POSTACIE Strona głóna

środa, 26 sierpnia 2015

7. KAWIARNIA



Budzi mnie dotyk na policzku. Niechętnie otwieram oczy i zauważam Jareda siedzącego po turecku na moim łóżku.
-Co ty tu robisz?- Pytam, przekręcając się na drugi bok i kładąc głowę pod poduszkę.
-Przyszedłem cię obudzić.- Przez myśl przechodzi mi pytanie czy wczorajszy dzień to sen.
-Która godzina?
-Po ósmej.
-Won mi stąd!- Krzyczę, rzucając w niego czym popadnie, a dokładnie dość imponującą kolekcją poduszek- Ja chcę spać.- Mężczyzna sprawnie omija „pociski”.
-Olivia, wstawaj. Pomyśl jak zareaguje Terry jak cię zobaczy na czas.- Siadam na łóżku, opierając się o ścianę za mną. Przez niego już nie zasnę.
-Panie Leto, ale ja zaczynam pracę o ósmej.- Niebieskooki robi zdziwioną minę.- Ale teoretycznie ojciec przełożył mi już chyba godziny, bo wieczorami zawsze jadę z nim do apartamentu i pomagam w zdjęciach. No i codzienny baton na poprawę humoru.
-Ależ, panno Richardson, jak panienka może się tak spóźniać do pracy?- Wzruszam ramionami.
-Jak ty się tu dostałeś?- Przecieram moje zaspane oczy.
-Zwinąłem Terry’emu klucze do twojego mieszkania. Ale mi się dostało za to nasze pożegnanie. Zdawało mi się, że przez pół nocy pilnował moich drzwi.- Mówi, zagrywając dolną wargę.
-Czyli to nie był sen?- Patrzę w jego oczy. Brakowało mi ich przez rok. Jared przybliża się do mnie, po czym wbija w moje usta. Przerywa nam dobijanie się do drzwi.
- Myślisz, że zauważył, że mnie nie ma i przyszedł po mnie?- Mruczy, oddalając się ode mnie z niechęcią.
-Schowaj się gdzieś, a ja otworzę.- Całuję go po raz ostatni i wstaję z łóżka. Przeciągając się, otwieram drzwi. Za progiem stoi ojciec.- Co tu robisz?- Pytam ziewając. Mężczyzna wchodzi do środka, nawet nie czekając na zaproszenie.
-Zostanę twoim osobistym budzikiem.- Mówi rozentuzjowany.  Na szklanym stoliku zauważa klucze, które należą do niego.- On tu jest?- Podnosi jedną brew w górę.
-Przyszedł mnie obudzić, żebym się do pracy nie spóźniła.- Ojciec spogląda na zegarek na nadgarstku.
-Ale ty i tak jesteś spóźniona. Gdzie on jest?- Zielonooki rozgląda się dookoła. Wzruszam ramionami.
-Schował się gdzieś. Idę się przebrać.- Oznajmiam. W sypialni ubieram koszulkę z napisem „Do Or Die” i jasne dżinsy. Wchodzę do łazienki i o mało zawału nie dostaję, widząc niebieskookiego opierającego się o umywalkę.
-Spokojnie, Olivia. Nic ci nie zrobię.- Mężczyzna przesuwa się z uśmiechem.- Zauważył klucze?
-Mhm…- Mruczę, nakładając pastę na szczoteczkę. Zaczynam szorować ząbki, on opiera się o ścianę obok lustra.
-Co robisz w czasie lunchu?- Wypluwam pianę z ust i ocieram twarz ręcznikiem. Odwracam się w kierunku bruneta.
-Pewnie pójdę z Terry’m na kawę do Starbucksa obok Art Partner. Chyba, że Emily będzie miała czas, to pójdzie z nami. A dlaczego pytasz?- Wracam do czyszczenia zębów.
-Pomyślałem, że zechciałabyś coś ze mną zjeść na mieście. Ale skoro chodzisz z nimi, to spotkamy się wieczorem.- Mówi trochę smutniejszym głosem.
-Mogę im powiedzieć, że już mam plany.- Kończę myć zęby i odkładam szczoteczkę do kubka.- To gdzie mam na ciebie czekać?- Mężczyzna od razu się rozwesela.
-Przyjdę po ciebie o 12.- Oznajmia z uśmiechem.
                                *                      *                      *
Opieram się na ladzie w holu Art Partner, jednak nie patrzę na blondynkę siedzącą po drugiej stronie.
-To niesamowite, że przyszłaś dzisiaj na dziewiątą.- Odzywa się Emily.- Co się stało?- Odwracam się w jej kierunku.
-Obudziły mnie dwa budziki. To wszystko.- Wzruszam ramionami.
-Musisz je nastawiać częściej.
-Nie wiem czy oboje ze mną wytrzymają.- Uśmiecham się pod nosem. Blondynka od razu to zauważa. Och, przed nią nic nie umknie.
-Czyli to faceci.- Rusza brwiami, a ja prycham.- Dowiem się kto to?
-Terry i… - Znów na twarz zakrada mi się tajemniczy uśmiech.- Nie powiem ci tego. Może gdybyś nie była taką plotkarą.
-To ktoś sławny? Jon Kortajarena? Nie wierzę. Umówiłaś się z nim?
-Nie. To nie on.- Na ulicy zauważam niebieskookiego. Zaczynam iść w kierunku szklanych drzwi, jednak w ostatnim momencie się odwracam.- Chcesz kawę?
-Nie, zaraz sama idę na lunch. Do zobaczenia.- Blondynka wraca do pracy, a ja wychodzę na ulicę.
-Witam, panie Leto. To gdzie idziemy?- Mężczyzna bierze mnie pod rękę i prowadzi chodnikiem.
-Do kawiarni. Jak ci praca mija?
-Przedłuża się. Musimy wybrać najlepsze zdjęcia, obrobić je i tak dalej. A do tego ciągle ktoś dzwoni. To się robi coraz cięższe.- Jared otwiera drzwi i przepuszcza mnie w nich.
Jesteśmy w pomieszczeniu pomalowanym na biało, jednak środku jednej ze ścian widnieje duży, pomarańczowy napis: „no stress café”. Po całym lokalu porozstawiane są stoliki i fotele w takim samym kolorze, co litery na ścianie, a na środku jest duża, biała lada, w kształcie okręgu. Przy kasie stoi wysoka dziewczyna z czerwonymi włosami obciętymi na krótko. Jared zamawia nam dwie kawy, a gdy je dostajemy, siadamy przy jednym z drewnianych stolików w kącie pomieszczenia.
-Kocham Nowy York.- Mówi w pewnym momencie.- To moje miasto. No oczywiście zaraz za Los Angeles.
-Ja o wiele bardziej wolę LA. Tam się wychowałam i mam do niego jakiś sentyment. Tęsknię za nim.- Upijam łyk gorącego jeszcze napoju.- Ale najbardziej brakuje mi waszych akustycznych koncertów w tym podrzędnym barze. Chyba tylko ja odkryłam, że każda nazwa to kilka słów z którejś piosenki. Tylko nie rozgryzłam jak ją wybieraliście.- Chłopak zaczyna się śmiać. Może kiedyś powiem mu jak naprawdę dowiadywałam się kiedy grają.
-Sam tego jeszcze nie rozgryzłem. Chyba na chybił trafił. Poza tym ostatnio i tak nie występujemy.
-Co? Dlaczego? Myślałam, że sprawia wam to przyjemność.- Dziwię się. Zawsze gdy występował, po prostu czułam, że on kocha to robić.
-Ja naprawdę to uwielbiam, ale chłopaki cisną na mnie, że dawno nie napisałem żadnych, nowych piosenek. Myślimy nawet o nowej płycie, ale jakoś się nie dogadujemy. W sumie to dlatego tu jestem. Shannon też się gdzieś pląta po Nowym Yorku, ale na razie nie zamierzam z nim gadać. Nie widziałem go od poniedziałku.
-To co ty robisz całe dnie?- Pytam, upijając łyk kawy.
-Trochę zwiedzam, siedzę w barach, kawiarniach, odwiedzam starych znajomych, a potem idę do Terry’ego, a tak właściwie to do ciebie. I naprawdę przepraszam, za to, ze musiałaś mnie niańczyć.
-W sumie to było całkiem przyjemne. Ale gdyby nie to, że jesteś nie kimś innym, a Jaredem Leto, zastawiłabym cię w holu.- Dopijam napój do końca.
-Czyli gdyby nie sława, nocowałbym na kanapie, a pilnowałby mnie portier?
-Nie, źle to zinterpretowałeś. Gdyby nie to, że znałam cię z LA, nocowałbyś u pana Bruca.
-Co robisz dziś wieczorem?- Pyta, zmieniając temat, a na jego twarz wkrada się uśmiech.
-Nie mam żadnych planów, a po twojej minie wnioskuję, że coś wymyśliłeś.
-A żebyś wiedziała. Przyjdę po ciebie o 20. Może być?
-Chyba tak.- Spoglądam na zegarek. Jest kilka minut po 13.- Znów spóźnienie.- Mruczę.- Zasiedzieliśmy się.
                                *                      *                      *
Wchodzimy do baru na obrzeżach miasta. Nie rozumiem, co on wymyślił, ale mimo wszystko nie odzywam się. Brunet cały czas ma kaptur na głowie i ciemne okulary na nosie. Lokal jest pełen. Na scenie gra jakiś zespół. Siadamy w kącie, na sofie.
-Co my tu robimy?- Pytam w końcu.
-Zaraz zobaczysz.- Uśmiecha się.- Mam dla ciebie niespodziankę.
-Tutaj?- Dziwię się. Mężczyzna spogląda na zegarek w komórce.
-Jeszcze 5 minut. Chcesz coś z baru?- Wstaje i patrzy na mnie wyczekująco.
-Szklaneczkę whisky.- Odpowiadam, a on zostawia mnie samą. Rozglądam się po pomieszczeniu. Po 4 minutach wraca. Podaje mi naczynie. W momencie, gdy siada obok mnie, jakiś chłopak na scenie zapowiada kolejny występ.
-Teraz zagra dla nas Bartholomew Cubbins.- Niebieskooki zrywa się z sofy i wychodzi na scenę.
-Zagram akustyczne wersje moich utworów specjalnie dla pewnej osoby, z którą tu przyszedłem.- Mówi, patrząc na mnie. Uśmiecham się, a on zaczyna grać na gitarze. Po chwili słychać pierwsze słowa „The Kill”. Tłum śpiewa razem z nim. W pewnym momencie, zaraz po drugiej zwrotce, na początku refrenu Jared urywa w połowie zdania, a ludzie zaczynają się śmiać.- Poczekajcie sekundę. Przepraszam bardzo, to moja piosenka. Macie zamiar śpiewać ze mną przez cały występ?
-Tak!
-Nie będziecie siedzieć cicho?
-Nie!
-Jesteście gotowi?
-Tak!!!- Krzyczą, a on kontynuuje. Po niecałej minucie utwór się kończy
-Dziękuję.- Mówi.
-Hej, ty.- Odzywa się jakiś chłopak, wchodząc na scenę.- Mówiłeś, że to twoje piosenki, a to co zaśpiewałeś było 30 Seconds To Mars.- Oznajmia z wyrzutem.
-No cóż, bo to jest moje.- Jay zdejmuje z głowy kaptur, a z oczu okulary.- Ale jestem tu incognito, więc cicho.- Z powrotem zakłada swój kamuflaż.      
-O w mordę.- Mruczy chłopak.- Przepraszam, nie poznałem cię.
-I o to właśnie chodziło. Może teraz „From Yesterday”.- Znów gra i znów w połowie przerywa. Wygląda to trochę jakby zapomniał tekstu, ale to przecież Jared, pewnie po raz kolejny coś wymyślił. Rozgląda się na wszystkie strony. Wokół panuje cisza, nikt się nie odzywa, tylko przypatrują sobie nawzajem, nie wiedząc o co chodzi.
-Co się dzieje?- Pyta ten sam chłopak, co przed chwilą.
-Czekam na was.- Po sali rozchodzi się śmiech. Każdy zaczyna śpiewać razem z Jaredem. Znów oddaje się temu bez reszty, jakby istniała tylko gitara i on. To niesamowite, jak on kocha to robić. Po trzech kolejnych piosenkach, mężczyzna schodzi ze sceny i siada obok mnie.
-Podobała ci się niespodzianka?- Pyta, a ja się uśmiecham.
-Nie zdajesz sobie sprawy jak bardzo, panie Leto.
-Też myślałaś, że zapomniałem tekstu?- Patrzę na niego jak na idiotę.
-Cholera, przecież jesteś Jared Leto. Nie mogłeś zapomnieć tekstu, za to mogłeś coś wymyślić.- Mężczyzna się rozpromienia.- Dlaczego Bartholomew Cubbins? Kto to?
-To moje alter ego. Gorsza strona mnie. Przynajmniej ja tak myślę..
-To dlaczego występowałeś jako on?
-Wiesz, co by było, gdyby dowiedzieli się, że tu wystąpię? Wejść by się nie dało.
                                *                      *                      *
Stoimy pod moim mieszkaniem. Otwieram kluczem drzwi. Wchodzimy do środka. Od razu ściągam trampki.
-Idziesz jutro do pracy?- Pyta, nadal stojąc w przedpokoju.
-Nie, w soboty mam wolne.- Odpowiadam, rozbierając kurtkę.
-Ja chyba będę się zbierał.- Mówi niechętnie.- Mam nadzieję, ze Shannon już śpi.
-Nie będziesz się włóczył po nocy.- Przechodzę w głąb mieszkania.- Przecież już spałeś u mnie.- Mężczyzna niepewnie podąża za mną.
-Na pewno nie będę przeszkadzać?- Dopytuje, a ja odwracam się i mierzę go wzrokiem.
-No, coś ty? Wreszcie będę mieć towarzystwo.- Uśmiecham się.
-Co tu z tego masz? Już drugi raz zostanę tu na noc.
-Mam nadzieję, że jak przyjadę kiedyś do LA, będę mieć zagwarantowany nocleg.- Puszczam mu oczko, a ten się śmieje.
-To ty się jeszcze zastanawiasz? Wpadaj na ile chcesz.
Po wieczornej toalecie, układamy się do snu tak jak w środę. Ja w swojej sypialni, a on w salonie na kanapie. Mimo wszystko trochę mi go szkoda. W pewnym momencie drzwi się otwierają, a w szparze pojawia się głowa Jareda.
-Olivia?- Szepcze, a ja siadam na łóżku.
-Tak?
-Mogę spać z tobą? Zimno mi.- Robi słodką minę, a ja wiem, że nie potrafię mu odmówić.
-Tylko weź ze sobą koc.- Znów się kładę. Po niespełna pół minucie do łóżka pakuje się brunet.
-Dziękuję.- Całuje mnie w policzek, a ja uśmiecham się pod nosem. On jest trochę jak dziecko.- Dobranoc.- Przytula mnie, a po chwili już śpi. Ja resztą też powoli odpływam.

czwartek, 6 sierpnia 2015

6. BARACK



Budzi mnie huk dochodzący z łazienki. Niezdarnie zwlekam się łóżka i idę w kierunku hałasu. W pomieszczeniu stoi Jared, przeszukując szafkę. No tak, całkiem o nim zapomniałam…
-Zachowujesz  się jak ćpun.- Mówię, a on automatycznie spogląda w lustro, w którym odbija się moja twarz, razem z podłym uśmiechem. Jak się wczoraj upił, tak dzisiaj niech żałuje.
-Tabletki, daj mi jakieś tabletki, proszę.- Odwraca się i patrzy na mnie z bólem wymalowanym na twarzy. No dobra, aż taka okrutna to ja nie jestem. Szkoda mi go trochę, a poza tym on się mną zajął, jak tego potrzebowałam.
-Chodź do kuchni.- Sadzam go na krześle, a sama przeszukuję szafki. One gdzieś tu powinny być. Czuję na sobie jego spojrzenie.
-Jestem śmieciem.- Mówi w pewnym momencie. Słyszę jak jego głowa ląduje na blacie. Biorę lek i kładę go przed nim, razem ze szklanką wody.
-Nie jesteś. W przeciwnym razie już bym cię sprzątnęła. Zażyj je.- Podsuwam mu tabletkę, a on ją połyka. Przygląda mi się z uwagą.
-Tak myślisz?- Potwierdzam, kiwając głową.- Przepraszam. Powinnaś mnie wywalić na ulice.- Opieram się o szafkę za mną.
-Miałam to zrobić jak przyszedłeś do mojej sypialni.- Uśmiecham się lekko.
-Podoba mi się twoja piżama.- Spoglądam w dół. Na stopach mam grube, różowe skarpetki, a oprócz tego ubrana jestem w czarne, luźne spodenki i białą koszulkę z napisem „
Bright Lights, Big City”. A ja szyi jak zwykle wisiorek, który dostałam od rodziców z triadą.- Gdzie kupiłaś tą koszulkę?- Pyta.
-Sama ją zrobiłam.- Odpowiadam. Brunet wstaje, podchodzi do kanapy i ze swojej kurtki wyciąga notes i długopis. Wraca na krzesło.
-Chyba mam pomysł na piosenkę.- Uśmiecha się do mnie. Zaczyna coś pisać, potem kreślić. Spoglądam na zegarek. Dochodzi dziesiąta.
-O cholera!- Mruczę.
-Co się stało?- Mężczyzna odrywa się od kartki i spogląda na mnie.
-Jestem spóźniona.- Drapię się po głowie, szukając jakiś ciuchów. Łapię w dłonie dżinsy i koszulke z napisem „Lost In The City Of Angels”, również własnoręcznie zrobionej, i w sypialni się przebieram. Po naprawdę szybkiej, porannej toalecie jestem gotowa do wyjścia.
-Cholera, to przeze mnie.- Mruczy brunet, ubierając buty. Ja tym razem też decyduję się na trampki.
-I tak bym się spóźniła.- Wzruszam ramionami.- To nie twoja wina.- Wychodzimy z mieszkania.- W którą stronę idziesz?
-Odprowadzę cię.
-Nie trzeba. Trafię go pracy.
-Chociaż tak odwdzięczę się za nocleg.- Idziemy w kierunku Art Partner.- Dla czego wyjechałaś z Los Angeles?- Pyta w pewnym momencie.
-Matka przed śmiercią kazała mi pojechać do ojca.- Związuję włosy gumką, nawet ich nie przeczesując.- No i trafiłem na jego wystawę. Trochę tam po rozrabiałam i zostałam jego prywatną asystentką.
-To ty jesteś „szaloną podpalaczką”?- Spogląda na mnie.
-To wydarzenie mnie prześladuje.- Mruczę, zatrzymując się przy kiosku. Jak zwykle kupuję kanapkę, batona i półlitrową wodę.- Jesteśmy na miejscu.- Wchodzę do budynku, ale odwracam się jeszcze i mówię.- Do zobaczenia.- Za ladą jak zwykle siedzi Emily.
-Terry cię wzywa. Widzę, że masz dzisiaj eskortę.- Wskazuje na bruneta, który nadal stoi na ulicy. Gdy zauważa wzrok blondynki odwraca się i odchodzi.
-Tym razem na pewno mnie zabije.- Mruczę, wsiadając do windy. Wchodzę do gabinetu, jednak nie pozwalam mu mówić.- Dzisiaj to nie moja wina, że się spóźniła.- Siadam na fotelu, jego fotelu.
-A kogo?- Pyta, już spokojny, wyganiając mnie ze swojego ulubionego miejsca. Siadam na sofie.
-Jareda. Spał u mnie na kanapie.
-Ale on poszedł wczoraj do hotelu.
-Wylądował na sofach w holu i nie chciał odblokować telefonu, żebym mogła zadzwonić do Shannona.
-Co za człowiek…- Mruczy ojciec.- No nic. Dzisiaj sesje mamy z…- Czeka na moją odpowiedź.
-… z senatorem stanu Illinois.
-O Obama się do mnie wybrał.- Na jego twarzy pojawia się uśmiech.
                                               *                      *                      *
Wieczór. Jak zwykle siedzę u ojca w mieszkaniu. Pomagam mu ze zdjęciami tego całego Baracka Obamy. Mają być gotowe na za tydzień, ale nie chcemy tego odkładać na ostatnią chwilę. Nagle po całym mieszkaniu roznosi się dźwięk dzwonka do drzwi.
-Otworzysz?- Pyta tata. Idę do drzwi i otwieram je. Za progiem stoi niebieskooki.
-Witam, panie Leto.- Uśmiecham się.
-Witam, panno Richardson.- Wpuszczam go do środka.- Dawno się nie wiedzieliśmy.- Opiera się o ścianę i zagryza dolną wargę.
-Kto to?- Krzyczy Terry.
-JA!- Odkrzykuje Jared.
-Czyli?- Idziemy do salonu, gdzie ojciec nadal wpatruje się w laptopa. Odwraca się, gdy słyszy kroki.- A ty. Dlaczego nocowałeś u mojej córki?- Akcentując dwa ostatnie słowa.
-Byłem pijany.- Jęczy, siadając na sofie.
-Tym bardziej masz się tłumaczyć.
-Wolałbyś, żebym zginął gdzieś po drodze?- Mówi z wyrzutem. Wolę to przerwać, zanim Terrence powie coś nieodpowiedniego.
-Chcesz coś do picia?- Pytam, idąc w kierunku kuchni, przed wejściem odwracam się i patrzę na niego wyczekująco.
-Dzisiaj poproszę tylko sok.- Uśmiecha się do mnie. Z szafki wyjmuję kubki, a z blatu zabieram nektar pomarańczowy. Jestem już przy wyjściu, gdy słyszę ich rozmowę.
-Ona jest dla ciebie za młoda. Ma tylko 20 lat.- Szepcze ojciec, konspiracyjnym tonem.
-Tylko u niej nocowałem, na kanapie.- Podkreśla brunet, a ja wychodzę z kuchni.
-Terry, mam 28 lat.- Poprawiam go, siadając obok niebieskookiego. Nalewam do szklanek soku. Ojciec wraca do zdjęć.
-Dziękuję.- Mówi, gdy podsuwam mu napój.- I teoretycznie Olivia mnie prawie wyrzuciła na ulice, więc nie masz się o co, martwić. 
-No i prawidłowo.- Mężczyzna nawet się nie odwraca, mówiąc to.- Tylko szkoda, że cię naprawdę nie wywaliła.
-Terry, nie będę ci przeszkadzać.- Mówię w tym samym czasie co Jared. To musiało brzmieć komicznie.
-O nie, ty Leto, zostajesz dzisiaj u mnie.- Robię zdziwioną minę.
-A wczoraj, ja musiałam go niańczyć. No wielkie dzięki.- Oznajmiam z wyrzutem.
-Ja może jednak pójdę do hotelu. Nie chcę się wpraszać.- Brunet ledwo powstrzymuje śmiech. Podobnie jak ja.
-A czy ja ci zaproponowałem nocleg, czy cię do niego zmuszam?- Ojciec odwraca się i mierzy w Jay’a palcem, z mordem w oczach. Normalnie jak na mnie, gdy się spóźniam.
-No dobra, zostanę.- Poddaje się.- Ale tylko wsadzę ją do taksówki. Nie wiadomo kto kręci się po ulicach o tej porze.
-Zgoda, ale masz wrócić za 10 minut.- Terry wraca do pracy, a ja zbieram swoje rzeczy, ubieram kurtkę i wychodzę razem z Jaredem na korytarz. Tam wybuchamy śmiechem.
-Nie sądziłem, że aż tak się wkurzy. Widziałaś te jego oczy? Wyglądał tak jakby chciałby mnie zabić.
-Patrzy tak na mnie za każdym razem, gdy się spóźniam. –Wchodzimy do windy.
-Mam pytanie. Normalnie do pracy nosisz trampki czy buty na wysokim obcasie, tak jak wczoraj?- Mężczyzna przygląda mi się, oczekując odpowiedzi.
-Raczej preferuję trampki, aczkolwiek wczoraj był Jon. Ale trochę się rozczarowałam. Myślałam, że będzie lepiej wyglądać na żywo.- Uśmiecham się lekko.
-Dzisiaj kogo mieliście na sesji?- Opieram się o lustro na jednej ze ścian tej metalowej klatki.
-Barack Obama. Nic wielkiego.
-Tylko spotkałaś senatora. Przecież widzisz go codziennie, prawda?- Wychodzimy z windy. Przy biurku jak zwykle siedzi pan Bruce. Uśmiecham się do niego.
-Dobranoc.- Mówię, gdy wychodzimy na zimne powietrze.- Dziękuję, że pożyczyłeś mi wczoraj swoje buty, a sam szedłeś w samych skarpetkach.- Spuszczam głowę. Nie przywykłam do takich rzeczy.
-Nie ma sprawy. Każdy by tak zrobił na moim miejscu, aczkolwiek, to musiało komicznie wyglądać.- Drapie się po głowie.
-Ociupinkę.- Mimowolnie zaczynam się śmiać.- Myślisz, ze Terry nas obserwuje?
-Jestem prawie pewny, że tak. I pewnie wywali mnie z mieszkania, jeśli pocałuję cię na do wiedzenia.- Mruczy.
-Najbardziej myląca rzecz jaka może być.- Przewracam oczami.- Gdybyś tego nie zrobił, to by cię wywalił. Jak mnie pocałujesz masz zapewniony nocleg.- Odwracam się i łapię taksówkę, przejeżdżającą ulicą. Spoglądam na Jareda, a on wbija się w moje usta. Odwzajemniam pocałunek, na który tak długo czekałam, lecz przerywa nam głos ojca.
-LETO! WRACAJ! JUŻ!- Podnoszę wzrok w górę i widzę Terry’ego wychylającego się przez okno.
-Tylko pamiętaj, nie zrobiłem tego dla noclegu.- Przejeżdża kciukiem po moim policzku, zagrywając wargę.
-Zapamiętam.- Oblizuję usta.
-Zobaczymy się jeszcze?- Pyta z nadzieją w głosie.
-Przyjdę rano do apartamentu ojca.
-Naprawdę?- Brunet podnosi jedną brew w górę. Chyba nie wierzy w to, podobnie jak ja.
-No raczej, że nie. Przecież spóźnię się do pracy.- Zaczynam się śmiać.- Dobranoc.- Całuję go w policzek na pożegnanie, po czym wsiadam do taksówki. Podaję kierowcy adres pod który ma mnie zawieść. Jakoś mi smutno, bo przez pół godziny nie mam kogo głaskać po włosach.

sobota, 1 sierpnia 2015

5. SPOTKANIE

               MARZEC 2006  

Jak zwykle biegnę ulicą w kierunku Art Partner Terry’ego Richardson’a, tylko tym razem mam na nogach szpilki. Byle tak dalej, a długo nie pożyję. Mogłam wziąć je do torby, a potem je ubrać, zważywszy na to, że nawet w trampkach nogi mi się plączą. Jestem już spóźniona. On mnie zabije. Ja to wiem. Nagle wpadam na kogoś. Spoglądam w górę i już wiem, że on tak łatwo nie odpuści. A jego oczy? Nie można zapomnieć takiego spojrzenia. Tych niebieskich tęczówek, które mówią; „Nic przede mną nie ukryjesz”. Och, jak ja tęskniłam za tym spojrzeniem. Odsuwa mnie na niecałe pół metra, ale nadal trzyma w ramionach. Patrzę w jego niebieskie oczy.
-Cześć.- Mówi, a ja mimowolnie uśmiecham się.- Gdzie się tak śpieszysz?
-Do pracy. Jestem spóźniona.- Odpowiadam.
-Muszę z kimś pogadać…- Przerywam mu.
-Muszę iść, on mnie zabije.- Wyszarpuję się.- Jeszcze mnie spotkasz.- Odwracam się.- Cierpliwości.- Unoszę leciutko kąciki ust w jego kierunku i biegnę dalej. Po niespełna 5 minutach wpadam do Art Partner. Za ladą siedzi Emily, która pracuje tu od pół roku, a zna wszystkich pracowników tego budynku, każdy najmniejszy szczegół z ich życia. No dobra, o mnie nie wie prawie nic. Oprócz tych wszystkich spóźnień. To dlatego, że pilnuję się, kiedy z nią rozmawiam. Recepcjonistka jest w moim wieku, ale w przeciwieństwie do mnie ma krótkie, blond włosy. Moje sięgają do połowy ramion i są czarne.
-Terry cię wzywał. Jest wkurzony.- Mówi, wskazując na windę.
-Spodziewałam się tego.- Mruczę, nim stalowe drzwi się zatrzasną. Wchodzę do gabineta szefa. Mężczyzna mierzy we mnie palcem z mordem w oczach. Już do tego przywykłam.
-Trzecie spóźnienie w tym tygodniu.- Zaczyna.- A dzisiaj środa.
-Tak, wiem. Przepraszam.- Spuszczam wzrok.- Tylko budziki mi nie działają.
-Kupię ci taki, że zadziała.- Przewracam oczami.- Z kim mam dzisiaj sesje?- Wyciągam z torby kalendarz i otwieram na dniu dzisiejszym.
-Jon Kortajarena.- Odpowiadam w chwili, gdy telefon mężczyzny zaczyna dzwonić. Odbiera, a ja siadam na fotelu, który normalnie zajmuje mężczyzna. Zielonooki przegania mnie ręką i sam zajmuje to miejsce. Mi zostaje sofa.
-Halo?.... Jared, to ty?... Dobra, już tam jadę… Na razie…- Chowa komórkę do kieszeni dżinsów.- Zmiana planów. Jedziemy do mojego apartamentu.
-A co z Jon’em?- On nigdy nie był zbytnio ogarnięty, dlatego właśnie ma mnie.
-Niech będzie u mnie o 14. Tam zrobimy sesje. Poczekaj na mnie przy recepcji, ja spakuję sprzęt.- Znów jadę widną, tym razem w dół. Zatrzymuję się przy Emily. Dziewczyna wpatruje się we mnie zaciekawiona.
-Wywalił cię?- Pyta prosto z mostu. Uśmiecham się, przecząc- Masz z nim romans, czy co, że jeszcze nie wyleciałaś?
-Po prostu beze mnie by sobie nie poradził.- Wzruszam ramionami.
-Co ty robisz, że się spóźniasz?- Pyta w pewnym momencie.
-Śpię. To silniejsze ode mnie.- Blondynka chichota.- Pożycz mi grzebień.- Podaje mi przedmiot, a ja przeczesuję swoje czarne włosy, po czym wiążę je w kucyk.- Masz może jeszcze coś do jedzenia? Nie zdążyłam sobie nic kupić.- Drapię się z tyłu głowy.
-Niestety.- Obok nas pojawia się mężczyzna.
-No, wreszcie wyglądasz jak człowiek.- Zwraca się do mnie, a ja przewracam oczami, tak jak mam to w zwyczaju.- A teraz chodź.- Wychodzimy z budynku. Podczas, gdy on łapie taksówkę, ja kupuję w pobliskim kiosku kanapkę i półlitrową butelkę wody oraz batonika. Po chwili wsiadamy do taksówki, a ona rusza w kierunku apartamentu Terry’ego. Rzucam mu batona.- Muszę z tobą poważnie porozmawiać.- Zaczyna.- Dlaczego ty się tak spóźniasz? Tak dalej być nie może.
-Przecież ci mówię, budziki na mnie nie działają.- Odpowiadam, wzdychając.
-W końcu kupię ci taki, ze nawet ja go usłyszę. Nie wywaliłem cię tylko ze względu na twoją matkę, ale proszę, przyjdź chociaż raz na czas.
-Postaram się, ale nic nie obiecuję.- Mruczę, wgryzając się w kanapkę.
Po chwili docieramy na miejsce. W budynku wita nas portier, oznajmiając, że „Pan Leto czeka na górze”. I rzeczywiście, przed drzwiami siedzi brunet. Podnosi wzrok, słysząc nasze kroki. Przez chwilę przygląda mi się w skupieniu swoimi niebieskimi oczętami, by moment później uśmiechnąć się. Wstaje, pozwalając Terry’emu otworzyć apartament. Wchodzimy do środka.
-Cześć.- Brunet odwraca się w moim kierunku.- Skąd wiedziałaś, że się zobaczymy?
-Byłeś kiedyś w NY i nie zaglądnąłeś do niego?- Wskazuję na mężczyznę, krzątającego się po kuchni.
-Woda, herbata, kawa, czy od razu whisky?- Pyta w naszym kierunku.
-Whisky.- Odpowiadamy w tym samym czasie.
-Już się robi, a wy się przedstawcie sobie, a mnie tak stoicie.
-Jestem Jared.- Mówi niebieskooki.
-No coś ty? Naprawdę?- Udaję zdziwienie.
-A ty, Aniołku?- Już kiedyś mnie tak nazwał.
-Teoretycznie, już się znamy. Jestem Olivia Richardson.- Wystawiam rękę w jego kierunku.-Asystentka Terry’ego.- Ściska moją dłoń.
-Przypadek?- Chodzi mu o nazwisko. Przez moment przechodzi mi przez głowę myśl, żeby mu nie zdradzać sekretu, ale pomógł mi.
-Nie, po prostu Terry to mój ojciec.- Oznajmiam w końcu. Jest pierwszą osobą, która wie. Brunet robi zdziwioną minę.
-Nie wiedziałem, że ma córkę.- Mówi po chwili.
-Bo to tajemnica. Nikt o tym nie wie.- Siadam na sofie.- To o czy chciałeś porozmawiać?- Ojciec stawia przed nami szklaneczki z alkoholem, po czym zajmuje miejsce na swoim ulubionym fotelu, a koc, który na nim leżał, rzuca obok mnie
-Piosenki mi się skończyły!- Pan Leto bierze w dłoń whisky i wypija ją do dna.- Jestem załamany. Nie mam pomysłów na nowe.- Wstaję i kieruję się w stronę kuchni. Czuję na sobie wzrok obu mężczyzn. Z blatu zabieram butelkę Jack Danielsa i wracam na swoje miejsce.
-No, mów dalej.- Poganiam go, dolewając mu napoju. To jest mu teraz potrzebne, nie alkohol, ale rozmowa, a whisky Terrenca potrafi rozwiązać język momentalnie.
-A Shannon… Mógłbym go zabić… Dlaczego to z nim założyłem zespół? Ja nawet śpiewać nie umiem!
-Jak to nie umiesz? UMIESZ!- Nie wytrzymuję. On się zaraz załamie. A po za tym nabyłam ich dwie płyty i naprawdę mi się podobają. Tylko nie wiem, dlaczego je kupiłam. Może tęskniłam za dźwiękiem jego głosu?
-Po prostu nie umiem się drzeć, tak jakbym chciał.- Chowa twarz w dłonie.
-Jared, słyszałem ostatnio twoją przeróbkę Madonny pod prysznicem. Nie była taka zła.- Niebieskooki lekko się rumieni. Nie umiem stwierdzić, czy to przez słowa ojca, czy przez alkohol.

 JARED

Spaceruję po ulicach, odkrywając Nowy York na nowo. A tak naprawdę, uciekam przed Shannonem. Jakoś nie mam ochoty z nim rozmawiać. Ostatnio ciągle się kłócimy o głupoty i nawet przeniósł się na swoją część domu i do mnie praktycznie nie zagląda. Jakoś oddaliliśmy się od siebie. Wiem, że to moja wina. Zmieniłem się i jestem tego w pełni świadom, ale wydaliśmy płytę, tak? Zagrałem w „Lord Of War”, „Lonely Hearts” i „Chapter 27”, no i Jaco Van Dormael ostatnio mnie zaczepił w związku z nowym filmem, ale nie zdradził szczegółów, jedynie to, że chce mnie w swojej nowej produkcji. Tak mi się wydaję, że uciekam w pracę. Chciałbym jeszcze wydać nowy album, jednak pojawił się „mały” problem, a mianowicie piosenki, a raczej ich brak. Od kilku miesiący nie mam weny, dlatego właśnie wylądowałem w tym mieście, ale za nic w świecie nie wiem, po co Shannon przyleciał ze mną. Wiem jedno, na razie nie mam ochoty z nim gadać. Dlatego od siódmej chodzę po ulicach, szukając miejsca godnego uwagi.
Rozglądam się na wszystkie strony. Może gdzieś otworzyli jakąś nową kawiarnie albo bar? Po drugiej stronie ulicy zauważam księgarnie. Zatrzymuję się na środku chodnika. Na szczęście w tej okolicy nigdy nie ma dużo ludzi. Mrużę oczy, chcąc zobaczyć o której otwierają. Przyda mi się jakaś książka, bo nie zamierzam wracać do hotelu. Zdaję mi się, że o 10. Spoglądam na zegarek. Jeszcze tylko pięć minut.
Nagle ktoś na mnie wpada. Lekko się chwieję, ale moment później odzyskuję równowagę. Jest to drobna dziewczyna, którą trzymam teraz w ramionach. Przyglądam jej się dokładniej i zauważam długie, skołtunione, czarne włosy, a zaraz po nich piękne zielone oczy, za którymi tak tęskniłem. Czy to prawda? Znalazłem ją? Odsuwam ją lekko, ale nie wypuszczam.
-Cześć.- Mówię, a ona obdarowuje mnie uśmiechem. Jest taka piękna i delikatna.- Gdzie się tak śpieszysz?
-Do pracy. Jestem spóźniona.- Odpowiada, a ja ciągle nie mogę oderwać od niej wzroku. Czuję, że to ta jedyna.
-Muszę z kimś pogadać…- Wyrzucam z siebie. To chyba prawda. Już dawno z nikim nie rozmawiałem, jednak nie dane mi jest dokończyć, bo mi przerywa.
-Muszę iść, on mnie zabije.- Mruczy, wyszarpując się. Może po prostu nie chce ze mną rozmawiać?- Jeszcze mnie spotkasz.- Odwraca się w moją stronę.- Cierpliwości.- Po raz kolejny uśmiecha się do mnie i ucieka. Przyglądam się miejscu, w którym z zniknęła, po czym odwracam się.
„Jeszcze mnie spotkasz”- Może powiedziała to, żeby mnie zbyć? A może naprawdę się spotkamy? Ale jak mam ją znaleźć? Powinienem jutro czekać na nią w tym miejscu?
Przebiegam na drugą stronę ulicy. Jakiś starszy mężczyzna otwiera właśnie księgarnie. Wchodzę do środka, cały czas mając w myślach dziewczynę. Kupuję powieść „Ptasiek” Williama Whartona, którą polecił mi Nicolas. W ekranizacji grał Al.’a. Wychodząc z budynku, wyciągam z kieszeni komórkę i dzwonię do Terry’ego. Odbiera po chwili. Umawiamy się u niego w apartamencie. Nie byłem tam od czasu „podpalenia”, czyli niecały rok.
Łapię taksówkę i jadę kilka minut tym żółtym, rozpoznawalnym pojazdem. Wysiadam pod wieżowcem, jednym z wielu w Nowym Yorku. Wchodzę do środka, gdzie za biurkiem siedzi portier. Uśmiecham się do niego. Zdaje się, że poranne spotkanie poprawiło mi humor.
-Dzień dobry. Mógłby pan powiedzieć Terry’emu, że czekam pod mieszkaniem?- Zwracam się do niego.
-Dobrze, panie Leto. Dawno pana tu nie było.- Śmieję się pod nosem.
-Cóż, miałem lekkie spięcie z nim podczas mojego ostatniego pobytu tutaj…- Mruczę.
-Chodzi o podpalenie?- Dopytuje, a mój uśmiech się powiększa.
-To nie było podpalenie. Po prostu kuchenka zaczęła płonąć.- Tłumaczę.
Kieruję się do windy. Gdy jestem już na odpowiednim piętrze, wychodzę z tej ciasnej klatki i po prostu siadam pod drzwiami. Kilkanaście minut później słyszę kroki. Podnoszę wzrok i patrzę na nią jak zaczarowany. Jest tu. Nie mogę się powstrzymać i na mojej twarzy pojawia się uśmiech. Wstaję, by mój przyjaciel mógł otworzyć drzwi. Przepuszczam ją w drzwiach, leciutko muskając dłonią jej ramię. Zatrzymujemy się przy sofie. Trochę się tu pozmieniało.
-Cześć.- Odzywam się- Skąd wiedziałaś, że się zobaczymy?- Pytam z czystej ciekawości, napawając się jej widokiem.
-Byłeś kiedyś w NY i nie zaglądnąłeś do niego?- Wskazuje na mężczyznę w kuchni. Ją też udoskonalił. Po tej pamiętnej kuchence nie ma, ani jednego śladu. Może jeszcze kiedyś miała akt samodestrukcji?
-Woda, herbata, kawa czy od razu whisky?- Pyta, patrząc na nas.
-Whisky.- Odpowiadamy jednocześnie.
-Już się robi, a wy się przedstawicie sobie, a nie tak stoicie.- Mruczy, robiąc nam drinki.
-Jestem Jared.- Mówię, a ona prycha.
-No coś ty? Naprawdę?-  Marszczy brwi.
-A ty, Aniołku?- Zagryzam wargę, czekając na odpowiedź. Tak właściwie, to czekam na nią od kilku lat.
-Teoretycznie się znamy. Jestem Oliwia Richardson.- Wystawia rękę w moim kierunku, a ja ją ściskam, delektując się jej dotykiem.- Asystentka Terry’ego.
-Przypadek?
-Nie, po prostu Terry to mój ojciec.- Robię zdziwioną minę.
-Nie wiedziałem, że ma córkę.- Mówię.
-Bo to tajemnica. Nikt o tym nie wie.- Siada na sofie, a ja zajmuje miejsce obok niej. – To o czym chciałeś porozmawiać?- Obok nas pojawia się Richardson. Stawia przed nami alkohol i rozkłada się na fotelu.
-Piosenki mi się skończyły.- Jęczę, wypijając whisky do dna.- Jestem załamany. Nie mam pomysłów na nowe.- „Skończyły się jak wyjechałaś” dodaję w myślach. Dziewczyna wstaje i kieruje się w stronę kuchni. Nie mogę oderwać od niej wzroku. Po chwili wraca z butelką Jack Danielsa. Znów siada obok mnie, a ja czuje jej delikatne perfumy. Są takie piękne i idealnie pasują do niej.
-No, mów dalej.- Pogania mnie, napełniając jednocześnie szklankę alkoholem.
-A Shannon…- Jęczę.- Mógłbym go zabić… Dlaczego to z nim założyłem zespół?- A tak, już wiem, nikt inny nie mógł ze mną wytrzymać.- Ja nawet śpiewać nie umiem!- Walę głowa o oparcie sofy.
-Jak to nie umiesz? UMIESZ!- Sprzeciwia się. Ale myślę, że mówi to szczerze, nie dlatego, żeby się przymilić.
-Po prostu nie umiem się drzeć, tak jakbym chciał.- Tłumaczę zrezygnowany i chowam twarz w dłonie, by moment później sięgnąć po whisky.
-Jared, słyszałem ostatnio twoją przeróbkę Madonny pod prysznicem..- Zaczyna Terry, a ja czuje ciepło na policzku. Tylko nie ta historia, proszę.- Nie była taka zła.- Uff… Jednak nie opowie jej całej…

OLIVIA

-Terry…- Mruczy Jared, chwiejąc się na nogach.- Idę spać…- Robi krok do przodu, a potem dwa kroki w tył i z powrotem spada na sofę. I ja muszę na to patrzeć.  
-O nie. Wracasz do siebie. Nie jestem hotelem, żebyś mógł sobie tu nocować, kiedy tylko chcesz.
-On ledwo się trzyma się na nogach.- Mówię.
-Bywał w gorszym stanie i jakoś docierał do hotelu.- Zielonooki wzrusza ramionami. Odziedziczyłam po nim i oczy i wzruszanie ramionami.
-Zlituj się nad nim.- Trochę mi szkoda młodszego z braci Leto.- Popatrz, ciemno jest, zimno jest. Jeszcze się po drodze zgubi.- Wskazuje na okno, a potem wracam wzrokiem do piosenkarza. Wygląda jak małe, zagubione dziecko.
-Jedyne co mogę zrobić, to zamówić mu taksówkę. Jared, chcesz taksówkę?- Zwraca się do bruneta, który nam się przypatruje.
-Nie…- Mruczy.- Trafię sam.- Dopowiada.- To idę.- Znów próbuje wstać, ale nie wychodzi mu to. Patrzę jeszcze raz na ojca, ale ten przeczy ruchem głowy.- Do widzenia.- Jared podejmuje kolejną próbę, a gdy leci do tyłu, łapię go. Wysyła mi wdzięczne spojrzenie. Pomagam mu się ubrać.
-Tak właściwie, to dlaczego nie pozwolisz mu zostać?- pyta Jon.
-Bo kiedyś pomieszkiwał u mnie miesiąc i prawie mi mieszkanie podpalił.- Odpowiada.
-Terry, jesteś okrutny.- Mówię, odprowadzając bruneta pod drzwi.- Dasz sobie radę?- Jared stoi już za progiem i przypatruje mi się w skupieniu, przerywanej co chwila czkawką.
-Jakby co…- Czkawka nie daje mu spokoju. Potrząsa głową.- Jakby co… dam znać.- Znów czka.- Dobranoc.- Uśmiecha się i odchodzi, podpierając się ścianą. Zamykam drzwi i wracam do Jon’a i Terry’ego. Siadam na sofie, w miejscu gdzie przed chwilą siedział jeszcze młodszy Leto.
-Ja ci podpaliłam drzewko na wystawie.- Mówię z wyrzutem do ojca.
-Drzewko? Rok temu?- Dopytuje Jon Kortajarena.- To ty jesteś „szaloną podpalaczką”?- Tylko nie to…
-Ta…- Mruczę.- Jest ktoś, kto jeszcze nie słyszał tej historii?- Opieram głowę o zagłówek.
-Wątpię. Jesteś numerem jeden na każdej gali.- Śmieje się Hiszpan. Przewracam oczami.
-Wielkie dzięki, Terry.- Rzucam mężczyźnie wściekłe spojrzenie, po czym zamykam oczy. SPAĆ!
-Olivia, jedź do domu i się wreszcie wyśpij.- Mówi, a ja zaczynam się zbierać.
-Nie będę ci już potrzebna?- Patrzę jeszcze na niego.
-Jest po północy, co byś miała tu robić o tej porze? Do domu.- Uśmiecham się. Naprawdę uwielbiam Terry’ego. Mama na pewna ucieszyłaby się, gdyby zobaczyła jak się dogadujemy.
-Miło było cię poznać, Olivia.- Krzyczy za mną Kortajarena.
-Ciebie taż, Jon, a właściwie Ramón.- Odpowiadam nawet się nie odwracając. Ubieram czarną, skórzaną kurtkę i wychodzę z apartamentu. Windą zjeżdżam na parter.
-Panienko Olivio, niech panienka zaczeka.- Portier, pan Bruce, biegnie za mną. Zatrzymuję się i odwracam w jego kierunku.
-Tak?- Uśmiecham się do niego. To naprawdę miły i sympatyczny człowiek.
-Pan Leto kazał panience przekazać: „Jednak nie daję sobie rady- Doskonale naśladuje głos bruneta.- Czekam na sofach.”- Wskazuje na trzy, czarne kanapy, które doskonale pasują do wystroju holu.- A przynajmniej tam czekał.- Portier drapie się po łysince. Podchodzę do sof, tupiąc po posadzce obcasami. Na jednej śpi Jared. Wygląda trochę jak bezbronny chłopczyk. Kucam przed nim.
-Mógłby pan zamówić taksówkę?- Zwracam się do pana Bruca.
-Oczywiście.- Mężczyzna wraca do swojego biurka o bierze do ręki telefon. Znów spoglądam na bruneta. Gładzę go po policzku, próbując obudzić. W końcu otwiera oczy.
-Wstawaj, pomogę ci się dostać do hotelu.- Mężczyzna zmienia pozycje na siedzącą i przeczesuje swoje przydługawe włosy, które przydałoby się już obciąć.- W jakim hotelu mieszkasz?- Pytam.
-Nie wiem.- Odpowiada, lekko się kołysząc.- Zapomniałem.
-Gdzie masz komórkę?- Podaje  mi swój telefon. Próbuję go odblokować, ale nie znam hasła.- Mógłbyś?
-Co chcesz zrobić?- Patrzy na mnie z lekkim przerażeniem w oczach.
-Zadzwonić do Shannona.- Brunet kręci głową, przecząc.
-Nie.- Odpowiada krótko.
-To co ja mam z tobą zrobić?- Nogi powoli mi cierpną, dlatego wstaję.
-Zostanę tutaj.- Znów chce się położyć, ale nie pozwalam mu na to.
-Pójdziesz ze mną.- Pomagam mu wstać. Przechodzimy kilka kroków, a ja się potykam.- Cholerne szpilki!- Zatrzymuję się i zdejmuję obcasy. Brunet patrzy na mnie, po czym siada na posadzce.- Co ty robisz?- Pytam.
-Pożyczam ci buty.- Mówi, odwiązując sznurówki conversów.
-Nie trzeba, poradzę sobie.- Podaje mi trampki. Patrzy na mnie tymi swoimi niebieskimi oczętami i wiem, że będzie mu przykro, jeśli ich nie wezmę.- Są za duże.- Mówię, jednak przyjmuję je. Siadam obok niego i zakładam buty, a szpilki wrzucam do torby. Wstajemy, gdy pan Bruce oznajmia, że taksówka czeka na nas pod budynkiem. Wsiadamy do samochodu. Leto kładzie głowę na moich kolanach, a ja mimo woli zaczynam go głaskać po włosach. Po chwili już śpi.
Po około 30 minutach docieramy pod moją kamienicę. Budzę go i wysiadamy. Wchodzimy po schodach do małego mieszkania. Pomagam Jaredowi położyć się na kanapie w salonie, a sama biorę prysznic i wskakuję do łóżka. Zamykam oczy i próbuję zasnąć, ale ktoś otwiera drzwi do sypialni. W środku pojawia się głowa bruneta.
-Mogę spać z tobą? Zimno mi.- Siadam na łóżku.
-Nie. Na kanapę, albo won na ulicę.- Mężczyzna spuszcza głowę i wychodzi zamykając drzwi.