To głupi pomysł.-
Mówię w momencie, gdy on zamierza wyjechać z posesji.
-Olivia, nie ma głupich pomysłów.
Są tylko nieprzemyślane, a ja go dokładnie przemyślałem. Jedziemy.- Brunet
jedzie dalej.
-A jak ktoś nas złapie?- Pytam.
-Nikt nas nie złapie. Jak ci idzie
ignorowanie Jareda?- Spoglądam na zegarek, podczas gdy na jego twarz wypływa
grymas.
-Za pięć minut koniec zakładu, a
ja odpowiadałam tylko na jego pytania, tak jak kazałeś.- Uśmiecham się.- To
kiedy dostanę to piwo?
-W swoim czasie.- Mruczy,
niezadowolony. No, cóż. Chyba nie spodziewał się takiego wyniku.
Po półgodzinnej jeździe docieramy
do pola choinek, na obrzeżach miasta. Wysiadamy z samochodu i z łopatą turlamy
się pod drutem, w którym płynie prąd i odchodzimy jakieś piętnaście drzewek od
pojazdu. Dostrzegam dość ładnego iglaka, mniej więcej mojego wzrostu. Wskazuję
go Shannonowi. Podczas gdy on wykopuję go, ja świece latarką, pod jego stopami,
jednocześnie przyglądając się krajobrazowi. Na niebie zawisła połowa księżyca.
Mężczyzna odstawia choinkę i zakopuje dół. Nagle po całej okolicy rozchodzi się
dźwięk syreny, a na jednym z słupków miga czerwony kogut.
-O cholera.- Mruczę.- Co robimy?
-Jak to co? Zwiewamy.- Odpowiada,
podnosząc drzewko. Przerzuca je nad drutem, a my przechodzimy tym samym sposobem,
w jaki udało nam się tam dostać. W oddali widać już radiowóz, tylko jakim cudem
on tak szybko zdołał się tu dostać. Shan wkłada drzewko do bagażnika.- Módl
się, żeby go nie zauważyli.- Mruczy, a pojazd zatrzymuje się obok nas. Wysiada
z niego czarnoskóry mężczyzna i blondynka, oboje są ubrani w mundur, a przy
pasie mają przypiętą broń. Dłoń policjanta zsuwa się na czarny pistolet.
-Co tu robicie?- Pyta, mrużąc
oczy, podczas gdy kobieta świeci nam w twarz latarką.
-Przyszliśmy liczyć choinki.-
Odpowiada brunet, po czym wybuchamy śmiechem, jednak policjantom nie jest do
śmiechu.
-Lekceważycie służby mundurowe,
więc pójdziecie z nami.- Z mojej twarzy znika uśmiech, a pojawia się
niedowierzanie. Mężczyzna zakuwa nas w kajdanki i ciągnie do radiowozu.
-Nie możecie tego zrobić.- Jęczy
Shannon, próbując się przeciwstawić.- My niczego nie zrobiliśmy.
-Uwierz, możemy zatrzymać was na
noc na komisariacie.
-A co z samochodem?- Pytam,
poprawiając się na tylnym siedzeniu pojazdu.
-Zostanie odholowany.- Odzywa się
kobieta, po raz pierwszy. Policjanci wsiadają do przodu i odjeżdżamy w kierunku
miasta.
-Terry mnie zabije jak się
dowie.- Mruczę, z przerażeniem.- Jared mnie zabije.- Dodaję.
-O niego się nie martw. Najpierw
zabije mnie, że cię w to wciągnąłem.
-Ej, cisza tam z tyłu.-
Ciemnoskóry policjant mrozi nas wzrokiem, a my momentalnie milkniemy.
Po kilkunastu minutach docieramy
na komisariat. Po zdjęciach, mamy możliwość do jednego telefonu, tak więc
decydujemy się zadzwonić do Jareda. Pomagam brunetowi trzymać słuchawkę, bo
cały czas mamy zakute ręce.
-Jay? No wreszcie.- Odzywa się
Shan.- Mógłbyś po mnie przyjechać?... Gdzie jestem? Na 4861 Venice Bled… Tak,
to komisariat… Nieważne, dowiesz się jak przyjedziesz… Jest ze mną…- Mężczyzna
spogląda na mnie.- Rozłączył się.- Oznajmia, a ja odstawiam telefon.
-Czyli mamy przesrane?
-Dokładnie.
-Nigdy nie byłam w więzieniu.-
Oznajmiam.
-To nie więzienie, tylko areszt.
Nie martw się. Jared nas uratuje.
* * *
Budzi mnie dźwięk otwieranych
krat. Otwieram oczy, podnosząc głowę z ramienia Shannona. Kieruje swój wzrok na
policjanta, który wskazując na nas, mówi:
-Wychodzicie. Wpłacono za was
kaucje.- Wstaję i razem z brunetem wychodzimy na korytarz. Na jednym z
plastikowych krzesełek siedzi Jay, który zrywa się, gdy tylko nas widzi.
Spuszczam wzrok na stopy, nie chcąc patrzeć mu w oczy.
-Chodźcie.- Mówi, z obojętnością
w głosie. Nie czekając na nas, wychodzi z komisariatu. Ja jeszcze zatrzymuję
się przy recepcji? Albo jakkolwiek to się nazywa.
-Przepraszam. Czy możemy odebrać
samochód?- Pytam, a kobieta sprawdza coś na komputerze po czym podaje nam jakąś
karteczkę.
-Za komisariatem jest parking.
Pokażcie to policjantowi, który tam pilnuje.
-Dziękujemy.- Idziemy w kierunku,
który wskazała nam kobieta, jednak w połowie drogi, słyszymy głos Jared.
-Olivia, ty jedziesz ze mną.-
Spoglądam na Shannona, po czym odwracam się i idę w kierunku jeepa.
-Przepraszam.- Mówię.
-Cicho, muszę to przemyśleć.-
Wsiadamy do auta. Cała droga mija w ciszy, bo boję się odezwać. Mężczyzna parkuję
na podjeździe pod domem i wysiada z pojazdu. Biorę głęboki oddech i opuszczam
samochód. Młodszy Leto opiera się o maskę. Staję naprzeciwko niego, a on
przeczesuje czarno-czerwone włosy dłonią.- Co wyście sobie wyobrażali, co?-
Pyta, nie patrząc na mnie. W tym samym momencie obok nas parkuje Shan. Po
prostu wybiega z auta.
-Nie zabrali jej!- Krzyczy, a na
moją twarz wkrada się uśmiecha.
-Kogo nie zabrali?- Dziwi się
Jay, przyglądając się nam z uwagą.
-Choinki.- Otwieramy bagażnik i
wyjmujemy drzewko, a Jared wybucha śmiechem.