POSTACIE Strona głóna

niedziela, 19 marca 2017

88. ELIZABETH RUBY LETO

19 kwiecień 2012



Pochylam się nad łóżeczkiem, w którym od kilku minut śpi Luckie. Przez chwilę stoję nad nią, upewniając się, że nie zacznie zaraz płakać. Ściszam jeszcze trochę radio, w którym gra „Bright lights”, w zmienionej odrobinie wersji, nagranej kilka dni temu przez chłopaków. Niby brzmi tak samo, ale teraz już nie ma słów nieodpowiednich dla małych dzieci.  Włączam niańkę elektryczną i jak najciszej wychodzę z pokoju. Schodzę na dół, kierując się prosto do kuchni. Od razu otwieram lodówkę, chcąc przygotować coś na obiad. Gdy wyciągam brokuła, dociera do mnie dźwięk otwieranych drzwi. Wychylam się z pomieszczenia i po chwili dostrzegam Jareda. Uśmiecha się, zauważając mnie i po chwili całuje mnie na przywitanie.
-Cześć, Aniele.- Obejmuje mnie w talii, smyrając  nosem po szyi. Po moim ciele przechodzi dreszcz, czyli tak jak zawsze.- Mała śpi?- Kiwam lekko głową, potwierdzając, a ten przenosi dłonie na moje policzki.- Idź się połóż. Ja zrobię obiad.- Cmoka mnie w nos.- Widzę, że jesteś zmęczona.- Dodaje, zakładając kosmyk moich włosów za ucho.
-Ile razy wstawałeś w nocy?- Pytam, opierając się o blat.
-Trzy. Dwa razy, zęby włączyć płytę od nowa i raz, obudzić ciebie, żebyś obudziła Luckie i ją nakarmiła.- Uśmiecha się leciutko.- To niesamowite, że ona potrafi przespać całą noc bez budzenia się. Myślisz, że to dzięki piosence?- Wzruszam ramionami.
-Jay?- Mówię cicho.- Musimy zastanowić się nad imieniem.
-Masz jakiś pomysł?- Przeczę ruchem głowy. Niebieskooki milczy przez moment, co chwila marszcząc czoło.- A gdyby tak…- Zaczyna, po czym milknie na kilka sekund.- Może Elizabeth? Wiesz, po twojej mamie.- Przełykam ślinę, po czym unoszę lekko kąciki ust.
-Ty wiesz, że to jest świetny pomysł? A na drugie?- Jego oczy wędrują w kierunku sufitu, tak jak zawsze gdy się zastanawia.- A może Ruby?- Proponuję, gdy dziwnym trafem moje myśli kierują się na babcie braci.
-Elizabeth Ruby Leto.- Uśmiecha się szeroko, przyciągając mnie do siebie i zamykając w uścisku.- Nasza córeczka.- Całuje mnie w czoło.
                                *                      *                      *
Budzi mnie płacz małej. Zrywam się z łóżka i rozglądam dookoła, ale nigdzie nie dostrzegam dziewczynki. Ziewając, wychodzę z sypialni, chociaż w ogóle nie pamiętam jak się tu znalazłam. Zbiegam ze schodów, prosto do salonu, po którym krąży Jared z Luckie na rękach.
-Hej, malutka, nie płacz.- Mruczy.- Bo mamusie obudzimy, a mamusia jest bardzo zmęczona.- Cmoka ją w główkę, a ja automatycznie uśmiecham się.
-Mama już nie śpi.- Odzywam się, podchodząc bliżej.- Długo już płacze?- Mężczyzna siada z Elizabeth na sofię.
-Przed chwilą obudziła się z płaczem.- Mówi, gdy dziewczynka cichnie, zasypiając.- Pewnie coś jej się przyśniło.- Szepcze, a w pomieszczeniu zapada cisza. Siadam obok muzyka i z uwielbieniem wpatruję się w naszą córeczką, której włoski są już czarne, podobnie jak moje. Milczymy przez kilka minut, aż w końcu odzywa się Jay, podnosząc się powoli.- Idę ją położyć do łóżeczka.- Oboje znikają na górze, a ja kieruję się do kuchni. Na blacie leży niańka, którą przenoszę do salonu, gdzie na kanapie siada właśnie niebieskooki. Przechylam głowę w prawo, gdy ten kładzie się i wystawia dłoń w moim kierunku.- Chodź do mnie, Aniele.- Mruczy.
-Henry już wrócił?- Siadam obok niego, jednak ciągle nie dotykamy się żadną częścią ciała.
-Jeszcze nie, ale dzwonił do mnie, że wróci dopiero wieczorem, bo pomaga Foleyom w barze.- Wyjmuje telefon z kieszeni dżinsów i odkłada go koło niańki.- Zrobiłem obiad. Jeśli jesteś głodna, to zaraz ci nałożę.- Podnosi się do pozycji siedzącej.
-Na razie podziękuję.- Uśmiecham się i cmokam go w nos.- Musze jutro skoczyć na trzy godzinki do studia.- Mówię.- Mogę wam podrzucić Luckie do Laba? Nie będzie wam przeszkadzać?
-Mogę ją wziąć już rano.- Uśmiecha się.- Chłopaki się ucieszą.- Łapie moją dłoń i zaczyna bawić się moimi palcami.
-Myślałam, że siedzicie tam, żeby nagrać płytę, a nie bawić się z małą.- Pstrykam go drugą ręką w nos. Przenoszę się na jego uda i opadam na oparcie sofy, przy akompaniamencie jego jęku.- Już nie jęcz. Rozumiałam to jak siadałam ci na kolanach miesiąc temu, ale teraz już zmyślasz. Przez ten miesiąc zdążyłam schudnąć.- Grożę mu palcem, jednocześnie wystawiając stopy na stolik.
-No żartuję, Aniołku. Przecież wiesz, że dla mnie jesteś idealna.- Wzdycha.- Dostałem propozycje zagrania w filmie.- Zagryza wargę.
-To chyba dobrze. Dawno w niczym nie grałeś.
-No niby tak, ale to jest kręcone w Luizjanie, a ja nie chcę was zostawić.- Mruczy spoglądając na mnie smutnymi, niebiesiutkimi oczami.- Jeszcze się nie zgodziłem.
-Nie chcesz zagrać tylko ze względu na nas?- Spoglądam na niego z powątpieniem. Podsuwa się na sofie i ciągnie mnie na siebie.
-Nie chcę was stracić. Bardzo was kocham.- Całuje mnie w czoło.- Za każdym razem, gdy wychodzę z domu boję się, że jak wrócę was nie będzie.- Szepczę.
-Zawsze będziemy.- Odpowiadam, wtulając się w jego tors.
-Nawet jeśli będę się musiał wcielić w transwestytę z AIDS?- Prycham cicho, podnosząc się lekko.
-Mówisz poważnie?- Mężczyzna kiwa głową, potwierdzając.- No, to ewentualnie zastanowię się czy cię nie zostawimy.- Całuję go w nos po raz kolejny.

niedziela, 12 marca 2017

87. LUCKIE

16 marzec 2012



Zatrzymuje się na czerwonym świetle i spoglądam w lusterko. Zdaje się, że Olivia ucięła sobie drzemkę. Uśmiecham się i jadę dalej. W momencie, gdy skręcam w prawo, mała zaczyna płakać, więc zjeżdżam na parking. Jak najszybciej się da wysiadam z samochodu i otwieram tylne drzwi. Z fotelika najostrożniej jak się da, wyjmuję dziewczynkę.
-Hej, maleńka. Nie płacz, bo obudzisz mamusię, a ona jest bardzo zmęczona.- Niestety, to nie działa, więc zaczynam nucić pierwszą, lepszą piosenkę, która mi przyszła do głowy, czyli „Bright Lights”, a niemowlę od razu zasypia. Urywam na pierwszym refrenie, ale ona znów zaczyna płakać.- Czyli, co? Muszę ci śpiewać?- Wzruszam ramionami i kontynuuję piosenkę. Jak najszybciej się da, odkładam ją do fotelika. Wracam na miejsce kierowcy i ciągle śpiewając, kontynuuję podróż. Gdy docieram pod dom, śpiewam, ale z płyty. Chwała, że czarnowłosa włożyła ją do schowka, bo nie wiem, co by było. Parkuję na podjeździe, a z domu wychodzi mama, w asyście Terryego i Henrego.
-No i gdzie jest moja wnuczka?- To pierwsze słowa, które padają z ust Richardsona.
-Już ją wyjmuję. Spokojnie.- Przenoszę ją do domu i od razu wkładam do kołyski, ustawionej w naszej sypialni. Odwracam się, a w drzwiach stoją nasi goście.- Mamo, popilnujesz jej. Ja przyniosę Olivię, bo zasnęła w drodze.
-Dobrze, synku.- Kobieta z uśmiechem całuje mnie w czoło. Idę po moją ukochaną i biorę ją na ręce, uważając, żeby się nie zbudziła. Gdy przekraczam próg domu, do moich uszu dociera płacz dziecka. Chyba zabrakło jej mojego śpiewu. Odkładam fotograf na pościel i podnoszę moją córeczkę.
-Nie odezwaliśmy się nawet słowem.- Broni się Terence.
-Gdzie jest nosidełko?- Pytam, a Henry zamyka drzwi do sypialni.
-Zaraz je przyniosę.- Ofiaruje zielonooki, znikając na schodach.
-Mamo, możesz poszukać w albumach naszego nowego demo? Znalazłem sposób, żeby ją uśpić.- Podchodzę do okna i nucę małej, a w tym czasie blondynka wyjmuję płytę i wkłada ją do odtwarzacza.- Przełącz na „Bright Lights”.- Instruuję ją, a po niespełna trzech minutach malutka śpi. Odkładam ją do nosidełka, które Terry przyniósł. Siadam na sofie obok dziewczynki. Miejsce po drugiej stronie zajmuje dziadek Olivii. W ciszy przyglądamy się dziewczynce.
-To najpiękniejsze stworzenie na świecie.- Szepcze po chwili.
-Wiem.- Uśmiecham się lekko, a drzwi do domu się otwierają. Odwracam się i dostrzegam Shannona z towarzyszem. I to jakim. Jak brata się spodziewałem, to White mnie zaskoczył.
-Znalazłem go, błąkającego się pod bramą, to go przygarnąłem.- Oznajmia ściszonym głosem.- Gdzie jest moja bratanica?- Zaciera ręce i podchodzi bliżej.- Jaka słodziutka. Najlepszy prezent na urodziny, jaki kiedykolwiek dostałem.- Kładzie łokcie na oparciu.
-Mogę się u was zatrzymać?- Podnoszę się i podchodzę do Jacka.
-No jasne. Jesteś jej cholernym przyjacielem. Ale ostrzegam, mała może w nocy płakać.- Ostrzegam.
-Nie zapominaj, że jestem ojcem dwójki dzieci.
-No, tak. Co ty tu tak właściwie robisz? Przecież trzy dni temu wróciłeś do Nashville.- Marszczę brwi.
-Mam sprawę do Babu.
-No dobrze. Odprowadzić cię do pokoju?- Proponuję.
-Dam sobie radę. Ty zostań z córką.- Kieruję się w stronę schodów, machając do pozostałych, ale nagle odwraca się.- Gdzie Lizi?
-Śpi.- Czarnowłosy uśmiecha się i znika na piętrze. Wracam na sofę.
-Na ciebie działała piosenka „Life On Mars” Davida Bowiego.- Odzywa się mama.- Pasuje do ciebie.
-Do nas.- Poprawiam.
-O nie. Shannona nie dało się uspokoić.- Obracam głowę i dopiero teraz dostrzegam ile osób kręci się obok najmłodszej z rodu Leto, a ona ciągle śpi.
-Wybraliście już imię?- Przeczę ruchem głowy.
-Nie możemy się na żadne zdecydować. Na razie, to dla mnie Luckie. Zdrobnienie od Luck. Bo to nasze szczęście.- Uśmiecham się.
-Słodkie, ale znając Lizi chwile poczekacie, zanim będzie Mała zdobędzie prawdziwe imię. Ta kobieta jak niezdecydowana do potęgi.- Odzywa się czarnowłosy, a wszyscy obecni potakują.- Dlaczego w całym domu macie uschnięte kaktusy?- Z góry zaraz za muzykiem schodzi moja żona.
-Gdzie moje maleństwo?- Pyta zaspana czarnowłosa, przy okazji ziewając.
-Śpi tutaj.- Odpowiadam.
-Przy takim hałasie? I co ty tu robisz, Jack?- Podchodzi do dziewczynki i nachyla się nad nią.
-W jaki sposób doprowadziłaś kaktusy do takiego stanu?- Pyta, ignorując jej wcześniejsze pytanie.
-Zapominam o podlewaniu ich.- Fotograf wzrusza ramionami, siadając między swoim dziadkiem, a nosidełkiem.
-Jaką ty matką będziesz? Nie zapomnisz o nakarmieniu dziecka?
-Jeszcze jedno słowo, a wylądujesz za drzwiami, bez względu na to, kto pozwolił ci tu przebywać.- Mrozi go wzrokiem.

niedziela, 5 marca 2017

86. SZPITAL

10 marzec 2012



Idę szpitalnym korytarzem z kubkiem herbaty do sali, w której leży Olivia i nagle staję jak wryty. Jeśli do tej pory się uśmiechałem, tak teraz mój wyraz twarzy musi wyglądać komicznie, bo na pewno na twarzy mam wypisane zdziwienie, ale i lekkie przerażanie. Ale kto nie byłby przerażony, widząc przed sobą tłum ludzi, no kto?
-Jay, nie stój jak głupi, tylko pokazuj mi mój prezent urodzinowy.- Odzywa się mój starszy brat, który stoi na czele. Marszczę brwi nie rozumiejąc o co mu, do diaska, chodzi. Jak prezent? Przecież wczoraj na przyjęciu dostał ode mnie i Olivii całe pudło kawy, któro powinno mu starczyć na 100 lat, jak nie dłużej. Całe pudło dodatkowo owinęliśmy w srebrny papier, a na wierzchu przyczepiliśmy wielką kokardkę, żeby nie przyczepił się do wyglądu.
-Przecież już go dostałeś.- Odzywam się w końcu.
-Aleś ty głupi.- Jęczy cicho, wywracając oczami.- Chodzi mi o twoją córkę. Jest moim najlepszym prezentem urodzinowym jaki kiedykolwiek dostałem. Nawet bije na głowę ten zestaw kaw od was.- Uśmiecha się szeroko.- No, rusz się! Chcę ją już zobaczyć.- Prowadzę ich do pomieszczenia, ale na razie zostawiam ich na korytarzu, a sam wchodzę do środka. Na łóżku siedzi Olivia, a w łóżeczku obok niej leży nasze maleństwo.
-Jestem Aniołku.- Mówię, uśmiechając się lekko. Podaje jej kubek z herbatą.- Kilka osób przyszło.- Oznajmiam, siadając na skraju łóżka.- Jesteście gotowe się z nimi zobaczyć?- Pytam, nachylając się nad dziewczynką, która jest już ciemną blondyneczką. Spoglądam na mnie swoimi niebiesiutkimi oczętami, a ja łapię jej malutką dłoń.
-Jesteśmy dzielnymi dziewczynami. Cały tabun ludzi przeżyjemy.- Odpowiada Lee, a ja prostuję się.
-To dobrze, bo cały tabun czeka za drzwiami.- Cmokam ją w policzek.
-No to na co czekasz? Prowadź ich.- Popycha mnie w kierunku drzwi, a ja z lekkim ociąganiem się, otwieram się.
-Tylko spokojnie.- Mówię, wpuszczając ich do środka. Chyba wszyscy przepychają się, by potem nachylić na łóżeczkiem, a ja po prostu siadam obok czarnowłosej i łącze nasze palce.
-Jaka ona śliczna.- Komentuje mama.- Jak się urodziłeś, byłeś całkiem podobny do niej.- Zwraca się do mnie, a Shan krzywi się.
-Mimo wszystko, lepiej by było, gdyby odziedziczyła urodę po Lee, bo potem może sobie męża nie znaleźć.- Po pomieszczeniu roznosi się śmiech.
-O nie, to będzie najpiękniejsza dziewczynka pod słońcem.- Poprawia Terry, wpatrując się w małą jak zaczarowany, czyli dokładnie tak samo jak ja.- Nie wierzę, że zostałem dziadkiem.- Mruczy, po czym odwraca głowę w kierunku Alex, jego dziewczyny, a jednocześnie asystentki.- Widzisz, Skinny, spotykasz się z dziadkiem.- Bolotow uśmiecha się szeroko i całuję go w policzek.
-Zawsze mogę cię porzucić dla młodszego.- Unosi kąciki ust jeszcze wyżej.- Ale muszę przyznać ci racje, mała jest słodka.- Chyba w całym swoim życiu nie byłem z niczego tak dumnym, jak z mojej córeczki.- Jak ją nazwiecie?- Spoglądam na Olivię, którą w tym samym momencie spogląda na mnie.
-Tu jest malutki problem.- Odzywa się zielonooka.- Jeszcze nie zdecydowaliśmy.
-Jared, całym sercem ci współczuję.- Zaczyna mój teść.- Olivia miała kiedyś królika.- Marszczę brwi, nie mając pojęcia do czego zmierza, ale moja żona chyba doskonale wie, bo chowa twarz w dłonie.- Nie mogła się zdecydować jak go nazwać i tak przez kilka lat, aż do śmierci był bezimiennym królikiem.
-Terry, nie przesadzaj.- Sprzeciwia się czarnowłosa.- Oficjalnie był Napoleonem.- Celuje w swojego ojca palcem wskazującym.
-Bo tak go nazwali poprzedni właściciele.
-Kiedy was wypiszą?- Pyta Emma, siadając obok nas.
-Za jakiś pięć dni. Lekarz chcą zostawić nas na obserwacje ze względu na to co się stało z Melody.- Odpowiada moja żonka, a ja mocniej ściskam jej dłoń. W sali zapada cisza, przerywana jedynie cichym, dziecięcym „bububu”. Kieruję wzrok na łóżeczko, jak chyba wszyscy obecni i dostrzegam pochylonego Chestera.
-Czy mogę spytać, co ty robisz?- Pytam, obserwując jak ten prostuje się, po czym na jego ustach pojawia się uśmiech.
-No już sobie z nią nie mogę porozmawiać?- Odpowiada, a Shinoda, stojący najbliżej wybucha głośnym śmiechem. Mam wrażenie, że mała zacznie płakać, ale nic takiego się nie dzieje.
-Chyba też sobie z nią porozmawiam.- Przyznaje Mike, po czym nachyla się nad dziewczynką.- Bububu.- I oni są dorosłymi facetami.