POSTACIE Strona głóna

czwartek, 25 sierpnia 2016

DODATEK 9



Zamykam książkę i spoglądam na rodziców, którzy cicho dyskutują siedząc na kanapie. Zagryzam wargę, zastanawiając się czy mam im przerwać, czy po prostu iść spać.
-Ale na pewno?- Dopytuję, nawiązując do naszej wcześniejszej rozmowy. Oboje w tym samym momencie odwracają głowę w moim kierunku.
-Nie zmienię zdania. A teraz do spania, mała.- Mama wskazuje na schody na piętro, które doskonale widać z salonu. Z ociąganiem wstaje z fotela, znajdującego się pod ścianą i zanim wychodzę z pomieszczenia, spoglądam jeszcze raz na parę.
-Ale jesteś pewna?- Zagryzam wargę, a ta spogląda na mnie, z takim wyrazem twarzy, że automatycznie kontynuuję swoją podróż. Jakoś w połowie schodów, wołam jeszcze.- Dobranoc.
-Dobranoc.- Odpowiadają, a ja wchodzę do mojego pokoju, pełnego zdjęć różnego rodzaju. Padam na łóżko, po czym spoglądam na zegarek, który wskazuje 23:52. W końcu nie zaszkodzi się spytać jeszcze raz, prawda? Zbiegam więc na dół i staję przed rodzicami.
-A może jednak? Taki dzień jest raz na 1000 lat.- Robię słodką minkę.
-No niech ci będzie, dziecko.- Wymrukuje czarnowłosa.- Ale ruchy, jeśli chcecie zdążyć przed północą.- Klaszcze w dłonie i naraz wszyscy biegną przebrać się z piżamy na coś odpowiedniego. Spotykamy się w kuchni, gdzie ojciec wyciąga z lodówki szampana.
-Tylko nie ma dla ciebie.- Zwraca się do mnie.- Będziesz musiała pić wodę albo sok.
-Tato, ja mam już 22 lata.- Mruczę, a ten zastyga na moment bez ruchu. W końcu odwraca się do mamy.
-Przecież dopiero szłaś do szkoły.- Wymrukuje.
-Czas szybko leci, prawda Terry?- Czarnowłosa uśmiecha się delikatnie wyjmując trzy kieliszki. Podaje mi je, a sama otwiera drzwi do ogrodu. W momencie, gdy siadamy na ławce, na niebie wybuchają sztuczne ognie. Przyglądam się pokazowi. Chyba nigdy nie widziałam nic piękniejszego. Spoglądam na rodziców, którzy siedzą wtuleni w siebie.
-Lee, to dla ciebie.- Ojciec podaje mi małe pudełeczko, które od razu otwieram. Ze środka wyjmuje wisiorek w kształcie trójkąta z poprzeczką pośrodku.
-Co to oznacza?- Pytam, zwracając się do mamy, która jest znawczynią wszelkiego rodzaju symboli.
-Oznacza trójce.- Wypowiada te dwa słowa, a ja całuje ich w policzki, chcąc wyrazić swą wdzięczność. 

DODATEK 8



Podnoszę się z łóżka nie wiedząc czy to wszystko było tylko koszmarem, czy okropną prawdą. Jednak karteczka od muzyka z baru utwierdza mnie w tej okropnej rzeczywistości. W moich oczach pojawiają się łzy, gdy uświadamiam sobie, że już nigdy z nią nie porozmawiam. Podbiegam do telefonu, wiszącego na ścianie w przedpokoju i wykręcam numer do osoby, która zawsze wie co zrobić. Po chwili po drugiej stronie odzywa się zaspany głos.
-Halo?
-Jake, możesz do mnie przyjechać? Potrzebuję cię.- Pociągam nosem.
-Olivia? Będę za dziesięć, do dwudziestu minut.- Rozłącza się, a ja idę do kuchni, skąd doskonale widać podjazd. Zastygam w bezruchu na około piętnastu minut. Ożywam dopiero w ramionach mężczyzny.- Co się stało, maleńka?- Pyta, nie wypuszczając mnie.
-Mama miała wypadek.- Wyszeptuję, chowając głowę w jego ramieniu.- Nie żyje.- Po raz kolejny płaczę jak szalona.- Zostawiła mnie tu samą.
-Nie jesteś sama.- Blondyn całuje mnie we włosy.- Masz nas. Zajmiemy się wszystkim.- Dodaje.- A teraz chodź na górę. Powinnaś się położyć.
-Co chwilę się budzę. Nie chcę tu zostać.- Mruczę.
-W takim razie jedziemy do mnie.- Blondyn przez jakiś czas zbiera moje rzeczy, które następnie wkłada do plecaka. W końcu, obejmując mnie, prowadzi do samochodu. Po piętnastu minutach jesteśmy na miejscu. Starszy Foley przygotowuje łóżko w pokoju gościnnym, a ja przyglądam się temu. W końcu staje przede mną.- Posiedzieć z tobą?
-Nie. Dziękuję.- Ostatni raz wtulam się w Jake, po czym wchodzę pod kołdrę, a on wychodzi z pokoju. Nie zasypiam, nie mogę spać, bo wiem co będzie mi się śnić.

59. GOŚĆ W PARYŻU

4 grudnia 2007


Odkładam kolejną mokrą, już chusteczkę na przepełniony, szklany stolik, gdy po mieszkaniu roznosi się pukanie. Podnoszę się, biorąc głęboki wdech, jednocześnie próbując się uspokoić. Jednak gdy otwieram drzwi, z moich oczu nadal spływają łzy. Za progiem stoi czarnowłosy, którego dostrzegam tylko zamglony kontur. Na mój widok marszczy brwi.
-Jack? Co tu robisz?- Pytam, pociągając nosem.
-Mam koncert we Francji. Dlaczego płaczesz? Coś się stało?- Widzę na jego twarzy zmartwienie.
-Wchodź do środka. Nie będziemy tak stać w progu.- Przechodzimy do salonu.- Napijesz cię czegoś?- Przecieram oczy, ale łzy nie odpuszczają.
-Nawet mnie nie denerwuj. Siadaj i mów co się dzieje.- Sadza mnie na sofie, a sam zajmuje miejsce obok mnie.- Tym bardziej ta sterta chusteczek mnie niepokoi. Zużyłaś całe pudełko?
-Prawie.- Zagryzam wargę.
-Coś się stało z Jaredem? Terrym? Kimś z twojej rodziny?- Dopytuje, a ja przeczę ruchem głowy.- To co się stało?
-Byłam dzisiaj u lekarza…- Zaczynam, ale muzyk mi przerywa.
-Jesteś chora?- Uśmiecham się lekko, widząc jak bardzo się tym przejmuje.
-Nie. Jestem w ciąży.- Po raz kolejny pociągam nosem, a ten znów marszczy brwi.
-Nie cieszysz się?
-Bardzo się cieszę. Nigdy nie byłam tak szczęśliwa, po prostu byłam na USG i słyszałam bicie serca tej małej istotki. Od tamtej pory płaczę.- Wycieram łzy dłonią, po raz kolejny próbując się uspokoić i tym razem mi chyba wychodzi, bo wyrównuję oddech.- Nawet nie wiesz, jak ludzie w metrze się na mnie gapili.- Mężczyzna prycha, całując mnie we włosy.
-Jesteś totalnie niepoprawna. Nawet nie wiesz jak się przestraszyłem.- Kręci głową z politowaniem.- Jak zareagował na to Leto?- White opada na oparcie kanapy.
-Jeszcze nie wie.- Mój przyjaciel unosi prawą brew w górę.- Nie chcę go martwić. Kręci teraz film, ma trasę.- Mruczę.
-Z tego co wiem, to trasa trwa do czerwca, czy nawet lipca, więc raczej nie ukryjesz tego do tego czasu.- Śmieję się.
-Przynajmniej do jego urodzin. Mam nadzieję, że się wtedy zjawisz.- Robię proszącą minkę.- Chociaż w sumie to święta, więc się nie obrażę, ale zrobię ci dużo zdjęć.
-Mam nadzieję.- Uśmiecha się.- A teraz mam ochotę na kawę.- Podnosi się.- Zrobić ci?
-Ja zrobię.- Mówię, idąc jego przykładem.
-Poradzę sobie. Ty nie możesz się teraz przemęczać.- Krzywię się, mimo wszystko podążając za nim do kuchni. Obserwuje jak przeszukuje szafki, szukając zapewne kubka.
-Właśnie dlatego nie mówiłam o tym Jaredowi. Jesteście tacy sami.- Podchodzę do niego i otwieram szafkę, w której przetrzymuję kolekcje naczyń, poszukiwanych przez niego. Wyjmuję dwa z nich. Jeden z Kubusiem Puchatkiem, kupiony na targu, gdy zwiedzaliśmy Paryż w wolny weekend z Jayem i drugi z Kłapouchym z tego samego miejsca, ale kupiony kiedy indziej.
-Martwimy się o ciebie.- Wzrusza ramionami.- Porównujesz mnie do tego pesymisty?- Wskazuje na rysunek na kubku.
-Tak, a siebie do grubego Kubusia. Ty to masz czasem kosmiczne pomysły.- Mruczę.
-No co? Za niedługo będziesz miała jeszcze większy.- Na jego twarzy pojawia się szeroki uśmiech.
-Czy mi się zdaje, czy robisz się coraz wredniejszy?- Opieram się o blat, jednocześnie wrzucając do mojego naczynia torebkę z herbatą.
-Tak to już bywa. Gdzie trzymasz kawę?
-Stoi przed tobą, ślepcu.- Wskazuje na słoik ze zmielonymi ziarnami, znajdujący się centralnie przed muzykiem.- Do kiedy będziesz w Paryżu?
-Jutro z samego rana lecę z Meg do NY, a czemu pytasz?- Robię dziubek, zastanawiając się nad jedną rzeczą.
-Macie jeszcze miejsce w bagażu?- Przyglądam się jak zalewa nasze kubki wodą.
-U mnie w torbie jest sporo miejsca. Zgaduję, że mam coś przekazać twojemu ojcu?
-Chyba za dobrze mnie znasz.- Łapię swoje naczynie i kładę je na stole. John idzie moim przykładem.- Znalazłam na targu białe i różowe światełka, które mi się przydadzą. Dałbyś radę je przewieść, tak, żeby coś z nich zostało?
-Myślę, że to da się zrobić, aczkolwiek zdjęcia z niespodzianki muszą trafić do mnie, bo ciekawi mnie w jaki sposób to zaplanowałaś.

piątek, 19 sierpnia 2016

DODATEK 7



Wchodzę do budynku, w którym kazał wstawić mi się ojciec. Przy ścianie naprzeciwko wyjścia stoi wielkie biurko, a za niego wystają blond włosy. Podchodzę bliżej i dostrzegam dziewczynę mniej więcej w moim wieku.
-Przepraszam.- Odzywam się.- Gdzie znajdę Terrego Richardsona?- Dziewczyna podnosi na mnie swój wzrok.
-Studio jest na piętnastym piętrze.- Odpowiada, uśmiechając się.- Wybrałaś sobie zły dzień. Od rana wchodzi wkurzony. Chociaż wystawa się podobno udała.
-Ja nie na sesję.- Zagryzam wargę.- Jestem jego nową asystentką.- Unoszę lekko kąciki ust w górę.
-W takim razie, dziewczyno, uciekaj póki nie jest za późno, bo potem będziesz tego żałować.
-Obawiam się, że już jest za późno.- Zagryzam wagę, co stało się już moim zwyczajem.
-W takim razie witam na 155th Sixth Avenue. Mam nadzieję, że nie uciekniesz po tygodniu. Jestem Emily Anderson.- Wyciąga rękę w moją stronę, więc ją ściskam, przedstawiając się.
-Olivia Richardson.
-Ale zbieg okoliczności. Macie takie samo nazwisko.- Blondynka parska śmiechem, a ja postanawiam nie wyprowadzać jej z błędu. Do budynku nagle wbiega jakiś mężczyzna, ubrany na czarno, z takiego samego koloru włosami, odstającymi na wszystkie strony, na których znajduje się kapelusz.
-Przepraszam, gdzie jest studio Richardsona?- Pyta, zatrzymując się na środku pomieszczenia.
-15 piętro.- Odpowiada po raz kolejny dziewczyna, a ten rusza w kierunku windy.
-Niech pan poczeka. Jadę z panem.- Zrywam się i podbiegam do mojego towarzysz podróży. Wchodzimy do metalowej klatki, a ja wciskam numer piętra.
-Pani też na sesje?- Zaczyna rozmowę, uśmiechając się.
-Nie, jestem jego nową asystentką. Dlaczego wszyscy myślą, że idę na sesję?- Pytam na głos.
-Bo jest pani trochę wychudzona. Niczym te całe modelki.- Spoglądam w dół i dostrzegam przylegającą, czarną koszulkę, pod którą w zasadzie są same żebra.
-Jakoś ostatnio nie mam apetytu.- Wymrukuję, spuszczając wzrok.
-Chyba ostatnie pół roku.- Dopowiada, a ja gwałtownie unoszę głowę.- Zgadłem? A tak w ogóle jestem Jack albo John.
-Nie jesteś pewien czy co?- Śmieję się, podając mu dłoń.- Olivia.
-Oficjalnie John, dla reszty Jack.-Wzrusza ramionami, a ja sobie coś uświadamiam.
-Rozumiem, chyba. Jack White, tak?- Upewniam się.
-To ja. Do usług.- Winda zatrzymuję się, a on jak przystało na gentelmana przepuszcza mnie.- Jeszcze nie poznałem twojego nazwiska.- Przed nami nagle wyrasta Terence.
-Richardson, Olivia Richardson.- Mówię. Ten spogląda na mnie, po czym na fotografa.
-Nie wiedziałem, że masz córkę.- Zwraca się do ojca.- Macie takie same oczy.

DODATEK 6



Ubieram się w czarne dżinsy i tego samego koloru koszulkę, po czym wychodzę z domu. Po drodze, między piętrami, spotykam moją sąsiadkę z naprzeciwka ze swoją nieodłączną towarzyszką.
-Na zakupy?- Pyta z uśmiechem.
-Nie tym razem. Idę spotkać się z ojcem.- Salutuję jej, a ta ze śmiechem wspina się dalej po schodach. Taksówka dociera do miejsca wystawy, a ja niepostrzeżenie wślizguję się do środka. Zatrzymuję się przy szwedzkim stole, na którym stoją świece. Nagle obok mnie zjawia się ochrona.
-Kim pani jest?- Pyta, łapiąc mnie za ramię.
-Ja? Przyszłam do Terrego Richardsona. Muszę z nim porozmawiać.- Tłumaczę.- Czy mógłby go pan znaleźć?- Uśmiecham się słodko, a ten puszcza mnie.
-O czym chciała pani z nim porozmawiać?- Mężczyzna jest dość podejrzliwy, co mnie wcale nie dziwi.- Jest pani modelką albo aktorką?- Przygląda mi się uważnie.
-Nie, ale zapewniam pana, że Terry doskonale mnie zna.
-Ale niech się pani nie rusza, dobrze?- Wskazuje na mnie palcem.- Zaraz wracam.- Odchodzi, ale co chwile spogląda czy stoję na swoim miejscu. Po dziesięciu minutach ojca, ani ochroniarza nie widać, a zginąć chyba nie zginęli. Odwracam się szukając ich wzrokiem, przez przypadek strącając świeczkę, która zapala sztuczną palmę. No i co, teraz też mam się nie ruszać? Stoję tak, nie wiedząc co mam zrobić, aż obok mnie ponownie zjawia się ochroniarz. Odsuwa mnie od płomieni, a sam łapie gaśnicę i gasi ogień.
-Przepraszam. Nie chciałam.- Odzywam się, zagryzając wargę.
-Olivia?- Odwracam się, słysząc głos Richardsona.- Co tu robisz?- Uśmiecha się szeroko i obejmuje mnie.- Tęskniłem za tobą, córeczko.- Szepcze.
-Muszę z tobą porozmawiać. Możemy na moment wyjść?- Fotograf prowadzi mnie przed budynek.
-Co u ciebie? Dzwoniłem, ale nikt nie odbierał.- Ponownie mnie ściska.- Co u Elizabeth? Dawno z nią nie rozmawiałem.- Biorę głęboki wdech i zaczynam.
-Mama nie żyje.- Nagle uśmiech na jego twarzy znika, a pojawia się niedowierzanie.- Pijany kierowca potrącił ją, gdy wracałyśmy od Jaka. To było pół roku temu. Od tej pory mieszkam w NY.- Mężczyzna siada na chodniku i chowa głowę w dłoniach.
-El nie żyje? Dlaczego mówisz mi to dopiero teraz?- Spogląda na mnie, a ja dostrzegam łzy w jego oczach.
-Miałeś wystawę, ja nie była gotowa.- Siadam obok niego i opieram się o jego ramię.
-Mogłaś zadzwonić. Pomógłbym ci.- Wymrukuje, ocierając łzy.- Jak sobie poradziłaś z jej stratą?
-Nie poradziłam. Pamiętasz, jak kiedyś bałam sie, w sumie to nie wiadomo czego i lunatykowałam. Znajdywaliście mnie w różnych częściach domu. Od pół roku jest to samo. Dzisiaj obudziłam się pod drzwiami wejściowymi, kiedyś w kuchni, innym razem w łazience.
-Może zamieszkasz u mnie? Będę cię pilnować.- Odwraca się w moim kierunku.
-Tak jest dobrze. Ale szukam pracy. Nikt nie potrzebuje młodego fotografa?
-Wiesz, dobrze trafiłaś. Przydałaby mi się asystentka.

58. TAJEMNICE



26 listopad 2007
Nachylam się nad sedesem i zwracam śniadanie, jednocześnie słysząc jak ktoś wchodzi do mieszkania. Najchętniej spytałabym się kto to, ale nie mogę oderwać się od mojego ostatniego towarzysza.
-Złociutka, nie martw się, to tylko ja.- Słyszę kobiecy głos i od razu rozpoznaję kto jest moim gościem. Byłam na zakupach i przy okazji kupiłam kilka rzeczy dla ciebie.- Constance pojawia się w toalecie, a ja ocieram chusteczką usta i opieram się o ścianę.
-Dziękuję, nie wiem co bym bez ciebie zrobiła.- Mówię, podnosząc się.
-Nadal ci nie przeszło?- Podchodzę do zlewu i łapię szczoteczkę do zębów.
-Nie. To już piąty dzień, jak mnie męczy, ale co dziwne tylko rano.- Szoruję porządnie zęby, a blondynka przez cały czas przygląda mi się dokładnie, widoczne nad czymś myśląc.- Chodź do kuchni. Zrobić ci herbatę?- Pytam, wchodząc do pomieszczenia.
-Poproszę.- Kobieta siada na kanapie w salonie. Wyciągam dwa kubki i po chwili napełniam je wodą. Stawiam je na szklanym stoliku i siadam obok mamy braci Leto.- Olivia, ty jesz cokolwiek? Strasznie zmizerniałaś.
-Robię sobie jakieś jogurty wegańskie, bo tylko to przełknę, ale po chwili i tak ląduje to wszystko w rurach.
-Wiesz, kupiłam ci coś, bo chyba podejrzewam co to może być.- Kobieta zagryza wargę, ale zaczyna przeszukiwać swoją torebkę. W końcu wyciąga z niej jakieś różowe pudełeczko.- Pomyślałam, że może jesteś w ciąży.- Oznajmia, podając mi je. Przyjmuje je będąc w szoku. O tym nie pomyślałam, ale okres mi się spóźnia, chociaż to normalne, bo ciągle się czymś stresuję.
                                *                      *                      *
Podaje kobiecie pudełko z testem w środku i spoglądam na zegarek na nadgarstku.
-Lepiej będzie jeśli ty pierwsza na to spojrzysz.- Mówię.- Boję się.- Dodaję, siadając obok niej.- Jeśli naprawdę jestem w ciąży, to wszystko się zmieni.- Nabieram gwałtownie powietrza, a kobieta przyciąga mnie do siebie.
-Wszystko będzie dobrze. Chyba nikt nie wątpi w to, że będziecie dobrymi rodzicami.- Całuje mnie w czubek głowy.- A Jared zawsze marzył o dziecku. Nigdy o tym nie rozmawialiście?
-Kiedyś, ale wspólnie stwierdziliśmy, że to nie jest odpowiednia pora. On ma trasę, ja studio.
-Na razie musimy sprawdzić co wyszło.- Odsuwam się od Constance, a ta otwiera pudełeczko i wyciąga test. Analizuje pudełko, porównując z wynikiem.
-No i co?- Pytam, z zagryzioną wargą.
-Chyba zostanę babcią.- Kobieta uśmiecha się szeroko.- Już myślałam, że się nigdy nie doczekam.- Całuje mnie w czoło, a ja przymykam oczy, nie wiedząc jak zareagować. Ale przecież zostanę mamą. Powinnam być szczęśliwa. Przykładam dłoń do płaskiego jeszcze brzucha i głaskam go, zastanawiając się kiedy to się stało, przecież zawsze się zabezpieczaliśmy… Oprócz wtedy w moje urodziny. Uśmiecham się jeszcze szerzej. To chyba mój prezent urodzinowy.
-Uwierzyłabyś? Tam ukrywa się malutka istotka.- Po moim policzku spływa samotna łza szczęścia.
-Tak samo zareagowałam na wieść o Shannonie, a potem o Jardzie, tylko w tamtych czasach nie było testów ciążowych.
-W przyszłym tygodniu muszę iść do lekarza.- Koduję w głowię tą informacje.- Potem muszę przygotować wszystko na urodziny Jareda.
-Pomogę ci w tym. Nie możesz się teraz przemęczać, ani tym bardziej stresować.
-Właśnie. Jared. Zaraz powinien tu być, ale on nie może się jeszcze dowiedzieć.
-Dlaczego? Myślę, że powinien wiedzieć.- Spogląda na mnie ze zdziwieniem wymalowanym na twarzy.
-Myślałam, że znasz swojego syna. Pierwsze co zrobi, to powie, że musi mnie pilnować i nie może sobie pozwolić na kręcenie jakiegoś tam filmu i w ten oto sposób zrezygnuje z filmu, którego zdjęcia planowo powinny się skończyć za dwa tygodnie.
-Tu masz racje.
-Mogłabyś wyrzucić test do śmietnika przed kamienicą jak będziesz wychodzić? Nie chcę, żeby go znalazł.
-Oczywiście.- Salutuje mi, a ja unoszę kąciki ust jeszcze wyżej.
-Kiedy lecisz do LA? Muszę wszystko przygotować, tak żeby Jay niczego nie podejrzewał.



JARED




Spinam się po schodach na drugie piętro, po drodze zastanawiając się dlaczego mamy nie było w mieszkaniu. I tak, przez swoją nieuwagę wpadam w kogoś.
-Synuś, uważaj jak chodzisz.- Kobieta klepie mnie po głowie, a ja uśmiecham się szeroko.
-Właśnie od ciebie wracam.- Mówię, całując ją w policzek.- Mam do ciebie sprawę życia i śmierci. Kiedy wylatujesz do LA?
-Za półtora tygodnia.- Odpowiada.- Wiesz, że przed momentem dokładnie o to samo pytała mnie Olivia? Chyba naprawdę jesteście dla siebie stworzeni.- Czochra moje włosy.- O co chodzi?- Przez moment grzebię w moim plecaku, by moment później wyciągnąć z niego małe, bordowe pudełeczko.
-Kupiłem pierścionek. Chcę się oświadczyć, ale dopiero jak skończą się zdjęcia i najlepiej jeśli to będzie w Los Angeles. Wiem, że kocha to miasto, a nie chcę, żeby czegoś podejrzewała, więc może mogłabyś do zabrać ze sobą do Stanów?- Zagryzam wargę.
-Oj, Jared, zastanawiam się kiedy ty tak dorosłeś. Oczywiście, że ci pomogę. Jestem z ciebie bardzo dumna.- Całuje mnie w czoło.
-Ale ani słowa Olivi, dobrze?
-Masz moje słowo, a teraz idź do niej, bo czeka na ciebie. Porozmawiamy kiedy indziej.
-Dziękuję, mamo. Kocham cię.- Uśmiecham się do niej, obserwując jak chowa pudełeczko w torebce.
-Ja też cię kocham, synku, ale teraz biegnij do swojej dziewczyny.- Kobieta znika za rogiem, a ja słucham jej rady i biegiem pokonuje ostanie stopnie do drugiego piętra. Otwieram drzwi i wchodzę do przedpokoju.
-Wróciłem, Aniołku!- Krzyczę, a ona po chwili pojawia się przy mnie i wtula w moje ciało.
-Tęskniłam za tobą.- Całuje mnie gwałtownie, a ja zastanawiam się co skłoniło ją do takiego kroku. Zazwyczaj jest czymś zajęta i po prostu mi odpowie.
-Ja za tobą też. Ale coś się stało?- Odsuwam ja leciutko i przyglądam dokładnie.
-Miałam ciężki tydzień.- Wymrukuje, a ja przejeżdżam dłonią po jej włosach.
-A pamiętałaś, żeby jeść, bo nie wyglądasz najlepiej.- Pstrykam ją w nos.
-Pamiętałam.- Ponownie się we mnie wtula.
-Na pewno wszystko dobrze? Zazwyczaj jesteś mniej uczuciowa.- Całuję ją w czubek głowy.
-Ja staram się być miła, a ty co?- Marszczy nosek, a ja przyciągam ją do siebie.

piątek, 12 sierpnia 2016

DODATEK 5



Wnoszę dwie torby do mieszkania, które od dzisiaj jest moje. Odkładam je przy drzwiach do sypialni, a sama kieruję się prosto do kuchni. Otwieram lodówkę, która okazuje się być pusta, co w sumie nie jest dziwne. Wyrzucam wszystkie rzeczy z małego plecaka i wkładam do niego portfel. Wychodzę z mojego domu, zamykając go, co jest dla mnie nowością. W momencie, gdy wyciągam klucz z zamka, drzwi naprzeciwko się otwierają i wychodzi przez nie starsza pani z psem rasy shih tzu.
-Dzień dobry.- Mówię.- Jestem Olivia Richardson. Właśnie się tu wprowadzam.- Tłumaczę.
-Adeline Moretti.- Ściska moją dłoń.- A to moja sunia Suzi.- Kucam, głaskając jej towarzyszkę.- Suzi daj łapkę pani.- Suczka automatycznie podaje mi łapę.- Skąd jesteś?- Pyta kobieta, a ja podnoszę się do pozycji stojącej.
-Z Los Angeles.- Odpowiadam.
-W takim razie musisz przyzwyczaić się do trochę zimniejszego klimatu, złociutka.- powoli schodzimy na parter.- Masz tu jakiś znajomych, rodzinę?
-Ojciec mieszka niedaleko.
-W takim razie nie będziesz sama w tym wielkim mieście.
-Tylko na razie nie mam ochoty mówić mu, że się przeprowadziłam. Muszę się pierwsze zadomowić. Nie wie pani, gdzie jest najbliższy sklep spożywczy?- Przepuszczam ja w drzwiach.
-O tam, naprzeciwko.- Wskazuje na drugą stronę ulicy.
-W takim razie, do zobaczenia- Macham kobiecie i przebiegam przez drogę.
Wchodzę do lokalu i jak najszybciej się da kupuję najpotrzebniejsze rzeczy, gdy wychodzę moim oczom rzuca się sklep dla malarzy. Zainteresowana, postanawiam zajrzeć tam na moment. Na ścianach jest pełno półek z każdym możliwym odcieniu. Wybieram kilka tubek, a po chwili jestem z powrotem w mieszkaniu. Robię sobie jakiś szybki posiłek i rozpakowuję się, zostawiając przy tym dwie białe, długie koszulki. Rozkładam je i maluje jakiś napisy.

DODATEK 4



Podnoszę się z łóżka i jak najciszej się da wychodzę z pokoju. Przez moment nasłuchuję, czy aby na pewno wszyscy jeszcze śpią, a gdy nie dociera do mnie ani jeden szmer przystępuję do działanie. Wchodzę do łazienki i jak najszybciej wylewam szampon Nikki do zlewu, a następnie wlewam do buteleczki farbę do włosów, która ma zmienić te blond kudły na czerwone. Może wtedy będzie milsza. Moment później jestem z powrotem w pokoju. Z notatnika wyrywam kartkę i bazgram na niej krótkie wyjaśnienia, dlaczego ojciec nie zastanie mnie rano w mieszkaniu. Zabieram swój bagaż i wychodzę, zostawiając otwarte drzwi. Ojciec i tak nigdy ich nie zamyka, więc o nic się nie martwię. Na dole żegnam się z panem Brucem, który jak zwykle pilnuje czy nikt nieupoważniony nie wchodzi do budynku. Wychodząc na ulice, na których powoli zaczynają pojawiać się poranni biegacze, zastanawiając się jednocześnie czy portier kiedykolwiek śpi.
                                *                      *                      *
Wychodzę z lotniska już w moim ukochanym Los Angeles i pierwsze co robię to podchodzę do budki telefonicznej. Wrzucam monetę i wykręcam numer do jedynej odpowiedniej osoby w tym momencie. Po chwili odbiera.
-Halo?
-Jake? Tu Olivia.- Odzywam się.
-Lizi, coś się stało? Nie jesteś u ojca?- Mężczyzna zasypuje mnie pytaniami. Biorę głęboki wdech i odpowiadam.
-Jestem na lotnisku w LA. Mógłbyś po mnie przyjechać? Wydałam wszystkie pieniądze na bilet i nie mam na taksówkę.
-Będę za półgodziny. Nie ruszaj się nigdzie.- Rozłącza się, a mi zostaje jedynie czekanie na niego. Odwracam się wokół własnej osi, szukając jakiegoś odpowiedniego miejsca po przeczekania. Na prawo jest jakaś kawiarnia, ale nic mi już nie zostało, więc automatycznie skreślam ją z listy. Na to wygląda, że muszę poczekać na ławce. Wyjmuję z plecaka książkę i wgłębiam się w lekturę. Jakiś czas później tuż przy mnie zatrzymuje się czarny jeep. Ze środka jak oparzony wyskakuje blondyn i obejmuje mnie mocno.- Nic ci nie jest? Wszystko w porządku? Miałaś wrócić za tydzień.
-Jestem cała.- Uśmiecham się.- Możemy już jechać. Mam przeczucie, że Terry już zadzwonił do mamy.- Zagryzam wargę.
-Co znów zmalowałaś?- Blondyn wywraca oczami, a ja wybucham śmiechem.
-Opowiem ci, jak ruszymy.- Wsiadamy do samochodu i pierwsze co robię, to włączam radio.
-Więc?- Zdaję sobie sprawę z tego, że starszy Foley umiera z ciekawości, więc nie chcąc go dłużej męczyć, zaczynam.
-Otóż trochę pokłóciłam się z Nikki i wpadłam na genialny pomysł.- Uśmiecham się szeroko.
-Czy twój ojciec może stracić przez to życie?- Mężczyzna wyjeżdżam z wielkiego parkingu, a ja wzruszam ramionami.
-Mam nadzieję, że nie, chociaż to całkiem możliwe, bo zamieniłam jej szampon na czerwoną farbę.
-Nie wystarczyło ci zgolenie brwi na feriach zimowych?- Pyta, a ja po raz kolejny się śmieję.
-Może gdyby nie odrosła… Mam dość tej baby. Nie rozumiem co ojciec w niej widzi.- Wzdycham.- Myślisz, że się na mnie wkurzył?- Drapię się w głowę.
-Za bardzo cię kocha, żeby gniewać się za taka głupotę. Ale może następnym razem nie rób takich głupstw, albo chociaż nie zostawiaj go na pastwę gniewu Nikki, bo w końcu zginie.

57. WESELE EMILY

1 wrzesień 2007


Zatrzymuję się niedaleko pary młodej i spoglądam na nich z lekkim uśmiechem. Oni naprawdę są szczęśliwi. Nagle, siedzący obok panny młodej, Benjamin wstaje, unosząc jednocześnie kieliszek. Chyba czas na jego przemowę.
-Proszę o ciszę.- Odzywa się, a obok mnie pojawia się Jared, z dwoma kieliszkami. Podaje mi jeden z nich, przy okazji całując w policzek.- Chciałem tylko powiedzieć, że nie mam oficjalnej przemowy, bo to nie w moim stylu. Teoretycznie mógłbym poopowiadać wam jakieś historie z dzieciństwa Emily, ale wiem, że straciłbym pewnie przez nie życie, dlatego chcę po prostu powiedzieć, że kocham cię najbardziej na świecie, siostrzyczko i Tony, spróbuj w jakiś sposób ją skrzywdzić, a zmiotę cię z tej ziemi na wieki. Tak więc zdrowie pary młodej.- Unosi kieliszek wysoko, a blondynka podnosi się z miejsca i wtula w swojego brata, jednocześnie płacząc. Dopiero potem razem ze swoim mężem wypijają zawartość szklanych naczyń. A w związku ze stanem, w którym akurat się ona znajduje jest to po prostu oranżada o smaku pomarańczowym.
Wszyscy wracają do rozmów, czy tańców, a Anderson podnosi się z krzesła i niezauważalnie zmierza w moim kierunku.
-Powiedz, że się nie rozmazałam.- Zagryza wargę. Przyglądam się malutkiej, wyschniętej już, czarnej ścieżce tuszu na jej policzku. Podaje pusty kieliszek Jaredowi i łapię ją za rękę.
-Tylko odrobinkę. W sekundę to naprawię.- Ciągnę ją na piętro, gdzie mieszczą się pokoje. Wchodzimy do tego, w którym dziewczyna się stroiła przed uroczystością. Sadzam ją na krześle przed toaletką i w mig poprawiam makijaż.
-Co ja bym bez ciebie zrobiła.- Wzdycha, machając dłonią przed twarzą, jakby próbowała przegonić łzy.- Zrobiłam się taka wrażliwa.- Wzdycha, głaskając się po brzuchu, który w tej sukience nie jest w ogóle widoczny.- Ty wyobrażasz sobie, że brat Toniego przyszedł z jego byłą narzeczoną?- Jednak jej stare nawyki nigdzie nie zginęły i pozostała plotkarą.
-Mała, ja wiem o wszystkim na tym weselu i mam wszystko pod kontrolą. Ty nie musisz się o nic martwić.- Całują ją w czoło.- A teraz wracaj do męża.- Uśmiecham się.
-Właśnie, oranżada nam się kończy. Mamy jeszcze więcej?- Spoglądam na nią jakby była największą idiotką na ziemi.
-Zaraz wam przyniosę kolejną. Daj mi dwie minutki.- Schodzimy po schodach. Blondynka kieruje się do gości, a ja do kuchni. Otwieram drzwi i wpadam na kogoś. Unoszę głowę i wprost tonę w niebieskich tęczówkach.
-Kiedy wreszcie ze mną zatańczysz, Aniele?- Pyta muzyk.
-Momencik, tylko zaniosę im lipnego szampana.- Spoglądam na niego z nadzieją, że mnie przepuści.
-Kelnerka już to zrobiła.- Mówi.- Jest już wieczór, a ja ani razu jeszcze z tobą nie tańczyłem. Chyba będziesz mi musiała podarować 305 całusów, żebym się nie obraził.- Wywracam oczami.
-Hej, odgapiasz. To ja wymyśliłam całusy…- Przerywa mi, wbijając się w moje usta.
-Milcz.- Przykłada palec wskazujący do moich warg.- Porywam cię na parkiet.- Łapie mnie za rękę i ciągnie, a gdy jesteśmy już w miejscu przeznaczonym do tańczenia, delikatnie kładzie dłonie na moich biodrach, więc ja zarzucam mu ręce na szyje i wtulam się w jego ciało, a ten wprawia w ruch nasze ciała.
                                *                      *                      *
Spoglądam na zegarek na nadgarstku, który wskazuje już trzecią nad ranem. Mimo tak późnej godziny, jeszcze nikt nie poszedł spać, więc chyba udało się zorganizować porządne wesele. Kieruję swój wzrok na Jaya, siedzącego przy stole. Ten przywołuje mnie ruchem dłoni, więc z uśmiechem kieruje się do niego. Siadam obok niego, a ten łączy nasze palce.
-Wszystko pod kontrolą?- Napełnia mój kieliszek winem.
-Lepiej być nie może.- Opieram się o jego ramie.- A ty nie jesteś zmęczony?- Przyglądam się tańczącym, jednocześnie upijając łyk bordowej cieczy.
-Żartujesz sobie? Mam jeszcze tyle siły, że spokojnie możemy tańczyć jeszcze jakieś półtora godziny.
-Jesteś niemożliwy, stary dziadku.- Całuję go w policzek, a ten robi oburzoną minę, podnosząc się z krzesła.
-Wstawaj, Aniołku, dobrze ci radzę.- Mrozi mnie spojrzeniem, więc po prostu poddaje się i staję naprzeciwko niego, ale wtedy on przerzuca mnie przez ramie.
-No dzięki.- Mruczę, wisząc głową w dół.- Teraz mi pewnie cały tyłek widać.
-O to się nie martw. Kontroluje sytuacje.- Śmieje się, podciągając dolną część mojej sukienki.
-Dureń z ciebie, wiesz?- Mruczę, a ten zatrzymuje się na moment.
-Ty, uważaj sobie, bo na razie to ja jestem górą.- Mężczyzna idzie dalej, ale moment później znów się zatrzymuje.
-Przeszkadzam?- Doskonale poznaje głos Benjamina z lekkim francuskim akcentem.- Chciałbym z wami porozmawiać, ale to nie zajmie dłużej niż pięć minut.- Próbuję się jakoś odwrócić czy coś, ale mam odrobinę ograniczone ruchy, za to doskonale wyczuwam napinające się mięśnie muzyka. Odstawia mnie obok siebie, a ja odwracam się w kierunku brata panny młodej i robię krok w tył, lądując w ramionach niebieskookiego.
-Słuchamy.- Odzywa się Jay, poważniejąc.
-Ja chciałbym was oboje przeprosić za to co zrobiłem na wystawie. Trochę mnie poniosło, byłem pijany i tak jakoś wyszło. I chcę ci podziękować za to, że mnie wtedy doprowadziłeś do pionu i automatycznie wytrzeźwiałem. I po waszym wyjściu poznałem piękną Francuzkę.- Wskazuje na drobną blondynkę, siedzącą przy stole.- Tak, więc, dziękuję wam. Jestem wam dłużny wielką przysługę.- Uśmiecha się szeroko, po czym odchodzi w kierunku dziewczyny, a Jared spogląda na mnie ze zdziwieniem wymalowanym na twarzy.
- Czy ja dobrze słyszałem, że on podziękował mi za podbite oko?
-Na to wygląda.- Podnoszę się na palcach i całuję w policzek.-Skoro właściwie stoimy już na parkiecie, to może zatańczymy?- Proponuję.- Wspominałeś, że masz jeszcze dużo siły, staruszku.- Daję mu kuksańca w bok, a ten spogląda na mnie z pod przymrużonych powiek.
-Jeszcze raz tak mnie nazwiesz, a pożałujesz.- Grozi mi palcem.
-Już się boję.- Wystawiam mu język, a ten kręci głową z politowaniem.
-Masz coś z dziecka.- Komentuje, łapiąc mnie za nadgarstki i odkładając moje ręce na jego szyi. Zaczynamy poruszać się powoli w rytm muzyki.- Ale kocham cię najmocniej na świecie, dzieciaku.- Cmoka mój nos.

piątek, 5 sierpnia 2016

DODATEK 3



Przyglądam się jak Patrick po raz kolejny ląduje na drewnianych panelach. Pomagam mu wstać, a gdy już prawie staje o własnych nogach, puszczam jego rękę, przez co upada na tyłek. Zaczynam się śmieć.
-Przepraszam, nie mogłam się powstrzymać.- Wyduszam, między napadami śmiechu.
-To było wredne.- Mruczy, wstając o własnych nogach. Opiera się na blacie i upija łyk wody.- A miałem ci coś przekazać od Jaka.- Siadam na stołku i przyglądam mu się z uwagą.
-Ale co?
-Nie powiem.- Uśmiecha się szeroko.- Jak nauczysz się być miła, to wtedy pogadamy.- Wystawia język w moim kierunku.
- I kto tu jest wredny?- Wzdycham.- Jake jest u siebie?- Zatrzymuję się przy końcu lady, a ten ponawia próbę przeskoczenia, która tym razem kończy się sukcesem.
-Ty to widziałaś?- Podbiega do mnie i ściska mnie w ramionach, po czym odsuwa się na niewielką odległość.- Zajęty jest, zresztą jak zawsze. Mamy domek gdzieś pośród lasu i w sumie to jedziemy tam na wakacje.
-I co ja mam z tym wspólnego?- Unoszę prawą brew w górę, przyglądając mu się dokładnie.
-Pomyśleliśmy, że może pojechałybyście z nami?- Robi proszącą minę, a ja czuję się lekko zakłopotana.
-O to musicie spytać się mamy, nie mnie.- Odpowiadam w końcu, a w tym samym momencie do środka wchodzi jakiś mężczyzna. Podchodzi do baru, więc Pat przyjmuje od niego zamówienie, a gdy facet siada przy jednym ze stolików, wraca do rozmowy ze mną.
-Chodzi nam o to, czy myślisz, że spodoba jej się ten pomysł?- Zagryza wargę i patrzy na mnie z nadzieją.- Tam jest jezioro.- Dodaje.
-Spróbuję ją przekonać, ale nic nie obiecuję. A teraz muszę lecieć. Mam za godzinę pociąg do Ojai, do Lomaxa.- Łapię w ręce futerał z basem i plecak, który zakładam na ramię.- Do zobaczenia w poniedziałek.- Salutuje i wychodzę z baru.

czwartek, 4 sierpnia 2016

56. HAWAII cz.3

16 sierpień 2007


Wychodzimy na taras. Rozglądam się i dostrzegam Braxtona i Alani na plaży, w tym samym miejscu, gdzie czekali na nas wczoraj. Mała odwraca się i biegnie w naszym kierunku, a czarnowłosa stojąca obok mnie, podnosi się na palcach i całuje w policzek.
-Powodzenia.- Szepcze, łapiąc deskę i biegnąć w kierunku Hawajczyka. Za to do mnie przybiega dziewczynka.
-Cześć.- Ściska mnie w pasie.- Gotowy na drugą lekcje surfingu?
-Tak, chyba tak- Mruczę, a ona łapie mnie za rękę i ciągnie na piasek, razem z moją deską. Szukam spojrzeniem Olivia. Jest już w wodzie, razem z Braxem. Zatrzymuję się i przyglądam się jak łapią pierwszą falę. Nagle obok mnie pojawia się jakiś blondyn.
-Niezła, nie?- Odzywa się, a spoglądam na niego.- Słodka Lee, byłem kiedyś z nią. Ale jest słaba w te klocki. Spotykałem się na raz nią i czterema innymi.-Prycha i najwidoczniej chce coś jeszcze powiedzieć, ale nie dane mu jest to dokończyć, bo moja pięść ląduje na jego twarzy. I tak się szarpiemy i obrywamy, dopóki nie rozdziela nas Richardson. Czyli to już trochę trwa, skoro zdążyła wyjść z wody. Staje przodem do chłopaka.
-Spieprzaj stąd!- Krzyczy.- Żebym cię więcej na oczy nie widziała!- Blondyn spogląda na nią.
-Nadal jesteś niezła, ale suka z ciebie.- Mruczy. Mam ochotę przywalić mu po raz kolejny, ale robi to za mnie Olita.
-Mam nadzieję, że już więcej tu nie wrócisz.- Mówi, a ten odwraca się i odchodzi.- Ali, zatkałaś uszy, prawda?- Zwraca się do dziewczynki.
-Nie, ale nic nie powiem rodzicom.- Wracam spojrzeniem do Olivii, stojącej przed mną. Jestem pewien, że oberwie mi się za to, ale ona delikatnie dotyka mojego prawego oka, w które najwyraźniej oberwałem.
-Boli?- Pyta, prawie płacząc.
-Nic mi nie jest.- Obejmuję ją i przyciągam do siebie.- A ty nie płacz.- Całuję ją w czubek głowy, widząc kątem oka jak Braxton prowadzi małą do wody.
-Ale na pewno nic ci nie zrobił?- Spogląda na mnie.
-Żyję i szczerzę, zrobiłbym to jeszcze raz.- Uśmiecham się lekko.
-Co on ci nagadał? To totalny dupek. Spotykałam się z nim kiedyś, ale naprawdę żałuję tego, jak niczego bardziej.
-To już nie jest ważne. Wracaj do surfowania, mną zajmie się Alani i nie wracajmy do tego co stało się przed chwilą.
-Może wróćmy do domu.- Wskazuje na nasze schronienie.- Przydałoby się coś mrożonego, żebyś przyłożył do oka.
-Daj spokój. Nie pierwszy raz oberwałem, pewnie nie ostatni.- Zielonooka mrozi mnie spojrzeniem, ale przechodzi jej gdy cmokam ją w nos.
-Nie chcę, żebyś miał śliwę na zdjęciach.- Robi dziubek, a ja ze śmiechem łapię jej dłoń i ciągnę go domu.
-Dawaj ten groszek czy coś innego.
-Jesteś niemożliwy.- Kręci głową z politowaniem, wchodząc do kuchni.
-Wiem jak ważne są dla ciebie zdjęcia, a poza tym nie mam zamiaru wszystkim tłumaczyć dlaczego zostałem pobity na wakacjach.- Opieram się o blat i nagle nachodzi mnie dziwna ochota, by złapać ją za tyłek. To idealny moment, bo aktualnie przewala całą zamrażarkę, ale Olivia jest jedną z tych dziewczyn, które mogą zabić za coś takiego. No, ale co mi tam. Nie pierwszy, nie ostatni raz się na mnie obrazi za to, więc to robię.
-Zabierz tą łapę.- Syczy, powoli się odwracając. Uśmiecham się leciutko, robiąc słodką minę, ale ta rzuca we mnie mrożonymi warzywami. Łapię je w ostatniej chwili, unikając kolejnego siniaka.- Wiesz, że tego nie lubię.- Kładzie dłonie na biodrach przyglądając mi się z uwagą.
-Ale ja lubię jak się wkurzasz.- Wysyłam jej całusa w powietrzu.
-Nie przekupisz mnie całusami.- Unosi prawą brew w górę, a ja przykładam mrożonkę do oka.
-Nawet jeśli będzie ich 305?- Pytam.
-Liczone razem z tym, czy bez tego?- Mówi, już się śmiejąc.
-Może nawet bez tego. Zależy jak wolisz, ale dostaniesz je dopiero wieczorem. Teraz choć na taras.
                                            *                      *                      *
Padam na łóżko i przyciągam do siebie poduszkę, która musi mi chwilowo zastąpić dziewczynę, która jest pod prysznicem. Przymykam oczy. Plaża wysysa z człowieka ostatnie zapasy energii, tylko jak to jest możliwe? Jeszcze w dodatku jutro rano kolejna lekcja z Alani. Ta dziewczynka mnie wykończy, mimo że jest najsłodszą istotką pod słońcem, ale ma też niekończącą się energie. Dzisiaj kazała mi wybudować zamek z piasku. Najgorsze jest to, że ja nigdy tego nie robiłem i jakoś mi się udało. Co prawda był trochę koślawy, ale zaakceptowała go z przymrużeniem oka.
Do sypialni wraca Richardson, którą rozpoznaję po krokach, bo nawet głowy nie mam siły podnieść. Kładzie się obok mnie, ówcześnie gasząc światło, ale mimo wszystko w pomieszczeniu jest dość jasno.
-Wiem, że nie śpisz.- Odzywa się.- Nie obraziłam się dzisiaj na ciebie, bo coś mi obiecałeś.- Podnoszę wzrok na nią.
-Miej litość dla staruszka.- Pociągam nosem.
-Trzeba było się zastanowić dwa razy zanim złapałeś mnie za tyłek. Oczekuję teraz, natychmiast, już, 305 całusów i mam nadzieję, że nie będę musiała czekać wiecznie.
-Jesteś okrutna.- Mruczę, podnosząc się.- A co ja będę z tego miał?- Przybliżam się do jej ciała i składam pierwszy pocałunek na jej ramieniu.
-To, że pozwolę ci spać na łóżku, a nie w salonie na sofie. Chociaż ta jest sto razy wygodniejsza od tej naszej w NY.- Całuję ją po raz drugi, tym razem w szyję, a ona zagryza wargę, więc wykorzystuję to, przejeżdżając po skórze nosem, co kończy się dreszczami na jej ciele.- Nie możesz tego wykorzystywać bez pozwolenia.- Odzywa się, zapewne marszcząc nosek.
-A kto mi zabroni?- Ponownie to robię, a jej ciało reaguję tak, jak zawsze.
-Ja ci…- Przerywam jej, wbijając się w jej usta i jednocześnie ściągając koszulkę, w której śpi.
                                            *                      *                      *
Budzę się, nie wyczuwając obecności czarnowłosej. Siadam gwałtownie na łóżku, wyłapując głosy nocy. Jeden mi do nich nie pasuje. A mianowicie szloch. Ubieram szybko spodenki i przeszukuje nasz domek. W końcu w saloniku dostrzegam dziewczynę skuloną na sofię. Siadam obok niej i przyciągam ją do siebie.
-Co się stało?- Pytam szeptem, a ta unosi głowę i spogląda na mnie.
-Obudziłam cię?- Zagryza wargę.
-Sam się obudziłem.- Wycieram łzy z jej policzków.- To co się stało?
-Mama mi się śniła.- Odpowiada, wtulając się w moją klatkę piersiową.- Ale tym razem to nie był wypadek.- Jej głos jest lekko tłumiony przez moją skórę, ale doskonale rozumiem każde słówko, które wypowiada.- Śniło mi się, że ją poznajesz, a ona częstuje nas swoim ciastem marchewkowym.- Całuję ją w czubek głowy.- Uwierzysz, że niedawno była trzecia rocznica jej śmierci? Jednocześnie tak dawno i tak blisko.- Pociąga nosem, ale już chyba nie płacze.

środa, 3 sierpnia 2016

DODATEK 2



Spoglądam na neonowy napis „VINYL” nad metalowymi drzwiami, które otwiera Jake. Przepuszcza nas przodem i schodami, wykonanymi z tego samego materiału co drzwi, schodzimy na dół. Zatrzymuję się i przyglądam wnętrzu. Pod ścianą stoją zielone sofy, na środku pomieszczenia okrągłe stoliczki, a przy każdym dwa krzesła. Na wprost znajduje się mała scena, a na prawo bar, za którym stoi dokładna kopia Jake. Podchodzę z nimi do bliźniaka Foleya, który szczerzy się jak mysz do sera.
-Cześć, cześć, cześć.- Mój humor automatycznie się poprawia.- Jestem Pat, a ty to Olivia, tak?- Podaje mi dłoń, którą ściskam.
-Tak, jestem Olivia.- Uśmiech sam ciśnie mi się na usta. Za niebieskookim dostrzegam gramofon i kilkadziesiąt płyt winylowych.
-Już nie mogłem się doczekać, kiedy cię zobaczę.- Starszy rzuca szybkie spojrzenie na barmana, tak jakby chciał go upomnieć, tylko nie wiem dlaczego.
-Ślicznie tu.- Odwracam się wokół własnej osi.- Gra tu ktoś czasem?- Pytam, siadając na wysokim krześle.
-Zazwyczaj w soboty są koncerty.- Spoglądam ponownie na scenę, na której stoi prowizoryczna perkusja, jakaś gitara i mikrofon, a Jake wybucha śmiechem.- Na zapleczu jest reszta instrumentów. Mamy tu wszystko.
-Chodź, pokażę ci.- Patrick obchodzi ladę dookoła i prowadzi mnie do drzwi, które idealnie zlewają się z kolorem ścian. Przepuszcza mnie do środka, a sam włącza światło. Moim oczom ukazuje się cały komplet instrumentów.
-Jak udało wam się tyle ich tu zebrać?- Podchodzę do białej gitary basowej i przekładam pasek przez głowę.
-Moją pasją jest muzyka, no i drinki.- Unosi kąciki ust jeszcze wyżej, chociaż byłam pewna, że wyżej się nie da, no ale jak to mówią, życie lubi nas zaskakiwać.- Grasz, prawda?- Potwierdzam, kiwając głową.- Ktoś cię uczył czy jesteś samoukiem?
-Trochę tata, a potem Jackie Lomax.- Odpowiadam, niechętnie odkładając bas z powrotem na miejsce.
-Dziewczyno, nie zdajesz sobie sprawy, jakie masz szczęście. Lekcje od samego mistrza. Gdzieś powinienem mieć nawet ich płytę.- Ciągnie mnie z powrotem w stronę baru, który okrąża dookoła.- Chyba muszę nauczyć się go przeskakiwać.- Mruczy pod nosem, przeszukując płyty. W końcu wyciąga „Is This What You Want?” z dumą.

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

DODATEK 1



Przeskakuję dwa schodki i odkładam futerał na ławkę na ganeczku. Przeszukuję plecak, próbując znaleźć kluczek, które najwyraźniej zostały na szafce. Czemu to mi zawsze się to przytrafia? Łapię za klamkę, upewniając się, czy aby na pewno drzwi są zamknięte, a te otwierają się bez problemu. Z szerokim uśmiechem wchodzę do środka. A to na mnie wciąż krzyczą, że nie zamykam drzwi. Odkładam gitarę basową i plecak przy schodach i zaglądam do kuchni, a następnie do salonu, więc robię prawię okrążenie, jednak w tym pomieszczeniu się zatrzymuję. Na sofie siedzi jakiś facet i mama.
-Dzień dobry.- Witam się kulturalnie.- Cześć mamo. Myślałam, że wrócisz później.
-Wzięłam dzisiaj wolne, bo chciałam ci kogoś przedstawić.- Wskazuje na blondynka, który podnosi się.- To jest Jake Foley, spotykam się z nim od kilku miesięcy. Jake, to Olivia, moja córka.- Tym razem wskazuje na mnie, a moje oczy wyglądają chyba jak obiektyw aparatu. Przyglądam im się uważnie, nie mogąc uwierzyć w to co czarnowłosa mówi. Może to jakaś zemsta na ojcu za małżeństwo z Nikki? Siadamy na kanapie.
-To…- Zaczynam.- Czym się pan zajmuje?- Pytam nie pewnie.
-Mów mi Jake. Nie postarzaj mnie jeszcze bardziej.- Uśmiecha się, przyglądając mi się z troską? Chyba trochę tego nie rozumiem.- Prowadzę z bratem bar.
-Masz brata?- Potwierdza ruchem głowy, a ja kontynuuję.- Starszy, młodszy?
-Młodszy o dziesięć minut. Ma na imię Patrick i podobno wyglądamy tak samo, chociaż osobiście się z tym nie zgadzam.- Unoszę kąciki ust w górę.- A ty czym się zajmujesz?
-Chodzę do liceum.- Wzruszam ramionami, a ten wybucha śmiechem.- Po lekcjach trochę fotografuję albo gram na basie.
-Jej ojciec jest fotografem.- Wtrąca mama.- I grał kiedyś w zespole.- Dodaje, spoglądając na mężczyznę, tak jak patrzy na tatę, więc chyba nie udaje.
-Mamo, Lomax wczoraj do mnie dzwonił.- Zwracam się do mojej rodzicielki.- Pytał czy przyjadę do nich na weekend.
-I co mu powiedziałaś?- Uśmiecham się szeroko.
-Jak to co? Oczywiście, że się zgodziłam.- Kobieta wywraca oczami.- Tak, więc idę się pakować. Do zobaczenia, Jake.

55. HAWAII cz.2

14 sierpień 2007


Otwieram oczy i przez moment zastanawiam się gdzie jestem, ale w końcu doznaję olśnienia. Podnoszę się na łóżku, ziewając.
-Aniele?- Wołam, ale nikt mi nie odpowiada, wstaję więc i przeciągam przez głowę koszulkę, która zdążyła już wyschnąć po wczorajszej, wieczornej wizycie na plaży. Zaglądam do wszystkich pomieszczeń, ale dziewczyny nie ma. Nawet taras sprawdzam. Wracam zrezygnowany do domku, a w sypialni stoi czarnowłosa, owinięta w ręcznik.- Gdzie ty byłaś?- Pytam, pochodząc do niej i obejmując, mimo, że jest mokra.
-Na basenie.- Całuje mnie w nos.- Mówiłam, że będę rano pływać.- Uśmiecha się słodko.- Brax wpadł i przyniósł nam manapua.- Spoglądam na nią, nie rozumiejąc o co chodzi.- Tu takie bułeczki z różnymi dodatkami.- Wyślizguje się z mojego uścisku i idzie do kuchni.- No co tak stoisz. Chodź na śniadanie.- Podążam za nią i siadam przy małym stoliczku w kącie pomieszczenia.- Jak się spało w nowym miejscu?
-Dobrze. A tobie?- Kładę głowę na dłoni i przyglądam się jak dziewczyna wlewa do kubka wodę, robiąc nam kawę.
-Z tobą to nawet pod mostem spałoby mi się dobrze.- Z uśmiechem odkłada naczynia razem z bułeczkami obok mnie.
-Mam nadzieję, że nigdy tego nie sprawdzimy. A ty masz coś pod tym ręcznikiem?- Unoszę głowę z ciekawością.
-A chcesz zobaczyć?- Fotograf zagryza wargę, po czym odwraca się i ruszając seksownie tyłeczkiem, rozszerza ręcznik, po czym odwraca się, mając na sobie strój kąpielowy.
-Aj, to nie fair.- Mruczę, z powrotem opadając na blat.
-Naprawdę myślałeś, że pływałam bez stroju?- Czarnowłosa zajmuje miejsce obok mnie.
-No wiesz…- Odburkuję.
-No dobra, raz mi się zdarzyło.- Wywraca oczami, a ja robię zdziwioną minę.- Albo dwa… No może więcej.- Dodaje.- Ale tylko w środku nocy, jak już wszyscy spali.
-Mówisz poważnie?- Siadam prosto i przyglądam się mojej ukochanej, popijającej właśnie kawę.
-Tak. Ty nigdy tego nie robiłeś?- Przeczę ruchem głowy, łapiąc bułeczkę.- No to już wiem, co robimy dzisiaj w nocy.- Puszcza mi oczko.
                                               *                      *                      *
Leżę na kolorowym ręczniku i przyglądam się jak moja dziewczyna w zawziętością kopie dziurę w piasku.
-Tak właściwie, to co robisz?- Pytam w końcu, po kilkunastu minutach.
-Nie rozpraszaj mnie.- Syczy, a ja krzywię się. Kładę się na plecy i przymykam oczy, a do moich uszu cały czas dociera szum fal. W pewnym momencie ktoś zasłania mi słońce. Uchylam powieki i nad sobą dostrzegam Braxtona.
-Co jej odbiło?- Pyta, siadając obok mnie.- I cześć. Dawno się nie widzieliśmy.
-Cześć. Nie mam pojęcia. Kopie tak już od pół godziny.- Mówię, patrząc na zegarek w komórce. Podnoszę się do pozycji siedzącej.- Co u ciebie?
-Wróciłem na stare śmieci. Chociaż może, kto wie, kiedyś jeszcze zamieszkam w wielkim mieście i zostanę sławny.- Wzrusza ramionami, a w mojej głowie pojawia się drobna myśl.
-Wiesz, może jeśli będziemy potrzebować, to co ty na to, żeby zostać naszym muzykiem koncertowym? Ale to nie teraz. I nie rób sobie nadziei, bo nawet nie wiem czy będzie ku temu okazja, ale jeśli, będziesz pierwszą osobą na liście. Co ty na to?
-Kurczę, po raz pierwszy cieszę się, że Lee kogoś ma. Bo nie wiem czy wiesz, ale każdy jej facet okazywał się totalnym chamem i ją strasznie krzywdził. Nie chcę, żeby to się znów powtórzyło.
-Nie skrzywdzę jej. Bardzo ją kocham.- Mówię szczerzę.- Wiesz, miałem kiedyś narzeczoną.- Zaczynam.- Ja ją obdarzyłem prawdziwą miłością, a ona wykorzystała mnie, żeby zyskać sławę, więc wiem jak to jest cierpieć z miłości.- Chłopak przygląda mi się i najwyraźniej chce coś odpowiedzieć, ale w tym samym momencie, gdy on otwiera usta, odzywa się czarnowłosa.
-Skończyłam.- Kierujemy wzrok na nią. Stoi, cała poobklejana piaskiem w swoim dole, który zasłania jej nogi do kolan. Uśmiecha się szeroko.
-Teraz mi powiesz, co to jest?- Pytam, również unosząc kąciki ust.
-W zasadzie to po prostu dołek.- Wzrusza ramionami.- Teraz chyba muszę iść się opłukać.- Marszczy nosek.- Idziecie ze mną?
                                *                      *                      *
Leżę na łóżku i w zasadzie to nic mi się nie chcę. Co najdziwniejsze, przez cały dzień byliśmy na plaży i na zmianę pływaliśmy i odpoczywaliśmy na piasku. I kiedy tu był czas, żeby się zmęczyć? Słyszę kroki, więc unoszę głowę, a moim oczom ukazuje się Olivia w samej bieliźnie.
-Mmm…- Mruczę, podnosząc się.
-Nic nie mów. Tylko ciuchów zapomniałam.- Kuca i wygrzebuje coś w walizce, po czym podnosi się i ubiera zwykły biały top.
-No wiesz? Zasłaniać takie widoki to grzech.- Oznajmiam, zagryzając wargę.
-Nie zapominaj, że w zasadzie od dziesięciu minut powinniśmy być na kolacji. Nie czas na to.- Wywija rękami w powietrzu, zapewne chcąc zobrazować „to”. Schyla się i naciąga na swoje długie nogi dżinsowe, króciutkie spodenki.
-Ty chcesz w nich iść?- Mrużę oczy, przyglądając się tej części garderoby.- Cały tyłek ci prawie widać.
-Przed chwilą nie miałeś z tym problemów.
-Ale to były widoki tylko dla mnie, a teraz idziemy do ludzi.- Czarnowłosa wywraca oczętami i ciągnie mnie za rękę.- Nie ubierzesz czegoś bardziej zakrytego?
-Nie.- Odpowiada, w momencie, gdy wprost wyciąga mnie z domku. Przez niecałe dwie minuty idziemy, po czym bez pukania wchodzimy do bardzo podobnego domu, tylko dwa razy większego z piętrem.- Jesteśmy!- Krzyczy dziewczyna.
-Spóźniona jak zawsze.- Obok nas pojawia się starszy, otyły pan, ale to jest chyba normalne na Hawajach i od razy zamyka Richardson w uścisku.- Stęskniłem się za tobą, Lee.- Mówi.
-Ja za tobą też.- Całuje go w policzek.- Wujku, to jest Jared, Jay, to jest wujek Taylor.- Przedstawia nas sobie, więc wyciągam dłoń do mężczyzny, ale ten przyciąga mnie do siebie i po prostu zgniata. W momencie, gdy mnie puszcza biorę głęboki oddech.
-Witaj w rodzinie, Jared.- Uśmiecha się szeroko i odwraca.- Zapraszam, wszyscy już na was czekają.- Idzie w głąb budynku, a Olivia wtula się w moje ramie.
-Żyjesz? Wujek jest potężnym i silnym człowiekiem. Kiedyś nawet był zawodnikiem sumo.- Szepcze.
-To wszystko wyjaśnia.- Mruczę, podążając za Taylorem. Wychodzimy na duży taras z drewnianą podłogą, gdzie przygotowany jest stół, przy którym siedzi kilkanaście osób. Nagle podbiega do nas około sześcioletnia dziewczynka i wtula się w Olivię.
-Tęskniłam za tobą, Lee.- Mówi, ściskając ją mocno, a wszyscy odwracają się w naszym kierunku.
-Cześć, Alani. Nie uwierzysz, ja tęskniłam za tobą bardziej.- Pstryka ją w nos, po czym łączy nasze palce.- Część wszystkim.- Macha w kierunku nieznanych mi osób.- To jest Jared, ale to już pewnie wiecie.- Uśmiecha się.- Jay, to są wszyscy.- Wskazuje na nich, a oni wybuchają śmiechem.
-Myślę, że to mu niewiele da.- Oznajmia Brax, robiąc nam miejsce obok siebie. Siadamy na ławce.- Lee, jak zwykle spóźniona. Powinnaś coś z tym zrobić, bo jeszcze na swój własny ślub się spóźnisz.- Po raz kolejny następuje wybuch śmiechu, nawet ja się śmieję, ale jednocześnie myślę o tym wszystkim. Kocham tą dziewczynę nawet bardziej niż muzykę i chcę spędzić z nią resztę swojego nędznego życia, ale czy ona chce tego samego?
-No, wreszcie jesteście. Już się trochę niepokoiłam, ale w sumie Lee wiecznie się spóźnia.- Obok nas pojawia się siostra Alice.- Jeszcze tylko poczekamy na Janice i Kito.
-O!- Wykrzykuje czarnowłosa.- Widzicie, nie jestem najgorsza. Brax, ja bym się wstydziła na twoim miejscu za rodziców.
-Nie moja wina. Dorośli już są.- Odburkuje, a między mną, a panią fotograf staje dziewczynka.
-Mogę tu usiąść?- Pyta, wpatrując się w nas na zmianę, uśmiecham się do niej i podsuwa do Olity, a ta zajmuje miejsce.- Jestem Alani.- Podaje mi dłoń.- A ty Jared Leto, prawda?- Kiwam głową potwierdzając.- Bardzo lubię twoje piosenki. Ładnie śpiewasz.
-Dziękuję. A skąd znasz mój zespół?
-Braxton mi opowiedział, bo ja z nim chodzę na plaże czasem i opowiada mi różne rzeczy. A może jutro pójdziecie z nami?- Patrzy na mnie swoimi brązowiutkimi oczkami z taką nadzieją, że nie sposób jej odmówić.
-No dobrze, a o której?
-Braxi, o której idziesz jutro surfować?- Pyta, podskakując ze szczęścia.
-Po ósmej na plaży. Tylko nie toleruje spóźnień.
                                *                      *                      *
Wchodzimy do domku, a ja przecieram oczy ze zmęczenia. Ta mała ma za dużo energii ciągle chciała się ze mną bawić, a ja nie potrafiłem jej odmówić. Dobrze, że chociaż jej rodzice mnie poratowali, wysyłając ją spać. Kątem oka dostrzegam jak Olivia wchodzi do łazienki, więc idę na taras. Siadam na hamaku i przymykam powieki, ale po chwili wyciągam już z kieszeni spodenek komórkę i czytam wiadomość od Emmy. Wracam do sypialni i z walizki fotograf wyciągam jej laptopa. Chwilę później czytam dokładne informacje odnośnie wyjazdu do Londynu we wrześniu. Do pomieszczenia wchodzi właścicielka sprzętu, owinięta w ręcznik.
-Pamiętasz naszą poranną rozmowę?- Pyta, zatrzymując się na środku pokoju. Spoglądam na nią, próbując przypomnieć sobie, o czym mogliśmy rozmawiać.
-Nie za bardzo.
-To chyba już początki sklerozy.- Mruczy.- Chodź, to ci coś pokażę.- Wyciąga dłoń w moim kierunku, więc ją łapię. Ta ciągnie mnie koło basenu i puszcza, podobnie jak ręcznik, więc już nic nie zasłania jej idealnego ciała. Wskakuje do wody, a ja nie mogę zrobić jednego, najmniejszego kroku. Czarnowłosa wynurza się.- No co tak stoisz? Rozbieraj się i wskakuj.

54. HAWAII cz.1

13 sierpień 2007


Kobieta otwiera drzwi drewnianego domu, po czym przepuszcza nas w nich. Wchodzimy do środka, odstawiając walizki przy wejściu. Uśmiecham się na samą myśl o całym tygodniu spędzonym tutaj z Jaredem.
-A więc tak.- Zaczyna ciemnowłosa, z lekkimi śladami siwizny..- Tu macie salon…- Przerywam jej.
-Ciociu, byłam tu nie raz. Wiem wszystko.- Unoszę kąciki ust jeszcze wyżej.- Poradzimy sobie.
-No, tak. Zapomniałam, że nie masz już piętnastu lat. Ten czas tak szybko leci. Pamiętam dzień, w którym przyleciałaś tu pierwszy raz, tak jakby to było wczoraj.
-Ja też to dokładnie pamiętam. Już sama nie wiem kto bardziej się stresował tymi wakacjami, mama czy ojciec? Ja byłam szczęśliwa, że mogę zobaczyć kolejne miejsce i zobaczyć gdzie mieszkacie.- Wspominam.
-No dobrze, będzie jeszcze czas na rozmowy. Teraz zostawię was w spokoju, żebyście odpoczęli po podróży i jeśli się pośpieszycie, to powinniście zdążyć na zachód słońca. I ostatnie pytanie. Co u diablicy?- Wybucham śmiechem słysząc to przezwisko, za to Leto spogląda na mnie z ciekawością.
-Irytująca jak zawsze. Ona się chyba nie zmienia.- Odpowiadam.
-A tego sympatycznego młodzieńca polubiła, czy jak zwykle?- Pyta, wskazując na piosenkarza.
-Chodzi o Alice?- Upewnia się, a gdy potwierdzamy wywraca niebieskimi oczętami.- Nie chce o niej źle mówić, ale raz ją spotkałem i nie mam zamiaru tego powtarzać.
-A ja musiałam znosić ją na co dzień.- Ciotka klepie go po ramieniu.- Ja was zostawiam samych, jakbyście czegoś potrzebowali, to mieszamy cztery domy dalej, ale jak Lee już wspomniała wszystko już wie. Życzę miłej nocy i do jutra, bo mam nadzieję, że wpadniecie na kolacje? Jakby co, lodówkę macie pełną. Wysłałam wczoraj tego lenia na zakupy. No, ale to opowiem wam jutro.- Macha ręką, podchodząc do drzwi.
-Dobranoc, ciociu.- Mówię jeszcze.
-Aloha.- Macha nam i znika.
-Jak to możliwe, że to jest siostra Alice?- Pyta muzyk, obejmując mnie w pasie.
-Całe życie się nad tym zastanawiam.- Całuję go w nos.- Dobra, zostawiamy wszystko jak leży i idziemy na zachód słońca?- Zagryzam wargę.
-Dla ciebie wszystko.- Łapię mnie za rękę.- Prowadź, bo ja nie mam pojęcia, gdzie jestem.- Przechodzimy przez salon, przestronną kuchnie, sypialnie i mini salonik do tarasu, skąd jest wyjście na plaże.- To tak blisko?
-A gdyby plaża nam się znudziła, to z boku jest basen. Przejście jest przez sypialnie.- Ściągam buty i skaczę na piasek, który jest jeszcze ciepły. Słońce jest już niedaleko zetknięcia z wodą. Odwracam się do mężczyzny, który odstawia buty obok moich.- Podoba ci się?
-Jest cudownie. Mimo, że to dopiero pierwsza moja godzina w tym miejscu.- Podchodzi bliżej, więc łapię go za rękę i ciągnę w kierunku oceanu. Wchodzimy do wody po kolana.
-Poznałeś dopiero ciotkę. Jeszcze wiele przed tobą.- Uśmiecham się.- Jutro z samego rana idziemy popływać. Co ty na to?- Spoglądam na mężczyznę.
-Jeszcze zobaczymy czy wstaniesz.- Nachyla się i ochlapuje mnie.
-O ty!- Krzyczę, oddając mu tym samym, śmiejąc się przy tym. W końcu oboje jesteśmy cali mokrzy.
-Tyle, Aniele.- Mówi.- Chodź tu do mnie.- Przyciąga mnie do siebie i przytula, odwracając w stronę słońca, które właśnie zaczyna zachodzić.- Kocham cię, maleńka.- Szepcze, a ja całuję go w policzek.
-Ja ciebie też kocham i to nawet bardziej.
-Czy ja wiem? Myślę, że bardziej się już kochać nie da.- Obejmuje mnie mocniej, a ja oglądam ostatnie promienie znikające w oceanie.