POSTACIE Strona głóna

niedziela, 25 czerwca 2017

102. MŁODE POKOLENIE

3 lipiec 2013
Wycieram dłonie w ręcznik i spoglądam na siebie w lustrze. Przyglądam się sobie dokładnie, a gdy dostrzegam na włosach coś, co nie powinno tam być, mrużę oczy. Wzdycham mimo wszystko i wychodzę z łazienki. Wspinam się po schodach na drugie piętro i uchylam drzwi do gabinetu Jareda, gdzie ten siedzi w rogu na małej kanapie z gitarą na kolanach.
-Cześć, ja już wróciłam.- Mówię, wchodząc do środka. Mężczyzna spogląda na mnie z uśmiechem. Odkłada instrument na stojak i podnosi się.
-Słyszałem jak weszłaś do domu.- Obejmuje mnie w pasie.- Ale nie chciało mi się schodzić na dół.- Cmoka mnie w nos.
-Gdzie Luckie?- Pytam, zarzucając mu ręce na szyję.
-Śpi, ale założę się, że jak tylko zdejmę z ciebie choć jeden ciuszek, to się obudzi i to z płaczem.- Odkłada głowę na moje ramię.
-Nie bądź takim pesymistą.- Śmieję się cicho.- Muszę ci coś pokazać.- Schylam głowę.- Mam pierwszego siwego włosa.- Czuję jak niebieskooki chwyta go i po krótkim jakby ukłuciu, wyrywa go.
-Już nie masz.- Mówi, wpatrując się w niego.
-Ale to nie jest fair. Jesteś starszy ode mnie, ciągle eksperymentujesz ze swoimi i ani ci nie wypadają, ani nie siwiejesz.- Wyrzucam z siebie.- Przecież ja będę wyglądać okropnie w białych włosach.- Jęczę. Tym razem zostaję obdarowana całusem w czoło.
-Jesteś najpiękniejszą kobietą na świecie, oczywiście tuż obok Luckie i nie chcę nigdy słyszeć z twoich ust, że wyglądasz okropnie, bo to nieprawda, jasne?- Kiwam niechętnie głową, potwierdzając.- Cieszę się, że się ze mną zgadzasz, a teraz powiem ci w sekrecie, że ja swojego pierwszego siwego włosa znalazłem, gdy miałem jakoś pewnie ze dwadzieścia lat, ale pokazał się jeden, a potem zniknął i więcej go nie zobaczyłem.- Uśmiecha się lekko.
-Ale to nie zmienia faktu, że masz lepsze włosy i przede wszystkim dłuższe od moich.- Dźgam go w klatkę piersiową.
-Czepiasz się.- Mruczy.- Ale pamiętasz? Rozmawialiśmy o czymś innym. Czy sklerozę też masz?- Mrużę oczy, zakładając ręce na piersi.- No przepraszam, wymsknęło mi się.
-Teraz muszę się zastanowić, czy mam ci wybaczyć.- Robię dziubek, a ten to wykorzystuje. Odwzajemniam pocałunek, który jednak nie trwa długo, bo co prawda nie przerywa go płacz Elizabeth, a dzwonek do drzwi.
-Mogliby sobie już to odpuścić.- Mruczy Leto, odrywając się ode mnie.- To naprawdę przestaje być śmieszne.- Dodaje, a dzwonek się powtarza.- I jeszcze nam zaraz obudzą Luckie.- Wychodzi ze swojego gabinetu i zbiega po schodach, a ja zaraz za nim.
-Jay, zapomniałeś kapci.- Mówię, obserwując jego kolorowe skarpetki.
-Pal licho kapcie.- Woła już z przedpokoju. Kręcę głowa z politowaniem.- Lee, nie uwierzysz, kto nas odwiedził.- W salonie pojawia się czarnowłosy mężczyzna z oryginalnie skrzywionymi zębami i nosidełkiem w ręce. Zaraz za nim do pomieszczenia wchodzi Vicki.
-Co wy tu robicie?- Pytam, szczerze zdziwiona.
-Robimy małemu Harveyowi wycieczkę. Odwiedził już dziadków, teraz czas na ciocię i wujka.- Uśmiecha się gitarzysta.
-Przepraszamy, że tak niespodziewanie, ale przylecieliśmy tylko na cztery dni i to była dość spontaniczna decyzja.- Zaczyna jego żona.
-Nie ma za co przepraszać. Rozgośćcie się.- Wskazuje na sofę.- Kiedy przelecieliście? I jak mały zniósł podróż?
-Wczoraj wieczorem. A Hay całą drogę przespał.- Odpowiada czarnowłosy, wyjmując swojego syna z nosidełka.- Jest spokojny niczym wasza Luckie. Zresztą, gdzie moja ulubienica?- Rozgląda się dookoła.
-Popołudniowa drzemka, ale jeszcze kilka minut i się pewnie obudzi.- Odpowiada Jay, nachylając się nad chłopcem.- Jaki słodki, patrz Lee.- Uśmiecham się, widząc zachwyt niebieskookiego.
-Byliście już u Shanna i Em?- Pytam, a Vicki przeczy ruchem głowy.- Przed chwilą dopiero uciekliśmy Ivanie, Filipowi i rodzicom Tomo.- Wzdycha, ale z uśmiechem na ustach.
-Może zadzwonię do Shannona, żeby przyjechali? Bez sensu, żebyście tak jeździli. I przy okazji dłużej u nas posiedzicie.- Proponuje młodszy Leto.
-W sumie to nie jest zły pomysł.- Komentuje mężczyzna.
-Tylko w przeciwieństwie do Harveya i Luckie, Andy i Mickey potrafią przepłakać pół dnia, więc jak sprowadzą waszego syna na złą drogę, to nie moja wina.- Śmieję się cicho, bo nabraliśmy się już na “podrzucimy wam ich na pół godzinki”, choć dzieciaki mają dopiero trzy tygodnie.
***
Przymykam na moment powieki, bo w salonie wreszcie panuje cisza, ale moment później przede mną pojawia się Elizabeth i wyciąga ręce, więc pomagam jej usiąść na moich kolanach.
-Co tam, malutka?- Pytam, gdy wtula się w moje ciało. Dziewczynka nie odpowiada, więc po prostu zaczynam głaskać ją po pleckach. Na schodach pojawia się wykończony perkusista. Jakoś dociera do sofy i zwala się na nią, tuż koło mnie.
-Ja nie wiem co zrobiłem złego w życiu, ale żeby od razu dwójką rozwrzeszczanych dzieci mnie pokarać, to już chyba przesada.- Wzdycha.- Czemu choć jedno nie mogło być takie grzeczne jak wasze?- Teraz spogląda z wyrzutem na mnie, a potem na Chorwata.- Gdzie tu sprawiedliwość na tym świecie?
-Ty chcesz sprawiedliwości?- Jęczy Emma.- Byłam dobrym dzieckiem, nigdy nie przysparzałam rodzicom kłopotów, dobrze się uczyłam, wypełniałam wszystkie durne dokumenty, o jakie mnie prosił twój brat, ogólnie jestem dobrym, ułożonym, a przede wszystkim spokojnym człowiekiem, a i tak wszystko co złe musiało przeleźć na nich z ciebie.- Powstrzymuję śmiech, pewnie jak wszyscy oprócz rodziców bliźniaków.
-No tak, jak coś złego, to od razu ja.- Mruczy.- Zresztą, nie narzekaj, kochanie, tylko ciesz się, że udało mi się je uśpić.- Zdaje się, że te słowa skutecznie zamykają usta blondynce.
-Dobra, dzieciaczki. Nie kłóćcie się, bo nic dobrego z tego nie wyjdzie.- Zaczyna Tomo.- Lepiej będzie, jeśli wy- Wskazuje na mnie i Jareda jednocześnie.- wytłumaczcie mi dlaczego Luckie jeszcze nie umie chodzić.
-Bo nie jest jeszcze na to gotowa.- Jay wzrusza ramionami.- Póki co należy się cieszyć, bo jak zacznie chodzić, to i biegać, a wtedy będzie ciężko za nią nadążyć.

niedziela, 18 czerwca 2017

101. DELEGACJA Z MARSA

12 czerwiec 2013
Wchodzimy do szpitala. Jared podchodzi do recepcji, a ja zostaję kilka kroków dalej, obejmując średniej wielkości misia. Po chwili mężczyzna wraca do mnie, łapie mnie za rękę i wskazuje na windę.
-Drugie piętro. Pokój numer osiemdziesiąt cztery.- Oznajmia, naciskając przycisk. Przez moment czekamy, a potem wchodzimy do metalowej klatki.
-Jay, wiesz, że sprawa się skomplikowała?- Pytam, a ten spogląda na mnie, marszcząc jednocześnie brwi.
-O co ci znów chodzi?- Nachyla się i cmoka mnie w czubek głowy.
-Ani Emma, ani Vicki nie pojadą w trasę, bo będą się opiekować dzieciakami. Nie mamy z kim zostawiać Luckie w czasie koncertów.- Zauważam,a ten wywraca oczami.
-Coś wymyślimy.- Znów mnie całuje, a drzwi się otwierają. Wychodzimy na korytarz. Rozglądamy się dookoła, szukając odpowiedniej sali. W końcu ją znajdujemy. Pukamy cicho, a po równie cichym “proszę”, otwieramy drzwi. Na szpitalnym łóżku siedzi Bosanko z noworodkiem na rękach.
-Dzień dobry, mamuśko.- Wchodzimy do środka, a kobieta robi zaskoczoną minę.
-Co wy tu robicie?- Pyta, a do pomieszczenia wpada Tomislav.
-Was tu się nie spodziewałem.- Rzuca, ale cmoka mnie w policzek.- Co tu robicie?- Przesuwa z kąta krzesło i stawia je obok drugiego, tuż koło łóżka, a sam siada na pościeli.- Rozgośćcie się.
-Przybywamy z delegacją prosto z Marsa, żeby pogratulować wam zostania rodzicami.- Mówi Jared z szerokim uśmiechem.- I mamy prezent dla nowego Marsjanka.- Zabiera mi miśka i odkłada do koło przyjaciela z zespołu.- Tylko, Tomo, to dla twojego syna.- Wskazuje na niego palcem wskazującym, co wygląda jakby mu groził.
-Po prostu, Jay chciał powiedzieć, że jesteśmy szczęśliwi, że nasza rodzinka się powiększyła i to o troje dzieciaków.- Siadam na jednym z krzeseł, a niebieskooki zajmuje drugie.- Jak się czujesz? Nie jesteś zmęczona porodem?- Zwracam się do kobiety.
-Wszystko trwało tylko dwie godziny, więc nie mam na co narzekać.- Odpowiada z szerokim uśmiechem. Zresztą, jeszcze chyba nie widziałam, żeby żona gitarzysty się nie uśmiechała.- A jak Emma?
-W porządku. Zaglądneliśmy do niej rano i oficjalnie poznaliśmy Michaela i Andwera Leto. A wasz synek jaki będzie miał imię?- Przenoszę wzrok z kobiety na jej męża i z powrotem.
-Właściwie to nie mamy jeszcze dla niego imienia.- Przyznaje Chorwat, drapiąc się po tyle głowy.- Niby myśleliśmy nad tym od początku, ale jakoś żadne nam nie przypadło do gustu. Zresztą, nasz syn nie ma jeszcze dwudziestu czterech godzin, a ty pytasz się o imię.- Wskazuje na mnie, mrużąc oczy.- Przypomnij ile wy zastanawialiście się nad imieniem dla Luckie.
-O jeny, drobny szczegół.- Mruczę, machając dłonią z lekceważeniem.- Czepiacie się.
-Dobra, dobra, ale gdzie wasza córa?- Muzyk marszczy brwi.
-Została w LA z mamą i Carlem.
***
Wchodzę do pokoju gościnnego w domu Milicievica, który został z żoną i synkiem w szpitalu, a nam udostępnili swój domek na przedmieściach Indian Village. Na łóżku siedzi Jared z moim laptopem na kolanach.
-Jay, co ty robisz?- Pytam, marszcząc brwi.
-Dzwonię na Skypie do mamy.- Odpowiada. Siadam koło niego, a połączenie odbiera Carl.
-Cześć.- Zaczyna.- Nie uwierzycie kto się za wami stęsknił.- Zaczyna, a za jego głową pojawia się Luckie.- Patrz, słoneczko, kto dzwoni.- Dziewczynka opiera rączki na ramionach swojego przybranego dziadka, a ja wnioskuję, że mężczyzna po prostu siedzi na dywanie, a nasza córka siedzi na kanapie za nim.
-Mama! Tata!- Woła, a na moich ustach pojawia się szeroki uśmiech.
-Cześć, kochanie.- Mówię.- Jak u dziadków?- Pytam, chociaż Elizabeth i tak nie będzie mi wstanie odpowiedzieć na tak skomplikowane dla niej pytanie, bo umie tylko kilka podstawowych słówek.
-Wszyscy bawimy się wyśmienicie.- Odzywa się Constance, pojawiając się obok dziewczynki.- Możecie ją zostawiać u nas częściej.- Przekłada czarnowłosą na swoje kolana.- Carl, siądź jak człowiek.- Zwraca się do swojego byłego męża.- A tobie, Mutie, zabroniłam spać na fotelu, pamiętasz?- Tym razem mówi do swojej suczki.
-Mam nadzieję, że mała jest grzeczna.- Zaczyna muzyk.
-Jeszcze nigdy nie opiekowałam się takim grzecznym dzieckiem.- Lekarz siada obok niego.- Będzie gorzej jak Mikey i Andy odziedziczą charakterki po Shannonie. Wtedy to ja się chyba załamię.- Wzdycha.


niedziela, 11 czerwca 2017

ROZDZIAŁ SPECJALNY 4- EMMA

Otwieram drzwi samochodu i wciągam wielgaśny brzuch, po czym siadam za kierownicą. Głaskam brzuszek z czułością, uśmiechając się szeroko. I tak trwam dopóki po pojeździe nie rozbrzmiewa mój dzwonek. Przez moment przeszukuję torebkę, a gdy już wyciągam komórkę, mój uśmiech się poszerza, bo dzwoni “MÓJ SHANNIMAL”. Odbieram, zanim się rozłączy.
-Co tam?- Pytam na wstępie, przytrzymując telefon ramieniem.
-Miałaś do mnie zadzwonić, jak tylko wyjdziesz z gabinetu.- Mówi z wyrzutem.- Nie dlatego zgadzałem się, żebyś jechała tam sama, żebyś teraz nie dawała mi znaku życia.- Wywracam oczami, bo odkąd jestem w ciąży, perkusista zrobił się aż zbyt opiekuńczy.
-Właśnie wsiadłam do samochodu.- Odpowiadam.- Wszystko jest w jak najlepszym porządku.- Wolnymi dłońmi wyciągam zdjęcia z USG, które będą jego prezentem urodzinowym, którego swoją drogą nadal nie mam.- A ty nie masz teraz wywiadu w radiu?- Marszczę brwi, próbując przypomnieć sobie godzinę audycji radiowej z członkami 30 Seconds To Mars i z tego co pamiętam, powinna ona trwać właśnie teraz.
-Puścili jakąś piosenkę, więc na moment zwiałem.- Mówi z dumą.
-Wracaj tam, a my porozmawiamy wieczorem.- Uśmiecham się jeszcze szerzej, zapinając pasy.
-Bardzo cię kocham, Em.- Mruczy jeszcze.
-Wiem, ja ciebie też, ale naprawdę musisz już iść.- Cmokam do telefonu i rozłączam się.
Rzucam komórkę na siedzenie obok i wyjeżdżam z parkingu, wcześniej włączając radio na stację z ich audycją. Po niecałych kilku minutach parkuję pod wielkim supermarketem, gdzie zamierzam zrobić zakupy. Już w budynku wkładam do wózka najpotrzebniejsze produkty, gdy całkowicie przypadkowo trafiam na rząd z zabawkami i ubrankami dla dzieci. Zatrzymuję się przed maleńkimi ciuszkami, a moją uwagę przyciągają śpioszki z napisem “Baby nr.1” i leżące tuż obok nich z tekstem “Baby nr.2”. Nie muszę się nawet długo zastanawiać,  bo po tym co usłyszałam dzisiaj na wizycie, wiem, że takie na pewno nam się przydadzą.  
***
Wchodzę do mieszkania Shannona, w którym od czasu sprzedania  mojego mieszkam.  W przedpokoju zdejmuje buty i boso, z tylko częścią zakupów przechodzę do kuchni, z której mam doskonały widok na salon, a tym samym na wielką klatkę z papugą, którą perkusista dostał od swojego przybranego ojca na święta.  Carl tym samym spełnił dziecięce marzenie muzyka. Po rozłożeniu części zakupionych produktów, przechodzę z torebką do salonu. Siadam na sofie i do ozdobnego pudełka wkładam śpioszki wraz ze zdjęciem USG oraz dużą czekoladą, którą jak zdążyłam się dowiedzieć w ciągu kilkunastu lat, starszy z braci uwielbia. Wszystko kładę na jego poduszcze w sypialni.
***
Wkładam ostatnie już dokumenty do teczki. Od kiedy awansowałam na producentkę Marsów kompletuję powoli wszystkie papiery, żeby zwieść wszystko do Laba i tam to poukładać. Niby zawsze starałam się utrzymywać porządek, ale w czasie tych kilku lat, nie wszystko zawsze szło po mojej myśli. Zamykam teczkę i odkładam ją na biurku, żeby wziąć ją, gdy pojedziemy jutro na przyjęcie. Wychodzę z sypialni akurat w momencie, gdy drzwi wejściowe się otwierają.
-Emmie, jestem!- Woła na przywitanie Shannon, a zaraz potem drzwi trzaskają, a ten pojawia się w salonie.- Wstąpiłem jeszcze do Laba zobaczyć czy wszystko gotowe na jutrzejsze urodziny.- Podchodzi do mnie i cmoka mnie w usta, a następnie nachyla się i najpierw podwija moją koszulkę, a potem cmoka również brzuch.- Cześć, Junior. Jak było u pani doktor?- Głaska skórę, a ja chcąc nie chcąc, uśmiecham się na ten widok, bo odkąd Shan dowiedział się, że zostanie ojcem, zmienił się nie do poznania.
-Mówisz do dziecka czy do mnie?- Pytam, a ten prostuje się.
-Do was, ale na razie Junior mi raczej nie odpowie. To jak było?
-Wszystko w porządku. Następna wizyta za miesiąc. Jesteś głodny?- Mężczyzna przyciąga mnie do siebie.
-Jak już wpadłem do Laba, to podjadłem mamie jakąś sałatkę.- Zakłada kosmyk moich włosów za ucho.- Myślałem, że mama mnie zamorduję, jak już mnie przyłapała.- Śmieje się cicho.- Skoczę się przebrać i możemy sobie poleniuchować. Zaraz wracam.- Tym razem całuje mnie w czoło i znika w sypialni. Idę powoli w jego kierunku i docieram do drzwi akurat w momencie, gdy perkusista otwiera pudełko.- To dla mnie?- Kiwam głową, potwierdzając, chociaż ten nawet na mnie nie patrzy, zajęty prezentem. Shan wyciąga najpierw zdjęcie, a potem ciuszki, całkowicie ignorując czekoladę.- Czy to znaczy…?- Zaczyna.- Będziemy mieć dwa Juniory?- Mruga powiekami w szoku, podobnie jak ja, gdy się o tym dowiedziałam.
-Na to wygląda.- Mężczyzna zamyka mnie w uścisku.
-Nawet nie wiesz, jak się cieszę.- Całuje mnie lekko.- Tak bardzo was kocham.

100. MARSJANKI NA WOLNOŚCI

11 czerwiec 2013

Ziewam, wchodząc do sypialni, gdzie na łóżku śpi już Jared w dżinsach na tyłku i nagim torsie. Dźgam go w bok, chcąc, żeby wstał i chociaż się przebrał, ale ten uparcie szybuje gdzieś w przestworzach. Wywracam oczami, siadając na skraju pościeli i swoimi zimnymi dłońmi przejeżdżam po jego plecach, przez co od razu się zrywa z piskiem. Mruży oczy, wpatrując się we mnie z wyrzutem.
-Dlaczego to zrobiłaś?- Pyta wreszcie, po kilku naprawdę długich sekundach ciszy, gdy już dochodziłam do wniosku, że za moment zabije mnie spojrzeniem.
-Spałeś.- Odpowiadam krótko.
-To jedna z tych rzeczy, które się robi w łóżku, wiesz?- Unosi prawą brew w górę, podobnie jak lewy kącik ust, chcąc mi przekazać na co ma ochotę.
-Nic z tych rzeczy. Jestem zmęczona.- Na czworaka zaczynam przechodzić na moją stronę, chcąc wreszcie wtulić się w podusie, ale dłoń Jaya ląduje na moim tyłku. Odwracam się, jednocześnie siadając mniej więcej na środku i teraz to ja mierzę go wściekłym spojrzeniem.- No i co to miało być? Chcesz spać w gościnnym?- Jego uśmiech po prostu zwala mnie z nóg, a raczej zrobiłby to, gdybym stała, ale siedzę, więc to na mnie kompletnie nie działa.
-Nie będę spał w gościnnym, tylko tutaj z tobą.- Nie odrywa ode mnie wzroku.- Czy ci się to podoba, czy też nie.- Dodaje z pewnością siebie, a ja kręcę głową z politowaniem, wsuwając się pod kołderkę.
-Idź pod prysznic i wracaj szybko, bo zimno mi.- Poganiam go ruchem dłoni, a ten zrywa się z miejsca i po chwili znika. Łapię jeszcze mój telefon i wysyłam krótką wiadomość do Roberta, żeby nie zapomniał wziąć dokumentów jutro do studia. Odkładam komórkę na szafkę obok łóżka i wtulam się w poduszkę, nie czekając na powrót Jareda, ale gdy już zasypiam, ten wraca do sypialni.
-Nie śpij, Aniele, bo mam co do ciebie inne plany.- Uchylam leniwie jedną powiekę, ale widząc jego szeroki uśmiech, zamykam ją z powrotem.
-Już ci mówiłam, nie ma szans.- Mężczyzna zajmuje miejsce obok mnie i przyciąga mnie do swojego ciała, od którego po prostu bije ciepło. Jego usta lądują na mojej szyi.- Jay, daj mi spokój.- Mruczę trochę nie przekonana swoich słów, bo zdążyłam się już rozbudzić. Niebieskooki wbija się w moje wargi, a ja odwzajemniam pocałunek. Jego dłoń wślizguje się pod moją koszulkę, a gdy jestem już pewna, że nie zasnę, z pokoju obok dociera do nas płacz Elizabeth. Jared odrywa się ode mnie, a po szybki całusie idzie ją uspokoić. Nabieram powietrza do ust, przez co pewnie wyglądam jak chomik, zarzucając sobie, że tak łatwo dałam mu wygrać. Po chwili płacz ustaje, ale za to odzywa się komórka Jareda, leżąca po drugiej stronie na stoliku nocnym. Marszczę brwi, bo to Shannon dzwoni, a jest kilka minut przed dwunastą, ale mimo wszystko odbieram.- Co tam, Shan?- Odzywam się, siadając po turecku, tym razem na części Jareda.
-Wiem, że jest północ, ale mam wielki problem.- Zastanawiam się o co mu chodzi, ale ten chyba nie zamierza mi na razie zdradzić, po co dzwoni.
-Mówisz, czy będziemy tak milczeć?- Pytam w końcu.
-Dzieci mi się rodzą.- Otwieram usta z zaskoczenia. No niby się spodziewałam, że prędzej czy później to może nastąpić, ale jakoś się do tego nie przygotowałam.
-Dobra, Shannie, gdzie jesteście. Zaraz do was przyjedziemy.
-Jakoś dam sobie radę. Zresztą nie macie z kim zostawić Luckie. Chciałem wam tylko powiedzieć, że właśnie zostaję tatą.- Wyobrażam sobie jak macha dłonią lekceważąco.
-Najwyżej jedno z nas zostanie.
-No, więc to ten szpital najbliżej mieszkania. Ale serio, dam sobie radę.
-Nie udawaj odważnego, bo wiem, że cały trzęsiesz się jak galaretka. Za niedługo ktoś z nas będzie. A do Connie dzwoniłeś?- Pytam jeszcze.
-Była pierwszą osobą, która się dowiedziała. Jeszcze raz dzięki.- Rozłącza się, a w tym samym momencie do sypialni wraca Jared, zacierając dłonie.
-Co prawda Luckie nie zasnęła, ale bawi się misiami, więc możemy kontynuować, to co zaczęliśmy.- Uśmiecha się szeroko.
-Odpada. Jedziemy do szpitala. Emma rodzi.- Widzę jak ramiona muzyka opadają. Podnoszę się z łóżka i ubieram się w pierwsze ciuchy, które wpadną mi w rękę.- Nie stój tak.- Mruczę, widząc, że ten nie ruszył się nawet o milimetr.
-Ale ja nie jestem jeszcze gotowy na tyle dzieci.- Odpowiada, a ja śmieję się.
-Ty sobie możesz być niegotowy. Ważne, żeby Shannon był. Jay, ubieraj się, bo musimy podwieść Elizabeth do Foleyów.- Poganiam go, a gdy już się rusza z miejsca, przechodzę do pokoju naszej córki.- Cześć, kochanie.- Mówię, podnosząc ją na ręce. Ubieram jej tylko ciepłą bluzę, nawet nie przebierając z piżam i wracam nią i torbą do sypialni. Odstawiam ją na naszym łóżku.
-Tata, bubu.- Muzyk, rozumiejąc o co chodzi małej, idzie po jej żyrafę, a ja postanawiam uprzedzić właścicieli baru o niespodziewanej wizycie. Wybieram numer do młodszego z nich, który na pewno jeszcze nie śpi i po dwóch sygnałach dociera do mnie jego głos.
-Co tam, Lee?- Pyta, a w tle słyszę telewizor.
-Co powiesz na zostanie niańką?- Pytam.- Emma rodzi, a nie chcę brać małej do szpitala.- Tłumaczę.
-Ja na bycie niańką zawsze chętny jestem.
-W takim razie za chwilę będziemy.
***
Wchodzimy do szpitala, który mimo późnej pory nie śpi, a przy recepcji, tak jak obiecał czeka na nas perkusista. Uśmiecha się szeroko i prowadzi nas jakimś korytarzem prosto na porodówkę. Gdy jesteśmy już pod drzwiami, gdzie podobno znajduje się Emma, mój telefon wibruje, dając znać, że przyszedł mi SMS, zresztą podobnie jak komórki Jaya i Shannona. Wyciągam mój z kieszeni i czytam wiadomość od Tomo o krótkiej treści: “Jestem w szpitalu, bo Vicki rodzi.”. Spoglądam na chłopaków, którzy wpatrują się w ekrany.
-Tomo?- Pytam, a ci potwierdzają.- Nieźle się zgraliście.- Komentuje, a drzwi naprzeciwko nas się otwierają i wychodzi przez nie pielęgniarka.
-Pani Ludbrook zaprasza do środka pana Leto.- Mówi.
-Mnie?- Dziwi się Jared, a ja mam ochotę roześmiać się głośno.
-Nie ciebie, matole, tylko Shannona.- Popycham starszego z braci w kierunku drzwi, ten jednak odwraca się jeszcze w naszym kierunku.
-Powinienem cię teraz wyśmiać, ale zdaje się, że jak Oliver rodziła zrobiłem podobnie.- Uśmiecha się szeroko i znika z kobietą w pomieszczeniu, a my siadamy  na plastikowych krzesełkach.
-Myślisz, że powinniśmy zadzwonić do Tomo?- Pytam.
-Wyślę mu SMSa. Jeśli jest już przy Vicki, to i tak nie odbierze.- Jedną ręką wyjmuje telefon, a drugą obejmuje mnie i przyciąga bliżej, tak że siedzę wtulona w niego. Przymykam na moment powieki, ale moment się odrobinę przedłuża, bo gdy je z powrotem otwieram w naszym kierunku idzie Constance z Carlem. Przecieram oczy, podnosząc się z ciała Jareda, jednocześnie zwracając jego uwagę na siebie. Uśmiecha się w moim kierunku delikatnie.
-Długo spałam?- Pytam.
-Jakieś pół godziny.- Odpowiada, podnosząc się, by przywitać się z mamą i przybranym ojcem.
-Nie wiecie co i jak?- Zaczyna kobieta, siadając koło mnie, na wcześniejszym miejscu swojego syna.
-Jakieś dziesięć minut temu na moment wyszła pielęgniarka.- Odzywa się Jay, opierając się o ścianę naprzeciwko mnie.- Wszystko jest w porządku.- Uśmiecha się, a kobieta podnosi się i wtula w swojego byłego męża. Za to jego młodszy syn przenosi się bliżej mnie i kuca, kładąc dłonie na moich kolanach dla utrzymania równowagi.- Jeśli jesteś bardzo zmęczona, to jedź do domu. Ja tu zostanę i będę ci na bieżąco informował o wszystkim.
-O nie, mój drogi.- Przejeżdzam palcami po jego policzku.- Tak łatwo się mnie nie pozbędziesz.
-Jesteś pewna?- Kiwam głową w górę i w dół, potwierdzając, a drzwi do sali porodowej się otwierają.
-Ludzie, zostałem ojcem!- Z pomieszczenia wychyla się głowa Shannona, która moment później znika.- Spoglądam na obecnych, którzy są w podobnym szoku do mojego.
***
Docieramy do plastikowych krzesełek, na których z wielkim oczekiwaniem siedzi Constance i Carl. Podaję im dwa papierowe kubki z kawą i odbieram swój od Jareda, siadając obok pary. Muzyk siada obok mnie, podczas gdy ja, kosztuję napoju, który, co tu dużo ukrywać, smakuje okropnie. Gdy jestem już mniej więcej w połowie, mój telefon, podobnie jak młodszego z braci się odzywa. Wyciągam go z kieszeni i dostrzegam wiadomość od trzeciego członka 30 Second to Mars, o krótkiej treści: “Zostałem ojcem!”.
-Na to wygląda, że dzieciaki będą miały urodziny w ten sam dzień.- Odzywam się.
-Vickie już urodziła?- Pyta Connie, odwracając się w moim kierunku.
-Na to wygląda.- Potwierdza Jay, jednocześnie posyłając jej uśmiech.- Dziewczyny się zgrały porządnie, ciąża praktycznie w tym samym momencie, rodzić też zaczęły mniej więcej w tym samym czasie, ale żeby rodzić w kratkę. Tego jeszcze nie grali.- Śmieje się.

niedziela, 4 czerwca 2017

99. URODZINY LUCKIE I SHANNA

9 marzec 2013

9 marzec 2013
Przechodzę do salonu, gdzie w zasadzie nie ma już czym oddychać, tyle tu się osób zebrało, bo nie dość, że świętujemy pierwsze urodziny naszej córeczki, to jeszcze kolejne tego kurdupla. Zresztą pierwotną funkcją Lab było nagrywanie płyt, a nie przyjęcia z różnej okazji, jak to się dzieje teraz. Klaskam w dłonie, tym samym zyskując trochę uwagi obecnych.
-Chce ktoś dokładkę tortu?- Pytam, gdy już wszyscy się we mnie wpatrują. Jedyną osobą, która podnosi rękę jest mały Henry, który bawi się z Luckie.
-Nie dawaj mu nic.- Mówi niemo jego ojciec, jedynie poruszając ustami.
-Ktoś jeszcze?- Dopytuję mimo wszystko.
-W sumie, to i tak jestem już gruba, więc jeden kawałek nie zrobi mi różnicy.- Mruczy Emma, a mój wzrok zatrzymuję się na jej brzuchu, który od Sylwestra zdążył troszkę urosnąć. Chociaż mogę się założyć, że Olivia pod koniec piątego miesiąca miała troszkę mniejszy. Wracam do kuchni i nakładam na talerzyk Ludbrook kawałek ciasta wegańskiego. Wracam do pomieszczenia i zajmuję poprzednie miejsce koło żony, wcześniej wręczając dziewczynie Shannona tort.
-Tak patrzę na nich.- Odzywa się Karen, trzymając na kolanach swoją córkę i wskazując jednocześnie na swojego syna i Elizabeth.- I zastanawiam się czy oni nie będą kiedyś razem.- Teraz oczy wszystkich zwrócone są na dwójkę ciemnowłosych dzieciaczków, które nie zwracając na nic uwagi, bawią się miśkami.- Aż dziwne, że Henry jest taki grzeczny.- Wzdycha rudowłosa.
-Też mi się wydaje, że kiedyś może im się udać.- Goście wracają do wcześniejszych rozmów, ale ja jeszcze przez chwilę wpatruję się w chłopca. Czy on jest odpowiedni dla mojej córki?
-Jared, czy możesz się łaskawie skupić na moment?- Przed oczyma przelatuję mi dłoń Tomislava, który specjalnie na podwójną imprezę zdecydował się przylecieć z Detroit wraz z żoną.
-Jasne, przepraszam.- Uśmiecham się lekko, jednak mój wzrok teraz spoczywa na brzuchu Vicki, która jest jakoś w tym samym miesiącu co Emma. I jej brzuch jest trochę mniejszy. Tak w ogóle, to Ludbrook jest już moją byłą asystentką. Niedawno awansowała na producenta i teraz sam muszę się użerać ze wszystkimi papierami.
-Kiedy oficjalnie wypuszczamy “Up in the air”? Bo ja się już troszku pogubiłem.- Wracam spojrzeniem do gitarzysty.
-Tak jak ustaliliśmy na początku, osiemnastego marca, czyli za dziewięć dni.- Odpowiadam. Milicievic wraca do rozmowy z Chesterem, a do mnie docierają urywki dialogu Shannona i Whita, odnośnie nowego zakupu mojego brata, a mianowicie mieszkania w NY, dokładnie naprzeciwko tego naszego. Pani Adeline wraz ze swoją sunią Suzi, postanowiły przenieść się na wieś, a mieszanie sprzedać, co wykorzystał Shan.

OLIVIA
Obejmuję ramieniem dziewczynkę, siedzącą na moich kolanach, jednocześnie wsłuchując się w historię opowiadaną przez Skinny, dziewczynę mojego ojca. Czarnowłosa zaczyna się wiercić, a następnie gryzie mnie w rękę. Spoglądam na nią z wyrzutem.
-Halo, moja panno, co to miało być?- Na jej twarzyczce pojawia się szeroki uśmiech, a ja nie mogę się na nią gniewać.
-Mama!- Elizabeth podnosi się, stając na moich udach i kładzie rączki na moich ramionach, próbując utrzymać równowagę. Chwytam ją w pasie, nie pozwalając by upadła. Zaraz potem wskazuje na coś za moimi plecami.- Baba!- Odwracam się i dostrzegam za mną Constance, niosącą kubek.
-Witałaś się już ze mną, słoneczko.- Kobieta podchodzi bliżej i cmoka swoją wnuczkę w główkę.
-Mamo- Odzywa się Shannon.-Lepiej będzie jeśli usiądziesz, bo chcemy wraz z Emmą wam coś ogłosić.- Wpatruję się w niego i jego dziewczynę, podejrzewając o co może im chodzić chodzi.- Dla tych, oczywiście, którzy się jeszcze nie domyślili, a pewnie chyba każdy sam to już wydedukował, spodziewamy się bliźniaków.- Uśmiecham się szeroko, bo odkąd tylko porównałam wielkość brzucha Ludbrook i Bosanko, byłam przekonana, że Shan doczeka się dwóch potomków, a nie jednego.
-To cudownie!- Connie ponownie się podnosi i najpierw ściska blondynkę, a potem swojego starszego syna.- Tak szybko dorośliście!- Składa dłonie jak do modlitwy, przenosząc wzrok z perkusisty na Jareda, a następnie na Tomo, który akurat szczerzy ząbki ze szczęścia.
-Mamo…- Jęczy mój mąż.- Już dawno jesteśmy pełnoletni.
-Pełnoletni, to wy sobie możecie być.- Szarowłosa mierzwi mu włosy.- Dopiero teraz widzę, że zachowujecie się jak mężczyźni, a nie jak mali chłopcy.- Parskam śmiechem, podobnie jak dwie ciężarne.
-Właściwie, to oni czasem zachowują się jeszcze gorzej niż dzieci.- Komentuje Emma, a nam, z Vicki zostaje jedynie potwierdzić jej słowa.
-No dobrze, może rzeczywiście przesadziłam, ale i tak jestem z was dumna.- Wysyła synom i gitarzyście szczery uśmiech, a gdy kobieta siada na swoim miejscu, tuż obok Carla, do salonu wchodzi Karen z przebranym już Henrym.
-Ash!- Woła czarnowłosa, która przez całe ogłoszenie siedziała spokojnie. Znów zaczyna się kręcić, a przede mną pojawia się chłopiec.
-Pobawię się z nią, dobrze, ciociu?- Pyta, a ja podnoszę się i po chwili odkładam córkę na dywan obok stołu, tak żeby na nią mieć oko. Syn Rudej i Jacka siada tuż obok Elizabeth i podaje jej pluszową żyrafę. Zostawiam ich samych, wracając na swoje miejsce obok Jareda, którego pochłonęła rozmowa z moim dziadkiem. Sama zaczynam rozmowę z Bradem z Linkinów.

JARED
Wkładam ostatni talerz do zmywarki i prostuję się. Jedynym plusem tak dużej ilości gości jest to, że większość postanowiła pomóc w sprzątaniu. Dlatego właśnie po pół godziny nie ma już właściwie śladu po przyjęciu. Napełniam czajnik wodą i po upewnieniu się, że za kilka minut będzie ona zagotowana, wychylam się z kuchni do salonu, gdzie na dywanie siedzą dzieciaki, a na sofie półleżą “opiekunki”, zajęte rozmową.
-Moje panie, macie może ochotę na herbatę?- Emma i Vicki odwracają głowę w moim kierunku.
-Skoro proponujesz, to czemu nie?- Blondynka uśmiecha się szeroko, głaskając po brzuchu, w którym tkwi nie jeden, a dwoje potomków mojego brata.
-W takim razie, ja też poproszę.- Odzywa się żona gitarzysty, a z piętra schodzi Emily.
-Victor wam nie przeszkadza?- Zwraca się do ciężarnych, a te zgodnie kiwają głową.- Możecie go jeszcze moment przypilnować?- Robi proszącą minę.
-Pewnie. I tak już tu mamy przedszkole.- Uśmiechają się do niej.
-Emily, herbata?- Pytam.
-Nie, dzięki.- Odrzuca moją propozycję, ale z góry dociera do mnie krzyk mojej żony.
-Jay, zrób mi kawę!- Śmieję się cicho.
-Mi też możesz zrobić!- Odzywa się w tej samej chwili Shannon i White. Wracam do kuchni, zanim zapomnę, kto co chce. Wystawiam z szafki sześć kubków i do trzech wsypuję zmielone ziarna kawy, a do pozostałych herbatę. Czekam jeszcze, aż woda się zagotuje, a potem zalewam naczynia. Robię dwie rundki, żeby przenieść napoje do salonu, a gdy już wszystkie stoją na szklanym stoliku, łapię jeden z nich i uważając, by nie rozlać ani kropelki, wchodzę po schodach.
-Lee, gdzie jesteś?- Wołam, a z naszej byłej sypialni wychyla się głowa mojej żony. Uśmiecham się na jej widok i wręczam kubek.
-Dziękuję.- Całuje mnie delikatnie, po czym ponownie znika w pomieszczeniu. Wracam do salonu i po szybkich oględzinach, dochodzę do wniosku, że wszystko jest już wysprzątane, więc siadam na dywanie, koło dzieciaków. Victor i Henry podają Luckie ciągle jakieś zabawki, żeby ta się nie nudziła. Dziewczynka nagle traci zainteresowanie chłopcami i na czworaka podchodzi do mnie. Siada obok i wystawia w moim kierunku palec.
-Tata.- Mówi, a ja otwieram usta, nie wiedząc co mam zrobić. Odwracam się na boki, szukając jakiś świadków tego zdarzenia i dostrzegam uśmiechniętą Emmę i Vicki.- Tata.- Powtarza niebieskooka.
-Tak, kochanie?- Zwracam się do niej z uśmiechem dumy na ustach.