26 luty 2010
Jak najwolniej idę w kierunku
apartamentu, w którym nadal mieszkam. Mam za duży sentyment do niego, za dużo
wspomnień, by tak po prostu je sprzedać. Zatrzymuję się przed budynkiem i biorę
głęboki wdech, wchodząc do środka, gdzie jak zwykle przy biurku siedzi Bruce.
-Dobry wieczór.- Uśmiecha się, a
mnie jedynie stać na machnięcie dłonią, jednak nagle zatrzymuję się i odwracam
w kierunku portiera.
-Olivia wychodziła?- Pytam, a
mężczyzna jedynie kręci smutno głową.- Dziękuję, dobranoc.- Wchodzę do windy i
wciskam guziczek z ostatnim piętrem. Metalowa pułapka za szybko dociera na
odpowiednie piętro. Chcąc nie chcąc po chwili jestem przed swoim mieszkaniem.
Otwieram drzwi, a zapewne Olivia zrywa się z sofy i staje przede mną. Otwieram
szeroko oczy, dostrzegając, że naprzeciwko mnie stoi kobieta z czarnymi
włosami, sięgającymi do ramion i grzywką opadającą na zakrwione od płaczu oczy.
Bicie mojego serca przyśpiesza, gdy wpatruję się w ducha.- Elizabeth?- Szepczę.
-Tato?- Pyta, a do mnie dociera,
że to moja córka.
-Jesteś bardzo podobna do matki.-
Mówię, omijając ją. Idę prosto do kuchni, gdzie z lodówki wyciągam butelkę
wody.- Po co ścięłaś włosy?- Wpatruję się w ciemność za oknem, nie mogę na nią patrzeć.
-Potrzebuję zmiany.- Odpowiada.-
Wyjeżdżam jutro. Przed południem mam samolot.- Odwracam się gwałtownie,
spoglądając w oczy, które po mnie odziedziczyła.- Mam dość tego miasta. Za
bardzo mnie przygnębia.- Opiera się o blat.
-Gdzie lecisz? Wracasz do Paryża?
Czy do LA?- Odwracam wzrok, za bardzo ją przypomina.
-Nie mogę ci powiedzieć. Muszę
odpocząć od wszystkiego. Ale nie wracam tam.- Przez chwilę zastanawiam się co
mam zrobić, ale nic jej nie powstrzyma.
-Odwiedź cię na lotnisko?
-Poradzę sobie.- Uśmiecha się
lekko.
-Przeprasza, jestem bardzo
zmęczony. Pójdę się położyć. Rano jeszcze porozmawiamy.- Po raz kolejny omijam
ją i idę do sypialni. Kładę się na łóżku, nawet nie włączając światła.
* * *
Zatrzymuję się na poboczu i
spoglądam pod adres, który podała mi Elizabeth i dostrzegam dziewczynę,
zapłakaną, zasmarkaną, ale wciąż piękną. Uśmiecha się leciutko, a ja wysiadam z
samochodu i podchodzę do niej.
-Co się stało?- Pytam, a ta
macha lekceważąco dłonią.
-Nic takiego. Pokłóciłam się z
matką.- Podnosi się na palcach i składa na moim policzku ciepły pocałunek.-
Możemy już jechać?- Kiwam głową i otwieram jej drzwi. Zajmuje miejsce pasażera,
a ja okrążam auto i siadam za kierownicą. Odpalam i ruszam.
-Chcesz o tym pogadać?-
Zatrzymuję się na czerwonym świetle i spoglądam na nią.
-Nie. Chcę o tym zapomnieć.-
Zagryza wargę.- Właściwie, nie mam ochoty w ogóle rozmawiać.- Spuszcza wzrok.
-W takim razie mam pomysł.-
Skręcam w kierunku plaży i po chwili parkuję na parkingu. Nachylam się do
schowka i przeszukuję go, by w końcu znaleźć rozdzielacz i dwie pary słuchawek
oraz walkmana.- Nie będziemy rozmawiać. Będziemy słuchać muzyki. Musisz tylko
wybrać kasety.- Czarnowłosa przez chwilę przygląda się mojej kolekcji, po czym
podaje mi trzy kasety Davida Bowiego, jedną Aerosmith, a oprócz tego The
Rolling Stones, Scorpions, Led Zeppelin, Pink Floyd, AC/DC, KISS i Jimi
Hendrixa. Wręcza mi je.- Zamierzamy to wszystko przesłuchać?- Z tylnych siedzeń
zabieram plecak i wrzucam je do niego.
-Tak.- Potwierdza, uśmiechając
się szeroko.- Idziemy?
* * *
Przekręcam się na bok, słysząc
płacz dziewczyny z jej pokoju. Przymykam powieki. Od kiedy rozstała się z
Jaredem i przeprowadziła do mnie nie było nocy, podczas której nie słyszałbym
jej płaczu..
* * *
Parkuję na podjeździe i
uśmiecham się pokrzepiająco do dziewczyny obok mnie. Wysiadamy z samochodu, a
ja doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że czarnowłosa denerwuje się nie
bardziej ode mnie. Jeszcze nigdy nie przedstawiałem nikogo rodzicom. Biorę
głęboki wdech, po czym otwieram drzwi.
-Mamo, jesteśmy!- Krzyczę, a
po chwili obok nas zjawia się kobieta z papierosem. Gasi go w popielniczce,
stojącej na stoliku.
-Witajcie, dzieci.- Uśmiecha
się szeroko.
-To Elizabeth Scroggs, moja
dziewczyna.- Mówię z dumą.
- Jestem Norma Kessler, ale
jak wolisz mów do mnie Annie Lomax.- Dziewczyna spogląda na mnie z
niezrozumieniem zapisanym na twarzy.
-Mama zmieniła imię.-
Tłumaczę.- Jest Jackie?- Pytam.- Przywiozłem mu naprawioną gitarę.- Wskazuję na
futerał, który cały czas trzymam w ręce.
-Siedzi w ogrodzie. Nie przeszkadza
wam jeśli zjemy obiad na świerzym powietrzu?- Zwraca się do nas i nie czekając
na odpowiedz, kontynuuje.- Wchodźcie do środka. Terry, nie zachowuj się tak
jakbyś był tu pierwszy raz.- Kobieta dźga mnie w żebra chudym palcem.
-Ale jestem tu pierwszy raz z Elizą.
To jest jakaś różnica, bo jest dla mnie naprawdę ważna.- Zaciskam mocniej dłoń
czarnowłosej i dostrzegam, że rumieni się lekko. Wchodzimy do ogrodu, gdzie na
bujanym krześle jak zwykle siedzi muzyk.- Cześć, Lomie.- Mówię, zwracając się
do mężczyzny skrótem jego nazwiska. Już sam nie pamiętam kiedy zacząłem do
niego tak mówić.- To jest moja dziewczyna, Elizabeth.- Wskazuję na moją
towarzyszkę, a mój przybrany ojciec uchyla kapelusz, wstając.
-Jackie Lomax, bardzo mi
miło.- Całuję ją w wolną dłoń.
-Eliza.- Wymrukuje
czarnowłosa.- Dużo o panu słyszałam.- Dodaje.- Jest pan świetnym muzykiem.-
Zagryza wargę, jak zawsze gdy się denerwuje.
-Przywiozłem ci gitarę.-
Odzywam się.
* * *
Podnoszę się na łóżku, cały czas
słysząc płacz mojej córki. Wstaję i po raz pierwszy idę do jej pokoju, chociaż
spróbować ją uspokoić. Otwieram drzwi i w blasku księżyca dostrzegam jej
sylwetkę, siedzącą na pościeli. Serce mi się kraje, gdy to widzę.
-Hej, Puchatku, nie płacz.-
Odzywam się, a ona spogląda na mnie.
-Nie… chciałam cię obu… obudzić.-
Wychlipuje, a ja siadam obok niej i przyciągam do siebie.
-Wiem.- Całuję ją w głowę.- Co
się dzieje? Wiem, że to nie jest pierwszy raz.
-Psuję wszystkim życie.- Odzywa
się, a ja marszczę brwi.- Zepsułam je wam, rodząc się, przeze mnie mama nie
żyje, zabrałam kilka lat życia Jareda. I jeszcze Melody. Nie powinnam się
urodzić…- Przerywam jej, zanim powie za dużo, właściwie już powiedziała za
dużo. Nie powinna nawet o tym pomyśleć.
-Nie mów tak. Jesteś najlepszym
co mnie w życiu spotkało.- Głaskam ją po krótkich już włosach.- Wypadek nie był
twoją winą. Leto był przez jakiś czas szczęściarzem, że cie miał, a Mel… To nie
twoja wina, ani nikogo. Tak musiało się stać. Proszę, nigdy, ale to prze nigdy
nie myśl o tym, że nie powinnaś się urodzić, bo to nie prawda. Pokochałem cię,
gdy tylko cię zobaczyłem i od razu wiedziałem, że będziesz niezwykła,
rozumiesz?- Dziewczyna odchyla się i spogląda w moje oczy.- Kocham cię i zawsze
będę kochać, córeczko.
* * *
Biorę głęboki wdech i pukam do drzwi małego domu, którego adres podał
mi Henry. Jako jedyny od zawsze wierzył w nasz związek nawet, gdy ja w niego
nie wierzyłem. Pukam po raz drugi, wystukując stopą jakiś rytm. Dopiero po
chwili uświadamiam sobie, że to melodia piosenki, którą kiedyś napisałem dla
Elizabeth. Uśmiecham się lekko na to wspomnienie, a drzwi się otwierają. Staje
w nich czarnowłosa i z otwartymi oczami wpatruje się we mnie.
-Terry? Co ty tu robisz? - Pyta, przymykając dom. Zagryza wargę, więc
wnioskuję, że się denerwuje.
-Wróciłem. Tęsknię za tobą, Eliza.- Biorę głęboki oddech, chcąc
kontynuować, ale z budynku dociera do nas płacz dziecka.- Jesteś opiekunką?-
Pytam, przerywając moją wypowiedź, którą ćwiczyłem cały lot do LA.
-Tak jakby.- Przeczesuje włosy, co zawsze było kolejnym znakiem jej
stresu
-Nie rozumiem.- Drapię się po karku, a płacz nie ustaje.- Idź do
dziecka. Może czegoś się przestraszył, albo coś.- Kobieta przełyka ślinę i
wpuszcza mnie do środka.
-Zaraz wracam. Rozgość się.- Znika za drzwiami przy salonie. Siadam na
sofię, zastanawiając się dlaczego zajmuje się dziećmi, a nie pracuje w swoim
zawodzie. Przyglądam się zdjęciom wiszącym na ścianie, na których rozpoznaję
siebie, właścicielkę domu, a nawet obu Foleyów. Podnoszę się, przybliżając do
ramki z oprawioną fotografią malutkiej dziewczynki z kłębką czarnych włosów na
czubku. Wpatruję się w nie, gdy do salonu wraca Elizabeth z tą dziewczynką,
która nie może mieć więcej niż 3 miesiące. Wpatruję się w zielone oczy małej i
nawet już nie muszę wysilać się by wiedzieć, kogo to dziecko.
-Dlaczego mi nie powiedziałaś?
-Dowiedziałam się o ciąży po twoim wyjeździe.- Kobieta siada na sofie,
a ja zajmuję miejsce obok niej.- Chcesz ją potrzymać?- Potwierdzam, a po chwili
trzymam dziewczynę.
-Jak ma na imię?- Pytam, bawiąc się jej dłonią.
-Olivia Carrie.- Spoglądam na Elizabeth, która siedzi ze spuszczoną głową.
Nachylam się i całuję ją w skroń. Odwraca się w moim kierunku.- Ma twoje
nazwisko.- Dodaje, a ja w duchu skaczę z radości.
-Zostaję w LA.- Odzywam się. Dostrzegam, że mała zasnęła.- Zaopiekuję
się wami.
* * *
Spoglądam na dziewczynę, która od kilku minut śpi, wtulana w moje
ramię. Moje oczy też już powoli się zamykają i po chwili odpływam.
* * *
Pukam do drzwi, zastanawiając się, czy Elizabeth po raz kolejny się ze
mną pogodzi. Nie wyobrażam sobie życia bez tej kobiety, chociaż przez większość
czasu kłócimy się ze sobą. Drzwi się otwierają, ale nie dostrzegam przede mną
nikogo. Spuszczam wzrok i spoglądam na dwa, czarne kucyki.
-Cześć, Puchatku.- Kucam, a dziewczynka rzuca mi się na szyję.-
Wróciłem.- Mówię, podnosząc ją.- Jest w domu mama? I dlaczego ty otwierasz? A
co jeśli to byłby jakiś zły pan, hmmm?- Pstrykam ją w nos, wchodząc do środka.
-Widziałam jak wysiadałeś z samochodu.- Odzywa się, cały czas wtulona w
moją szyję.- Tęskniłam za tobą, tato.- Mówi.
-Ja za tobą też.- Całuję ją we włosy, a z piętra zbiega Elizabeth. Zatrzymuje
się na ostatnim schodku, zauważając mnie.
-Terry?- Pyta, po czym nie czekając na odpowiedź, podbiega do mnie i
wbija się w moje usta, uważając na naszą córkę.