POSTACIE Strona głóna

niedziela, 27 listopada 2016

72. I'M SHAKIN'

20 grudzień 2010



Wchodzę do hali, w której nagrywany jest teledysk. Zatrzymuję się jakieś pięć metrów od nagrywanej sceny, jednak, gdy tylko wokalista i jednocześnie gitarzysta mnie zauważa, przerywa. To dziwne, bo mimo, że jestem fotografem w wytwórni, nie jestem w tym projekcie.
-Lizi, co tu robisz?- Ściąga czarną gitarę i odstawia na stojak, a ja podchodzę bliżej, przy okazji robiąc mu kilka zdjęć.
-Przyszłam cię odwiedzić. I powiedzieć o czymś.- Przytulam go i całuje w policzek.- Mam nadzieję, że ci nie przeszkadzam.
-Ty nigdy nie przeszkadzasz. Jesteś moją cholerną przyjaciółką.- Puszcza mnie, po czym odwraca go współpracowników.- Przerwa!- Krzyczy, prowadząc mnie na środek.- Siadaj.- Wskazuje na wzmacniacz, a ja na niego wskakuje. Czarnowłosy staje przede mną. Łapię go za marynarkę. Pierwsze co zwróciło moją uwagę, to właśnie jego ubranie, a raczej kolor.
-Niebieski? Nie poznaje cię, White.- Zagryzam wargę.
-Gdybym mógł, to bym po zmienił, ale ja tego nie wybieram, tylko styliści i inni… Rzygam tym wszystkim.- Zdejmuje marynarkę, kapelusz i poluzowuje krawat.- Chociaż Karen mówi, że niebieski mi pasuje.- Wzdycha.- No dobra, mów, po co tu przyszłaś? Myślałem, że masz jakąś sesje teraz.- Mruży oczy i uderza mnie w kolano.
-Wychodzę za mąż.- Oznajmiam, a ten robi zdziwioną minę.
-Pogodziłaś Się z Jaredem?- Uśmiecha się, a teraz to na mojej twarzy pojawia się zdziwienie.
-Wychodzę za Davida.- Poprawia go, a ten się krzywi.- Ślub będzie w marcu, bo kończy mu się wiza.
-Lizi, nie rób tego.- Mówi, a ja otwieram lekko usta.- On nie jest dla ciebie.- Podwijam nogi pod głowę.- Wykorzysta cię.
-Nie mów tak.- Zagryzam wargę.
-Będę mówić, bo to nie jest facet dla ciebie. Kiedy zrozumiesz, że chcę dla ciebie jak najlepiej i traktuję cię jak własną siostrę? To małżeństwo się nie uda.
-Nie wiesz tego. Rozmawiałeś z nim dwa razy.- Przyglądam się gitarze, odstawionej za nim.- Niby kto byłby dla mnie idealny?- Wzdycham. Co jak co, ale jego zdanie jest dla mnie bardzo ważne.
-Na pewno nie David. Wiesz, dlaczego zgodziłaś się za niego wyjść? Bo jest całkowitym przeciwieństwem Jareda. Dlatego to robisz?- Zaciskam szczękę.
-Wiesz, co? Mam cię dość.- Zeskakuję z wzmacniacza i staję naprzeciwko niego. Jest ode mnie o wiele wyższy, ale  to nie przeszkadza mi patrzeć na niego z pewnością, chociaż tak naprawdę cała się trzęsę w środku.- Myślałam, że się ucieszysz, że wreszcie ułożyłam sobie życie.
-Nie ułożyłaś, ty je ciągle niszczysz.- Mrożę go wzrokiem i odwracam się.- Olivia, proszę cię, przemyśl to wszystko.- Ruszam w stronę wyjścia.- Lizi!- Woła muzyk, ale ja go ignoruję. Wychodzę na świeże powietrze i biorę głęboki wdech, a moje oczy zachodzą łzami. Kieruję się w stronę mieszkania, które wynajmuję od miesiąca.
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że Jack ma całkowitą racje. Zgodziłam się na układ Davida tylko  dlatego, że jest całkowitym przeciwieństwem Jareda. Jest blondynem, ciemnookim, który pracuje w świecie muzyki, tylko dla pieniędzy.


JARED


Przekręcam kluczy w drzwiach i wchodzę do budynku, w którym nagraliśmy ostatnią płytę. Włączam światło, a salon rozświetla się. Na szklanym stoliku leżą listy, które w czasie mojej nieobecności zebrała mama. Odkładam plecak przy drzwiach i chwytam wszystkie koperty. Przeglądam je idąc na piętro. Zatrzymuję się dostrzegając pismo Olivii. Rzucam resztę korespondencji i wprost rozszarpuję papier. Moje serce biję w zaskakującym tempie, gdy wyciągam kartkę, która okazuje się być zaproszeniem na ślub. Po raz kolejny zamieram, ale tym razem moje serce pęka na milion kawałków. Tak po prostu, w jednej sekundzie cała nadzieja znika i wiem, że już nigdy nie będę szczęśliwy.
                                *                      *                      *
Połykam ostatni łyk whisky, gdy drzwi pokoju się otwierają i staje w nich mój młodszy brat. Próbuję się podnieść z podłogi, ale nie za bardzo mi to wychodzi.
-Wynoś się stąd!- Krzyczę, ciągle siedząc oparty o ścianę.- Nie chcę cię widzieć!
-Oj, Bro, wiedziałem, że zastanę cię w takim stanie. Ty też go dostałeś?- Macha mi przed nosem zaproszeniem, takim samym jak to przez które jestem w takim stanie. Perkusista siada obok mnie. Łapie butelkę po alkoholu i nachyla nad swoimi ustami, ale nie została ani kropelka.- No wiesz? Żeby bratu nic nie zostawić? Nie martw się, poradzimy sobie.

niedziela, 20 listopada 2016

71 PRACA, PRACA, PRACA

9 czerwiec 2010


Wchodzę do sklepu. Jak najszybciej łapię jabłko i staję w kolejce do kasy, zaraz za mną staje nastolatka. Odwracam się i posyłam jej lekki uśmiech. Jakieś trzy miesiące temu obiecałam Karen, że zacznę na nowo żyć i chyba mi się udaje, choć w małym stopniu, bo płaczę średnio tylko jedną noc tygodniowo, a to dla mnie świetny wynik.
-Przepraszam.- Odzywa się dziewczyna za mną. Ponownie odwracam się.- Jesteś Echelonem?- Pyta, zagryzając wargę, a ja zauważam, że bawię się wisiorkiem z triadą. Tą samą, którą dostałam od rodziców. Od wydania „This is war” stałą się też jednym z symboli zespołu.
-W pewnym sensie.- Odpowiadam.
-Przypominasz trochę dziewczynę Jareda.- Kontynuuje, a ja blednę. A przynajmniej tak mi się wydaje.- Tylko ona ma długie włosy.- Nastolatka wywraca oczami. Podaję kasjerce pieniądze za owoc i po chwili wychodzę ze sklepu. Spacerkiem docieram do wytwórni Third Man Records. Od razu kieruję się do biura Jacka. Pukam lekko w drzwi, a gdy dostaję zaproszenie, otwieram je.
-Gdzie ty się podziewałaś?- Mężczyzna unosi prawą brew w górę, a ja siadam na fotelu, naprzeciwko muzyka.
-W sklepie byłam.- Wgryzam się w jabłko.- Myślałem, że chcesz, żebym zaczęła normalnie jeść.
-W takim razie powiedz mi, czemu nie przyszłaś, gdy zrobiłem ci śniadanie?- Wzdycham cicho.- Nie wzdychaj, tylko obiecaj, że jutro przyjdziesz.
-Obiecuję…- Mruczę cicho, mając nadzieję, że nie usłyszy.
-Co tam mruczysz pod nosem? Głośno i wyraźnie.- Mierzy mnie wzrokiem.
-Obiecuję. Zadowolony?
-Jak nigdy.- Czarnowłosy szczerzy się w moim kierunku.- A teraz, masz dużo pracy. Trzy sesje.- Klaska w dłonie, podnosząc się.- Mam tyle nowych pomysłów, że ci się to w głowie nie mieści. Zresztą mi też się nie mieszczą.- Podnosi się i staje nade mną, pomagając mi wstać, po czym po prostu wyrzuca mnie z pomieszczenia. Wzdycham cicho, wpadając na Roxanne.
-Przepraszam.- Mówię.- Jack mnie wypchnął z biura.- Wskazuję na już zamknięte drzwi.
-Nic się nie stało.- Brunetka uśmiecha się szeroko.- Wiesz może co ten facet planuje? On się w końcu przepracuje. Chociaż odkąd tu jesteś, jakoś odpuścił.
-Żeby on mi cokolwiek mówił. Roxie, nie wiesz z kim mam sesje? Bo nawet tego nie raczył mi powiedzieć.- Kobieta szuka coś w swoich papierach, po czym zamyka je gwałtownie.
-Nic tu nie ma. Zastanawiam się, kiedy on zgłaszać swoje pomysły do administracji, bo ja w końcu zwariuje. Nie zgłasza mi większości projektów i muszę się wszystkiego domyślać.
-Daj mi chwilę czasu, to może uda mi się coś z tym zrobić.- Uśmiecham się.- A teraz lecę na sesje.- Oddalam się od Roxanne i idę prosto do studia. W środku na kanapie siedzi już pięciu mężczyzn. Jeden z nich, ciemnooki blondyn podnosi się i wyciąga w moim kierunku rękę.
-Jestem David Gunn. Ty jesteś Olivia, tak?- Ściskam jego dłoń, potwierdzając.

poniedziałek, 14 listopada 2016

ROZDZIAŁ SPECJALNY 1- TERRY

26 luty 2010


Jak najwolniej idę w kierunku apartamentu, w którym nadal mieszkam. Mam za duży sentyment do niego, za dużo wspomnień, by tak po prostu je sprzedać. Zatrzymuję się przed budynkiem i biorę głęboki wdech, wchodząc do środka, gdzie jak zwykle przy biurku siedzi Bruce.
-Dobry wieczór.- Uśmiecha się, a mnie jedynie stać na machnięcie dłonią, jednak nagle zatrzymuję się i odwracam w kierunku portiera.
-Olivia wychodziła?- Pytam, a mężczyzna jedynie kręci smutno głową.- Dziękuję, dobranoc.- Wchodzę do windy i wciskam guziczek z ostatnim piętrem. Metalowa pułapka za szybko dociera na odpowiednie piętro. Chcąc nie chcąc po chwili jestem przed swoim mieszkaniem. Otwieram drzwi, a zapewne Olivia zrywa się z sofy i staje przede mną. Otwieram szeroko oczy, dostrzegając, że naprzeciwko mnie stoi kobieta z czarnymi włosami, sięgającymi do ramion i grzywką opadającą na zakrwione od płaczu oczy. Bicie mojego serca przyśpiesza, gdy wpatruję się w ducha.- Elizabeth?- Szepczę.
-Tato?- Pyta, a do mnie dociera, że to moja córka.
-Jesteś bardzo podobna do matki.- Mówię, omijając ją. Idę prosto do kuchni, gdzie z lodówki wyciągam butelkę wody.- Po co ścięłaś włosy?- Wpatruję się w ciemność za oknem,  nie mogę na nią patrzeć.
-Potrzebuję zmiany.- Odpowiada.- Wyjeżdżam jutro. Przed południem mam samolot.- Odwracam się gwałtownie, spoglądając w oczy, które po mnie odziedziczyła.- Mam dość tego miasta. Za bardzo mnie przygnębia.- Opiera się o blat.
-Gdzie lecisz? Wracasz do Paryża? Czy do LA?- Odwracam wzrok, za bardzo ją przypomina.
-Nie mogę ci powiedzieć. Muszę odpocząć od wszystkiego. Ale nie wracam tam.- Przez chwilę zastanawiam się co mam zrobić, ale nic jej nie powstrzyma.
-Odwiedź cię na lotnisko?
-Poradzę sobie.- Uśmiecha się lekko.
-Przeprasza, jestem bardzo zmęczony. Pójdę się położyć. Rano jeszcze porozmawiamy.- Po raz kolejny omijam ją i idę do sypialni. Kładę się na łóżku, nawet nie włączając światła.
                                *                      *                      *
Zatrzymuję się na poboczu i spoglądam pod adres, który podała mi Elizabeth i dostrzegam dziewczynę, zapłakaną, zasmarkaną, ale wciąż piękną. Uśmiecha się leciutko, a ja wysiadam z samochodu i podchodzę do niej.
-Co się stało?- Pytam, a ta macha lekceważąco dłonią.
-Nic takiego. Pokłóciłam się z matką.- Podnosi się na palcach i składa na moim policzku ciepły pocałunek.- Możemy już jechać?- Kiwam głową i otwieram jej drzwi. Zajmuje miejsce pasażera, a ja okrążam auto i siadam za kierownicą. Odpalam i ruszam.
-Chcesz o tym pogadać?- Zatrzymuję się na czerwonym świetle i spoglądam na nią.
-Nie. Chcę o tym zapomnieć.- Zagryza wargę.- Właściwie, nie mam ochoty w ogóle rozmawiać.- Spuszcza wzrok.
-W takim razie mam pomysł.- Skręcam w kierunku plaży i po chwili parkuję na parkingu. Nachylam się do schowka i przeszukuję go, by w końcu znaleźć rozdzielacz i dwie pary słuchawek oraz walkmana.- Nie będziemy rozmawiać. Będziemy słuchać muzyki. Musisz tylko wybrać kasety.- Czarnowłosa przez chwilę przygląda się mojej kolekcji, po czym podaje mi trzy kasety Davida Bowiego, jedną Aerosmith, a oprócz tego The Rolling Stones, Scorpions, Led Zeppelin, Pink Floyd, AC/DC, KISS i Jimi Hendrixa. Wręcza mi je.- Zamierzamy to wszystko przesłuchać?- Z tylnych siedzeń zabieram plecak i wrzucam je do niego.
-Tak.- Potwierdza, uśmiechając się szeroko.- Idziemy?
                                *                      *                      *
Przekręcam się na bok, słysząc płacz dziewczyny z jej pokoju. Przymykam powieki. Od kiedy rozstała się z Jaredem i przeprowadziła do mnie nie było nocy, podczas której nie słyszałbym jej płaczu..
                                *                      *                      *
Parkuję na podjeździe i uśmiecham się pokrzepiająco do dziewczyny obok mnie. Wysiadamy z samochodu, a ja doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że czarnowłosa denerwuje się nie bardziej ode mnie. Jeszcze nigdy nie przedstawiałem nikogo rodzicom. Biorę głęboki wdech, po czym otwieram drzwi.
-Mamo, jesteśmy!- Krzyczę, a po chwili obok nas zjawia się kobieta z papierosem. Gasi go w popielniczce, stojącej na stoliku.
-Witajcie, dzieci.- Uśmiecha się szeroko.
-To Elizabeth Scroggs, moja dziewczyna.- Mówię z dumą.
- Jestem Norma Kessler, ale jak wolisz mów do mnie Annie Lomax.- Dziewczyna spogląda na mnie z niezrozumieniem zapisanym na twarzy.
-Mama zmieniła imię.- Tłumaczę.- Jest Jackie?- Pytam.- Przywiozłem mu naprawioną gitarę.- Wskazuję na futerał, który cały czas trzymam w ręce.
-Siedzi w ogrodzie. Nie przeszkadza wam jeśli zjemy obiad na świerzym powietrzu?- Zwraca się do nas i nie czekając na odpowiedz, kontynuuje.- Wchodźcie do środka. Terry, nie zachowuj się tak jakbyś był tu pierwszy raz.- Kobieta dźga mnie w żebra chudym palcem.
-Ale jestem tu pierwszy raz z Elizą. To jest jakaś różnica, bo jest dla mnie naprawdę ważna.- Zaciskam mocniej dłoń czarnowłosej i dostrzegam, że rumieni się lekko. Wchodzimy do ogrodu, gdzie na bujanym krześle jak zwykle siedzi muzyk.- Cześć, Lomie.- Mówię, zwracając się do mężczyzny skrótem jego nazwiska. Już sam nie pamiętam kiedy zacząłem do niego tak mówić.- To jest moja dziewczyna, Elizabeth.- Wskazuję na moją towarzyszkę, a mój przybrany ojciec uchyla kapelusz, wstając.
-Jackie Lomax, bardzo mi miło.- Całuję ją w wolną dłoń.
-Eliza.- Wymrukuje czarnowłosa.- Dużo o panu słyszałam.- Dodaje.- Jest pan świetnym muzykiem.- Zagryza wargę, jak zawsze gdy się denerwuje.
-Przywiozłem ci gitarę.- Odzywam się.
                                *                      *                      *
Podnoszę się na łóżku, cały czas słysząc płacz mojej córki. Wstaję i po raz pierwszy idę do jej pokoju, chociaż spróbować ją uspokoić. Otwieram drzwi i w blasku księżyca dostrzegam jej sylwetkę, siedzącą na pościeli. Serce mi się kraje, gdy to widzę.
-Hej, Puchatku, nie płacz.- Odzywam się, a ona spogląda na mnie.
-Nie… chciałam cię obu… obudzić.- Wychlipuje, a ja siadam obok niej i przyciągam do siebie.
-Wiem.- Całuję ją w głowę.- Co się dzieje? Wiem, że to nie jest pierwszy raz.
-Psuję wszystkim życie.- Odzywa się, a ja marszczę brwi.- Zepsułam je wam, rodząc się, przeze mnie mama nie żyje, zabrałam kilka lat życia Jareda. I jeszcze Melody. Nie powinnam się urodzić…- Przerywam jej, zanim powie za dużo, właściwie już powiedziała za dużo. Nie powinna nawet o tym pomyśleć.
-Nie mów tak. Jesteś najlepszym co mnie w życiu spotkało.- Głaskam ją po krótkich już włosach.- Wypadek nie był twoją winą. Leto był przez jakiś czas szczęściarzem, że cie miał, a Mel… To nie twoja wina, ani nikogo. Tak musiało się stać. Proszę, nigdy, ale to prze nigdy nie myśl o tym, że nie powinnaś się urodzić, bo to nie prawda. Pokochałem cię, gdy tylko cię zobaczyłem i od razu wiedziałem, że będziesz niezwykła, rozumiesz?- Dziewczyna odchyla się i spogląda w moje oczy.- Kocham cię i zawsze będę kochać, córeczko.
                                *                      *                      *
Biorę głęboki wdech i pukam do drzwi małego domu, którego adres podał mi Henry. Jako jedyny od zawsze wierzył w nasz związek nawet, gdy ja w niego nie wierzyłem. Pukam po raz drugi, wystukując stopą jakiś rytm. Dopiero po chwili uświadamiam sobie, że to melodia piosenki, którą kiedyś napisałem dla Elizabeth. Uśmiecham się lekko na to wspomnienie, a drzwi się otwierają. Staje w nich czarnowłosa i z otwartymi oczami wpatruje się we mnie.
-Terry? Co ty tu robisz? - Pyta, przymykając dom. Zagryza wargę, więc wnioskuję, że się denerwuje.
-Wróciłem. Tęsknię za tobą, Eliza.- Biorę głęboki oddech, chcąc kontynuować, ale z budynku dociera do nas płacz dziecka.- Jesteś opiekunką?- Pytam, przerywając moją wypowiedź, którą ćwiczyłem cały lot do LA.
-Tak jakby.- Przeczesuje włosy, co zawsze było kolejnym znakiem jej stresu
-Nie rozumiem.- Drapię się po karku, a płacz nie ustaje.- Idź do dziecka. Może czegoś się przestraszył, albo coś.- Kobieta przełyka ślinę i wpuszcza mnie do środka.
-Zaraz wracam. Rozgość się.- Znika za drzwiami przy salonie. Siadam na sofię, zastanawiając się dlaczego zajmuje się dziećmi, a nie pracuje w swoim zawodzie. Przyglądam się zdjęciom wiszącym na ścianie, na których rozpoznaję siebie, właścicielkę domu, a nawet obu Foleyów. Podnoszę się, przybliżając do ramki z oprawioną fotografią malutkiej dziewczynki z kłębką czarnych włosów na czubku. Wpatruję się w nie, gdy do salonu wraca Elizabeth z tą dziewczynką, która nie może mieć więcej niż 3 miesiące. Wpatruję się w zielone oczy małej i nawet już nie muszę wysilać się by wiedzieć, kogo to dziecko.
-Dlaczego mi nie powiedziałaś?
-Dowiedziałam się o ciąży po twoim wyjeździe.- Kobieta siada na sofie, a ja zajmuję miejsce obok niej.- Chcesz ją potrzymać?- Potwierdzam, a po chwili trzymam dziewczynę.
-Jak ma na imię?- Pytam, bawiąc się jej dłonią.
-Olivia Carrie.- Spoglądam na Elizabeth, która siedzi ze spuszczoną głową. Nachylam się i całuję ją w skroń. Odwraca się w moim kierunku.- Ma twoje nazwisko.- Dodaje, a ja w duchu skaczę z radości.
-Zostaję w LA.- Odzywam się. Dostrzegam, że mała zasnęła.- Zaopiekuję się wami.
                                *                      *                      *
Spoglądam na dziewczynę, która od kilku minut śpi, wtulana w moje ramię. Moje oczy też już powoli się zamykają i po chwili odpływam.
                                *                      *                      *
Pukam do drzwi, zastanawiając się, czy Elizabeth po raz kolejny się ze mną pogodzi. Nie wyobrażam sobie życia bez tej kobiety, chociaż przez większość czasu kłócimy się ze sobą. Drzwi się otwierają, ale nie dostrzegam przede mną nikogo. Spuszczam wzrok i spoglądam na dwa, czarne kucyki.
-Cześć, Puchatku.- Kucam, a dziewczynka rzuca mi się na szyję.- Wróciłem.- Mówię, podnosząc ją.- Jest w domu mama? I dlaczego ty otwierasz? A co jeśli to byłby jakiś zły pan, hmmm?- Pstrykam ją w nos, wchodząc do środka.
-Widziałam jak wysiadałeś z samochodu.- Odzywa się, cały czas wtulona w moją szyję.- Tęskniłam za tobą, tato.- Mówi.
-Ja za tobą też.- Całuję ją we włosy, a z piętra zbiega Elizabeth. Zatrzymuje się na ostatnim schodku, zauważając mnie.
-Terry?- Pyta, po czym nie czekając na odpowiedź, podbiega do mnie i wbija się w moje usta, uważając na naszą córkę.

70. MĄDROŚCI BRAXTONOWE

5 marzec 2010


Siedzę po turecku na dywanie i bawię się z dzieciakami, jednocześnie rozmyślając o tym co mam ze sobą zrobić. Nie mam zamiaru wracać do NY, ani tym bardziej do Paryża, nie wspominając już o LA. Może tutaj uda mi się znaleźć jakieś małe mieszkanko, pracę i zacząć wszystko od początku, po raz drugi. Nagle obrywam pluszakiem. Wracam wzrokiem do dzieci.
-Kto we mnie rzucił?- Mrożę je wzrokiem, a one wybuchają śmiechem.
-Miałaś się z nami bawić, a nie przyglądać stolikowi.- Dziewczynka przechyla głowę w prawo. Wystawiam jej język, a w salonie pojawia się Jack z telefonem przy uchu.- Tato, ona mi język pokazała!- Brunetka wskazuje na mnie palcem, a muzyk przygląda mi się z politowaniem.
-Karen chce z tobą porozmawiać.- Mówi, podając mi telefon. Przykładam go do ucha.
-Tak?- Odzywam się z niepewnością.
-Olivia,- Zaczyna kobieta, a ja zastanawiam się, co przeskrobałam, bo ton jej głosu nie wróży nic dobrego.- To nie jest rozmowa na telefon, ale musimy ją odbyć.- Podnoszę się i wychodzę na podwórko, zostawiając muzyka z dziećmi.
-Słucham uważnie.- Wymrukuję.
-John mówił mi, że słyszy jak płaczesz w nocy.- Biorę głęboki wdech.- Kobieto, musisz się wziąć w garść. Oboje się o ciebie martwimy, ale on szczególnie.
-Nie sądziłam, że mnie słyszy.- Przyglądam się puchatemu kotu, który śpi na ławce. Razem z Jaredem planowaliśmy zaadoptować kota.
-Tu nie chodzi o to, że cię słyszy czy też nie, ale o to, że nie śpisz pół nocy zalewając się łzami, usypiasz z braku sił, a na następny dzień udajesz, że nic się nie stało. Nawet Scarlett pyta się dlaczego jesteś smutna, jak nikt nie patrzy. Obiecaj mi, że chociaż postarasz się zacząć znów żyć.
-Obiecać zawsze mogę, ale nie wiem czy mi to wyjdzie.- Przymykam powieki, stawiając sobie w myślach nowe zadanie.
-Teraz mam drugą sprawę. Dzwoniła do mnie nauczycielka Scar.
-Coś się stało w szkole? Nic mi nie mówiła.
-Chodzi o to, że pani Mirey zauważyła, że od kilku dni ty odprowadzasz i odbierasz małą do przedszkola. Wiec spytała się jej kim jesteś. Scar odpowiedziała prawdę, czyli przyjaciółką taty, która zajmuję się nimi pod moją nieobecność, ale Mirey chyba zinterpretowała to inaczej, bo wydzwaniała do mnie, że John mnie zdradza.- Uśmiecham się lekko.
-Zawsze mogłaś powiedzieć, że jestem jedną z jego sióstr i pomagam w domu. Wystarczy, że nie poczeszę włosów i wyglądam całkiem jak on.
-To akurat prawda.


JARED




Otwieram drzwi do pokoju hotelowego, w którym dziś mieszkamy i nabieram powietrza, wiedząc, że tu nikt mnie nie widzi. Po szybkim prysznicu siadam na łóżku i wyciągam z plecaka pierścionek, który dwa lata na palcu nosiła Olivia. Przyglądam mu się, nie mogąc uwierzyć, jak bardzo zmieniłem się w dzień, w którym się rozstaliśmy. Minęło nie całe dwa tygodnie, a ja mnie nienawidzi już chyba cała załoga trasy. Zresztą, dzisiaj zdążyłem się pokłócić ze wszystkimi, począwszy od Shannona i Emmy, a skończywszy na jakimś chłopaku od oświetlenia.
Kładę się, cały czas wpatrując się w pierścionek i zastanawiając się jakby wyglądało nasze życia, gdyby Melody przeżyła. Nagle drzwi wejściowe się otwierają. Zrywam się, chcąc od razu opieprzyć osobę, która narusza moją przestrzeń prywatną. Jednak w moim kierunku wystawiona jest dłoń, wskazując na to, żebym się zamknął.
-Zanim zaczniesz wrzeszczeć.- Zaczyna mój gość.- Jesteś jebanym kretynem, wiesz?- Unoszę prawą brew w górę.- Totalnym, jebanym kretynem, ale to chyba już wiesz.- Braxton jak gdyby nic rozwala się na mojej pościeli.- A poza tym co robisz? Co tam trzymasz?
-A co cię to obchodzi? Przychodzisz tu, obrażasz mnie, a potem cały śmierdzący zwalasz się na MOJE łóżko.
-No i się zaczęło.- Mruczy.- Nie wiem, co moja kuzynka w tobie widziała. I czasem myślę, że dobrze się stało że cię rzuciła.- Otwieram usta, chcąc zaprotestować, ale dociera do mnie sens jego słów.
-Wynoś się stąd! Nie chcę cię tu więcej widzieć!- Krzyczę, a ten staje przede mną i mówi, patrząc mi prosto w oczy.
-Zmieniłeś się, Jared. Ona nie widziała twojej prawdziwej twarzy, gdyby ją zobaczyła, uciekłaby, bo jesteś potworem.- Przełykam ślinę, spuszczając wzrok.
-A pomyślałeś, że jestem prawdziwy przy Olivii, a teraz udaję?- Szepcze w momencie, gdy już wychodzi. Hawajczyk zastyga w miejscu i spogląda na mnie, a ja otwieram dłoń, na której leży pierścionek czarnowłosej.
-To wszystko zmienia.- Gitarzysta zawraca i po raz kolejny zwala się na moim łóżku.- To chcesz pogadać? Tylko ostrzegam, pogadać, nie powrzeszczeć na siebie, bo tak ci się podoba.- Uśmiecha się szeroko.
 

niedziela, 6 listopada 2016

69. TCHÓRZ

27 luty 2010


Wysiadam z taksówki i z pomocą kierowcy wyciągam torbę z bagażnika. Mężczyzna odjeżdża, a ja zatrzymuję się pod bramą do posesji na końcu ulicy. Klikam guziczek na domofonie i przez moment czekam, aż ktoś się odezwie. W końcu po drugiej stronie pojawia się jakaś kobieta.
-Tak?
-Dzień dobry.- Uśmiecham się lekko.- Ja do Johna.- Mówię, biorąc głęboki wdech.
-Pani z jakiejś gazety?- Dopytuje, a ja się wcale nie dziwię.
-Nazywam się Olivia Richardson i jestem…- Kobieta przerywa mi.
-… cholerną przyjaciółką mojego męża. Zapraszam do środka.- Mała bramka obok się otwiera, a ja wchodzę niepewnie na posesję. Moment później stoję przed drzwiami do budynku, które otwiera mi wysoka kobieta z rudymi włosami, związanymi w koński ogon, trzymająca małego chłopca na rękach.- Jestem Karen Elson. Miło mi.- Przedstawia się.- Bardzo dużo o tobie słyszałam.- Uśmiecha się szeroko, prowadząc mnie w głąb domu.
-Przepraszam, że przyjechałam niezapowiedziana, ale…- Po raz kolejny moja wypowiedź zostaje przerwana.
-Nic się nie stało. Rozgość się. Ja zawołam Johna, bo pewnie chcesz z nim porozmawiać.- Zostawia mnie w salonie, a ja rozglądam się po pomieszczeniu. Jedna ze ścian jest zrobiona ze szkła, dzięki czemu widać cały ogród, a druga z kamienia z kominkiem. Siadam na skórzanej sofie i zastanawiam się jak mam wytłumaczyć, co ja tu właściwie robię. Po kilku chwilach w salonie zjawia się muzyk.
-Lizi, coś się stało?- Pyta na wstępie, a ja podnoszę się i zagryzam wargę.
-Można tak powiedzieć.- Stoimy jakiś metr od siebie.- Mogę się u was zatrzymać na kilka dni?
-Jeszcze się pytasz? Zostań na ile zechcesz. Skróciłaś włosy.- Zauważa.- I masz grzywkę.- Czarnowłosy przygląda mi się z uwagą, po czym przyciąga i zamyka w swoich ramionach.- Teraz, moja droga, powiedz mi, co się stało, że wylądowałaś aż tutaj.- Szepcze.- Widzę, że coś jest nie tak.- Oddala się na kilka centymetrów.
-Nie mogę wytrzymać już w NY.- Spuszczam wzrok, jednocześnie unosząc lewą dłoń w górę bez pierścionka, który towarzyszył mi przez dwa ostatnie lata.- Rozstałam się z Jaredem.- Na twarzy White pojawia się zdziwienie.
-Pokłóciliście się?
-Nie, po prostu nie dawałam sobie już rady z tym wszystkim.- Z mojego oka wypływa łza, którą wycieram.- Za każdym razem, gdy na niego spojrzę, zastanawiam się czy Melody była by bardziej podobna do mnie czy do niego. Kogo cechy by odziedziczyła, czy miałaby jego oczy? To bardzo boli, ale teraz boli jeszcze mocniej.- Siadam z powrotem na sofie.
-Zamiast przyjeżdżać do mnie, powinnaś postarać się to naprawić.
-Tego już nie da się naprawić. On wyjechał. Zraniłam go jak nikt inny. Widziałam to w jego oczach. To koniec. Wszytko skończone. Zostałeś mi tylko ty.- Mężczyzna przygląda mi się przez chwilę, aż w końcu odzywa się.
-Jesteś największym tchórzem na tej ziemi.- Otwieram lekko usta, nie wiedząc co mam powiedzieć.- Gdy zginęła twoja matka uciekłaś do NY, potem co prawda wróciłaś z Jaredem do LA, ale po śmierci Melody znów uciekłaś. Teraz robisz to samo. Uciekasz, ale powinnaś wiedzieć, że to nic nie da.- Widzę w jego spojrzeniu troskę. Zachowuje się jak starszy brat, udzielający młodszej siostrze reprymendę.- Olivio Carry Richardson, oficjalnie ogłaszam, że jesteś największym tchórzem na całej ziemi i to nie jest powód do dumy. A wręcz przeciwnie. Powinnaś się tego wstydzić.- Milknie, a ja nie wiem co mam powiedzieć.
-Myślałam, że zadaniem przyjaciela jest pocieszanie, a nie wprowadzanie w jeszcze większy dołek.- Odzywam się w końcu, a ten prycha.
-Ja nie jestem zwyczajnym przyjacielem. Jestem cholernym, a zadaniem tych jest pomoc przy naprawię błędów.- Ponownie przyciąga mnie do siebie i przytula.- Dobrze, że jesteś. Karen wyjeżdża za tydzień do Europy na trzy tygodnie. Pomożesz mi się zająć dzieciakami.