POSTACIE Strona głóna

czwartek, 25 lutego 2016

33. LOS ANGELES

27 listopad 2006
Budzę się wtulona w Jareda. Spoglądam na jego twarz, na której jest widoczny delikatny uśmiech. Nie chcąc go obudzić, najciszej jak się da, wstaje z łóżka i po porannej toalecie, ubieram się w najzwyklejsze dżinsy i pierwszą, lepszą koszulkę. Schodzę do salonu i pierwsze co rzuca mi się w oczy, to śpiący muzycy, leżący na białym, puchatym dywanie. Unoszę kąciki ust w górę i przechodzę do kuchni. Po kilkuminutowych poszukiwaniach, na blacie ustawiam wszystkie potrzebne rzeczy do zrobienia naleśników. Po niecałych pół godzinach kładę na stole, przygotowane danie, gdy do pomieszczenia wchodzi Jared.
-Dlaczego mi uciekłaś?- Pyta, przyciągając mnie do siebie. Kładzie dłoń na policzku i kciukiem zaczyna go gładzić.
-Zrobiłam śniadanie.- Odpowiadam, wyplątując się z jego uścisku.- Kawa?
-Poproszę.- Mężczyzna opiera się o blat, a ja nastawiam wodę.
-Mógłbyś zawołać wszystkich na posiłek?- Zwracam się do niebieskookiego, a on unosi prawą brew w górę i wskazuje na zegar. Jest za pięć ósma.- O cholercia.- Mruczę.- Ja naprawdę tak wcześnie wstałam?
-Na to wygląda.- Uśmiecha się lekko i podchodzi do stołu, skąd zabiera naleśnika. Odwracam się do niego plecami i zalewam wrzątkiem kubki z mielonymi ziarnami.- Jakie mamy plany na dziś?- Odzywa się. Czuję jego oddech na szyi.
-Ja jestem umówiona z Henrym na 12 w kawiarni.
-W takim razie, odwiozę cię, jadąc do wytwórni.- Całuje mnie niżej ucha, a dłonie kładzie na mojej talii.
-Długo ci tam zajmie?- Odwracam się przodem do niego i wtulam w jego tors.
-Postaram się to pozałatwiać jak najszybciej, ale nic nie obiecuje.- Tym razem jego usta stykają się z moim policzkiem, po czym mnie puszcza. Łapie kubki z kawą jedną ręką, a drugą łączy nasze palce i ciągnie do ogrodu. Siadamy przy szklanym stoliku. Wyciągam się na krześle, delektując się porannym słońcem.- Lee?
-Tak?- Spoglądam na niego i zauważam, że jest podenerwowany.- Coś się stało?
-Wiem, że dopiero co skończyliśmy trasę, ale chyba pod koniec stycznia zaczniemy kolejną.- Mężczyzna spuszcza głowę, a ja przenoszę się na jego kolana.
-No i? To twoja praca.- Mówię, głaskając go po policzku, aż w końcu spogląda w moje oczy.
-Myślałem, że będziesz zła.- Cmokam go w usta.
-Nic dobrego nie przychodzi z twojego myślenia.- Mruczę, a ten dźga mnie w żebra. Piszczę cicho, dzięki czemu na jego twarzy znów pojawia się uśmiech.- A gdzie będziecie grać?- Pytam z ciekawością.
-Dzisiaj właśnie muszę wszystko zatwierdzić. Chcemy pożegnać Matta na koncercie w El Paso.- Z sekundy na sekundę, jego humor się poprawia.
-A ile ona potrwa?- Nawijam na palec kosmyk jego włosów.
-Myślałem o czerwcu 2008, ale na samym początku chcemy zrobić sześć koncertów w tydzień, a potem przez dwa tygodnie wrócić do domu. Nie chcę cię na długo zostawiać samej.- Tym razem to on głaska mnie po policzku, a na moich ustach pojawia się uśmiech. To miłe, że o mnie pomyślał.- Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, zaczniemy trasę w Europie.
-Jared?- Dociera do nas głos Australijki. Odwracam się i dostrzegam ją na balkonie na piętrze.- Myślałam, że plany odnośnie trasy są tajemnicą.- Blondynka opiera się o barierkę. Wracam spojrzeniem do bruneta i obserwuje jak na jego twarzy pojawia się przepraszający uśmiech.- Już dawno powinnam była rzucić tą prace.- Mruczy, ale i tak wszystko słyszymy.
-Wspominałem, że jesteś najlepszą asystentką jaką w życiu miałem?
-Może dlatego, że jestem twoją pierwszą asystentką?- Nawet z tej odległości dostrzegam mord w jej oczach.
-Em, w kuchni jest śniadanie.- Postanawiam przerwać tą niemą wojnę.
-Dziękuję.- Uśmiecha się w moim kierunku.- Przynajmniej jedna normalna w tym domu. Nie licząc Connie, oczywiście.- Blondynka znika w budynku, a ja wstaje z kolan mężczyzny i siadam na swoim krześle. Upijam łyk kawy.
                                *                      *                      *
Mężczyzna otwiera drzwi do kawiarni i przepuszcza mnie w nich. Podchodzimy do lady i zamawiamy dwa napoje. Zajmujemy miejsce na brązowej kanapie, przy oknie.
-Która godzina?- Pytam, ściągając mu kaptur z głowy.  
-Za pięć dwunasta.- Kładę głowę na jego torsie i wdycham jego zapach. Zapach, który chyba na zawsze będzie mi się kojarzył z prawdziwym domem. Niebieskooki gładzi mnie delikatnie po ramieniu, a ja przymykam powieki.- Lee?- Szepcze.
-Tak?- Odpowiadam, równie cicho jak on.
-Myślisz, że byłbym dobrym ojcem?- Otwieram jedno oko, zastanawiając się jak mam odpowiedzieć. Ale przypominam sobie z jakim zaangażowaniem i pasją opiekuje się Annabeth i wiem, że mogę powiedzieć tylko jedno.
-Byłbyś wspaniałym ojcem.- Uśmiecham się lekko, a kelnerka stawia na stole nasze zamówienia. Kawę dla mnie, herbatę dla niego.
-Chciałabyś mieć dzieci? Nie mówię, że teraz, ale kiedyś.-Wtulam się w jego ciało.
-Z tobą, tak.- Mówię szczerze, mimo, że nigdy o tym nie myślałam. Czuję jak składa na moim czole całusa, po czym słyszę pukanie. Otwieram oczy, a za szybą dostrzegam Henrego, który wywija ręką, co ma chyba wyglądać na machanie. Po chwili, siada naprzeciwko nas. Prostuje się.
-Słodko wyglądacie.- Komentuje.- Mam nadzieję, że nie czekacie długo.
-Dopiero przyszliśmy.- Odzywa się Leto, łącząc nasze palce.
-Zaraz po waszym wyjściu, rozmawiałem z Alice, ale nic to nie dało. To najbardziej uparta osoba na świecie. Na razie nie chce was widzieć.- Zaczyna dziadek, prosto z mostu, a Jay robi zszokowaną minę.- Przepraszam, że o tym mówię, ale nie lubię owijać w bawełnę. Musicie dać jej chwilę, na przemyślenie swojego zachowania. No, dobra. Kończę ten temat. Na długo przyjechaliście?- Opiera głowę dłoniach, przyglądając się nam.
-Za tydzień wracamy do Nowego Yorku.- Odpowiadam, upijając łyk kawy.
-Tak krótko? Ale mam nadzieję, że chociaż się jeszcze zobaczymy, przed wyjazdem.- Mężczyzna marszczy nos, a ja uśmiecham się. Brakowało mi go.
-No raczej.
-Planujemy przyjechać jeszcze na święta.- Dodaje Jared, pijąc herbatę.- No i zapraszamy do nas.
-Kiedyś na pewno skorzystam.- Odpowiada, w momencie, gdy z mojej kieszeni zaczyna wydobywać się „Highway to hell”. Wyciągam telefon i odbieram, bez wcześniejszego spoglądania na ekran.
-Halo?- Mówię.
-Powiedz Głąbowi, żeby się pośpieszył.- Odzywa się Shan po drugiej stronie.- Czekam już pod wytwórnią.- Rozłącza się, nie czekając na moją odpowiedz.
-Kto to?- Mężczyźni spoglądają na mnie z zaciekawieniem.
-Shannon. Jest już na miejscu.- Niebieskooki zrywa się i wykrzywia twarz.
-Całkiem o nim zapomniałem.- Mruczy, nachylając się i całując mnie na pożegnanie.- Wpadnę potem po ciebie. Do zobaczenia, Henry.- Macha jeszcze do dziadka i wychodzi z kawiarni, a ja przyglądam się jak znika w tłumie ludzi.
-Jesteście dla siebie stworzeni.- Spoglądam na ciemnookiego. Uśmiecham się.
-Brakowało mi ciebie. Żałuję, że wcześniej cię nie odwiedziłam, ale bałam się tu wracać.- Dopijam mój napój do końca.
-Rozumiem cię. Nic się nie stało, Maleńka.- Unosi kąciki ust w górę.- Widać, że się kochacie.- Czuję jak na moich policzkach pojawiają się rumieńce. Nagle obok nas pojawia się kelnerka z kawą na wynos dla dziadka.- Dziękuję.- Kobieta odchodzi, a on wstaje.- No, zbieraj się. Idziemy na spacer.- Podania mnie ruchem dłoni. Z ociąganiem podnoszę się z wygodnej sofy. Wychodzimy z kawiarenki.
-Henry, ale gdzie idziemy?- Pytam, próbując nadążyć za nim.
-Do parku. Jak za starych, dobrych czasów.
                                *                      *                      *
Śmieję się z kolejnej opowieści dziadka, gdy z mojego telefonu zaczyna wydobywać się „Highway to hell”. Brązowooki zaczyna się śmiać, podczas gdy ja wyciągam z kieszeni komórkę.
-Nie zmieniłaś?- Komentuje.
-Żartujesz?-Spoglądam na ekran i uśmiecham się widząc kto dzwoni. Odbieram.- Tak?
-Cześć, Aniołku. Ja już skończyłem. Mam po ciebie przyjść?
-No raczej, nie inaczej.- Po drugiej stronie, niebieskooki wybucha śmiechem.
-Nadal jesteście w tej kawiarni?- Pyta, a ja rozglądam się dookoła.
-Nie do końca. Siedzimy na ławce w parku niedaleko. Obok fontanny.- Dziadek przygląda mi się z uwagą. Niemo wypowiada jedno słowo, a mianowicie „Jared?”. Kiwam głową potwierdzając, a ten z uśmiechem na ustach, rozkłada się wygodniej na ławce.
-W takim razie będę za kilka minut. Tylko nie ruszajcie się z miejsca. Kocham cię.- Unoszę kąciki ust jeszcze wyżej.
-Ja ciebie też.- Rozłączam się.
-Mhm… A cóż to za wyznania przez telefon?- Mężczyzna siedzący obok mnie zaczyna się chichrać, a ja dźgam do w żebra.- No dobra, już przestaję.- Mówi.- Tak, jak już mówiłem, jesteście dla siebie stworzeni. To widać. A właśnie. Zanim zapomnę. Kiedy mogę się was spodziewać w grudniu?
-Szczerzę, jeszcze tego do końca nie planowaliśmy. Jedyne co wiem, to, to, że na pewno spędzimy tu święta, ale nic poza tym. Może Jared coś  wymyślił, ale na razie niczym takim się ze mną nie podzielił. Na pewno, jak się już czegoś konkretnego dowiem, od razu ci o tym powiem.- Nagle ktoś zasłania mi oczy.
-Jay, pokaż się.- Łapię mężczyznę za nadgarstki i ściągam jego dłonie. Kładzie głowę na moim ramieniu i całuje mnie w policzek.- Co tak szybko?
-Tak naprawdę, gdy dzwoniłem stałem już pod kawiarnią.- Uśmiecha się i siada obok mnie.
-Pozałatwiałeś wszystko?- Niebieskooki łączy nasze palce, a na twarzy Henrego dostrzegam szeroki uśmiech.
-Tak. I mam wstępny plan jak będzie wyglądała cała trasa. Łącznie z miastami, które odwiedzimy. Ale o tym potem. Henry, co tak cicho siedzisz?- Wokalista nachyla się i przygląda mojemu dziadkowi. Siedzę między nimi, więc on również się nachyla.
-Tak sobie myślę. Może się jeszcze przejdziemy?
                                *                      *                      *
Całuję mężczyznę i ciągnę do środka. Podchodzimy do baru, za którym stoi wysoki blondyn. Gdy tylko widzi mojego chłopaka, robi zdziwioną minę.
-Jared? Co ty tutaj robisz?- Uśmiecham się delikatnie, nadal wtulona w jego rękaw. Jestem ciekawa ile czasu zajmie mu rozpoznanie mnie.
-Przyjechałem i chciałem was odwiedzić.- Mówi niebieskooki.- Przyprowadziłem ze sobą dziewczynę.- Wychylam się, a na twarzy barmana pojawia się zdziwienie, zmieszane z zaskoczeniem.
-Olivia? Kiedy wróciłaś?- Jednym zwinnym ruchem przeskakuje dzielącą nas ladę i zamyka mnie w szczelnym uścisku. Doskonale pamiętam jak uczył się tego skoku i ile przy tym upadków zaliczył.- Czekaj, czekaj, wy jesteście razem?- Odsuwa mnie na kilka centymetrów i przygląda dokładnie. Kiwam głową, potwierdzając.- Od początku powtarzałem, że mu się spodobałaś. Przy waszym pierwszym spotkaniu.
-Pamiętasz je?- Dziwię się, uwalniając z jego uścisku.
-Jak mógłbym zapomnieć. Dałaś mi wtedy „Diamond Dogs” Davida Bowie.- Szczerzy ząbki.- Od kiedy jesteście razem?
-Gdybyś oglądał telewizor, albo chociaż czytał gazety, to byś wiedział.- Jay obejmuje mnie w talii, a ja całuje go w policzek. Blondyn wraca na swoje poprzednie miejsce w ten sam sposób, w jaki znalazł się obok nas.
-Czepiacie się.- Mruczy.
-Patrick, jest Jake?- Pytam, chcąc wreszcie spotkać się z moim niedoszłym ojczymem.
-Przyjdzie za chwile. Wyszedł na dziesięć minut coś załatwić.
-A o której wyszedł?- Unoszę kąciki ust w górę. Zajmujemy miejsce na stołkach.
-Półtorej godziny temu.- Chichotam, gdy na głowie blondyna ląduje biała ścierka.
-Durniu, pracuj, a nie plotkuj.- Wychylam się zza Jareda i dostrzegam dokładną kopię Pata, stojącą pięć metrów od nas.
-Ty widzisz kto nas odwiedził?- Barman wskazuje na nas, a ja w ostatniej chwili chowam się za Jayem.
-Leto? Co tu robisz?- Uśmiecham się szeroko, a mój facet spogląda na mnie, po czym odwraca się do Jake.
-Odwiedzam starych znajomych.- Brunet wstaje i podchodzi przywitać się z blondynem, który podobnie jak jego o kilka minut młodszy brat, mnie nie zauważył.- I kogoś ze sobą przyprowadziłem.- Macham w ich kierunku, obserwując jego minę.
-Lee!- Biegnie w moim kierunku i obejmuje mnie.- Tęskniłem za tobą.- Dodaje, całując mnie w policzek.
-Wiem, ja też za tobą tęskniłam.
-Czekaj, czy to jest ten twój kochaś?- Wskazuje na niebieskookiego, a ja wzruszam ramionami w jego kierunku.
-Na to wygląda. – Mruczy, mój „kochaś”, a starszy Foley poważnieje.
-Skoro umawiasz się z Olivią, którą traktuję jak córkę, to chcę żebyś wiedział, że jeśli choć jeden włos spadnie jej z głowy, to pożałujesz, rozumiesz?- Wzdycham, odwracając się do blondyna za barem.
-No nie wierzę. Wczoraj Henry, dzisiaj on. Jared doskonale zna moja instrukcje obsługi.- Opieram głowę na dłoniach i przypatruje się Patrickowi.
-Myślę, że oni mu grożą tylko dlatego, że jesteś dla nich ważna.- Odwraca głowę w ich kierunku i mruży oczy.- A tak poza tym, Leto, miej się na baczności.- Moją głowa opada z bezsilności na blat.
-Idioci. Żyję z idiotami.- Mruczę.- Ja to wiedziałam od zawsze.

-No, nie przesadzaj.- Odzywają się na raz, po czym wybuchają śmiechem, a ja kiwam głową z politowaniem.

czwartek, 18 lutego 2016

32. SPOTKANIE Z RODZINĄ

26 listopad 2006
Przewracam się na bok, szukając ręką Olivii, ale gdy moja dłoń opada na pościel, otwieram powieki. Rozglądam się po sypialni, ale jestem w niej sam. Podnoszę się do pozycji siedzącej i przecieram zaspane oczy. Zrzucam stopy na dywan i wstaję, po czym rozciągam się, jednocześnie ziewając. Zaraz po porannej toalecie i ubraniu spodenek i koszulki, zbiegam po schodach na dół. Kieruję się do kuchni, skąd słychać odgłosy rozmowy. Zatrzymuję się w drzwiach, widząc, że dwie, najważniejsze kobiety mojego życia siedzą przy stole i rozmawiają. No, właśnie, o czym one rozmawiają? Chrząkam, a obie jak na zawołania odwracają się w moim kierunku.
-Wyspałeś się, synku?- Pyta mama, a ja podchodzę bliżej.
-Tak, a która godzina?- Zajmuję miejsce na jednym z wolnych miejsc i nachylam się w kierunku Richardson. Całuję ją na dzień dobry, a ta delikatnie się rumieni. Mógłbym codziennie oglądać jej zaróżowione policzki. Wygląda wtedy przesłodko.
-Po dziesiątej.
-Tak długo spałem?- Dziwię się, po czym wzruszam ramionami.- Shannon wrócił na noc?
-Koło piątej. Obudziłam się jak szedł korytarzem.- Odpowiada czarnowłosa, łapiąc w dłoń widelec i nabijając na niego kawałek banana, jednocześnie omijając mój wzrok.
-No to, nieźle zabalowali. A dzisiaj musimy jeszcze zgarnąć rzeczy z teatru. Obiecałem to zrobić przed dwunastą.- Mruczę.
-Mogę pojechać z tobą.- Proponuję dziewczyna, a ja spoglądam na nią.
-Jak chcesz możesz zostać. Poradzę sobie sam.- Kątem oka zauważam jak mama wstaje i wychodzi z pomieszczenia, zostawiając nas samych. Przyglądam się dokładnie fotograf. Siedzi ze spuszczoną głową, co nie zwiastuje niczego dobrego. Kucam przed nią i łapie jej dłonie.- Co się stało, Aniele?
-Ja…- Szepczę, po czym urywa. Cierpliwie czekam, aż dokończy, co dzieje się moment później.- Sama nie wiem, czy to wszystko nie był tylko sen.- Po raz pierwszy spogląda na mnie, a w jej oczach widzę smutek. O wiele bardziej wolę jak się uśmiecha.
-Ale co dokładnie?- Dopytuję, głaskając kciukiem jej delikatną skórę.
-To na koncercie. To, co powiedziałeś.- Uśmiecham się i prostuje nogi. Nachylam się i dwoma palcami unoszę jej podbródek do góry.
-Aniele, to nie był sen…- Szepczę, prosto w jej usta.- Ja naprawdę cię kocham.- Wbijam się w jej wargi, a ona odwzajemnia pocałunek, uśmiechając się przy tym. Odrywam się i opieram czołem, o jej czoło.- I mam nadzieję, że ty mnie też kochasz.
-Nawet nie wiesz jak bardzo.- Odpowiada, a do kuchni wchodzi Shannon z telefonem, z którego wydobywa się „Highway To Hell”. Ze wściekłością wręcza przedmiot Olivii.
-Ten ktoś chyba ma ważną sprawę do ciebie, bo to cholerstwo dzwoni już szósty raz.- Mruczy, zaspany, a czarnowłosa spogląda na wyświetlacz. Na jej czole pojawia się drobna zmarszczka. Przykłada komórkę do ucha i omijając nas, wychodzi z pomieszczenia.
-Kac cię dopadł?- Pytam, gdy on zabiera się za robienie kawy. Opieram się o blat. Mężczyzna mrozi mnie wzrokiem, co uznaję za potwierdzenie. Prycham.- Musimy jechać za chwilę do tego teatru po resztę rzeczy.- Oznajmiam.
-Nie musimy. Emma to załatwiła, więc możesz się gdzieś wybrać z Olivią.
-Nam też zrób kawę.- Odpycham się i idę do salonu. Obracam wokół własnej osi, aż dostrzegam sylwetkę dziewczyny na zewnątrz. Odsuwam szklane drzwi, a do moich uszu dociera jej głos.
-… Ja też go kocham.-Mimowolnie uśmiecham się na te słowa.-  Chciałam mu to powiedzieć już od dawna, ale nie wiedziałam jak na to zareaguje… Wracamy w przyszłym tygodniu… No, wiesz? Ciebie nie było dwa miesiące.- Po tych słowach, przypuszczam, że rozmawia z Terrencem, a w sumie jestem pewny na 99%.
-Lee.- Odzywam się, a ona momentalnie odwraca w moją stronę.- Emma już załatwiła sprawę z teatrem.-Oznajmiam, a ona uśmiecha się do mnie.- Może pojedziemy dzisiaj do twoich dziadków?- Proponuję.
-Dobrze.- Odpowiada.- To nie do ciebie…- Mówi, zapewne do swojego ojca. Obejmuję ją w talii.- Jay przyszedł… Terry, zachowujesz się jak dziecko.- Jej słowa tylko potwierdzają moje przypuszczenie, co do jej rozmówcy-… Zadzwoń jak już się uspokoisz.- Odrywa telefon od ucha i rozłącza się. Rzuca komórkę na leżak.
-Co tym razem?- Pytam, całując ją w głowę.
-Nie podoba mu się nasz wyjazd. A sam się na niego zgodził. Co prawda miał wtedy wielkiego kaca, i zgodziłby się na wszystko, bylebym tylko siedziała cicho.- Chichocze, by następnie wspiąć się na palcach i zatopić w moich ustach. Odwzajemniam pocałunek, obejmując ją mocniej i robiąc krok do przodu, a potem kolejny, aż wpadamy do basenu. Zdaję sobie sprawę z tego, że teraz mam przerąbane, ale warto było. Wypływam na powierzchnię, ciągle obejmując dziewczynę.- Grabisz sobie, Leto.- Odzywa się, mrożąc mnie wzrokiem.- Kiedy ty dorośniesz?- Wyrywa się i podpływa do krawędzi. Wyskakuje na brzeg i siada na nim, tak, że ma nogi w wodzie. Wzruszam ramionami, a na zewnątrz wychodzi Shan z trzema kubkami w rękach.
-Jak dziecko, jak dziecko.- Komentuje.- Z kim ty się związałaś?- Zwraca się do Olivii.- Jeszcze możesz to przerwać.- Dodaje, wręczając jej kawę.- Uciec od niego, albo choćby związać się z kimś poważniejszym, mądrzejszym, takim jak ja.- Puszcza jej oczko.
-Łapy przy sobie, Bro.- Mruczę, wychodząc z basenu, i odbierając mu mój napój.
-Zastanów się nad tym.- Zwraca się do czarnowłosej, po czym zajmuje miejsce na jednym z leżaków.
-Przykro mi, Shan, ale moje serce należy do innego. Mimo, że robisz najlepszą kawę na świecie, wybieram tego dzieciaka, który wrzucił mnie do basenu.- Nie wiem, czy mam się cieszyć, czy obrazić.
                                *                      *                      *
Podjeżdżamy pod drewniany dom na obrzeżach miasta. Gdy tylko gaszę samochód, dziewczyna prawie wybiega z pojazdu. Z uśmiechem na ustach wysiadam z niego i zamykam go, po czym idę za nią. Zatrzymuję się przed drzwiami, w momencie, gdy one się otwierają. Za progiem stoi kobieta w zwiewnej, pomarańczowej sukience, o czarnych włosach, pokrytych lekką siwizną.
-Olivia!- Przyciąga moją ukochaną do siebie i zamyka ją w szczelnym uścisku.- Myślałam, że jesteś w Nowym Yorku.- Odsuwa ją lekko od siebie i przygląda z uwagą.- Schudłaś.-Stwierdza, jak na prawdziwą babcie przystało.- Dziecko, ty coś w ogóle jesz?
-Babciu, przestań.- Jęczy, całując ją w policzek.- Przyjechałam w odwiedziny. Jest dziadek?
-Ogląda jakieś głupoty w salonie.- Wzrok kobiety zatrzymuje się na mnie.- A to co za młodzieniec?- Richardson odwraca się i łapie mnie za rękę.
-To jest Jared, mój chłopak.
-Dzień dobry.- Mówię kulturalnie, a ona przygląda mi się przez chwilę, jakby analizując mój wygląd.
-Dzień dobry, wchodźcie do środka. Musisz mi poopowiadać. Co u ciebie? Terry jeszcze cię nie zamęczył? Ach, cóż za parszywy człowiek.- Zostajemy brutalnie wciągnięci w głąb budynku.- Jak się spotkaliście? Henry, popatrz kto nas odwiedził.- Zwraca się do mężczyzny siedzącego w fotelu, a on na widok mojej dziewczyny gwałtownie wstaje.
-Lee, już myślałem, że o nas zapomniałaś.- Zwraca się do niej, tak jak Braxton.- Nie dzwoniłaś przez miesiąc.
-Przepraszam, ale Terry wyjechał do Paryża i musiałam go zastąpić.
-O dzień dobry.- Uśmiecha się do mnie i wyciąga dłoń.- Jestem Henry, a ty to Jared, tak?- Kiwam delikatnie głową, zastanawiając się, skąd mnie zna.- Dużo o tobie słyszałem. Siadaj.- Wskazuje na kanapę, a ja posłusznie zajmuje na niej miejsce.- Alice, zrób nam coś do picia. Kawa, herbata?- Spogląda na mnie.
-Poproszę herbatę.- Odpowiadam.
-Dla mnie też.- Kobieta kieruje się ku wyjściu z pomieszczenia, a Olivia idzie za nią.
-Pomogę ci, babciu.- Obie znikają, a ja zostaje z dziadkiem mojego Aniołka. Pierwszy raz znalazłem się w takiej sytuacji i nie mam pojęcia co mam mówić.
-No dobrze, Jared, bo mogę do ciebie mówić po imieniu, prawda?- Po raz kolejny potwierdzam ruchem głowy.- Powiedź mi, co czujesz do mojej wnuczki?- No, cóż nie spodziewałem się takiego bezpośredniego pytania.
-Kocham ją.- Odpowiadam, spoglądając mu w oczy. Są koloru brązowego, zupełnie niepodobne do zieleni panny Richardson.
-To dobrze. Mam nadzieję, że jej nie skrzywdzisz, bo dla twojej wiadomości mam pozwolenie na broń.- Otwieram usta ze zdziwienia, nie wiedząc jak się zachować, jednak ratuje mnie Olivia.
-Dziadek, nie strasz go.- Dziewczyna zajmuje miejsce obok mnie.- On żartuje.- Zwraca się do mnie.- Może i ma strzelbę, ale nie umie jej nawet odbezpieczyć.- Całuje mnie w policzek.
-Lee, Alice zapisała się na kółko strzeleckie jak wyjechałaś.- Richardson robi zdziwioną minę.- Ona jest gorsza ode mnie, więc radzę ci uciekać.
-Ale ja nie zamierzam jej skrzywdzić.- Oznajmiam, łapiąc ją za rękę, gdy do pomieszczenia wchodzi Alice, z tacką z parującymi kubkami. Gdy każdy dostaje jeden, siada na oparciu fotela, obok swojego męża.
-No dobrze, teraz opowiedzcie mi jak się poznaliście.
-Wpadłam na Jay’a, biegnąc do pracy.- Zaczyna moja ukochana, opierając głowę na moim ramieniu. Uśmiecham się lekko, przypominając sobie ten moment.- A potem spotkaliśmy się u ojca. – Streszcza połowicznie.
-Więc ty też jesteś fotografem?- Pyta kobieta.
-Alice, on jest aktorem i piosenkarzem. Ma własny zespół.- Mruczy mężczyzna, jakby to było najoczywistszą rzeczą na świecie.
-Oj, przepraszam, że nie przesiaduje całe dnie przed telewizorem, wpatrzony we wszystko, oprócz swojego życia…- Moja towarzyszka cicho jęczy i wstaje, ciągnąc mnie za sobą. Kieruje się do szklanych drzwi.
-Im to chwilę zajmie.- Wchodzimy do ogrodu, który wygląda jak mała dżungla i siadamy na huśtawce.- Oni tak zawsze. Ciągle się dziwie, że jeszcze się nie pozabijali.- Całuję ją w odsłonięte ramie.
-Podoba mi się tu. Takie oderwanie od rzeczywistości.- Mówię, przyglądając się budynkowi. Może mały i drewniany, ale ma swój urok. Jest całkowicie oderwany od całego miasta. Może kiedyś wybuduję taki dla nas. Ale pierwsze muszę się jej oświadczyć.
-O czym myślisz?- Spoglądam na nią i wzruszam ramionami. Leto, aleś ty głupi. Wczoraj dopiero powiedziałem jej, o moich uczuciach, a już planuje budowanie domu. A poza tym, co jeśli będzie wolała mieszkanie w Nowym Yorku? Przecież nie zmuszę ją do przeprowadzki.- Ej, przecież widzę, że coś siedzi w tej twojej główce.- Dźga mnie w ramie, a ja, jak jakiś dzieciak łapię się za to miejsce, z udawanym grymasem na twarzy.
-To bolało, Aniele.- Robię smutną minkę, a ta wybucha śmiechem.- O nas myślę.- Mówię już całkiem poważnie, łącząc nasze dłonie.- Jestem przy tobie przeszczęśliwy.- Całuje po kolei jej knykcie.
-Leto, coś ty się taki uczuciowy zrobił?- Unosi jedną brew w górę, a ja wzdycham.
-Już nie mogę powiedzieć co czuję?- Przyglądam się jej zielonym oczom, w których dostrzegam błysk radości.
-Oj, Jared, Jared. Wiesz, że lubię się z tobą droczyć.- Całuje mnie w nos, a na moje usta wraca uśmiech.- Też jestem przy tobie szczęśliwa.- Opiera się na moim ramieniu, a na zewnątrz wychodzi jej babcia.
-Olivia, Henry chce z tobą porozmawiać.- Woła, a ona momentalnie podnosi się i znika w budynku. Za to do mnie podchodzi kobieta. Staje i przypatruje mi się przez chwilę. Po raz kolejny czuję się niekomfortowo.- Powiedź mi, tylko szczerzę, to ty byłeś na pogrzebie Elizabeth?- W życiu nie spodziewałem się takiego pytania. Już sam zapomniałem o tym wydarzeniu.
-To byłem ja.- Odpowiadam z godnie z prawdą, spuszczając przy tym wzrok.
-Co tam robiłeś? I dlaczego? Skąd tak naprawdę znasz Olivię?
-Przyszedłem na pogrzeb. Byłem świadkiem wypadku i pomogłem jej. Zadzwoniłem po pogotowie, zawiozłem do szpitala, potem odwiozłem do domu i opiekowałem się nią, dopóki nie zasnęła. Chciałem ją jeszcze odwiedzić, spytać czy mogę coś jeszcze zrobić, ale jej już nie było.- Mówię tak jak było. – Olivia przychodziła na moje koncerty do baru.- Dodaje.
-Nie ufam ci, panie Leto.- Oznajmia i odwraca się.- Nie podoba mmi się ten związek.- Odchodzi, a ja zostaję z własnymi myślami. Nawet nie zauważam kiedy przysiada się do mnie, tym razem dziadek mojej dziewczyny.
-Proszę cię, nie bierz sobie do serca słów Alice.- Odzywa się, a ja kieruję swój wzrok na niego.
-Słyszał pan?
-Jestem Henry, nie żaden pan. Nie słyszałem, ale domyślam się, że nie spodobałeś się jej. To nieprawda. Jesteś odpowiednim facetem dla Olivii. Jest z tobą szczęśliwa. I to widać. A Alice, no cóż, nie jest przykładną matką, ani babcią. I w sumie nigdy nie dogadywała się ani z Elizabeth, ani z Lee. Tak naprawdę, to ja wychowałem Elizę.
-A pańska żona?- Naprawdę ciekawi mnie ta historia.
-Ona, no cóż, co tu dużo mówić, nigdy nie chciała mieć dzieci i na każdym kroku mnie zdradzała. Czasami myślałem o rozwodzie, ale nie mógłbym zostawić mojej kochanej dziewczynki samej.
-Przecież mógł pan przejąć opiekę prawną nad córką.
-Tyle, że Elizabeth nie była moją prawdziwą córką.
-Olivia o tym wie?
-Wiedziała od początku. Wie wszystko, nawet więcej niż przypuszcza Alice…- Nie kończy, bo na zewnątrz pojawia się moja ukochana, z nieciekawą miną. Zrywam się z huśtawki, ale ona zatrzymuje mnie dłonią.
-Możemy już jechać?- Zwraca się do mnie, wciągając powietrze, jakby próbowała zatamować łzy.
-Tak, oczywiście.- Mówię, obejmując ją ramieniem. Wtula się w moje ciało i pociąga nosem.- Co się stało, Aniele?- Pytam szeptem.
-Nic.- Odpowiada krótko.- Po prostu, chcę już stąd wyjść.- Łapię ja za rękę i prowadzę do domu. Za nami podąża mężczyzny. Podchodzimy do drzwi wejściowych, a dziewczyna się ode mnie odrywa i przytula swojego dziadka.- Przepraszam.- Słyszę jej szept.- Możemy się spotkać jutro na mieście?- Pociąga nosem.
-Tylko napisz mi o której.- Całuje ją w policzek.- To ja przepraszam za nią. Do jutra.- Otwiera drzwi, a my wychodzimy.- Do zobaczenia, Jared.- Odwracam się i uśmiecham w jego kierunku. Dziewczyna chowa twarz w dłonie, opierając się o samochód. Odwracam ją do siebie i  przecieram mokre od łez oczy.
-Aniele, co się stało?- Szepczę, unosząc jej podbródek, tak żeby na mnie spojrzała.- Możesz mi powiedzieć wszystko.
-Powiedziała, że o przeze mnie zginęła mama.- Pociąga nosem, a ja całuję ją w czoło.
-Wiesz, że to nieprawda.- Kiwa głową.
-Właśnie dlatego się z nią pokłóciłam. Powiedziała, że mam się wynosić.- Bierze głęboki wdech, a ja przyciągam ją do siebie.
-Pamiętaj, to nie twoja wina.- Głaskam kciukiem jej policzek.- Kocham cię.
-Ja ciebie też, ale możemy już jechać?
                                *                      *                      *         
Łapię w dłoń ucho kubka, w której przed chwilką wyciągnąłem torebkę z herbatą jeżynową. Uważając, żeby nie wylać ani kropelki, przechodzę przez szklane drzwi do ogrodu, jednak zatrzymuję się, widząc jak mama tuli do siebie Richardson. Uśmiecham się lekko, po czym podchodzę bliżej. Mama wysyła mi krótkie spojrzenie. Kładę naczynie na stoliku, siadam obok nich na leżaku i głaskam moją dziewczynę po plecach. Ta odrywa się od blondynki i spogląda na mnie załzawionymi oczętami, które moment później przeciera.
-Lepiej?- Kiwa lekko głową.
-Dziękuję, Connie.- Zwraca się do mojej rodzicielki.- Chyba brakuję mi mamy.- Mruczy, biorąc głęboki wdech.
-Nie zastąpię ci jej, ale pamiętaj, zawsze ci pomogę, kochanie.- Odzywa się blondynka i całuje ją w czoło.- Zostawię was samych.- Wstaje i znika w budynku, a czarnowłosa opiera głowę na moim ramieniu.
-Zrobiłem ci herbatkę.- Szepczę.- Może nie ma tu twojego kubka z Kubusiem Puchatkiem, ale mam nadzieję, że będzie smakowało tak samo.- Obserwuję jak przymyka powieki, a na jej ustach pojawia się delikatny uśmiech.
-Dziękuję i przepraszam. To nie tak miało wyglądać.- Obejmuję ją i całuję w głowę.
-Nie masz za co przepraszać. Ona nie miała cię prawa wyrzucić z domu.
-Zazwyczaj po kłótni z babcią szłam do mamy, bo ona doskonale mnie rozumiała. Sama się z nią kłóciła i to dość często. Bo, no cóż…- Zaczyna, biorąc głęboki wdech.- Babcia zdradzała Henry’ego.- Spuszcza wzrok.
-Spokojnie, powiedział mi o tym.- Przygląda mi się intensywnie zielonymi oczami, w które mógłbym patrzeć godzinami.
-Więc już wiesz, że on nie jest moim prawdziwym dziadkiem?- Kiwam lekko głową. –Mimo wszystko bardziej dogaduję się nim, niż z babcią.
-Zauważyłem, ale może skończmy już ten temat. Nie lubię, gdy się smucisz.- Nachylam się i trącam ją nosem.
-No dobrze, więc jakie masz plany na ten tydzień?- Łapie w dłoń kubek i dmucha w napój, aby go ostudzić.
-Planów nie mam żadnych, oprócz tego, że chcę nadrobić ten miesiąc. Zacznijmy od tego, co chcesz robić jutro?
-Muszę się spotkać z Henrym na kawie, a potem jestem cała do twojej dyspozycji.- Uśmiecha się chytrze, a ja wbijam w jej usta, jednak przerywa nam chrząkanie. Odwracam się i pierwsze co zauważam, to wielki uśmiech Chorwata. Wywracam oczami, podnosząc się z leżaka.
-O co chodzi?- Pytam dość kulturalnie.
-Jak to, o co? Shan ci nie mówił? Zaprosił nas na wieczór.- Uśmiecha się, ukazując nam krzywe zęby.- Będziemy świętować koniec trasy.
-A wczoraj co robiliście?- Czarnowłosy drapie się w tył głowy.
-No cóż, chcemy powtórki z rozrywki.- Omija mnie i łapie w ramiona Richardson.- Mam nadzieję, że nie nudzisz się. Jared potrafi zanudzić człowieka.- Odsuwa ją na długość ramion.- Właśnie, Vicky przyleciała dziś rano. Już po nią idę.- Puszcza czarnowłosą i wraca do budynku.
-Chyba już mamy plany na wieczór, o ile szesnastą można uznać za wieczór.- Łapię ją za rękę i podążamy śladem Miličevica. Na sofię w salonie zdążył się już rozłożyć Matthew.
-Matt, co u Libby?- Dziewczyna zajmuje miejsce koło basisty, a mój telefon się rozdzwania. Wychodzę do ogrodu i dopiero tam odbieram.
-Halo?
-Dziękuję.- Od razu rozpoznaje głos Terrence, choć jego słowa są dla mnie zaskoczeniem.- Sprawiłeś, że Olivia jest szczęśliwa.- Uśmiecham się.
-To raczej ja powinienem ci dziękować. Gdyby nie ty i Braxton nie wiem czy odważyłbym się jej powiedzieć o moich uczuciach.- Odwracam się i przez szybę obserwuję jak dziewczyna dyskutuje z Wachterem.
-Głupoty gadasz. Wiem, że ją kochasz i prędzej czy później byś jej to powiedział. A teraz żegnam.- Rozłącza się, a ja wracam do środka, gdzie moja dziewczyna rozmawia już z Vicky. Uśmiecham się lekko i podchodzę do chłopaków.
-Dlaczego Olivia płakała?- Pyta Tomislav.- Co jej zrobiłeś?- Spoglądam na niego.
-To nie moja wina. Byliśmy u jej dziadków i trochę się pokłóciła z babcią.- Opowiadam.- Wiem, że kiedyś byłem jaki byłem, ale teraz się zmieniłem. Nie skrzywdzę jej.- Mówiąc to, patrzę wprost w jego ciemne oczy.
-I to mnie cieszy.- Unosi kąciki ust w górę.- Kupiłem winko.- Ogłasza, a Richardson odwraca się w naszym kierunku.
-A ja przywiozłam whisky od Terrego.- Wtrąca.- Mogę je przynieść.- Proponuje.
-Czemu nie mówiłaś wcześniej.- Mój braciszek dźga ją w ramie.- Leć po nią.
-Nie sądzę, aby to był dobry pomysł.- Mówię, ciągle pamiętając jak skończyło się moje ostatnie spotkanie z alkoholem Terrenca, no i to co się stało z Braxtonem.
-Siedź cicho, młody.- Zostaje bezczelnie uciszony przez drugiego Leto.- Przynoś, przynoś i nie słuchaj tego kretyna.- Wymieniam z czarnowłosa ostatnie spojrzenie, by po chwili ona zniknęła na piętrze.
-Tomo, mogę otworzyć to wino. Jakoś nie mam ochoty na whisky.- Chorwat podaje mi zieloną butelkę, a ja odkładam ją na szafkę. Kieruję się do kuchni, skąd zabieram kilka szklaneczek i kieliszków. Może ktoś jeszcze mi uwierzy. Wracam do salonu, w momencie kiedy Matt otwiera butelkę specyfiku fotografa.- Lee, winko?- Pytam, kładąc szkło na stoliku.
-Poproszę.- Odpowiada, a w tym samym momencie do domu wpada moja asystentka.
-Mam nadzieję, że nie zaczęliście beze mnie.- Mruczy, siadając obok basisty.- O, Vicky!- Zrywa się i przytula brunetkę.- Kiedy przyleciałaś?
-Niecałe dwie godziny temu. Ten głąb nie pozwolił mi się nawet rozpakować.
-Spokojnie, ja musiałam wytrzymać z całą czwórką.- Macha lekceważąco dłonią.
-To kto pije wino, a kto whisky?- Pytam.
                                *                      *                      *
Spoglądam na brata z politowaniem. Od kilku minut śpiewa jakieś piosenki, fałszując przy tym, co nie miara. Moja asystentka próbuję go uspokoić, ale raczej jej to nie wychodzi.
-Emmo.- Odzywa się w końcu.- Od zawsze chciałem ci to powiedzieć.- Łapie ją za ramiona, a ta wyszczerza oczy.- Ten związek nie ma sensu, ale to nie twoja wina.- Nachyla się, tak jakby chciał ją pocałować, ale ta zatyka mu usta.
-Jaki związek?- Dopytuje, delikatnie uwalniając jego wargi, by mógł odpowiedzieć.
-No wiesz…- Macha ręką w powietrzu, chwiejąc się przy tym na wszystkie strony.- A może to mi się śniło?- Puszcza blondynkę i przygląda się nam.- Teraz to ja już sam nie wiem.
-Vicky…- Odzywa się Tomislav, który od pół godziny chrapał na sofie, zaraz obok Matta.- Wiesz, że cię kocham? A ty mnie kochasz?- Spoglądam na brunetkę, która wywraca oczami i wstaje.
-Nie obrazicie się, jeśli zostawię go wam?- Pyta.- Ja wracam do domu. Zaraz dzwonie po taksówkę.
-O nie. Nigdzie nie jedziesz.- Mówię.- Ty i Emma zostaniecie na noc.
-Na pewno?- Kobiety spoglądają na mnie, a ja kiwam głową w dół i górę, a do salonu wchodzi Olivia, która brała prysznic, a razem z nią idzie mama.
-Co z nim zrobimy?- Moja dziewczyna wskazuje na pijanych członków zespołu. Siada obok mnie i kładzie głowę na moim ramieniu.
-Jak to co? My idziemy spać, a oni niech tu zostaną.- Mama wzrusza ramionami. Odwracam się, ale Shannon już śpi, podobnie jak Chorwat. Przynajmniej dziewczyny przekonałem do wina.- No, już ruchy, już późno.- Pogania nas. Łapię czarnowłosą za rękę i razem z Australijką i dziewczyną gitarzysty idziemy na piętro, po czym rozchodzimy się po pokojach.
-Zastanawiam się tylko, jak oni tak szybko się upili?- Opiera się o parapet i z uwagą mnie obserwuje.- Znaczy wypili całą butelkę, ale wydaje mi się, że nie powinno być z nimi aż tak źle.- Marszczy nosek, a ja prycham.
-To alkohol od Terrego. Nie wiem, co on do niego dodaje, ale to jest mocne.- Całuję ją w czoło, po czym zakładam kosmyk jej mokrych włosów za ucho.
-Jared?- Szepcze.
-Tak?- Głaskam kciukiem jej policzek.

-Kocham cię.

niedziela, 14 lutego 2016

ROZDZIAŁ WALENTYNKOWY

14 luty 2003

Wchodzimy do baru po raz kolejny. Chłopaki od razu zmierzają ku pomieszczeniu za sceną, kiwając przy tym głową w stronę Patricka, który jak zwykle stoi za barem. Podchodzę do niego, zastanawiając się czy oni nie mają własnego życia? Ale odpowiedź jest chyba prosta. Ten bar to ich życie. Stawiam futerał na jednym z wolnych stołków.
-Cześć Pat.- Mężczyzna macha ręką, oglądając pod światło szklaneczkę. Najwyraźniej dostrzega w niej jakieś smugi, bo moment później znów szoruje ją ściereczką.- Dzięki, że zgodziliście się na występ dzisiaj.
-Podziękowania kieruj do Jake. To on o wszystkim decyduje. Ja jestem tu tylko barmanem.- Odkłada szkło na blat i obdarza mnie uśmiechem.- Podać ci coś?
-Nie, dzięki. Wolę grać na trzeźwo.- Łapię futerał i po chwili wchodzę na scenę, gdzie Shan zdążył już rozłożyć perkusje. On faktycznie się w niej zakochał. Rozglądam się po lokalu. Z cichym jękiem wyjmuję Artemisę, a mój brat pojawia się obok mnie.
-Po minie wnioskuję, że obiekt twoich westchnień nie przyszedł.- Obrzucam go obojętnym spojrzeniem, chociaż ma racje.- Nie martw się. Na pewno się jeszcze zjawi.- Klepie mnie po ramieniu. Rozbieram kurtkę i odkładam ją za sceną, po czym wracam na podest.- A teraz zaczynamy, nie?- Kiwam głową potwierdzając, więc starszy Leto siada za zestawem perkusyjnym, a Solon podnosi swój instrument.
Na raz zaczynamy grać „Buddha for Mary”. Przyglądam się ludziom, którzy wbijają w nas oczy. Podobno nasze koncerty przyciągają klientów. Przynajmniej tak twierdzi Jake. Miło się tego słucha, ale prawda jest taka, że jestem po prostu egoistycznym bucem i robię to po prostu dla siebie, a raczej żebym mógł zobaczyć po raz kolejny piękną czarnowłosą. Myślałem, że nie wytrzymam do dzisiejszego wieczora, a gdy on w końcu nadszedł, jej nie ma. Ale może po prostu spędza ten dzień ze swoim chłopakiem?


OLIVIA
Schodzę po schodkach do baru. Po raz pierwszy spóźniłam się na koncert. Ale to wszystko przez babcie, która akurat dzisiaj musiała wpaść do nas i wszystko popsuć. A tata tak się na męczył przygotowując walentynkową kolacje. Zatrzymuję się z dole schodów i ogarniam całe pomieszczenie spojrzeniem, szukając wolnego miejsca. Podchodzę do baru i uśmiecham się do Patricka.
-Dawno temu się zaczęło?- Pytam, podczas, gdy on nalewa mi wody do szklanki.
-Jakieś dziesięć minut temu. Ale straciłaś jedynie jedną piosenkę i przywianie z nazwa kolejną durną nazwą. Tam jest wolne miejsce.- Wskazuje na jedną sofę, a ja łapię mój napój i zmierzam w jej kierunku. Siadam, tak by dokładnie widzieć zespół i nagle dostrzegam jak na ustach wokalisty pojawia się delikatny uśmiech. Zdejmuję czarny płaszcz, a oni zaczynają kolejną piosenkę, jednak moją uwagę przyciąga bukiet czerwonych róż, przed nosem. Odwracam się i otwieram usta z zaskoczeniem, widząc warz Scotta.
-Co ty tu robisz?
-Przemyślałem to trochę i chcę do ciebie wrócić.- Odkłada kwiaty na stolik i próbuje objąć mnie ramieniem, ale uchylam się.
-Przez cały nasz nic nie warty związek zdradzałeś mnie z Alyson, z którą i tak spotykałeś się w styczniu. I tak nagle chcesz do mnie wrócić?
-No tak, a co?- Wywracam oczami, nie mogąc pojąc jego głupoty.
-Wiesz, co, ja chyba podziękuję.- Odsuwam się od chłopaka, kątem oka zauważając pytający wraz twarzy u Pata. Lekko dostrzegalnie przeczę głową.- Mógłbyś mnie zostawić w spokoju?
-Tylko pamiętaj. Drugiej szansy nie będzie.- Wskazuje na mnie palcem, po czym odwraca się.
-Zapomniałeś kwiatów.- Macha ręką, nawet na mnie nie patrząc i wychodzi z lokalu. Spoglądam na barmana i łapię kwiaty, po czym podchodzę do kosza i po prostu je wyrzucam. Wzruszam ramionami na niemy protest Foleya. Wracam na swoje miejsce i wracam do oglądania koncertu i zauważam, że na ustach wokalisty pojawił się szeroki uśmiech.

-A teraz piosenka specjalnie dla samotnych w walentynki.- Mówi, po czym zaczyna śpiewać.-
I don't care if Monday's blue
Tuesday's gray and Wednesday too
Thursday I don't care about you
It's Friday, I'm in love

Monday you can fall apart
Tuesday, Wednesday break my heart
Oh, Thursday doesn't even start
It's Friday I'm in love- Uśmiecham się, słuchając piosenki The Cure w ich wykonaniu, a mój humor od razu się polepsza. 

czwartek, 11 lutego 2016

31. I LOVE YOU

25 listopad 2006



Zajeżdżamy pod dom braci Leto. Zmęczona podróżą wychodzę z samochodu, nie czekając na resztę i podchodzę do bagażnika. Otwieram go i wyjmuję walizkę. Odwracam głowę wyczuwając czyjąś obecności. Jared, stojący zaraz za mną, przejmuje mój bagaż z uśmiechem.
-Dawno tu nie byłam.- Mówię, rozglądając się po okolicy. Zatrzymuję wzrok na wielkim napisie Hollywood, wychylającym się zza budynku. Ostatnio widziałam go prawie dwa lata temu, wylatując do Nowego Yorku.- Będę musiała odwiedzić dziadków.- Mruczę, wracając spojrzeniem na mężczyznę.- Mam nadzieję, że pojedziemy tam razem.
-Myślałem, że to oczywiste.- Odpowiada, a Shan obejmuje mnie ramieniem. Zauważam delikatny grymas na twarzy niebieskookiego.
-Mnie też weźmiecie?- Uśmiecha się, a ja strącam jego rękę.
-Nie.- Odpowiadam, zdecydowanym głosem, a jego brat wybucha śmiechem. Perkusista krzywi się, oddalając na krok.
-Co, Bro? Jeszcze nie słyszałeś „nie” z ust kobiety, której coś proponujesz?- Jay podchodzi do mnie i nachyla, szepcząc do ucha.- Dobrze, że to zrobiłaś. Trzeba nauczyć go szacunku. A poza tym narobiłby wstydu.- Dodaje już normalnie.
-Licz się ze słowami, Bachorze.- Nagle drzwi domu się otwierają, a w nich staje matka moich towarzyszy z wielkim uśmiechem na twarzy. Podbiega do nas i moment później stoimy, zaciśnięci w jej stalowym uścisku.
-Wreszcie jesteście. Już się niecierpliwiłam.- Puszcza nas, a ja ze śmiechem zauważam jak jej starszy syn wciąga gwałtownie powietrze.- Chodźcie do środka. Jared, Olivia, mam nadzieję, że zostajecie na dłużej.- Spoglądam na bruneta.
-Wracamy w przyszłym tygodniu, ale przejedziemy na święta.- Wchodzimy do budynku, jednym z dwóch wejść. Rozglądam się po wnętrzu. Przedpokój jest średniej wielkości. Na ścianie wisi duże lustro, a w kącie stoi wieszak, na której wisi jedna kurtka.
-Wysprzątałam tu trochę.- Oznajmia, prowadząc nas w głąb. Obserwuję z zafascynowaniem obrazy wiszące na ścianie. Zatrzymuje się przy tym z zachodem słońcem. Czuję obecność Jareda za mną, więc odwracam lekko głowę i uśmiecham się.
-Podoba ci się?- Pyta, a ja zauważam w prawym dolnym rogu drobny podpis „Cubbins”.
-Gdzie to namalowałeś? Jest śliczny.- Mężczyzna obejmuje mnie w talii.
-Gdy mieszkaliśmy w Haiti. Dawno temu. Skąd wiedziałaś, że to moje?
-Podpisałeś się.- Odwracam się i obdarowywuję go uśmiechem, a ten wzdycha.
-Myślałem, że zapomniałaś.- Składa delikatnego całusa na moim policzku.
-Jak śmiałabym zapomnieć? Na naszej pierwszej randce występowałeś jako Bart.- Kładzie mi dłoń na policzku.
-Skompromitowałem się wtedy.- Mruczy, a ja staję na palcach i całuję go.
-Według mnie, wypadłeś idealnie.- Odpowiadam, a w drzwiach pojawia się perkusista.
-Potem się pomiziacie. Mama na was czeka.- Oznajmia, a niebieskooki łapie mnie za rękę i ciągnie w kierunku swojego brata. Omijamy go i wchodzimy do dość dużego salonu. Na środku pomieszczenia stoi szklany stolik, a wokół niego trzy duże kanapy, a w kącie pomieszczenia pianino i dwie gitary: akustyczna i elektryczna. I tutaj na białych ścianach wiszą obrazy.
-Głodni?- Pyta kobieta, wychodząc z kuchni. Ubrana jest w dżinsowe ogrodniczki, a pod spodem ma zwykłą koszulkę. Włosy związała w warkocza.
-Nie.- Odpowiadam, opierając głowę na umięśnionym ramieniu Jareda, a ten łapie mnie za rękę.
-Ja też nie. Pójdziemy się rozpakować, dobrze?
-Ale przyjdzie zaraz na lunch.- Blondynka uśmiecha się do nas, a my odwracamy się i wychodzimy po drewnianych schodach na piętro, ciągnąc za sobą walizki.
-Zmęczona?- Mężczyzna otwiera drzwi i przepuszcza mnie w nich, do dużej sypialni, pomalowanej na biało.
-Tak trochę.- Odpowiadam, zatrzymując wzrok na łóżku, które stoi naprzeciwko szafy, a z kolei ona koła biurka. Siadam na czarnej pościeli.
-Spałaś w samolocie?- Kuca przede mną i całuje moje dłonie.
-Całą drogę, ale nadal jestem śpiąca.- Uśmiecham się delikatnie, a on zakłada kosmyk moich włosów za ucho.
-Chcesz się zdrzemnąć?- Kiwam lekko głową, a ten prostuje nogi i pomaga mi wstać. Kładę się na łóżku, a ten okrywa mnie kołdrą.- Ja w tym czasie wypakuje ubrania.- Oznajmia, a ja przymykam powieki.
-Tęskniłam za tobą.- Szepczę, a ten siada obok mnie.
-Ja za tobą też, Aniele. Nawet nie wyobrażasz sobie jak bardzo.- Gładzi kciukiem mój policzek. Uśmiecham się, słysząc jego słowa i usypiam.
                                *                      *                      *
Otwieram oczy, jednak promienie słońca powodują, że zamykam je z powrotem. Przekręcam się na bok, po czym zturluję z łóżka. Przeciągając się, zauważam karteczkę, leżącą na szafce. Podnoszę ja i czytam, rozpoznając pismo Jareda: „Nie chciałem cię budzić, ale musiałem już jechać na próbę. Zaraz po niej mamy koncert. Zaczyna się o 21 i mam nadzieję, że zjawiasz się wcześniej. Wystarczy, że pokażesz ochroniarzowi przepustkę. Czekam <3 PS. Weź mój samochód.”. Uśmiecham się i podchodzę do szafy, skąd wyciągam koszulkę z glifami i dżinsowe spodenki. Mimo, że jest końcówka listopada mogę sobie pozwolić na ten strój. Przebieram się i do tylnej kieszonki wsadzam przepustkę, komórkę i kluczyki. Na szyi zawieszam lustrzankę. Zbiegam po schodach na parter, gdzie w kuchni Constance wyciąga z piekarnika ciasto.
-Connie, jedziesz ze mną na koncert chłopaków?- Pytam, a blondynka odwraca się w moim kierunku i kładzie blaszkę na blacie, na przygotowanej wcześniej podkładce.
-Zostanę. Muszę jeszcze wysprzątać połowę domu Shannona. Ty nawet nie zdajesz sobie sprawy jak oni tu nabałaganili w ciągu dwóch dni, jeszcze przed trasą.
-Mieszkam z jednym z nich. Może ci pomogę? W sumie nie jestem tam do niczego potrzebna.
-Poradzę sobie, A ty baw się dobrze.- Podchodzi do mnie i całuje w czoło.- Jedź już, bo się spóźnisz.- Popycha mnie w kierunku drzwi.
-Do zobaczenia potem.- Macham jej i po ubraniu butów, wychodzę z domu. Na podjeździe stoi Ford mustang z 1965 roku. Otwieram go i wsiadam do samochodu. Wyjeżdżam na ulicę Los Angeles i kieruję się na Wilshire Bled, gdzie znajduję się Wiltern Theatre. Po około pół godziny jestem w okolicy, jednak nigdzie nie widzę wolnego miejsca. Po kilku minutach parkuję jakieś trzy ulice dalej i spacerkiem docieram przed teatr. Jakoś docieram do ochroniarza, a fanki stojące najbliżej obrzucają mnie wściekłym wzrokiem.
-Ej, ty.- Mówi jedna, a ja odwracam się w jej kierunku.- Jared jest nasz.- No tak, kiedyś musiało do tego dojść.
-Dziewczyny, ale ja wam go nie zabieram. I powiem wam jedno, jestem dumna, że chłopaki mają takich fanów, a raczej Echelon. I od razu poprawia mi się humor, jak widzę, jak z wami piszę. Ja jestem tylko małym dodatkiem. I proszę was, zaakceptujcie mnie, bo obrażając mnie, ranicie tylko Jareda.- Wyjmuję z kieszonki przepustkę i pokazuje ją ochroniarzowi, przy okazji robiąc zdjęcie tłumom pod budynkiem.
-Zaprowadzić panią do pana Leto?- Pyta mężczyzna.
-Poradzę sobie.- Uśmiecham się do niego i wchodzę do środka. Po kilku ślepych zaułkach docieram pod garderobę chłopaków. Pukam delikatnie, ale nikt nie odpowiada. Mimo wszystko naciska klamkę. Drzwi się otwierają, a do moich uszu dochodzą krzyki członków zespołu. Opieram się o ścianę, a jedyną osobą która zauważyła moją obecność, jest Emma. Blondynka wstaje i podchodzi do mnie.- Co tu się dzieje?- Pytam na wstępie.
-A kto to wie? Chyba się kłócą, o to, co mają zamówić po koncercie do jedzenia.- Krzyżuję ramiona i wzdycham.- Przecież i tak nic nie będą jeść…
-Oni tak zawsze?
-I tak ta trasa jest spokojna. Wcześniej kłócili się na poważnie.- Unoszę aparat i robię zdjęcie, przez co lampa błyskowa oświetla ich, a oni zamierają. Teraz cztery pary oczu przyglądają mi się z uwagą.
-Olivia!- Pierwszy reaguje Tomo, który moment później zamyka mnie w szczelnym uścisku.- Tęskniłem za tobą.- Całuje mnie w policzek i puszcza, a koło mnie zjawia się Jared.
-Długo tu już jesteś?- Pyta, cmokając mnie w usta.
-Dopiero przyszłam.- Odpowiadam.- O co się kłóciliście?
-O kolacje.- Oznajmia Shannon., podchodząc bliżej.-Wyspałaś się?- Potwierdzam ruchem głowy.- Co powiesz na partyjkę ping ponga? Na korytarzu jest stół.- Na moich ustach pojawia się uśmiech.
-Proponujesz to odpowiedniej osobie. Jesteś gotowy na porażkę?- Mężczyzna otwiera mi drzwi i przepuszcza w nich, a mijając swojego brata coś mu mówi.- Wiesz, że w liceum byłam na zawodach stanowych i zajęłam trzecie miejsce?- Pytam, a ten robi przerażoną minę.
-No to się wkopałem…- Mruczy, łapiąc w dłoń paletkę. Robię to samo i rzucam piłeczkę. Odbija ją, a ja od razu ścinam. Dzięki czemu ja zaczynam.- Tylko mnie tu nie zabij.
-Obiecuję.- Ruszamy paletkami, a biała kulka śmiga to na moją stronę stołu, to na Shanna. – Chcesz pogadać?- Odzywam się, a ten nie trafia w latający cel, dzięki czemu zdobywam punkta. Biegnie po piłeczkę, a po chwili wraca. Rzuca mi ją, a ja po raz drugi serwuję.
-Nie wiem jak to zrobiłaś, ale nie kłócimy się już.- Mówi.
-A to przed chwilą?- Starszy Leto zaczyna się śmiać.
-To tylko przekomarzanie się. Naprawdę dużo ci zawdzięczamy. I pochwalam ten związek. Macie moje błogosławieństwo.- Robię zdziwioną minę.
-Czy ja o czymś nie wiem?
-Wszystko jest na swoim miejscu. A i mam ostrzeżenie. Nie przestrasz się. Nasze koncerty są dość specyficzne i Jay robi co mu się podoba.- Unoszę jedną brew w góre, jednocześnie ścinając. Perkusista jęczy, podążając w ślad za kulką.
-Co miałeś na myśli, mówiąc „robi co mu się podoba”?
-Na przykład to, że rzucam się w tłum, albo wspinam po rusztowaniu.- Za mną pojawia się brat mojego przeciwnika.
-Czy ty chcesz się zabić?- Pytam, odwracając się do niego. Brunet kładzie dłonie na mojej talii i z uśmiechem wbija w moje usta. Odwzajemniam pocałunek, ale odrywam się od jego warg, czując delikatne uderzenie na plecach.
-2:1 dla ciebie.- Shannimal posyła mi wredny uśmiech i serwuje, a ja od razu ścinam, tak że po raz kolejny biegnie w głąb korytarza.
-On wie o zawodach stanowych?- Potrząsam energicznie głową.
-Uświadomiłam go. Aż taka wredna nie jestem. A teraz sio. Tu rozgrywa się ważny mecz.- Wypycham piosenkarza na bok i serwuję. Przez kilka minut gramy w skupieniu i tylko ja zdobywam punkty. W końcu sięgam go kieszonki i wyjmuję z niej komórkę, jednocześnie odbijając piłeczkę. Jest kilka minut po dwudziestej pierwszej.- O której zaczyna się koncert?- Pytam.
-To zależy od nas. Zazwyczaj się spóźniamy. No dobra, jest 15:1, a ja mam dość.- Starszy Leto odkłada paletkę na stół i odchodzi.- Jeszcze nigdy nie ograła mnie dziewczyna.- Mruczy, wchodząc do garderoby.
                                *                      *                      *
Podchodzę do Emmy i opieram się o skrzynię, w której przetrzymywane są instrumenty. Przyglądam się dokładnie Jaredowi. Jest ubrany w czarne dżinsy, tego samego koloru koszulkę z długim rękawem, która na przedzie ma czerwony karabin z glifami i białe buty z pomarańczowo-niebieskimi paskami, które kupił kilka dni przed rozpoczęciem trasy. Zaczyna śpiewać drugą zwrotkę „The Kill”, jednocześnie siadając na środku sceny, a ja odwracam głowę w kierunku blondynki.
-To normalne.- Odpowiada, wzruszając ramionami. Podnoszę aparat do prawego oka i pstrykam kilka zdjęć. Kto wie, może kiedyś mi się przydadzą. Kilka minut później piosenka się kończy, a Jay odwraca się, ze wzrokiem wlepionym we mnie. Na jego ustach pojawia się tajemniczy uśmiech, a ja zastanawiam się czy to nie pora na ucieczkę. Jednak zanim reaguję, on już ciągnie mnie na scenę.
-Co ty robisz?- Pytam z morderczym spojrzeniem, ale on je ignoruje. Zatrzymujemy się na samym środeczku, między Mattem, a Tomislavem.- Moi drodzy!- Wokalista zwraca się do tłumu, a przed nami pojawia się Shannon. Ściąga mi z szyi lustrzankę. Spoglądam na niego z pytającym spojrzeniem, a ten wzrusza ramionami.- To jest Olivia!- Kontynuuje młodszy Leto, wskazując na mnie, a ja uśmiecham się delikatnie.- Jest moją dziewczyną i mam nadzieję, że wreszcie to zaakceptujecie. Jestem przy niej szczęśliwy. A teraz pozwólcie, że coś jej powiem.- Nachyla się do mojego ucha i szepcze.- Olivio Richardson, kocham cię.
Nagle cały świat przestaje istnieć, a jedyne co czuję to jego pocałunek na policzku. Stoję przez moment nie wiedząc co mam zrobić, a on zaczyna kolejną piosenkę. Tym razem jest to „Praying for a riot”- Piosenka, która podobno jest o mnie, przynajmniej, z tego co mówi Jared.
-She walked outside, among the men,                     
Finding me, your last
Ten million miles, her way was close
To her inside
Can't you see, her life is broken
Turn back, believe,
Nothing is over
.- Łapię mnie za rękę i prowadzi bliżej publiczności, a ja nadal jestem w szoku, po słowach, które usłyszałam przed momentem. Nagle dochodzi do mnie to, że ja nic mu nie odpowiedziałam. Ściskam jego dłoń i staje na palcach.
-Jaredzie Leto- Zaczynam w podobny sposób jak on.- Ja ciebie też kocham.- Na moje słowa, na jego ustach pojawia się uśmiech.
-Zaufaj mi.- Mówi i z rozpędu skacze na tłum. Ja chcąc nie chcąc zostaję pociągnięta za nim. Spodziewając się upadku, zaciskam oczy, jednak nic takiego się nie dzieje, a jedyne co czuję to ręce ludzi, którzy niosą nas w głąb i dłoń mężczyzny, który ani na moment mnie nie puścił. Otwieram powieki i spoglądam na bruneta, który z uśmiechem mi się przypatruje. Nie wiem jakim sposobem, ale przybliża się do mnie i łączy na moment nasze wargi, a następnie zaczyna kolejną piosenkę. Z jej końcem, z pomocą ochroniarzy schodzimy na podłogę. Wracamy na scenę. Podchodzę do perkusisty i odbieram lustrzankę. Wracam do Emmy, a jej usta układają się w wielkim uśmiechu.
-Co ci powiedział?- Pyta, a ja czuję jak rumieniec wpełza na moje policzki.
-Że mnie kocha.- Odpowiadam.


JARED




Schodzimy ze sceny. Obracam się wokół własnej osi, szukając wzrokiem Olivii, jednak jej nigdzie nie ma.
-Pół godziny temu poszła do garderoby.- Oznajmia Emma, a ja bez słowa idę do wspomnianego pomieszczenia.
Na moich ustach pojawia się uśmiech, gdy zauważam dziewczynę śpiącą na sofię. Uprzedzała mnie o tym, że zawsze cały lot przesypia, podobnie jak pozostałą część dnia, ale nie sądziłem, że to prawda. Kucam przed nią i odgarniam włosy, które wylądowały na jej twarzy. Przyglądam jej się, a w mojej głowie cały czas słyszę słowa: „Jaredzie Leto, ja ciebie też kocham”. Dzisiejszy dzień jest najwspanialszym w całym moim marnym życiu. Nagle drzwi się otwierają, a ja momentalnie wstaję i podchodzę do Shannona, który już otwiera usta, aby najprawdopodobniej wydrzeć się na Matta lub Tomo.
-Olivia śpi, więc się zamknij.- Szepczę, a on zamyka usta, na których pojawia się uśmiech.- Jak chcecie, to jedźcie świętować zakończenie trasy bez nas. Ja odwiozę ją do domu.- Mówię.
-Na pewno?- Odzywa się Wachter, wychylając znad mojego brata.
-Tak, bawcie się dobrze.- Uśmiecham się i pozwalam im zabrać swoje rzeczy.
Po chwili wszyscy wychodzą, a ja zostaje sam z czarnowłosą. Zbieram najpotrzebniejsze rzeczy do kieszeni, a po resztę wrócę jutro. Biorę dziewczynę na ręce i po chwili wychodzę z budynku. Całe szczęście, że przed koncertem powiedziała mi, gdzie zaparkowała samochód, bo byłaby niezła komedia. Po kilku minutach zatrzymuje się przed fordem. Jakoś udaję mi się go otworzyć. Kładę fotograf na siedzeniu pasażera, a sam zajmuję miejsce za kierownicą. Odpalam auto i wyjeżdżam na nocne drogi Los Angeles.
-Gdzie jesteśmy?- Odwracam głowę w kierunku głosu i pierwsze co widzę to zielone tęczówki wpatrujące się we mnie.
-Śpij, Aniele. Jedziemy do domu.- Richardson odwraca się na drugi bok i zapewne zasypia, bo gdy parkuję na podjeździe ona już śpi. Po raz kolejny biorę ją na ręce i zanoszę do domu. Kładę ją na łóżku, przebieram w piżamę i przykrywam kołdrą, a sam idę pod prysznic. Do sypialni wracam po około pół godziny i od razu kładę się obok Olivii. Jak na zawołanie, dziewczyna odwraca się i wtula w moje ciało.

czwartek, 4 lutego 2016

30. SUFIT

10 listopad 2006


Przytrzymuję telefon ramieniem, próbując wytłumaczyć Jaredowi, że jednak nie przyjadę do nich, jednocześnie starając się posprzątać studio. Przez ostatnie kilka dni przewinęło się tutaj tyle osób, ile normalnie przez dwa miesiące. A ja, jeśli naprawdę chcę się zmieścić w terminie, muszę wziąć się przez weekend za obróbkę fotografii, co nie będzie takie łatwe, zwarzywszy na ich ilość.
-Aniele, nie wiem czy dobrze zrozumiałem. Nie przyjedziesz, bo będziesz się zaharowywać, tak?- Wywracam oczami, jednak on nie może tego zobaczyć.
-No, coś takiego.- Odburkuję, czując że moją wypowiedzią mogłam go trochę zdenerwować.
-Jak kto woli.- Odpowiada i się rozłącza. Tak po prostu się rozłącza. Cholera, mogłam się nie odzywać. Odwracam się, słysząc chrząkanie, jednocześnie próbując zadzwonić do Leto.
-Oli, co ty tu jeszcze robisz?- Odzywa się blondynka.- Do domu, ale już.- Ignoruję ją, podobnie jak Jay mnie. Mimo wszystko próbuję jeszcze raz i kolejny.- Wiesz, która godzina?
-Jestem zajęta.- Odpowiadam, zbywając ją.
-A myślisz, że mnie to obchodzi? Ubieraj się.
-Muszę tu posprzątać.- Rzucam telefon na stolik, ale sekundę później znów wykręcam jego numer.- A ty co tu robisz?- Otwieram drzwi do drugiej części lokalu. Terry wspominał mi, że chce zrobić tu remont i zamieszkać.
-Przyszłam po ciebie…- Urywa.- Gdzie ty tak ciągle dzwonisz? Do pana Ideała?
-Tak.- Potwierdzam, z nadzieją, że się odczepi.
-Coś się stało? A nie powinien mieć teraz koncertu, czy coś?
-Skończyli przed momentem, ale zepsułam mu chyba humor na cały wieczór…- Mruczę.


JARED




Leżę na łóżku z zawziętością wpatrując się w sufit. Złość na czarnowłosą przeszła mi już po tym jak się rozłączyłem. Teraz został już tylko smutek, wielki smutek. Spoglądam na telefon, który milczy od kilkudziesięciu minut. Podnoszę się i podchodzę do szklanych drzwi, prowadzących na maleńki balkonik, jednak zatrzymuję się, gdy dociera do mnie głos Shana.
-Coś się stało?
-Jared ma zły humor. Nie zachowywał się tak, od waszego wyjazdu do NY, gdy poznał Olivię. Trochę się o niego boję.- Odzywa się moja asystentka.
-Znów się na tobie wyżywał?- Otwieram usta, uświadamiając sobie, że nieświadomie nakrzyczałem na Ludbrook, zaraz po mojej rozmowie z Richardson.
-Nie wyżywał się. Pewnie ma tylko zły dzień. Przejdzie mu.
-Pogadam z nim. Nie chcę powrotu Jareda-Terrorysty.
-Ale pierwsze muszę do niego iść w związku z jutrzejszym koncertem.- Rozmowa się urywa, więc wnioskuję, że wrócili do pokoju Shannona. Odwracam się, słysząc pukanie. Otwieram drzwi, za którymi stoi Emma. Wpuszczam ją do środka, ruchem dłoni.
-Em, chciałbym cię przeprosić. Trochę mnie poniosło.- Przeczesuję włosy palcami.- Olivia do mnie dzwoniła, jednak nie przyjedzie.- Tłumaczę.
-Nic się nie stało. Dlaczego nie przyjedzie? Już się cieszyłam na myśl, że nie będę tu sama z wami, chociaż na kilka dni.- Wzdycha, po czym mruży oczy.- Ale mam nadzieję, że się nie pokłóciłeś z nią o to.
-Tylko rozłączyłem.- Blondynka kładzie się w poprzek łóżka, a ja siadam na mini sofie.- Ale rozumiesz to? Ona woli prace ode mnie.- Wykładam nogi na stolik.
-No nie dziwię się.- Odburkuje.- Ale to rozłączanie nie było zbyt dobre. Próbowała się do ciebie odezwać?- Przegryzam wargę.- Nie mów, że to ignorowałeś?- Unosi się na łokciach i spogląda na mnie.- Jesteś totalnym idiotą.- Podsumowuje.
-Ej, nie zapominaj, że ja ci płacę.- Wskazuję na nią palcem.- Ale chyba masz racje.- Przyznaję, na co ta rzuca mi telefon.
-Zadzwoń do niej i przeproś.- Odblokowuję telefon hasłem, które mam od początku i które oprócz mnie zna tylko Ludbrook i Richardson, bo tylko im ufam. Gdyby tylko Tomo je odkrył, nie dałby mi spokoju, a próbuje odkąd przyłączył się do nas. Ale chyba najlepsze jest to, że hasłem jest rok jego urodzenia. Wykręcam numer do czarnowłosej, ale przerywa mi Emma..- Ale nie teraz. Teraz musimy wyjeżdżać, więc zbieraj dupsko i za pięć minut na dole. O koncercie pogadamy potem.- Puszcza mi oczko i podnosi się z łóżka, po czym wychodzi.
Z jękiem wsadzam komórkę do kieszeni i zaczynam się zbierać, by po chwili stać w holu hotelu, gdy blondynka nas wymeldowuje. Zakładam słuchawki do uszu i włączam piosenkę „The Sweetest Thing” U2, zagłuszając przy tym Shannona, który postanowił strzelić mi wykład o traktowaniu współpracowników. Wywracam oczami, gdy mrozi mnie wzrokiem, po czym wychodzę z budynku. Na parkingu stoi już kierowca. Witam się z nim i wbiegam schodkami do busa. W saloniku rzucam torbę przy sofię i rozkładam się na niej. Wyciągam telefon ze spodni i nabieram głęboki wdech zanim nacisnę zieloną słuchawkę. Już mam to zrobić, gdy obok mnie pojawia się ten drugi Leto.
-Co jest, Bro?- Obejmuje mnie ramieniem.
-Odwal się. Muszę zadzwonić do Olivii.- Wskazuję na ekran komórki, a ten wskazuje w kierunku naszej tak zwanej sypialni.
-W takim razie tam znajdziesz trochę spokoju. Zaraz tu pojawi się reszta.- Uśmiecham się lekko i wstaję z kanapy. Przechodzę do tamtego pomieszczenia i naciskam zieloną słuchawkę. Po trzech sygnałach odzywa się dziewczyna.
-Co?- Przymykam powieki, słysząc jej wściekły głos.
-Przepraszam, nie chciałem cię tak potraktować. Po prostu…- Urywam.- Po prostu tak bardzo chciałem cię zobaczyć, przytulić, pocałować…- Wymieniam.
-To ja cię przepraszam. Ja naprawdę mam dużo pracy.
-Wiem. Tylko głupio postąpiłem, rozłączając się.- Zagryzam wargę, unosząc kąciki ust wyżej.
-Oj nie zaprzeczę, Leto, nie zaprzeczę…