POSTACIE Strona głóna

niedziela, 25 września 2016

63. MELODY

17 maj 2008



Budzi mnie gwałtowne szarpnięcie. Otwieram oczy. Nade mną pochyla się Olivia. Jej twarz jest wykrzywiona z bólu. Siadam i z troską pytam:
-Aniele, co się dzieję?- Czarnowłosa łapie się za brzuch.
-Nie wiem, ale boli.- Jęczy.- Zrób coś, proszę.
-Jedziemy do szpitala.- Mówię głosem nie znoszącym sprzeciwu, ale ona tylko kiwa głową.
Jak najszybciej się da, ubieram dżinsy i bluzę i z dziewczyną pod ręką idziemy do garażu. Pomagam jej usiąść na miejscu pasażera, a sam zajmuję miejsce za kierownicą. Wyjeżdżam na ulice Los Angeles. Kieruję się do tego samego szpitala, do którego zabrali matkę Olivii po wypadku. Staram się jechać uważnie, jednak przekraczam dozwoloną prędkość. Po kilku minutach jesteśmy na miejscu. Lekarze od razu zabierają czarnowłosą na sale, a mi każą czekać na korytarzu. Siedzę tak, już jakąś godzinę, aż w końcu w kieszeni wyciągam BlackBerry. Jak dobrze, że wczoraj go z tamtą nie wyciągałem. Jest czwarta nad ranem, ale mimo wszystko w kontaktach wyszukuję numer Shannona. Odbiera po chwili.
-Czego? Jest środek nocy…- Mruczy zaspany.- Coś się stało?
-Jestem w szpitalu.- Odpowiadam.- Coś z Olivią. Shan, boję się.
-Gdzie jesteście? Zaraz tam będę.- Słyszę jak wstaje z łóżka i zapewne szuka ciuchów.
-St. Vincent Medical Center. – Podaję nazwę szpitala.-Dam sobie radę- Dodaję, ale słyszę jedynie dźwięk rozłączonego połączenia. W tym samym momencie z sali, do której ją zabrali wychodzi kobieta w białym fartuchu.
-Pan Leto?- Pyta, a ja automatycznie wstaje z krzesełka. Kiwam głową, potwierdzając.- Pani Richardson zaczęła rodzić. Są pewne komplikacje, ale robimy co możemy.- Odwraca się i odchodzi. Drzwi znów się zamykają. A ja zajmuję swoje poprzednie miejsce.
Opieram głowę o ścianę i zamykam oczy. Przypominam sobie ostatnie USG, na którym dowiedziałem się, że będę miał córeczkę. To było najlepsze uczucie na świecie. W mojej głowie od razu zaświtał pomysł na imię: Melody. Coś związanego ze mną, z moim światem. Olivia była zachwycona tym pomysłem. Tak jak reszta. Moja córeczka, mój skarb. Tylko to dopiero siódmy miesiąc. Jak to możliwe, żeby już zaczęła rodzić?
-Jared!- Słyszę głos mojego brata. Odwracam głowę w prawo. Moment później mężczyzna jest obok mnie.- Co się dzieje?
-Olivia rodzi.- Odpowiadam z lekkim uśmiechem.- Zdaje się, że Melody jest tak samo niecierpliwa jak jej mama.
-Trochę za wczesno.- Siada na krzesełku obok mnie. Skupiam się na ścianie naprzeciwko. Jest pomalowana na jasnożółty. Innymi słowy, po prostu obrzydliwy.- Jay, odleciałeś.- Spoglądam na Shannona, który zdaje się coś do mnie mówił.
-Przepraszam.- Mruczę, drapiąc się po lekkim zaroście.
                                *                      *                      *
Przyglądam się lekarce z niedowierzaniem, trawiąc to co przed chwilą powiedziała. Ale to jest tak absurdalne, że nie mogę sobie tego uświadomić. Czuję jej dłoń na moim ramieniu, a potem to współczujące spojrzenie.
-Jared.- Spoglądam na Shana, który stoi koło mnie. Coś do mnie mówi, ale ja nie reaguję. Przecież to niemożliwe, żeby moja córeczka nie żyła. Nie moja córeczka, nie Melody. Z moich oczu wypływają łzy. Płaczę pierwszy raz, od pogrzebu ojca. Tylko wtedy miałem jakieś dziewięć lat, a teraz jestem dorosłym facetem. Lekarka odwraca się, najwyraźniej odchodząc.
-Gdzie Olivia?- Pytam w ostatnim momencie.
-Za chwilę będzie się pan mógł z nią zobaczyć.- Połykam ślinę. Chcę ją przytulić najmocniej jak się da. Podchodzę do ściany i po prostu walę głową w nią. Shannon szarpie mnie za ramię.
-Jared, uspokój się.- Mówi, a ja po prostu wybucham.
-Jak mam się uspokoić?!- Odwracam się w jego kierunku.- Moje dziecko nie żyje! Nigdy nie zobaczę jak Melody stawia pierwsze kroki, jak wypowie pierwsze słowo, jak pójdzie do szkoły, jak umówi się z chłopakiem…- Siadam na krzesełku i chowam twarz w dłoniach.- Nigdy tego nie zobaczę, rozumiesz?- Spoglądam na niego przez łzy.
-Ja też tego nie zobaczę. Ale musisz być silny dla Olivii. Ona cię potrzebuje. Bierz głęboki oddech i idź do niej.- Wciągam powietrze, po czym go wypuszczam, gdy podchodzi do nas lekarka.
-Niech pan za mną idzie.- Mówi, i nie czekając na mnie odwraca się i odchodzi. Doganiam ją. Przez kilka minut wędrujemy jakimiś korytarzami, aż w końcu docieramy do sali. Od razu dostrzegam czarnowłosą. Leży na środkowym łóżku zwinięta w kłębek. Słyszę jej płacz.- Niech pan ją uspokoi.- Wchodzę do pomieszczenia i zatrzymuję się obok dziewczyny.
-Odejdź.- Mruczy, zachrypniętym głosem, jednak ja siadam obok niej. Spoglądam na mnie. Jej oczy są zaczerwienione, a podbródek drży. Pierwsze co rzuca się w oczy to spłaszczony brzuch. A jeszcze wczoraj była w środku nasza córeczka.- Jay, nie ma jej.- Szepcze, siadając.- Nie ma naszej Melody.- Przyciągam ją do siebie i zamykam w szczelnym uścisku.
-Wiem, Aniele, wiem.- Mruczę wprost do jej ucha.
-Nie zostawiaj mnie samej, proszę.
-Nie zostawię cię.
Przez kilka minut siedzimy w tej samej pozycji, jednak w końcu kładziemy się na wąskim, szpitalnym łóżku. Głaskam ją po plecach, aż w końcu zasypia. Ja też odpływam, gdy do pomieszczenia wpada mama. Siada na krześle obok.
-Shannon do mnie zadzwonił.- Mówi szeptem, żeby nie obudzić czarnowłosej.- Powiadomiłam już Terry’ego. Przyleci najbliższym samolotem.- Dostrzegam jej zaczerwienione oczy. Też musiała płakać. Doskonale pamiętam moment, w którym powiedzieliśmy, że będzie miała wnuczkę. Ucieszyła się podobnie jak ja o potomku.- Wstąpiłam do was i przywiozłam jej rzeczy. Ta lekarka powiedziała, że będzie musiała tu zostać kilka dni na obserwacji.
-Dziękuję- Odpowiadam, a moja ręka automatycznie ląduje na brzuchu dziewczyny. Tylko tym razem jest pusty. Nie ma w nim już Melody. Po raz kolejny wyczuwam w oczach łzy.
-Niestety nie mogę powiedzieć, że wiem co czujecie, ale będę wam pomagać dopóki to będzie potrzebne. Zawsze możecie na mnie liczyć. Pamiętajcie o tym.- Unoszę leciutko kąciki ust w górę, po czym zamykam oczy. Tak bardzo bym chciał, żeby to był sen.
                                            *                      *                      *
Wychodzę z sali, zostawiając dziewczynę z mamą. Na korytarzu siedzi Shannon. Mruczę do niego ciche „chodź”, po czym kieruję się w stronę wyjścia ze szpitala. Podchodzimy do mojego jeepa.
-O co chodzi, Bro?- Pyta, siadając na masce samochodu. Robię to samo.
-Masz przy sobie fajki?- Głupie pytanie. On zawsze ma je przy sobie. Kieruję wzrok na niebo usiane gwiazdami. Kilka godzin temu zmarła moja Melody, a ja nie mogę już udawać twardego przy dziewczynie. Shan podaje mi papierosa i zapalniczkę. Po chwili czuję dym w gardle. Palę pierwszy raz od nagrywania „Lord Of War”. Witalij palił, więc ja też musiałem. Dobrze, że nie kazali mi wciągać prawdziwej kokainy.
-Jay, jedź do domu odpocząć.- Mówi, a w jego głosie słyszę troskę.
-Nie zostawię Olivii samej.- Sprzeciwiam się, kierując wzrok na niego. Dzięki tej dziewczynie znów się do siebie zbliżyliśmy.
-Nie zostanie sama. Mogę tu przenocować. I tak nie mam nic ciekawszego do roboty.
-Ty wracaj, a ja tu przenocuję. Odbierzesz rano Terry’ego z lotniska?- Strzepuję popiół z papierosa. W sumie tylko raz się zaciągnąłem. Tyle mi wystarczyło.- Chcesz?- Pytam, wskazując na fajkę, a Shannon ją przejmuje. To jego pozostałość po tych wszystkich nałogach z młodości. Najmniej szkodliwy, ale szkodliwy.
-O której będzie w LA?- Przeczesuję przydługawe włosy, próbując przypomnieć sobie rozmowę z Richardsonem.
-Chyba o dziewiątej.- Odpowiadam w końcu.
-Chyba?- Mrożę brata wzrokiem.- Dobra, o nic więcej nie pytam.- Podnosi ręce w geście obronnym.- Będę na lotnisku punkt dziewiąta.
Wstaję i podchodzę do drzwi samochodu. Otwieram go, po czym ze schowka wyjmuję próbkę perfum Hugo Bossa. Claus-Dietrich Lars, aktualny prezes firmy, już jakiś czas męczy mnie, żebym zgodził się wystąpić w reklamie. Naciskam spust, próbując zakryć zapach papierosów, po czym wrzucam buteleczkę powrotem na miejsce. Zamykam samochód i razem z Shanem wracam do środka. Dziewczyna siedzi na łóżku, obejmując nogi.
-Skoro Jared już jest, ja wracam do domu.- Odzywa się mama, wstając z krzesła. Pochyla się nad czarnowłosą i całuje ją we włosy.- Dobranoc, kochanie.- Wychodzi z sali, przystając chwilę przy mnie. Siadam obok Olivi, a ona kładzie głowę na kolanach.
-Paliłeś?- Pyta, a ja potwierdzam.- To niezdrowe.- Spoglądam na nią. Jej oczy nadal są opuchnięte, ale w tej chwili nie płacze.
-Wiem, ale nie jestem takim twardzielem, jakiego gram przy tobie.- Mówię jej prawdę.- Musiałem jakoś odreagować.
-Doceniam to, że przy mnie panujesz nad sobą. Ja bym tak nie umiała.- Po raz kolejny dostrzegam w jej oczach łzy.- Gdy tylko pomyślę o Mel…- Przytulam ją, nie pozwalając dokończyć zdania. – Jestem taka słaba…- Szepcze.- Co ja takiego zrobiłam, że zabrano mi ją?
-Aniele, to nie twoja wina, to nie nasza wina. Tak miało się stać. Nikt nie mógł temu zapobiec. Ani ja, ani ty, ani nikt inny.- Całuję ją w czoło.
Leżymy na łóżku, w objęciach cały czas trzymam Olivie, chcę żeby wiedziała, że jestem z nią. Połowa mojego ciała wisi nad podłogą, bo chcę żeby miała jak najwięcej miejsca dla siebie. Spoglądam na nią. Zdążyła już zasnąć i bardzo dobrze. Potrzebuje odpoczynku. Ja chyba też, bo po chwili odpływam…

niedziela, 18 września 2016

62. IMIĘ

10 kwietnia 2008


Spoglądam na mężczyznę, który stoi oczarowany, wpatrując się w ekran. Uśmiecham się, widząc, że jest teraz szczęśliwy. Nagle kieruje swój wzrok na mnie, a on łapie mnie za rękę.
-Chcą państwo poznać płeć dziecka?- Pyta lekarka, a ja przyglądam się Jaredowi.
-Jay?- Mruczę.
-Tak, chyba.- Odpowiada niepewnie.
-A więc?- Tym razem spoglądam na kobietę. Moje serce bije jak szalone, bo denerwuję się jak nigdy. Na razie o mojej ciąży wie tylko Constance, Jack i Shann, który pewnie już się domyślił dlaczego tak przytyłam, a będę musiała powiedzieć jeszcze Terremu, czego boję się chyba najbardziej.
-To dziewczynka.- Czuję jak samotna łza spływa po moim policzku. Widzę szeroki uśmiech Jareda, więc chyba się cieszy.
-To koniec badania. Ktoś zadzwoni do pani, żeby ustalić kolejny termin wizyty.- Ścieram żel z mojego brzucha i zakrywam go koszulką, podnosząc się jednocześnie.
-W takim razie do zobaczenia.- Mówię, łapiąc torebkę.- Miłego dnia.
-Dziękuję.- Wychodzimy z gabinetu i powoli idziemy na parking, gdzie Jared zaparkował swój samochód. Wsiadamy do niego w ciszy, a gdy drzwi się zamykają, muzyk odzywa się.
-Będziemy mieć córeczkę.- Spogląda na mnie, a ja chyba nigdy nie widziałam, żeby tak się zachowywał.- Zawsze marzyłem o córce. Musimy wymyślić dla niej imię.- Z jego ust nie schodzi uśmiech.- Może coś związanego z nami?- Bębni palcami o kierownice, jednocześnie myśląc.- Co oboje uwielbiamy?
-Mieszkać w Paryżu?- Unoszę prawą brew w górę, zastanawiając się jak wybrnie z tej sytuacji.
-Nie nazwiemy jej Paris. Jak to Paris mieszkająca w Paryżu?- Odpala samochód.- Może coś związanego z muzyką? Ja śpiewam, ty grałaś na basie, Terry miał kiedyś zespół, Lomax jest muzykiem, Shann, Tomo…- Wymienia, wyjeżdżając z parkingu.- Może, może…- Mruczy i nagle gwałtownie spogląda na mnie.- Nazwiemy ją Melody.- Uśmiecha się szeroko.- Co ty na to?
-Jest idealne.
                                *                      *                      *
Podnoszę się na łokciach, słysząc jak ktoś wchodzi do domu. Czekam aż ktoś się pojawi. Po chwili do pomieszczenia wchodzi Jared razem z Terrym. Uśmiecham się na ich widok.
-Jestem. Przeleciałem cały kraj. Teraz wytłumaczysz mi o co chodzi?- Ojciec zatrzymuję się, kładąc ręce na biodrach. Uśmiecham się szeroko, po czym podnoszę się, a mężczyzna otwiera szeroko oczy.- Czy ja zostanę dziadkiem?- Wskazuje na mój brzuch.
-Chyba na to wygląda.- Podchodzę bliżej, a fotograf zamyka mnie w uścisku.- Chciałam ci też powiedzieć, że nie mogę być dłużej twoją asystentką, bo chyba zostaniemy w LA na dłużej.
-Już dawno przestałaś nią być. Od dwóch tygodni mam nową asystentkę. Który to miesiąc?- Niepewnie dotyka mojego brzucha.
-Początek szóstego. Skoro już tu jesteś, to mam nadzieję, że zostaniesz trochę dłużej. Tęskniłam za tobą, Terry.
-Ja za tobą też. A ty, Leto.- Zwraca się do muzyka.- mam nadzieję, że dobrze opiekujesz się moją córką, bo jak nie…- Przerywam mu.
-Nie kończ. Jay jest najlepszym co mnie w życiu spotkało. Na równi z pracą u ciebie.- Puszczam mu oczko.- Rozgość się i opowiadaj co słychać w NY. Dawno tam nie byłam. Mieszkasz już w studiu?- Siadamy na sofie, na której przed chwilą drzemałam.
-Szczerze? Wszystkie rzeczy już przeniosłem, ale szkoda mi tego mieszania i chyba będę je wynajmować, bo nie jestem stanie go sprzedać. Emily urodziła synka miesiąc temu, wiesz?
-Mam już nawet jego zdjęcia.- Uśmiecham się.- Myślisz, że ja przegapiłam bym takie coś?

czwartek, 8 września 2016

61. URODZINY

25 grudzień 2007


Otwieram drzwi do domu. W holu Olivia wiąże sznurówki swoich czarnych trampek. Wstaje, zabierając z posadzki swoją torebkę. Opieram się o framugę, biorąc ostatni łyk wody. Dziewczyna uśmiecha się, zatrzymując obok mnie.
-Gdzie uciekasz, Aniele?- Pytam, przyciągając ja do siebie. Przychodzi mi to trochę z trudem, bo ciągle dyszę ze zmęczenia. Czarnowłosa wyplątuje się z mojego uścisku.
-Jesteś cały mokry.- Mruczy.- Idę do miasta. Mam kilka rzeczy do załatwienia.- Sprytnie omija mój wzrok. Podnoszę jej podbródek do góry.
-Kiedy wrócisz?- Nadal na mnie nie patrzy.
-Nie wiem. Zadzwonię do ciebie, jak znajdę wolną chwilę.- Całuje mnie w policzek.
-Chcesz samochód?- Pytam, zrezygnowany, opuszczając rękę.
-Nie. Pa.- Odchodzi, nie odwracając się. Zamykam drzwi i zdejmuję buty. Kieruję się w stronę kuchni, gdzie przy kuchence stoi Shannon.
-Cześć, Bro. Chcesz kawę?- Odwraca się w moją stronę.- O fuu… Idź się umyć.
-Zrób, a ja lecę pod prysznic. Nie wiesz, gdzie Olivia poszła?- Rzucam, niby obojętnie. Dostrzegam w jego oczach strach, który po chwili znika, jakby w ogóle go nie było.
-Nie wiem.- Odpowiada, odwracając się do mnie plecami. Wbiegam po schodach na piętro i wchodzę do łazienki. Po szybkim prysznicu, wracam do kuchni. Na blacie leży kubek z parującą cieczą i karteczka z pismem Shan’a:
„Wyszedłem, nie wiem kiedy wrócę. S.”
No, to co? Zostałem sam? Łapię naczynie i wychodzę na taras. Na leżaku, leży mama, czyli jednak nie jestem sam. Siadam obok niej.
-Rozmawiałaś ostatnio w Olivią?- Kobieta uśmiecha się do mnie.
-Martwisz się o nią?- Patrzę na nią z niedowierzaniem.
-Znika codziennie, ciągle się mijamy. Ona wychodzi, gdy ja biegam. Wraca wieczorami. Przyjechaliśmy tu, żeby odpocząć razem, a jej ciągle nie ma. Nie chce mi powiedzieć co robi, więc jak mam się nie martwić. Myślałem, że ty coś wiesz.- Upijam łyk kawy.
-Synku, powiem ci tylko jedno, cierpliwości. Wszystko się ułoży.
-Ale mamo.- Jęczę.- Wolałbym, żebyś zostali jednak w Paryżu.- Mruczę.
-Jared, ty nigdy nie byłeś cierpliwy.
-Jestem tylko ciekawy, czy pamięta o moich jutrzejszych urodzinach. Znaczy nie zależy mi na żadnych prezentach czy coś w tym rodzaju, tylko po prostu o pamięci. Gdyby mnie tak obudziła rano i szepnęła na ucho: „Wszystkiego najlepszego”.- Rozmarzam się.- A ja bym ją wtedy uściskał, pocałował…
-Oh Jay, mój ty romantyku…
                                *                      *                      *
Przysypiam na sofie, czekając na Olivie. Wszyscy gdzieś wyparowali. W końcu drzwi się otwierają. Podnoszę się do pozycji siedzącej, a do środka wchodzi dziewczyna. Podchodzi do mnie i opiera swoje łokcie na oparciu. Uśmiecha się do mnie.
-Chodź się przejść.- Mówi, nachylając się nade mną. Kładę głowę z powrotem na poduszce.
-Nie chce mi się.- Mruczę, choć nie do końca tak jest. Poszedłbym za nią na koniec świata.- A poza tym już po 22.- Dodaję, przymykam powieki.
-Stary leń się z ciebie zrobił.- Umiem sobie wyobrazić, jak prostuje się i wywraca oczami.
-Tylko nie stary.- Otwieram oczy, znów się podnosząc.- I wypraszam sobie tego lenia.- Moja głowa ląduje z powrotem na poduszce.
-To chodź ze mną. Mam ochotę się z tobą przejść.- Jęczy.
-Czekałem, aż zadzwonisz.- Odzywam się po dłuższej chwili. Siadam, spuszczając nogi na dywan. Nachylam się patrząc na moje tęczowe skarpetki.
-Przepraszam. Byłam zajęta.- Siada obok mnie i opiera głowę na moim ramieniu.- Trochę cię zaniedbałam przez te kilka dni.- Splata nasze palce.- Przepraszam.- Patrzę na nią. Z koka wypadł jej kosmyk włosów. Zakładam go za ucho.
-Nie przepraszaj.- Całuję ją w skroń.- Przecież wiesz, że nie umiem się na ciebie gniewać.- Na moich ustach pojawia się delikatny uśmiech.- To co, idziemy?- Pytam, ciągnąc ją za rękę. Czarnowłosa ze śmiechem wstaje, po czym wtula się we mnie.
-Jared?- Szepcze, spoglądając na mnie.
-Tak?
-Kocham cię.- Całuję ją w czoło.
-Ja ciebie też kocham, Aniołku.- Odpowiadam.
Zanim wychodzimy, idę jeszcze do sypialni po jakąś bluzę. Wybieram niebieską z napisem „Holy Guacamole”. Do kieszeni wsadzam moje ukochane BlackBerry. Dziewczyna zakłada swoją lustrzankę na szyję. Jesteśmy gotowi.
Przez około dwie godziny spacerujemy po różnych ulicach, o których nawet nie wiedziałem, aż docieramy do Hollywood Walk Of Fame. Przechodzimy obok Dolby Theatre, a potem koło Starbucksa skręcamy na lewo w N McCadden (Nazwa ulicy). Stajemy przed jakimś budynkiem. Czarnowłosa spogląda na zegarek w komórce. Jest 23:57. Chowa telefon do kieszeni i bez zapowiedzi zatapia się w moich ustach. Oddaję pocałunek, gdy rozbrzmiewa piosenka „Highway To Hell”. Olivia odrywa się ode mnie i odbiera, a ja mruczę z niechęcią.
-Halo?... Jesteśmy na N McCadden… Dobrze, zaraz wracamy.- Rozłącza się.- Connie dzwoniła.- Oznajmia i łapie mnie za rękę. Robimy kilka kroków w kierunku Walk Of Fame i niespodziewanie ciągnie mnie do budynku, pod którym staliśmy.
-Co ty robisz?- Pytam, potykając się o własne nogi. Jedyny blask daje latarnia uliczna.
-Cierpliwości.- Nie puszcza mnie. Przez kilka minut, idę, zdany jedynie na nią. Tym razem kompletnie nic nie wiedzę, bo światło nie dociera tak głęboko. Dziewczyna zatrzymuje się bez żadnego ostrzeżenia, przez co na nią wpadam.- Jesteśmy na miejscu.
Po jej słowach, na ścianach rozbryzgują białe światełka, oświetlające jednocześnie tłum ludzi po środku pomieszczenia i zdjęcia, wiszące na ścianie. Na większości z nich jestem sam, na innych ze znajomymi, rodziną. Obracam się wokół własnej osi. Powoli przyzwyczajam się do częściowego oświetlenia. Przyglądam się zdjęciom. Poznaję je. Większość z nich robił mój Aniołek. Spoglądam na nią. Patrzy na mnie się z uśmiechem.
-Wszystkiego najlepszego, Kochanie.- Podchodzi do tłumu. Zauważam w nim moich najbliższych przyjaciół. Nagle wszyscy zaczynają śpiewać „Happy Birthday”, a w moich oczach pojawiają się łzy wzruszenia. W między czasie w moją stronę podchodzi mama i Shannon z wielkim tortem.
-Życzenie i dmuchaj.- Mówi Shan, a ja zdmuchuję świeczki, myśląc: „Niech będzie, tak jak było”.- I nie płacz. Nie wypada facetowi. Szczególnie, takiemu staremu, jak ty.
-Nie jestem stary…- Mruczę, ale z mojej twarzy nie znika uśmiech.
Przez jakieś pół godziny jestem ściskany przez dużą liczbę zaproszonych osób, w tym między innymi całe Linkin Park i Red Hot Chili Peppers, Emma, Tomo, Vicki, Jamie, Babu, Chloe, Henrego, Jake, Patricka i nawet Matt się pojawił. Tylko Olivia gdzieś zniknęła. Po nieudolnych poszukiwaniach, wpadam na mamę.
-Nie widziałaś Olivii?- Pytam. Kobieta uśmiecha się do mnie promiennie, po czym wskazuje na jakieś drzwi, których wcześniej nie zauważyłem. To dlatego, że idealnie zlały się z białymi ścianami.- Dziękuję.- Wchodzę do pomieszczenia, do którego zostałem skierowany. Przed kilkoma monitorami siedzi czarnowłosa, w towarzystwie swojego ojca, który ponoć od dwóch tygodni miał być w Londynie na jakieś sesji.
-Jak to jeszcze nie wyświetliłaś tytułu wystawy?- Pyta mężczyzna, z lekkim oburzeniem.- On jest najlepszy. Powinien być na samym początku.
-Terry, to wszystko jest dokładnie zaplanowane.- Jęczy. Nawet mnie nie zauważyli. Opieram się o ścianę.- Cholera, gdzie on się podział? Teraz miał być wielki finał. Widzisz go?- Dokładnie przygląda się ekranom, na których jest wyświetlony monitoring.
-Nie. Może gdzieś poszedł?- Chrząkam, a oni momentalnie odwracając się w moim kierunku.  
-O, tu jesteś.- Mruczy, wstając z fotela i podbiega do mnie.- Podoba ci się niespodzianka? To dla niej cię zaniedbywałam. Mam nadzieję, że się nie gniewasz?- Zarzuca mi ręce na szyję.
-Nie umiem się na ciebie gniewać.- Szepczę, po czym zatapiam się w jej ustach.- Dziękuję.- Kładę głowę na jej ramieniu, co z daleka może wyglądać śmiesznie, bo dziewczyna jest ode mnie dużo niższa.
-To jeszcze nie wszystko.- Jęczy.- Ale ty jak zwykle musisz wszystko popsuć.- Wbija swój palec w moją klatkę piersiową. Wybucham śmiechem.
-No wiesz? Jestem jubilatem.- Mruczę, unosząc głowę. Patrzę wprost w jej oczy.
-Wynoś się stąd.- Mówi spokojnie. Robię zdziwioną minę.- No, już.- Macha ręką w kierunku drzwi.- Będziesz mógł tu wrócić zaraz po wielkim finale.
-Ale…- Chcę się sprzeciwić, jednak ta po prostu wypycha mnie z pomieszczenia w akompaniamencie śmiechu Terry’ego. Wpadam na Tomislava.
-Co ty tak się zjawiasz niepostrzeżenie jak jakaś wiedźma?- Na jego ustach pojawia się uśmiech. Czy on kiedykolwiek się nie uśmiecha?
-Olivia…- Jęczę, wskazując na drzwi.
-Uuu… Sami w ciemnym pokoju?- Rusza brwiami, a ja mrożę go wzrokiem.
-Demon tam jest.- Mruczę, a on wybucha śmiechem.
-Przed Richardsonem nigdzie się nie ukryjecie.- Ciągnie mnie do głównej sali.
Po drodze dokładniej przyglądam się zdjęciom. Na jednym z nich śpię, przykryty kołdrą po uszy, na innym jem popcorn wpatrzony w telewizor, co wygląda naprawdę śmiesznie. Na kolejnym przysypiam na schodach pod kamienicą, w której mieszkamy w NY. Pamiętam ten dzień. Umówiłem się z Olivią, jednak sesja się ociupinkę przeciągnęła. Mimo wszystko, czekałem na nią, a potem zamówiliśmy pizze i jedliśmy ją, oglądając jakiś durny film. Czułem się wtedy jak zakochany szczeniak i to uczucie chyba mnie nie opuściło do teraz. Na jeszcze jednym czarnowłosa śpi na moich kolanach. To zdjęcie zrobił akurat Terry.
Docieramy do sali, gdzie goście popijają szampana z kieliszków. Jak się dowiedziałem całe Red Hot Chili Peppers musiało już iść, bo następnego dnia mają koncert. Rozmawiam po kolei z każdym, aż w pewnej chwili u góry, nad zdjęciami z koncertu w LA, gdy po raz pierwszy powiedzieliśmy sobie te magiczne słowa „Kocham cię”, zapalają się różowe żarówki, tworząc napis „Be my love”. Stoję, gapiąc się w ten napis, do momentu, gdy obok nie pojawia się dziewczyna. Łapię ją w ramiona, a wszyscy wybuchają śmiechem.
-Kocham cię.- Mruczę, całując ją.- Jesteś najlepszym co mnie w życiu spotkało.- Dodaję.
-Wnioskuję po twoim zachowaniu, że podoba ci się.- Odrywa się ode mnie.
-Ty w to jeszcze wątpisz? Dziękuję, że to dla mnie zrobiłaś.
-Nie tylko ja. Connie mi pomagała, zresztą tak jak Shannon, Terry, Emma, Tomo, Vicki… Tak właściwie wszyscy. Jak przylecieliśmy tu, większość była już gotowa. Wystarczyło zawiesić zdjęcia i zamontować żarówki. No i pozbyć się wszystkich sztucznych drzewek…- Mówiąc to, czarnowłosa odwraca się w stronę swojego ojca.
-To nieprawda.- Sprzeciwia się moja mama.- Ona zrobiła to wszystko sama.- Dziewczyna mrozi ją wzrokiem.- My tylko znaleźliśmy to miejsce, a Terry oprawił zdjęcia, które przygotowała.- Mówi, a wszyscy kiwają głowami, na potwierdzenie. 
                                *                      *                      *
Po raz kolejny wchodzę do pomieszczenia z monitorami. Na sofie, stojącej w kącie, śpi Olivia. Uśmiecham się pod nosem i biorę ją delikatnie na ręce. Idę w kierunku wyjścia. Na zewnątrz czeka na nas Terry z taksówką. Wsiadam do samochodu, a mężczyzna wraca by pogasić światła i pozamykać. Gdy wraca, ruszamy w drogę. Podrzucamy go do hotelu. Po kilku minutach jesteśmy pod domem. Płacę kierowcy, a on odjeżdża. Wchodzę do domu, starając się być jak najciszej. Zanoszę ją do sypialni i kładę na łóżku, a ta cicho mrucząc, przekręca się kilka razy. W końcu ustawia się w najwygodniejszej pozycji. Ściągam ciuchy i kładę się obok niej. Po chwili śpię.

niedziela, 4 września 2016

DODATEK 10



Wchodzę do małej kamienicy na obrzeżach miasta. Wspinam się na trzecie i jednocześnie ostatnie piętro budynku, w między czasie zaplatając sobie warkocza. Otwieram drzwi do mieszkania i od razu do moich uszu docierają dziwne dźwięki, które mogą być tylko jednym. Przełykam ślinę i idę dalej, doskonale zdając sobie sprawę z tego, co zastanę. Biorę głęboki wdech, wchodząc do sypialni chłopaka, który pieprzy właśnie jakąś dziewczynę. Oboje spoglądają na mnie ze strachem. A więc, to Alyson nabrała się na ten jego słodki uśmieszek.
-Nie przerywajcie sobie. Przyszłam tylko zabrać swoje rzeczy.- Łapię mój zeszyt z notatkami z zajęć, leżący na biurku.
-Kotku, ale to nie tak jak myślisz.- Zaczyna blondyn.
-Gdybyś znalazł jeszcze coś mojego, to oddasz mi na zajęciach.- Zagryzam wargę i wychodzę. Już nawet nie płaczę. Mogę skreślić z listy tego dupka. Zbiegam w dół i kieruję się w stronę najbliższego przystanku. Chociaż i tak spóźnię się na zajęcia, więc może je sobie dzisiaj odpuścić? Na przystanek zajeżdża autobus, zatrzymujący się w centrum, więc bez zastanowienie wsiadam do niego.
Po jakim czasie docieram do baru, który pierwszy pojawił mi się w myślach. Po metalowych schodkach wchodzę w dół. Przy barze jak zwykle stoi Patrick, więc podchodzę bliżej.
-Lee, a ty nie na zajęciach?- Pyta na wstępie, marszcząc brwi. Rozbieram kurtkę i odkładam ją na stołku obok.
-Wagary.- Wzdycham.- Masz sok?- Blondyn nalewa mi do szklanki napoju, ciągle uważnie mi się przyglądając.
-Co się stało? Widzę, że jest coś nie tak.- Opiera łokcie na blacie, a na nich kładzie głowę.
-Scott jutro wyjeżdża na święta do rodziców i chciałam zrobić mu niespodziankę. Wiesz, cały dzień razem. No i przyłapałam go z taką dziewczyną z wykładów.- Upijam łyk.
-To już trzeci, nie?- Potwierdzam, nabierając powietrza do ust, tak, że pewnie wyglądam jak chomik.- Nie martw się, kiedyś znajdziesz kogoś godnego ciebie, a teraz mi powiedz, gdzie mieszka ten dupek, to go załatwię, tak, że własna matka go nie pozna.- Mówi całkiem poważnie, a ja wybucham niekontrolowanym śmiechem.- No co? Musi jakoś za to zapłacić.- Wzruszam ramionami.
-Jego ojciec jest gliną. Jeszcze trafisz za kraty za pobicie i kto będzie barmanem? Ale dziękuję za dobre chęci.- Uśmiecham się szeroko.
-Nie wyglądasz na zranioną osobę. Prędzej wyobrażam sobie jak ktoś płacze w kącie, a nie siedzi tu z uśmiechem od ucha do ucha.
-Bo właśnie sobie uświadomiłam, że Scott jest debilem, który nawet porządnego zdjęcia zrobić nie umie. Jestem ciekawa, co on robi na tym kierunku.- Nagle to Pat zaczyna się chichrać.
-Uwierz, takie osoby czasem się tam trafiają.

60. SUSHI DLA WEGANÓW

8 grudzień 2007


Wchodzę do mieszkania, gdzie przed laptopem siedzi Olivia. Odwraca się, po czym szybka go zamyka. Rozbieram kurtkę i buty w przedpokoju, gdzie zostawiam również mój plecak.
-Co tam chowasz, Aniołku?- Pytam, podchodząc do niej.
-Szukam sobie nowego faceta, bo ty mi się już znudziłeś.- Odpowiada, całując mnie w policzek, po czym odsuwa się z obrzydzeniem.- Zimny jesteś.- Mruczy, przekładając sprzęt na stolik.- Zrobiłam sushi.- Wstaje z sofy i otrzepuje się z okruchów, pochodzących zapewne z moich krakersów.
-Sushi dla weganów?- Opieram się o barek, dzielący salon z kuchnią, po czym przyciągam ją do siebie.
-Zamiast ryby dałam marchewkę.- Tłumaczy, opierając głowę na moim torsie.- Jak było na planie?
-Okropnie. Dłużej trwałą charakteryzacja, niż całe kręcenie.- Mruczę.- A ty co robiłaś cały tydzień? Miałaś jakieś sesje?
-Miałam kilku gości.- Uśmiecha się szeroko. Całuję ją w szyję, ale zaczyna się wiercić.- Ziemny jesteś.- Jęczy, a mój brzuch daje o sobie znać. Wyrywa mi się.
-Słyszę, że głodny jesteś.- Na blacie stawia jeden duży talerz.- Sprawdź czy jest coś ciekawego w telewizji.- Siadam na sofie i biorę pilot do ręki. Włączam telewizor i skacze po programach, szukając czegoś ciekawego. W końcu trafiam na „Amelia”
-Może być?- Pytam, a ta siada obok mnie z sushi, w których środku jest marchewka.
-Lubię ten film.- Kładzie talerz na moich kolanach. Łapię kawałek posiłku w palca i wsadzam go do ust. Czarnowłosa robi to samo.
-Pyszne.- Cmokam ją w policzek.
-Constance dzwoniła. Pytała czy zjawimy się w LA na święta, bo nie jest pewna czy skończysz kręcić do świąt.
-A co z Terry’m? Zostawisz go samego w Nowym Yorku?- Pytam, kontynuując jedzenie.
-Jeśli pojedziemy, to zabierzemy go ze sobą.- Opiera się o moje ramie.- To jak?
-W sumie, czemu nie? Myślę, że powinniśmy skończyć kręcenie do tego czasu.
-To oddzwonimy do niej jutro. Jeszcze tylko trzeba się spytać ojca czy jedzie z nami.- Nagle po całym mieszkaniu rozbrzmiewa piosenka „Highway to Hell” AC/DC, która jest dzwonkiem Olivii. Dziewczyna zrywa się z sofy i przeszukuje najbliższe miejsca, w którym telefon mógłby się „ukrywać”. Śmieję się pod nosem i przesuwam lekko, odkładając pusty już talerz na szklany stolik. Wyjmuję jej komórkę, która była wsunięta między siedzenie, a oparcie i macham nim w jej stronę. Łapie go i odbiera.- Terry?... O co chodzi?... Nie teraz, jutro zdradzę ci wszystkie szczegóły…
-Spytaj go o te święta.- Szepczę w jej kierunku.
-Terry, chcesz pojechać z nami na święta do LA?... Na pewno? Będzie mi głupio, w święta bez ciebie…- Wraca na miejsce obok mnie i podwija nogi.- Jakbyś zmienił zdanie, to mów… Dobra, dobra… Do jutra… Pa.- Czarnowłosa odrywa telefon od ucha i rozłącza się. Kładzie go obok siebie, co zwiastuje kolejne poszukiwania za jakiś czas.- Nie jedzie. Ma sesje w Londynie.- Zwraca się do mnie.
-No cóż, jakoś da sobie radę.- Mruczę, przyciągając ją do siebie.- Tak sobie myślę, może zostaniemy tam do Sylwestra?- Wyłączam telewizor, skoro i tak go nie oglądamy.
-Zobaczymy czy mi Terry pozwoli. Nie mogę zostawić jego studia samego na tak długo.
-To jest naprawdę dziwne, że cię jeszcze nie wywalił. Jesteś strasznym wspólnikiem w biznesie i w zasadzie ciągle jesteś jego asystentką.
-Nie wywali mnie. Jest moim ojcem.- Mruczy.
-Oszukuj się tak dalej. To Demon.
                                *                      *                      *
Dziewczyna leży na moich kolanach i czyta „Kod da Vinci”, którego kupiła w tamtym tygodniu, gdy spacerowaliśmy w sobotę. Ja nie jestem lepszy, bo piszę kolejną piosenkę. Odkąd znów jest przy mnie, ciągle mam jakiś pomysł.
Zauważam jak książka, ląduje na wykładzinie, a czarnowłosa ma zamknięte oczy. Odkładam notes na stolik i delikatnie wstaję. Biorę ją na ręce, a ta mruczy przez sen. Przenoszę ją do sypialni i kładę ją na łóżku. Wygląda tak niewinnie i jednocześnie słodko, że mam ochotę wpatrywać się w nią godzinami.