POSTACIE Strona głóna

niedziela, 30 lipca 2017

107. NAJGORSZE CECHY

9 sierpień 2013

Naciskam klamkę i wchodzę do domu. W przedpokoju pozbywam się butów, które akurat dzisiaj musiały mnie obgryźć do krwi. Torebkę zostawiam przy schodach i dostrzegając, przewieszone ramię przez oparcie sofy, marszczę brwi. Podchodzę bliżej i dostrzegam uroczy widok. Ręka należy do Shannona, który drugą obejmuje Emmę, jednocześnie cicho pochrapując. Na paluszkach docieram do szklanych drzwi, prowadzących do ogrodu, gdzie Jared najwyraźniej próbuje uśpić swoich bratanków, kołysząc ich w podwójnym wózku.
-Cześć, Kochanie.- Mówię, a ten odwraca się z uśmiechem.
-Dobrze, że jesteś, bo chyba nie wyrabiam.- Cmoka mnie delikatnie w usta.- Dopiero je uspokoiłem, bo od czterdziestu minut płakali.- Wskazuje na dwójkę maluchów, które teraz przyglądają się nam z uwagą. Rozglądam się dookoła, szukając wzrokiem Luckie, ale ta grzecznie bawi się zabawkami na fotelu obok.
-Cześć, Malutka.- Podchodzę bliżej i całuję ją w głowę, ale ta ignoruje mnie, wracając do zabawy.- No, dobrze.- Zaczynam.- Może są głodni?- Proponuję.
-Em ich karmiła godzinę temu, a wcześniej je przewijała.- Mówi, kręcąc głową.
-To nie wiem.- Wtulam się w jego ciało.
-Może rzeczywiście dostały im się te najgorsze cechy Shana?- Prycham cicho, ale po chwili cichnę.- Wtedy by to miało sens.- Dodaje, a jeden z chłopców zaczyna płakać.- Nie wierzę, znów?- Jay bierze głęboki wdech i podnosi Michaela na ręce.- Zajmij się Andym, a ja spróbuję uspokoić Mickeya.
Cmoka mnie w czoło, po czym zaczyna wędrować po ogrodzie z dzieckiem. Kilkadziesiąt minut później, gdy Andrew powoli zasypia, płacz cichnie. Nie przestaję kołysać wózka, ale podnoszę wzrok na muzyka, który pokazuje chłopcu jakieś zabawne miny. Moją uwagę jednak zwracają, odsuwające się drzwi do domu, w których staje Shionoda.
-Cześć.- Mówi, zamykając je z powrotem.- Widzę, że niańkami zostaliście.- Śmieje się, a ja spoglądam na chłopca, którym przyszło mi się opiekować. Całe szczęście, że nie zaczął płakać.
-Zamknij się, Mike. Jeszcze ich przestraszysz.- Jęczy Jared, podchodząc bliżej.- Jak chcesz, to masz swojego imiennika.- Wyciąga chłopczyka w jego kierunku, ale multiinstrumentalista kręci głową, przecząc.
-Podziękuję. Osobiście wolę waszą córkę.- Mówi, machając jej, a ta odmachuje.- Chcesz się pobawić z wujkiem Shinodą?- Pyta, podnosząc ją. Siada na jej miejscu, a ją sadza sobie na kolanach.
-Nie powinieneś się pakować?- Pyta niebieskooki, siadając obok.
-Chciałem sprawdzić co u naszego fotografa, ale studio zamknięte, a jego w mieszkaniu nie ma, dlatego wpadłem tutaj.- Tłumaczy, wręczając Elizabeth swoje kluczyki. Dziewczynka przez moment nimi trzęsie, a zaraz potem rzuca je przed siebie i wraca do zabawy żyrafą.- Czy ona właśnie zgardziła moimi kluczami? Ta zniewaga krwi wymaga, mała.- Czochra jej włoski.- To wyjaśni mi ktoś, gdzie jest Babu? Skoro tu też go nie ma?
-Musiałeś trafić w moment gdy wracał do domu, bo ja zostawiłam go w studiu, ale miał pozbierać coś i wracać do siebie, po drodze wstępując do sklepu po coś na obiad.- Mówię.
-Mam nadzieję, że chociaż go nie nastraszyłaś, tak jak ostatnio.- Jęczy członek Linkinów.
-Nie, bo dobrze się spisał, ale obiecał mi, że będzie grzeczny z wami, więc potem też może mu się nie oberwie.- Uśmiecham się szeroko.
***
Schodzę po schodach prosto do salonu, gdzie Jared karmi, siedzącą na krzesełku Luckie, robiąc samolocik. Mężczyzna odwraca się, najwyraźniej na dźwięk kroków. Mierzy mnie od dołu do góry spojrzeniem, a ja zatrzymuję się tuż przed wejściem do kuchni, ruszając jednocześnie brwiami.
-Co znowu?- Jęczę, związując mokre jeszcze włosy w kucyka.
-Nic, po prostu zaczynam doceniać to, że wróciliśmy choć na chwilę do domu.- Jego wzrok znów wędruje do moich nóg, a ja kręcę głową z politowaniem.
-Trasa to nie zakon. Zresztą ja ci nie zabroniłam niczego. W każdej chwili mogłeś podejść i się poprzytulać, co robiłeś.- Opieram się o ścianę i obserwuję jak świeżo wykąpana dziewczynka chwyta łyżeczkę z jogurcikiem i sama próbuje się nakarmić, jednak posiłek zamiast do ust, zostaje rozciapany na policzku.
-Ale w Europie cały czas chodziłaś w dźinsach, a tu chociaż spodenki założysz i mam na co popatrzeć.- Pokazuję mu palcem, żeby się odwrócił, a gdy to robi, automatycznie się krzywi.- Luckie, przecież już cię karmię.- Daje jej kolejną łyżeczkę, a gdy ta połyka, ociera jej twarz.- Chyba będę musiał cię umyć jeszcze raz, słoneczko.- Pstryka ją w nosek.
-Jay, chcesz coś do jedzenia? Bo ja mam ochotę na owsiankę, pomimo tego, że jest wieczór.- Zagryzam wargę, wyobrażając sobie już smak posiłku.
-To w sumie mi też możesz zrobić.- Tym razem już nie popełnia błędu i nie spuszcza dziewczynki z oczu. Znikam w kuchni i przez kilka minut przygotowuję nasz posiłek, a potem z dwiema miseczkami wracam do salonu, gdzie jednak nie ma nikogo. Siadam na sofie i zabieram się za pałaszowanie mojego wymarzonego dania, gdy z góry przychodzi muzyk. Siada obok mnie i łapię w ręce swoje naczynie.
-Położyłeś ją już spać?- Dziwię się, bo nie ma nawet jeszcze dziewiątej, a dziewczyna ostatnio nie ma zamiaru iść spać wcześniej niż w pół do jedenastej, a czasem nawet i później.
-Cały czas było “tata, spać”, więc chyba innego wyboru nie miałem.- Wzrusza ramionami, ale odkłada na stoliku elektryczną, na której widać, że Elizabeth rzeczywiście leży grzecznie w łóżeczku i bawi się Bubu.
W ciszy kończymy posiłek, a potem Leto bez słowa zabiera miseczki i znika w kuchni. Kładę się, opierając głowę na poduszcze. Przymykam na moment oczy, ale niebieskooki po chwili wraca. Podnoszę się, robiąc mu miejsce, a gdy już się wygodnie sadowi, kładę się tym razem na jego kolanach. Znów przymykam powieki, a ten delikatnie głaska mnie po policzku i włosach.
-Jeśli jesteś zmęczona, to idź się położyć.- Otwieram oczy i dostrzegam jak pochyla się lekko nade mną.
-Nie jestem.- Mruczę.
-To w takim razie chodź na górę.- Z jękiem podnoszę się i ciągnięta przez własnego męża, wspinam się po schodach. Jednak mimo wbrew moim pozorom kierujemy się na drugie piętro. Ze zmarszczonymi brwiami obserwuję jak muzyk włącza światło w swoim biurze i po prostu pada na wielką, miękką pufę tuż koło stojaka z gitarami.
-Myślałam, że ciągniesz mnie do sypialni.- Przyznaję, zajmując drugie siedzisko.
-No tak, głodnemu chleb na myśli.- Śmieje się cicho, sięgając po jeden z instrumentów.
-Odezwał się. Co ty tak w ogóle zamierzasz robić?- Przyglądam się jak dostraja gitarę.
-Robię ci prywatny koncert, o którym każda żeńska część Echelonu skrycie marzy.- Uśmiecha się szeroko.- Ale po każdej piosence coś z siebie zdejmiesz.- Teraz jego słodki uśmieszek zmienia się w ten cwany.
-Chyba śnisz.- Fuczę, zakładając ręce na piersi. Mężczyzna zaczyna grać jedną z ich piosenek.
-No proszę.- Przerywa, by złożyć dłonie jak do modlitwy.
-Absolutnie. Śpiewaj sobie, śpiewaj, ale ja tu żadnego striptizu robić nie będę, jasne? Zresztą przypomnij mi ile ty masz, staruszku, lat?- Podczas mojej wypowiedzi nachyla się i gdy ja kończę, cmoka mnie w nos.
-Ale jesteś.- Komentuje, ponownie zaczynając grać. Wpatruję się jak gra, całkowicie skupiając się na instrumencie, a w mojej głowie niestety pojawiają się wątpliwości czy aby na pewno dobrze zrobiłam, rezygnując. W końcu życie jest jedno, nie? Tak więc jeszcze przed końcem moje dresowe spodenki lądują na drewnianej podłodze, a we mnie utkwione są niebieskie, zdziwione tęczówki. W odpowiedzi na jego wzrok, wzruszam ramionami.
-Jeśli chcesz zobaczyć to cudowne ciało, to radzę ci wybierać te krótkie piosenki.- Uśmiecham się szeroko.

niedziela, 23 lipca 2017

106. WRESZCIE W DOMU

8 sierpień 2013

Ziewam, zdejmując walizkę z taśmy. Kieruję swój wzrok na Jareda, który robi podobnie z bagażem Constance. Łapię za rączkę dziewczynkę, trzymającą się mojej nogi i posyłam jej zaspany uśmiech. Obie przespałyśmy cały lot z Europy, ale o ile ona ma teraz energię, tak ja mam ochotę zakopać się pod kocykiem i przespać kolejne kilka godzin.
-Każdy znalazł swój bagaż?- Pyta piosenkarz, tuż po policzeniu naszych walizek. Większość załogi, która z nami przyleciała kiwa głową potwierdzając, jednak Shannon unosi rękę w górę.
-Jeszcze mój.- Ogłasza. Przesuwam się z Elizabeth na bok, żebyśmy nie przeszkadzały w polowaniu. Głaskam niebieskooką po włoskach, a ta wystawia rączki w moim kierunku.
-Mama!- Woła, więc podnoszę ją, a gdy się prostuję, zauważam starszego Leto na taśmie, na którą normalnie trafiają walizki i torby.
-Co ty robisz, baranie?!- Wrzeszczy jego brat, a mój mąż, a ja załamuję ręce. Jakby nie wystarczyło, że Shann razem z Tomo zgubili się w drodze do toalety na lotnisku w Paryżu, gdzie mieliśmy ostatni koncert, przez co prawie gitarzysta spóźnił się na swój samolot do Detroit.
-Żebym ja to wiedział.- Odpowiada perkusista, stojąc już na posadzce.- Dobra, mam wszystko. Chyba możemy iść.- Uśmiecha się szeroko, nasuwając na nos okulary przeciwsłoneczne.
Przechodzimy do kolejnego pomieszczenia i pierwszymi osobami, które rzucają mi się w oczy są Emma i Carl, który gdy tylko dostrzega swoją byłą żonę, zamyka ją w ramionach. Zresztą Shann wita się ze swoją dziewczyną z podobną czułością. Załoga fotografów macha nam na pożegnanie i każdy rozchodzi się w swoim kierunku, podobnie jak Stevie, muzyk koncertowy. Witam się z przybranym ojcem chłopców i byłą asystentką, a potem wszyscy ruszamy do wyjścia z budynku, a następnie na parking.
-Hej, Olivia, co ty taka niemrawa?- Pyta blondynka, zrównując ze mną. Wywracam oczami, a ta jedynie się śmieje.- Rozumiem. Jeszcze gorsi niż dzieci, nie?
-Wiesz, wnioskując po twoich worach pod oczami, to ja się jednak choć trochę wysypiałam, w przeciwieństwie do ciebie.- Kobieta poważnieje.
-Nie śmieszne. To małe potworki.- Komentuje ze śmieszną miną.- Ale chwała za Patricka. Nigdy bym sobie nie poradziła bez niego.- Wzdycha, gdy docieramy do samochodu Ludbrook i zaparkowanego tuż obok naszego, którym przyjechał Carl.
***
Przewracam się na bok, by w końcu podnieść się do pozycji siedzącej, otwierając jednocześnie oczy. Rozglądam się, intensywnie myśląc gdzie tym razem jestem, ale dzięki zdjęciom wiszącym na ścianie, dociera do mnie, że jestem wreszcie w domu w LA. Kończę ziewać, a na mojej twarzy pojawia się uśmiech. Zrzucam stopy na dywanik i podchodzę do szafy. Przebieram się w spodenki i jakąś koszulkę, a następnie wychodzę na korytarz i od razu docierają do mnie odgłosy z dołu. Zbiegam ze schodów i wpadam do salonu akurat, gdy Jared, odwrócony do mnie tyłem daje kazanie części Linkin Park, którzy rozsiedli się na sofie.
-... Olivia śpi, dlatego jeśli jeszcze raz odezwiecie się choćby o jeden decybel za głośno, wykopię was stąd, choć to wy macie przewagę liczebną.- Macham chłopakom, a ci z wielkimi uśmiechami na ustach, próbują powstrzymać uśmiechy. Podchodzę do młodszego z braci Leto, skradając się na paluszkach i dźgam go w bok, a ten piszczy, podskakując, po czym odwraca się, mrożąc mnie wzrokiem.- Ja tu właśnie staram się ich uspokoić, a ty tak mnie zachodzisz?- Fuczy, udając wkurzonego. Śmieje się cicho, jednocześnie podnosząc się na palcach. Całuję go krótko, a zaraz potem wciskam się między Chestera i Shinodę, którzy w tym samym momencie cmokają mnie w policzek. Robię zaskoczoną minę.
-A to za co?- Pytam, spoglądając na bawiącą się na dywanie Elizabeth i najmłodsze córeczki wokalisty Linkinów.
-Za to że już wróciłaś.- Odpowiada Mike.- Nudziło nam się.- Dodaję, a w tym czasie Brad nachyla się nad swoim kolegom z zespołu z miną zbitego szczeniaczka.
-Ja też chciałem się przywitać.- Mówi, a ja przytulam go, całkowicie ignorując to, że w ten sposób przygniatamy trochę Benningtona.
-Cześć, Baranku.
-No cześć. Jak było w trasie?- Mówi, cały czas trzymając mnie w objęciach.
-Delson, puszczaj ją, bo zaraz się uduszę.- Jęczy Chez, a gitarzysta wypuszcza mnie ze swoich ramion.- Dziękuję. Właśnie, jak było?
-Powiem wam, że ciekawie. Ale jednak w domu najlepiej.- Wystawiam nogi na Josepha, który zajął miejsce na fotelu, jednocześnie opierając głowę na Shinodzie.- A co u was? Myślałam, że też jesteście w trasie.- Moja poduszka zaczyna się trząść ze śmiechu.- No co?
-Nic. Tylko myślałem, że pamiętasz jak wysłałaś z nami Babu pod koniec lutego do Australii, a potem się na niego wydarłaś.- Ciągnie mnie za kosmyk włosów.
-Rzeczywiście.- Prycham cicho, przypominając sobie miny członków zespołu, gdy po raz kolejny wyzywałam współwłaściciela studia od pajaców, kretynów i tym podobnych.- A teraz jakoś nie będziecie mieli kilku koncertów gdzieś?- Dopytuję, bo mimo, że dawno nie zaglądałam do papierów, coś mi jednak świta.
-Prawda. Pojutrze wybieramy się do Azji.- Bennington zaciera ręce z wielkim uśmiechem.- Tylko, ja cię proszę, nie zbesztaj nam fotografa tym razem.- tym razem składa dłonie jak do modlitwy.
-Nie obiecuję. Wszystko zależy od stanu w jakim znajduje się studio.- Odpowiadam, spoglądając na mojego męża, który wpatruje się w nas z uśmiechem.- Jay, czemu milczysz?- Zwracam się do niego.
-Bo mnie zdążyli już wypytać ze wszystkiego. Teraz słucham twojego przesłuchania. Ktoś chce herbaty albo kawy?- Unoszę dłoń w górę, a zaraz za mną reszta.- Lee, kawa, a reszta?- Każdy składa zamówienie, a potem młodszy Leto znika w kuchni.
-W ogóle, muszę to powiedzieć, jestem dumny z Luckie. Nauczyła się  chodzić.- Zaczyna Chester, więc odwracam głowę w jego stronę.
-Widzieliście zdjęcia?- Uśmiecham się szeroko.
-Ta twoja pokraka zdążyła nam już je pokazać.- Mike wskazuje na pomieszczenie, w którym zniknął Jay, a ja śmieję się cicho.
-Nie nazywaj go tak.- Trzepię moją podusie po głowie, a ten tylko krzywi się nieznacznie. Obserwuję jak wokalista Linkinów podnosi się, a potem przechodzi nad moimi nogami na dywan. Kuca przy stoliku, z pięć metrów od dziewczynkach, które grzecznie się bawią.
-Luckie, chodź do wujka.- Rozkłada ręce, a czarnowłosa podnosi się i po chwili ląduję w ramionach chudzielca, jednocześnie wołając.
-Cheese!- Śmieję się, podobnie jak reszta zespołu.
-To chyba miało być Chez.- Komentuje Shinoda.- Ale powiem ci, że też nieźle brzmi.- Uśmiecha się szeroko, a jego przyjaciel tylko do przedrzeźnia.

----------------------
Kompletnie nie planowałam tego rozdziału, ale przez to co się wydarzyło kilka dni temu, po prostu musiałam.
Spoczywaj w pokoju, Chez... :c 

piątek, 21 lipca 2017

105. TRASA



30 lipiec 2013

Otwieram oczy, gdy coś, a raczej ktoś gryzie mnie w nos. Nad sobą dostrzegam córkę, a po chwili ona znika. Przecieram zaspane oczy, jednocześnie podnosząc się do pozycji siedzącej i tuż obok dostrzegam Olivię, Elizabeth i laptopa.
-Ile razy mam ci mówić, że nie wolno gryźć taty?- Pyta zielonooka, a jej mniejsza kopia reaguje śmiechem.
-Dzień dobry.- Mówię z uśmiechem, a moje ślicznotki spoglądają na mnie.
-No i widzisz? Jeszcze tatę obudziłaś, a ja chciałam jeszcze popracować.- Mruczy Lee, ale nachyla się i cmoka mnie w usta.
-Długo nie śpicie?- Pytam, podnosząc córkę i przekładając na kolana. Dziewczynka w locie piszczy, ale ląduje na moich nogach ze śmiechem.
-Luckie obudziła się jakąś godzinkę temu, a ja pracuję już jakieś trzy, śpiochu.- Sięgam po telefon, należący do mojej żony, który leży tuż obok jej stopy.
-Nie przesadzaj. Jest po ósmej. I pragnę zaznaczyć, że jeśli w dzień nie utniesz sobie drzemki, to raczej zabraknie ci energii na robienie zdjęć  na dzisiejszym koncercie. Zresztą powinnaś sobie troszkę odpuścić, bo widzę, że te podróże cię wykańczają.- Zakładam kosmyk czarnych włosów za jej ucho.
-Dam radę, Jay, zostało tylko półtora tygodnia i na dwa tygodnie wracamy do domu.- Uśmiecha się.- Zresztą snu mam dużo jak latamy z miejsca na miejsce.
-Pragnę zauważyć, że spanie w samolocie, a w hotelowym łóżku, to całkiem co innego.- Dziewczynka ucieka mi z kolan i na czworaka przechodzi do swojej ulubionej zabawki.
-Dam radę. Latanie po scenie za tobą wcale nie jest takie trudne.- Uśmiecha się szeroko.- A teraz wstajemy wszyscy i idziemy na śniadanie, bo chłopaki już u mnie byli, bo sami nie chcą iść.
-Mówisz o tych dwóch kretynach?- Opuszczam stopy na mięciutką wykładzinę, jednocześnie wskazując na jedną ze ścian sypialni.
-Dokładnie o nich mówię, tyle że ich pokój jest tam.- Kobieta ze śmiechem wskazuje całkowicie inny  kierunek niż ja moment wcześniej.
-Oni już wstali?- Dziwię się, sięgając po dżinsy, które zaczynam naciągać na tyłek.
-Mniej więcej w tym samym momencie co Luckie się obudziła, zaczęły się ich krzyki.- Zielonooka idzie moim śladem i sama się przebiera, wyciągając wcześniej swoje ciuchy z walizki.
-O co tym razem poszło?- Pytam, zmieniając koszulkę z tej, w której śpię, na jakąś czystą.
-Wolałam się nie dopytywać, ale jak tu przyszli, to najwidoczniej zdążyli się już pogodzić.- Wzrusza ramionami, po czym naciąga sweter.
-Od kiedy z nich takie ranne ptaszki?- Opieram się o drewnianą komodę, wpatrując w tyłek mojej żony.
-Chyba odkąd zostali ojcami.- Śmieje się, łapiąc ciuszki naszej córeczki.- Jay, idź wyczyścić zęby czy coś.- Macha dłonią, poganiając mnie.
-Wyganiasz mnie?- Robię smutną minkę, ale podążam w kierunku wyjścia z sypialni.
-Po prostu jeśli już zaczynasz gapić się na mój tyłek, to chwilę później zazwyczaj mnie po nim klepiesz, a jak już zdążyłeś zauważyć, ja jakoś nie bardzo za tym przepadam.- Odkłada ubranka Elizabeth koło dziewczynki, a ja zbaczam z mojego kursu i obejmuję ją od tyłu.
-Chyba od tego mnie masz, żeby cię miał klepnąć po tyłku.- Szepcze, a moja dłoń z jej talii zsuwa się na pośladki.
-Śmierdzi ci z ust, śmierdzielu.- Mówi bez zająknięcia.
-Jesteś nieczułą.- Komentuję, puszczając ją.
***
Spacerujemy z Elizabeth po korytarzach hotelu, bo pogoda nie pozwala nawet na wystawienie nosa z budynku. Wzdycham cicho, przypominając sobie nasze wakacje na Hawajach. Tam przynajmniej nie musieliśmy chodzić w swetrach. Albo chociażby nasze LA. Już to inny klimat i o wiele cieplej.
-Luckie, co powiesz na wakacje?- Pytam, spoglądając w dół, gdzie trzymając mnie za ręce dzielnie kroczy moja mała królewna.
-Tak.- Mówi zabawnym głosem. Mniej więcej na początku trasy Stevie, nasz muzyk koncertowy nauczył ją słów „tak” i „nie”, więc od jakiegoś czasu czarnowłosa podejmuję bardzo ważne decyzje, dotyczące zamawianych przez nas posiłków, czy filmów, które oglądamy lecąc. Po prostu mówimy jej tytuł, bądź nazwę potrawy, a ta decyduje. A wszystko odbywa się bez sporów.
-Tak właśnie myślałem.- Uśmiecham się, bo dziewczynka po raz kolejny zatrzymuje się koło wielkiego akwarium na całej ścianie.
-Tata, rybka!- Woła, wskazując na jedno z wielu zwierząt. Podnoszę ją na ręce, żeby miała dobry widok, a koło mnie zatrzymuje się Shann.
-Cześć, Gówniarzu.- Łapie mnie za kucyk, w który związałem włosy, żeby mi nie przeszkadzały.
-Cześć, Kurduplu.- Odpowiadam, podczas gdy ten łapie dłoń malutkiej i cmoka ją w nią.
-Cześć, Kangurku.- Na wspólnych urodzinach Shannona i Luckie, mój brat po rozmowie z Terrym przejął jego zwyczaj i teraz razem z całą załogą wołają tak do mojej córki.- Gdzie Oliver? Szukam jej po całym hotelu i nie mogę znaleźć.- Mówi, już zwracając się do mnie.
-Śpi, bo ostatnio ma drobne problemy ze spaniem i budzi się w środku nocy.- Mówię.
-W takim razie, co robicie?- Wzruszam ramionami.
-Chyba nic.- Odpowiadam, znów wpatrując się w akwarium podobnie jak Elizabeth i perkusista.

ROZDZIAŁ SPECJALNY #5 PATRICK FOLEY



Wychodzę na świeże powietrze, zostawiając za sobą bar z bratem w środku. Co raz częściej nachodzi go ochota na stanie za barem, a mi zostają albo papiery, których z całego serca nie cierpię, albo ucieczka, co robię i dzisiaj. Spoglądam na drugą stronę ulicy, gdzie ze studia właśnie wychodzi Robert, załadowany po czubek głowy. Przebiegam przez drogę i staję koło niego.
-Pomóc?- Pytam.
-Jeszcze nigdy bardziej nie cieszyłem się z twojego niespodziewanego objawiania.- Mówi, jednocześnie wręczając mi jakieś teczki, pudełka i tego typu rzeczy.- Jake znów wypędził cię z baru?- Odwraca się w moim kierunku, gdy już wygrywa walkę z zamkiem i kluczem.
-Tak wyszło.- Wzruszam ramionami, uważając, żeby góra makulatury nie wylądowała na chodniku.- A ty już zamykasz?- Marszczę brwi, przyglądając się jak mężczyzna otwiera drzwi swojego samochodu.
-Wpadłem tylko na chwilę. Nie ma sensu przesiadywać tu całe dnie, skoro Lee z połową załogi jest z Marsami, a reszta na innych trasach po całych Stanach. Jak ktoś koniecznie chce się z nami skontaktować, to przez telefon.- Tłumaczy, przekładając rzeczy z moich rąk na tylne siedzenie.- Zresztą osobiście podpisujemy tylko umowy.
-W sumie prawda.- Mruczę, gdy odbiera ode mnie ostatnie pudełko.
-Pat, masz ochotę na drinka? Bo wydaję mi się, że taki niemrawy dzisiaj jesteś.- Mówi, stojąc już prosto.
-W sumie, to czemu nie.- Ponownie wzruszam ramionami.- Tylko chodźmy do konkurencji, bo nie chcę się załamać widząc jak Jake serwuje drinki.- Śmiejemy się cicho, ale przerywa to mój telefon. Wydobywam go z kieszeni.- Przepraszam na moment.- Mruczę i nie patrząc kto dzwoni, odbieram, ale po pierwszych sekundach, gdy dociera do mnie płacz dziecka już wiem, kto zaraz się odezwie.
-Pat, wiem że jesteś w pracy, ale może dałbyś radę wpaść na moment?- Odzywa się całkowicie załamana Emma, a ja uśmiecham się lekko, bo właśnie znalazłem zajęcie na wieczór.
-Właściwie, to Jake mnie wygonił i z chęcią wpadnę.- Odpowiadam, a Robert marszczy jedynie brwi.
-Jesteś cudowny. Czekamy na ciebie.- Kobieta rozłącza się szybko, jakby bała się, że mogę zrezygnować. Chowam komórkę z powrotem do kieszeni.
-Przykro mi, Babu, ale dostałem propozycję roboty na wieczór, więc nasz wypad musimy przełożyć na kiedy indziej.
-Czyżby dzieciaki Shanna rozrabiały?- Śmieje się cicho, a ja kiwam głową, potwierdzając.- Takie małe, a już umieją dopiec Emmie. Jakby cała zgraja z Marsa jej wcześniej nie wykończyła. W takim razie, do zobaczenia.- Salutuje mi, a po chwili znika za zakrętem.
Spoglądam jeszcze na zegarek na nadgarstku, po czym kieruję się w całkowicie przeciwnym kierunku, mimo, że mieszkania Greenwooda i starszego Leto są niedaleko siebie. Z tą różnicą, że pieszo, przez „skróty” jest znacznie szybciej niż samochodem. Po niecałych siedmiu minutach ląduję na odpowiednim piętrze, na którym już słychać płacz jednego z maluchów. Naciskam dzwonek do drzwi, które po chwili otwiera Ludbrook z podkrążonymi oczami z jednym z chłopców na rękach.
-Wyglądasz okropnie.- Mówię na wstępie, wyciągając ręce po dziecko.
-Dziękuję.- Odpowiada, przekazując mi Michaela, wnioskując po śpioszkach z nadrukiem imienia.- Nie sądziłam, że zgodzisz się przyjść. Mógłbyś spędzić ten wieczór w znacznie lepszym miejscu i przede wszystkim cichszym.- Uśmiecham się lekko.
-Daj spokój. Lee stwierdziła, że mam talent do dzieci, więc się z nim dzielę. Zresztą to miła odskocznia od podpitych klientów baru.- Przechodzimy do salonu, gdzie w rogu stoi wielka klatka z papugą perkusisty.
-Ja tego już nie rozumiem.- Jęczy po chwili, gdy mały się już uspokaja.- Jak ty to robisz?
-Trzymam go tak, żeby cię mógł obserwować. Mama Olivii zawsze mówiła, że kluczem do uspokojenia dziecka jest jego matka.
-O tym nie pomyślałam.- Kobieta opada na sofę, ale po niecałej sekundzie prostuje się.- Całkowicie zapomniałam. Kawa, herbata?
-Nie, dzięki.- Chłopiec w milczeniu przygląda się blondynce.- Odpocznij chwilę, bo jak nie jeden, to drugi może zacząć płakać.- Śmieję się cicho.
-Nawet nie mów.- Kobieta jęczy cicho, ale posłusznie siada na sofie.
-A gdzie Andy?
-Śpi w pokoju. I mam nadzieję, że tak zostanie. W ogóle czuję, że wyrośnie na spokojniejszego człowieka, a co z Mickey, to sama nie wiem. Może czas zainwestować w perkusje, żeby miał się na czym powyrzywać jak tatuś?- Łapię dłoń jej synka i uśmiecha się do niego lekko, ale nie trwa to długo, bo jej komórka, leżąca na stoliku do kawy się odzywa. Emma wzdycha cicho, po czym po nią sięga i sprawdza wiadomość.- I jeszcze ten Kurdupel się napatoczył.- Mruczy, a ja śmieję się cicho, bo widocznie przezwisko Jareda znalazło swoich fanów.- Myślisz, że mogę z nim porozmawiać pięć minut?- Robi słodkie oczka, jakbym miał ją zamordować za rozmowę z własnych facetem.
-Jeśli tylko ja ci nie będę przeszkadzać.- Odpowiadam, a ta sięga po laptopa i otwiera go, a chwilę później na ekranie dostrzegamy perkusistę, siedzącego we wannie, ale w pełni ubranego.
-Co ty robisz?- Pyta na wstępie Ludbrook, gdy ten macha do ekranu.- I dlaczego siedzisz w łazience?- Dodaje.
-Cześć, kochanie. Cześć, Pat. Dzisiaj kolej Tomo na rozmawianie w pokoju, a że leje, tak balkon odpada i została łazienka.- Mówi z uśmiechem.

104. PIERWSZE KROKI

15 lipiec 2013

Zatrzymuję się na moment obok podwyższenia z perkusją, w którą zawzięcie wali Shannimal. Obserwuję jak Jared szaleńczo biega po scenie. Pstrykam mu kilka zdjęć, podobnie jak jego bratu, gdy przez słuchawkę wydobywa się zmartwiony głos Connie.
-Nie widzieliście gdzieś Luckie? Uciekła mi.- Otwieram usta, nie wiedząc co mam powiedzieć. Moja mała córeczka zginęła. Spoglądam na Jareda, który wydaje się, że nie usłyszał co powiedziała jego matka, ale po nagłej zmianie w płynności jego ruchów, doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że myśli o tym samym co ja. Nagle przerywa piosenkę, patrząc w stronę kulis. Kieruję swój wzrok w tym samym kierunku i dostrzegam nasze maleństwo, które z uśmiechem, na czworaka kieruje się ku swojemu tacie. Uśmiecham się z ulgą.
-Znaleźliśmy ją.- Odzywam się do małego mikrofonu, dzięki któremu wszyscy możemy być w kontakcie w czasie koncertu i na próbach. Ponownie spoglądam na czarnowłosą, która dzielnie znosi wielkie słuchawki na uszach, dzięki którym może przebywać w takim hałasie. Sama chętnie bym je założyła, bo jednak stanie w takim hałasie jest dość męczące.
-Na to wygląda- Zaczyna Jay, mówiąc do mikrofonu.- że chyba właśnie poznaliście Elizabeth Ruby Leto, moją córeczkę.- Uśmiecha się do dziewczynki, siadając na scenie, a fani zaczynają piszczeć.- Ale mogę prosić o ciszę?- Ponownie spogląda na tłum, a ja oczyma wyobraźni widzę jak marszczy przy tym brwi. Przechodzę zza stanowiskiem Steviego, nowego muzyka koncertowego, żeby lepiej wszystko widzieć.- To malutkie dziecko.- Odkłada mikrofon obok siebie, który jednak toczy się i spada ze sceny, jednak widzę, że ochroniarz go łapie i z powrotem odkłada na podwyższenie z lekkim uśmiechem.
Wracam spojrzeniem do najdroższych mi osób i widzę jak Jared przywołuje dłonią dziewczynkę. Tak samo jak robimy to codziennie, chcąc by wreszcie zaczęła sama chodzić. Mała unosi wysoko kąciki ust i zaczyna się śmiać, a wraz z nią mój mąż. Co dziwi mnie najbardziej, że na arenie panuje totalna cisza. Nagle Elizabeth, podpierając się o dłonie, prostuje nóżki. Otwieram usta ze zdziwienia, jednocześnie pstrykając kilkadziesiąt zdjęć, podczas gdy ona robi kilka, swoich pierwszych kroków i wpada wprost w ramiona swojego ojca. Z moich oczu wypływają łzy szczęścia, bo to najpiękniejszy moment jaki w życiu widziałam.
-Lee, widziałaś?- W uchu słyszę głos młodszego Leto.
-Jej pierwsze kroki.- Wyszeptuję, a on odwraca się w moim kierunku i wysyła mi uśmiech. Podnosi się z małą na rękach i podchodzi po mikrofon.
-Byliście świadkami pierwszych kroków mojej córki.- Zwraca się do kilku tysięcy osób, obecnych w budynku.- Nawet nie wiecie jaki jestem w tej chwili szczęśliwy.- Podchodzę bliżej.
-Zaniosę ją Connie.- Mówię, przejmując Luckie.
-A jakby ktoś jeszcze nie wiedział, to są dwie najpiękniejsze istoty, które kiedykolwiek stąpały na tej ziemi.- Wskazuje na nas.
                               *                      *                      *
Spoglądam na przenośne łóżeczko, na którym śpi mała. Właściwie to zasnęła zaraz po tym jak zniosłam ją ze sceny. Wracam spojrzeniem do ekranu laptopa, gdzie mam już wszystkie zdjęcia z dzisiaj. Czeka mnie teraz przeglądnięcie ich, usunięcie tych nieudanych i w razie czego, poprawienie ich. Ziewam na samą myśl o tym co mnie czeka, gdy z łazienki wychodzi Jared, wycierając ręcznikiem włosy, które aktualnie są dłuższe od moich. Siada na oparciu fotela i wpatruje się we mnie.
-No co?- Pytam w końcu, spoglądając na niego. Na jego twarzy pojawił się uśmieszek, który nie może wróżyć nic dobrego, a przynajmniej nie dla mnie.
-Chcę ci tylko powiedzieć, że nie zamierzam pozwolić na to, żeby moja żona zarywała kolejną nockę, przeglądając zdjęcia.
-A co? Chcesz to zrobić za mnie?- Spoglądam na niego z politowaniem.
-Jak tak dalej pójdzie, to się wykończysz.- Mrużę oczy, a on krzywi się, wiedząc, że popełnił błąd.
-Jasna cholera.- Syczę, podnosząc się.- Do łazienki i to już. Nie zamierzam obudzić Luckie.- Czekam, aż ten wstanie. Obserwuję jak zgarbiony wchodzi do pomieszczenia, z którego moment wcześniej wyszedł. Zamykam drzwi i zatrzymuję się naprzeciwko muzyka. Patrzę wprost w jego oczy.- Durniu, mało brakowało, a osierociłbyś córkę, przez własną głupotę.- Widzę każdy ruch mięśni na jego szczęce i doskonale wiem, jak nie lubi, gdy mu to wypominam.- Jestem odpowiedzialna za zdjęcia z koncertu i M&G, które muszę jeszcze porozsyłać. To moja praca.
-Ja też pracuję. Wtedy też. Nie zapominaj, że jestem okazjonalnym aktorem.- Odzywa się, a mnie mało szlak nie trafia.
-Ale ja, jeśli poczuję, że nie dam rady więcej, to się położę i rano pośpię dłużej, a ty na planie nie jadłeś przez kilka dni. Schudłeś prawie 30 funty (jakieś 13 kg) w przeciągu niecałych dwóch miesięcy.- Mój podbródek zaczyna drżeć, a z oczy wypływają pierwsze łzy.- Prawie cię straciłam.- Wyszeptuję, a on przybliża się i obejmuje mnie, głaszcząc po włosach.
-Przepraszam. Doskonale wiesz, że jestem głupi.- Mówi, całując mnie w czubek głowy. Z moich oczu ciągle wydobywają się słone łzy, których nie mogę powstrzymać, podobnie jak wspomnień o pobycie Jareda w szpitalu.- Aniele, nie płacz. Nie znoszę jak jesteś smutna, a szczególnie jeśli to moja wina.- Gładzi moje plecy, próbując mnie uspokoić.- Już nigdy nie zrobię czegoś tak głupiego, obiecuję.- Unoszę wzrok w górę.
-Jak mogłam zakochać się w takim idiocie?- Pytam, a na jego twarzy pojawia się uśmiech. Ziewam, a ten podnosi mnie na ręce.
-Zdziwiłbym się, gdybyś się nie zakochała.- Mówi, wynosząc mnie. Odkłada mnie na łóżku.- Dzisiaj jako twój szef, daję ci wolne.- Oznajmia, wyłączając laptopa. Przyglądam się dokładnie jego ruchom, całkowicie zapominając, że przed momentem byłam na niego wściekła.
-Skromny to ty nie jesteś.- Mruczę, a ten ląduje obok mnie, ówcześnie gasząc światło. Teraz jedynym źródłem jest mała lampka stojąca po mojej stronie.
-Idziemy spać, czy wykorzystamy ten czas jakoś inaczej?- Robi dziubek, wpatrując się we mnie.
-Nie wiem jak ty, ale ja idę spać. Muszę odespać wczorajszą noc.- Uśmiecham się szeroko, wślizgując się pod ciepłą kołdrę, a ten wzdycha zapewne z rozpaczy.- Muszę wykorzystać moment, gdzie jestem wolna od mojego szefa dupka.- Przekręcam się twarzą do okna i łóżeczka małej.
-Hej, nie rób ze mnie potwora.- Czuję jak gramoli się obok mnie, więc odwracam głowę w jego kierunku, jedną ręką gasząc lampkę
-Niby dlaczego?- Mężczyzna przyciąga mnie do siebie i zamyka w szczelnym uścisku.
-Bo zawsze mogę odwołać wolny wieczór.- Czuję jak się uśmiecha, a ja jedyne co robię, to wtulam się w jego ciało i zasypiam.

103.TRASĘ CZAS ZACZĄĆ

10 lipiec 2013

Przyglądam się jak najpiękniejsza kobieta na świecie naciąga na swoje zgrabne nogi obcisłe dżinsy, podskakując przy tym chyba w każdą możliwą stronę. Gdy już kończy swój pokaz skoków, zdejmuje jedną z moich dłuższych koszulek, w której zazwyczaj śpi i ubiera inną, również moją. Przeczesuje jeszcze włosy palcami, a następnie odwraca się w moim kierunku ze wzrokiem, mówiącym, że raczej dłużej tu nie poleżę.
-Wstawaj, leniu śmierdzący.- Mówi, a ja mogę się tylko uśmiechnąć na tą zniewagę. Olivia na czworaka przechodzi po pościeli w moim kierunku, a gdy już jest w dogodnej dla mnie odległości, nachylam się i cmokam ją w usta.
-Kocham cię.- Mówię, a teraz to ona się uśmiecha. W jej oczach dostrzegam, że jest szczęśliwa i to właśnie mnie najbardziej cieszy.
-Ja ciebie też, ale to nic nie zmienia. Wstawaj i idź zrobić śniadanie.- Podnosi się i po chwili znika gdzieś na korytarzu. Zresztą ja sam wstaję, ślę łóżko, przebieram się w jakieś wygodne dresy i wychodzę. Drzwi do łazienki są otwarte, więc zaglądam do pomieszczenia, gdzie moja żona czyści zęby przy umywalce. Podchodzę do niej i chwytam swoją szczoteczkę.- Miałeś śniadanie zrobić.- Zaczyna z pianą w ustach, gdy ja nakładam pastę.
-Pozwól mi chociaż pozbyć się tego zapachu z ust.- Odpowiadam. Czyszcząc zęby przyglądam jej się, stojącej po drugiej stronie umywalki. Po odłożeniu swojej szczoteczki na miejsce zielonooka stula się we mnie i stoi tak, dopóki i ja nie skończę swojej czynności.
-Jestem najszczęśliwszą osobą na ziemi, że cię mam.- Mruczy.
-Chyba raczej na odwrót, Aniele.- Całuję ją w czubek głowy.- Idź do Ellie, ja się zajmę śniadniem
Schodzę na parter, jednocześnie ziewając. Wchodzę do kuchni, a tam robię najprostszą na świecie owsiankę z mlekiem wegańskim. Z lodówki wyciągam też jogurcik dla Elizabeth, żeby choć odrobinę się ogrzał. W momencie, gdy przekładam płatki do misek do kuchni wchodzi Olivia z naszą córką na rękach.
-Tata!- Woła mała, a ja odwracam się w jej kierunku z uśmiechem.
-Cześć, Luckie.- Cmokam ją w główkę.- Jak się spało?- Łapię jej rączkę i ją też całuję.
-Się właśnie nie spało.- Komentuje pani fotograf, sadzając małą na krzesełku.- Kto to się bawił Bubu?- Czarnowłosa wyciąga łyżkę i łyżeczkę. Większą odkłada na stole. Przekładam nasze śniadanie i siadam na jednym z krzeseł.- Jay, dzwoniłeś wczoraj do Connie?- Krzywię się, bo całkowicie o tym zapomniałem.
-Zaraz zadzwonię.- Odpowiadam, a ta kręci głową z politowaniem.
-Musisz wybrać się do lekarza. To już skleroza, staruszku.- Śmieje się, jednocześnie karmiąc Ellie.
-Powtarzam mu to od lat.- Odzywa się doskonale przeze mnie znany głos, który niestety towarzyszy mi od moich narodzin.- Zaczynam doceniać ten wasz domek i ciszę jaka tu panuje- Dodaję, stając przy blacie.- Kawy?- Wsadzam łyżkę z owsianką do ust, starając się nie komentować niespodziewanego przybycia tego kurdupla.
-Ja po proszę.- Zgłasza się Olivia.- Jak tu się znalazłeś? Byłam pewna, że wieczorem zamykałam dom na klucz. Zresztą Jared potem jeszcze to sprawdził.- Marszczy brwi. Od kiedy w naszym życiu pojawiała się Elizabeth wszystko się zmieniło, łącznie z zamykaniem drzwi na klucz.
-Dorobiłem się własny.- Macha w powietrzu pękiem metalowych przedmiotów.- A te twoje oddaję.- Rzuca na stół moje własne, przez które przeszukałem cały budynek, nie zapominając o Labie. Trzy razy w dodatku. Łapię je i z miłością przytulam.
-Mówiłem, że nie mogły tak zniknąć?!- Zwracam się do żony, a ta wywraca oczami.
-A przypomnij sobie jak zgubiłeś te do mieszkania w Nowym Jorku.- Wraca do karmienia naszej córki jogurcikiem.- Co prawda, znalazłam je, ale w moich spodniach świeżo wypranych.
-I chyba to się powinno liczyć.- Zamykam ten temat.- Shan, czego tu właściwie szukasz?- Pytam brata, który właśnie siada obok mnie.
-Przyjechałem po chwilę spokoju. Mickey dopiero zasnął, a Andy się właśnie obudził. Nie spałem całą noc.- Jęczy, uderzając głową w stolik.
-I zostawiłeś tak Emmę?- Zarzucam mu Lee, zresztą mam ochotę zrobić to samo.
-Nie. Em pojechała do sklepu. Carl do nas wpadł i zaoferował, że się zajmie dziećmi.- Unosi się, tym razem z uśmiechem na ustach.- Jednocześnie chciałbym spędzić z chłopcami te ostatnie godziny, ale jak już tak wrzeszczą, to mi się odechciewa. Dlaczego nie mogli mi się trafić takie grzeczne dzieci jak Luckie, albo chociaż Hay.
-Może gdybyś nie był takim wrzodem na tyłku chociaż jedno, było by spokojne?- Proponuję, ale zostaję tylko zmrożony wzrokiem przez perkusistę.
-Przymknij się, dupku. Łep mi pęka od twoich wrzasków.
-A myślałem, że od wrzasku twoich dzieci.- Uśmiecham się szeroko, bo to akurat mi się udało.
-Najlepiej będzie jeśli obaj się zamkniecie?- Rzuca Olivia.- Bo teraz mnie boli głowa od waszych wrzasków.- Dodaje, wycierając buzię naszej córeczce, po czym odwraca się do swojego śniadania.
***
Wkładam ostatnią walizkę do samochodu, po czym odwracam się do Olivii, zapinającej Elizabeth w foteliku.
-Jesteś pewna, że wszystko spakowaliśmy?- Pytam, a ta prostuje się.
-Przecież już ci mówiłam, że mam wrażenie, że czegoś nie wzięliśmy.- Marszczy czoło, jakby zastanawiała się, co to za przedmiot.- Najwyżej będziemy się martwić na miejscu. Na pewno wszystkie dokumenty mam, a to jest najważniejsze.- Zamykam bagażnik i podchodzę do niej. Cmokam ją w usta, a potem siadam na miejscu kierowcy. Po chwili Lee pojawia się obok mnie. Odwraca się jeszcze, zaglądając do Ellie.- Bubu też z nami jedzie, więc może niepotrzebnie panikuję?- Rzuca.
-Na pewno.- Uśmiecham się lekko.- Zadzwoń do mamy i Carla, że już wyjeżdżamy.- Odpalam samochód, a chwilę później jesteśmy już na drodze.
-Cześć, Connie. My już jedziemy… Za jakieś dziesięć minut… Dobrze… Pa.-  Kobieta odkłada telefon do torebki i spogląda na mnie.- Do tej pory nie wiem jak namówiłeś ją, żeby z nami pojechała.- Komentuje, a ja uśmiecham się szeroko.
-To akurat było proste. Gorzej było z Carlem. Oni chyba naprawdę do siebie wrócili.- Mruczę.
-No co ty, geniuszu?- Wywraca oczami.- Przecież mówiłam ci to już po sylwestrze. Zresztą, tak dla jaj chyba ze sobą nie mieszkają, prawda?- Macham dłonią.
-No wiem, ale dziwnie widzieć własną matkę, która wraca do przybranego ojca.- Jęczę.- Ale to dobrze, że jest szczęśliwa. Ale jednocześnie dobrze, że zgodziła się z nami pojechać w trasę.
Kilka minut później podjeżdżamy pod mały domek, który należy do mojej rodzicielki i teraz już do przybranego ojca, którzy czekają na nas na krawężniku z walizkami. Wysiadam i wkładam bagaże mamy do bagażnika, a oni zajmują miejsce z tyłu. Carl zaproponował, że zaraz po starcie samolotu z nami na pokładzie, zaopiekuje się naszym samochodem.
Po kolejnych kilkudziesięciu minutach zajeżdżam na parking lotniska, a zaraz za mną pojawia się samochód Shannona, który podążał za mną od ponad dziesięciu kilometrów. Wysiadamy z auta, podobnie jak mój brat i jego dziewczyna, która tym razem zostaje w domu. To chyba nasza pierwsza trasa bez jej wsparcia.
-A wy gdzie macie dzieci?- Pyta mama, zwracając się do przybyłych, jednocześnie trzymając Luckie.
-Olivia poleciła mi Patricka jako niańkę i właśnie go sprawdzamy.- Odpowiada moja była asystentka.
-Potwierdzam. Pat ma świetne podejście do dzieci.- Uśmiecham się, wyciągając walizki.- Nasz samolot powinien już czekać, więc myślę, że możemy już iść.- Spoglądam na zegarek, na nadgarstku mojej żony.- Tomo z tego co wiem, właśnie powinien startować, więc zobaczymy się z nim na miejscu.
-To co, braciszku? Trasę czas zacząć?