POSTACIE Strona głóna

czwartek, 31 grudnia 2015

25. ZAKUPY

9 wrzesień 2006
Budzę się i automatycznie przekręcam na bok, chcąc wtulić w czarnowłosą. Jednak gdy moja ręka trafia w pustkę, gwałtownie otwieram oczy. Mlaskam z niezadowolenia, uświadamiając sobie, że jestem sam, a obok mnie jest jedynie skołtunioną pościel. Sięgam po telefon leżący obok. Która musi być godzina, skoro nawet już Olivia wstała? Jest dokładnie 8:59. Z jękiem podnoszę się do pozycji siedzącej, a zaraz potem całkowicie wstaję. Rozciągam się na wszystkie możliwe sposoby. Sięgam po koszulkę, leżącą na jednym z wielkich pudeł i zakładam na siebie. Wychodzę z graciarni i ziewając wędruje po mieszkaniu.
-Olivia?- Wołam, jednak odpowiada mi cisza. Wchodzę do kuchni i pierwsze co robię, to otwieram lodówkę. Z drzwiczek wyjmuję karton mleka migdałowego. Jednak pudełko jest puste. Wyrzucam je do kosza.- Aniele?- Tym razem podchodzę pod drzwi łazienki, z której dochodzą dźwięki włączonej wody.- Aniołku, to ty?- Przystawiam ucho do drzwi nasłuchując odpowiedzi.
-Jared? Wstałeś już?- Uśmiecham się pod nosem.
-Skoczę na sklepu. Chcesz coś konkretnego?
-Kup mleko, bo się skończyło.- Prycham. Podchodzę do szafki obok sofy i otwieram mój portfel. Z jednej z przegródek uśmiecha się do mnie czarnowłosa. Zaglądam głębiej i wyjmuję banknot stu dolarowy.
-Kotku, masz rozmienić stówę?- Po raz kolejny przyklejam się do drzwi do łazienki.
-Powinnam mieć. Portfel mam w torebce.
Obracam się wokół własnej osi, szukając czarnego przedmiotu. W końcu podnoszę go i wyciągam portfel. Otwieram go i pierwsze co rzuca mi się w oczy jest jej dowód osobisty. Wyciągam go i czytam każdy z punktów. Imiona i nazwisko: Olivia Carrie Richardoson. Kolor włosów: czarne. Kolor oczu: Zielone. Miejsce urodzenia: Los Angeles. Data urodzenia: 9 październik 1977. No, wreszcie wiem kiedy są urodziny mojego Aniołka. Do tej pory, strzegła tej daty, jakby była to co najmniej tajemnica narodowa. Wpatruje się w dokument, gdy w pewnym momencie smukła dłoń mi go wyrywa. Odwracam się zaskoczony i dostrzegam dziewczynę, marszczącą nosek.
-To moje.- Mruczy, ze złością. Całuję ją w czoło i uśmiecham, widząc jak przytula do siebie dowód.- Miałeś tylko rozmienić pieniądze, a nie sprawdzać moje dokumenty.
-Przepraszam. Już znikam.- Łapię dziesięć dolarów z jej portfela, wciskając tam przy okazji moją stówę i prawie wybiegam z mieszkania, ubrany jedynie w spodenki, odgrywające jakiś czas rolę moich piżam, i koszulce.  W sklepie kupuję kilka bułek, mleko i jakieś owoce, po czym wracam do budynku. Otwieram drzwi do naszego lokum i idę prosto do kuchni.- Jestem.- Oznajmiam, po czym wpadam na kobietę w blond włosach.
-Synek, uważaj jak chodzisz.- Mama pstryka mnie w nos, a do moich uszu dochodzi dźwięk śmiechu zielonookiej.
-Aniele, ty się tak nie śmiej, bo śniadanka nie dostaniesz.- Obejmuję dziewczynę w pasie, ówcześnie odkładając zakupy na stolik.
-Hej.- Odkręca się, tak że teraz stoi przodem do mnie.- To ty nie powinieneś go dostać.- Wystawia mi język, a ja zaczynam łaskotać ją w brzuch, przez co wybucha śmiechem, przy okazji zginając się w pół.- Prze…stań- Wydusza, wyrywając mi się. Chowa się za moja rodzicielką, a ta wysyła w moja stronę ostrzegawcze spojrzenie.
-No, co?- Pytam, patrząc na kobietę.
-Już ty wiesz co.- Czarnowłosa chichota.
-Własna matka przeciwko mnie.- Mruczę pod nosem, po czym obrywam zeszytem z przepisami. Wywracam oczami. Kobiety.
-Jared, lepiej będzie, jak poczekasz na śniadanie w salonie.- Patrzę na blondynkę pytającym spojrzeniem, a ta macha dłonią, wyganiając mnie z kuchni.- No, sio. Chcę sobie poważnie porozmawiać z twoją dziewczyną.- Na twarzy czarnowłosej pojawia się strach. Podchodzę do niej i cmokam w policzek, po czym wychodzę z pomieszczenia. Z sypialni zabieram dżinsy i jakąś koszulkę z długim rękawem, po czym idę pod prysznic.
Gdy wychodzę, po mieszkaniu roznosi się piękny zapach naleśników. Odkładam mokry ręcznik na zimny kaloryfer i wchodzę do kuchni. Rozmowy od razu cichnął. Ignoruję to, łapiąc jeden z placuszków i biorąc pierwszy gryz. Spoglądam na kobiety, wysyłające mi jakieś dziwne spojrzenia. Wzruszam ramionami, uśmiechając się do nich szeroko.
-Mistrzostwo świata, moje panie.- Całuje obie w policzek i nastawiam wodę na herbatę dla mnie i na kawę dla moich towarzyszek. Jednak cały czas przyglądają mi się dziwnie.- No, co?- Wznoszę ramiona w górę, nie wytrzymując ani sekundę dłużej. Tym razem wybuchają śmiechem, a ja jestem jeszcze bardziej zdezorientowany niż moment wcześniej.- Wytłumaczycie mi to wreszcie, czy mam czekać całą wieczność?- Wyskakuję na blat, obok okna i przyglądam im się dokładnie.
-Ja wiem, że lubisz sobie od czasu, do czasu pośpiewać.- Zaczyna czarnowłosa.- Ale skoro mamy gości, mógłbyś to robić trochę ciszej.- Przelatuję w pamięci moją playlistę, ale nie dostrzegam żadnych utworów, których mógłbym się wstydzić.
-Ale o co wam chodzi?- Robię smutną minkę.
-O to, żebyś następnym razem, gdy was odwiedzę nie próbował udawać wokalisty… No, jak im było?- Matka zwraca się do niebieskookiej.
-Green Day.
-No właśnie, nie udawaj wokalisty Green Daya.
-Śpiewałem ich piosenkę?- Dziwię się.
-O ile można nazwać to śpiewaniem. Tak, „American Idiot”. Proszę, zostaw to darcie Amstrongowi.- Dziewczyna robi błagającą minę, a ja unoszę kąciki ust wyżej, bo to wygląda przekomicznie.

-No dobrze.- Nawet, gdybym chciał, nie byłbym w stanie jej odmówić.- To, co, jemy to śniadanko?- Zeskakuję z blatu.


OLIVIA


Uśmiecham się przepuszczając w drzwiach kobietę. Razem z mamą niebieskookiego postanowiłyśmy wybrać się na zakupy. No dobra, to ona postanowiła. Mi nie zostało nic innego, jak tylko się zgodzić. Blondynka od razu kieruje się na sukienki. Z uśmiechem dreptam za nią. Łapie w dłonie jeden z wieszaków i wystawia go w moim kierunku.
-I co myślisz?- Przyglądam się prostej, bordowej sukience.
-Jest… Naprawdę piękna.- Odpowiadam.
-Prawda? Myślę, że powinnaś ją zmierzyć.- Przewiesza ją przez przed ramie i idzie w głąb pomieszczenia.- Co tak stoisz?- Odwraca się i przywołuje mnie dłonią. Doganiam ją, podczas, gdy na jej przedramieniu ląduję kilka innych rzeczy.- Z tego co zauważyłam, twoja szafa jest dość skromna. Same koszulki i dżinsy.
-Nie potrzebuję więcej rzeczy.- Mówię.- Ale dziękuję za wszystko. Nigdy nie sądziłam, że to powiem, ale chyba właśnie zyskałam drugą matkę.- Wyznaję, a ta unosi kąciki ust wyżej i przytula mnie, ignorując trzymane rzeczy.
-Wiesz, ile ja czekałam, aż Jared przyprowadzi do domu jakąś dziewczynę.- Odrywa się ode mnie.- I było warto czekać tyle czasu na ciebie, bo jesteś niesamowita. I nie dziwię się, że mój syn cię zauważył.- Całuje mnie w policzek, po czym wręcza mi wszystkie ciuchy.- A teraz leć je przymierzyć. Nie mamy dużo czasu, bo o 19 muszę być na lotnisku.- Po prostu wpycha mnie do przymierzalni. Śmieje się pod nosem. Po chwili wychodzę ubrana w bordową sukienkę. Niebieskie oczy kobiety zaczynają błyszczeć.- Wyglądasz przepięknie. Jay oszaleje jak cię zobaczy.
-Czy ja wiem.- Obracam głowę, chcąc zobaczyć jak najwięcej.
-Ty nie wiesz, ale ja wiem. Ta sukienka jest dla ciebie stworzona. Dobrze, teraz mierz następne rzeczy.- Po raz kolejny ląduję w ciasnym pomieszczeniu. W momencie, gdy zakładam na siebie już własne ubranie, mój telefon daje o sobie znać. Zasuwam bluzę i wychodzę do Constance, która czeka na mnie w lokalu. Odbieram, wysyłając jej przepraszające spojrzenie.
-Olivia? Gdzie ty się podziewasz?- Słyszę na początek.
-Dzisiaj sobota. Nie pracuję.- Mówię, podchodząc do blondynki.
-Wiem, wiem, ale potrzebuję cię. Mogłabyś na moment wpaść do mnie.- Spoglądam na moją towarzyszkę.
-Ale tylko na sekundę. Jestem na zakupach. Gdzie mam przyjść?
-Do apartamentu.- Mężczyzna rozłącza się, jak zwykle nie czekając na odpowiedź. Kręcę głową z politowaniem.
-Muszę jechać do ojca. Ale mogę cię odprowadzić do mieszkania.
-Pojadę z tobą. W sumie to i tak nie mam co robić. Spakowana już jestem.
-W takim razie idź złap taksówkę, a ja zapłacę.- Matka Jareda uśmiecha się i wychodzi z budynku, a ja podchodzę do kasy. Nie wiem jakim cudem, ale udało jej się przekonać mnie do zakupu tej sukienki. Moment później wychodzę ze sklepy, a w tym samym momencie kobieta zatrzymuje pędzący, żółty samochód. Wsiadamy do niego. Podaje kierowcy adres ojca.
-Ja naprawdę przepraszam, że zwaliłam się wam tak na głowę, w dodatku niezapowiedzianie.- Zaczyna po chwili.
-Nic się nie stało. Bardzo mi się podobał ten tydzień. A ty, Connie jesteś wspaniała.
-Ty też, złociutko. Chłopaki i Emma tyle mi o tobie naopowiadali, że zapragnęłam cię spotkać jak najszybciej.- Jeszcze chwilę rozmawiamy, dopóki nie przerywa nam głos taksówkarza, oznajmującego, że jesteśmy na miejscu. Płacę mu i jak najszybciej się da, wciągam blondynkę do budynku. Za ladą jak zwykle siedzi pan Bruce. Uśmiecha się w moją stronę.
-Dzień dobry.- Rzucam.
-Dzień dobry, panienko.- Odpowiada, gdy jesteśmy już w windzie, stojącej akurat na parterze, tak jakby na nas czekała. Wciskam tak zwaną magiczną piętnastkę, a po chwili jesteśmy już na odpowiednim piętrze. Podchodzę pod drzwi z numerem 175 i wchodzę bez pukania.
-Terry?- Wołam, wchodząc głębiej. Za mną drepta kobieta.
-Jestem w salonie.- Odzywa się, a ja dostrzegam jego sylwetkę. Jak zwykle siedzi na swoim fotelu, nachylając się nad laptopem, tyłem do nas.- Dobrze, że jesteś. Nie mogę znaleźć zdjęć z sesji z Jonem Bon Jovim. Nie wiesz, gdzie mogą być?- Dopiero teraz się odwraca, a gdy dostrzega moją towarzyszkę, zauważam na jego twarzy zainteresowanie.
-Terry to jest Constance Leto, mama Jareda.- Specjalnie akcentuję dwa ostanie słowa, tak by nie miał wątpliwości, że ma trzymać się od niej z daleka.- Connie, to jest mój ojciec.- Mężczyzna unosi jej dłoń do ust.
-Terence.- Szepcze, a ja wywracam oczami, podchodząc do sprzętu.- Może czegoś się napijecie? Woda, kawa, herbata, whisky? –Słysząc ostanie słowo, odwracam się gwałtownie. Jeszcze by do tego doszło, że upiłby moją może przyszłą teściową.
-Terry, daj sobie spokój z alkoholem.- Syczę, wracając do poszukiwań. Docierają do mnie jedynie urywki ich rozmowy. W końcu, po kilkunastu minutach znajduję folder ze zdjęciami na pulpicie. Po pomieszczeniu roznosi się głośny śmiech obydwojga, a ja zamieram, widząc szklaneczki z bursztynowym płynem w ich dłoniach. UPS.- Znalazłam.- Ogłaszam.- Możemy już iść.
-Córcia, daj spokój, nie widzisz jak nam się dobrze rozmawia?- Fotograf spogląda na mnie zielonymi oczami.- Może też chcesz trochę?
-Nie.- Idę do kuchni i z kieszeni wyjmuję telefon. Z pamięci wklepuję numer Jareda. Cholera, on się wścieknie.
-Tak?- Odzywa się po chwili.- Coś się stało?
-Tak jakby. Mógłbyś przyjechać do mieszkania Terrego?- Przegryzam wargę.
-Co tam robicie?- Dziwi się, jednak słyszę, jak wychodzi z naszego lokum.
-Wytłumaczę ci na miejscu..
                                               *                      *                      *
Siedzę między kobietą, a mężczyzną, którzy dyskutują o najlepszej technice robienia zdjęć w plenerze, popijając przy tym już którąś z rzędu szklaneczkę whisky. Przecieram oczy, gdy do apartamentu wpada mój rycerz na białym koniu. Zrywam się z sofy, ale oni nawet tego nie zauważają, i zatrzymuję się przed niebieskookim.
-Próbowałam wszystkiego, żeby ją  stąd wyciągnąć, ale się nie da. I parz co piją.- Robię minę, która jasno wskazuje na o kto jest winny. Czyli ja. Mężczyzna przyciąga mnie do siebie i całuje w głowę.
-Co wy tu właściwie robicie? Miałyście być na zakupach.- Oddalam się leciutko od jego ciała.
-Ojciec nie potrafił znaleźć folderu ze zdjęciami. Chciałam mu tylko pomóc.- Spuszczam głowę, jednak mężczyzna kładzie dwa palce na mojej brodzie i unosi ją w górę, tak żebym patrzyła mu w oczy.
-O nic cię nie winię. To tylko i wyłącznie ich wina. Oni za to odpowiadają.- Cmoka mnie w usta.- A teraz pomóż mi zabrać mamę.- Wzdycha i podchodzi do sofy.- Mamo, wiesz, że zaraz będziesz musiała być na lotnisku? Chyba nie chcesz się spóźnić.- Mówi, „lekko” naginając prawdę.
-Naprawdę?- Kobieta zrywa się z kanapy.- Przykro mi, Terry. Chyba będziemy musieli nadrobić to innym razem.- Mówi do mojego ojca.- Ojć. Chyba kręci mi się w głowie.- Dodaje, a niebieskooki łapie ją za ramie.- Do zobaczenia. Milo było cię poznać.- Niebieskooki prowadzi swoją rodzicielkę do drzwi, a ja podchodzę do Terenca.
-Co to miało być, co?- Pytam.
-No, co?- Odpowiada, upijając kolejny łyk bursztynowej cieczy.- Nic takiego się nie stało. Przecież nikt nie zginął.- Wzrusza ramionami, a ja prycham, zostawiając go samego. W ciszy zjeżdżamy windą na parter, a następnie opuszczamy budynek, ówcześnie żegnając się z panem Brucem. Wszyscy pakujemy się do taksówki. Jared zaje miejsce na środku, a ja po jego prawej srony.
-Przepraszam.- Mówię, a brunet odwraca się w moją stronę i łączy nasze palce, po czym całuje mnie we włosy.

-Nic się nie stało. A poza tym nie umiem się na ciebie gniewać.- Przyciąga mnie do siebie, tak że chcąc, nie chcąc opieram głowę na jego klatce piersiowej. 


JARED


 Wysiadam z taksówki pod kamienicą. Płacę kierowcy, po czym jak najszybciej się da wchodzę do budynku. Na pierwszym piętrzę mijam się z Adeline, staruszką z naprzeciwka, która wyprowadza Suzi, suczkę rasy shih tzu. Rzucam w jej kierunku „Dobry wieczór” i szczery uśmiech, po czym kontynuuję wspinaczkę, przeskakując co dwa schodki. Wchodzę do mieszkania i w przedpokoju zrzucam buty.

-Aniele, jestem!- Oznajmiam, wchodząc głębiej.
-Jestem w sypialni.- Odpowiada. Kieruję się prosto do pomieszczenia w którym przebywa moja dziewczyna. Zatrzymuje się w progu, widząc jak siedzi na środku łóżka, trzymając na kolanach jakieś papiery.
-Co robisz?- Pytam, a ta unosi głowę i spogląda na mnie.
-Kolejne dokumenty od ojca.- Mruczy, odkładając je na szafkę. Zakłada mokry kosmyk włosów za ucho i prostuje nogi. Jest ubrana w swoją ukochaną koszulkę z napisem „Bright Lights, Big City” i czarne spodenki, nie zakrywające nawet połowy ud.
-No dobra. Teraz pokazuj mi, co kupiłaś z mamą.- Uśmiecham się lekko, a ona marszczy nosek, co jest przeurocze.
-Tam leży torba ze sklepu.- Wskazuje na krzesło. Wywracam oczami, podchodząc do wyznaczonego miejsca. Rzucam jej torbę.
-Pokazuj mi na sobie.- Tłumaczę, a ta z ociąganiem wstaje. Zajmuję jej miejsce i obserwuję jak wychodzi z pokoju. Minutę później wraca, ubrana w prostą, bordową sukienkę. Obraca się w miejscu, a ja wpatruję się w nią jak w obrazek.- Jesteś przepiękna.- Wyduszam po chwili.
-Chyba ona jest przepiękna.- Poprawia, a ja kiwam głową.
-Ty też. I ona doskonale do ciebie pasuje.- Mówię. Czarnowłosa ściąga przez głowę sukienkę, zostając w samej bieliźnie.- Mmm… A tak ci jeszcze lepiej.- Komentuję, ruszając brwiami.
-Spadaj.- Rzuca, wychodząc.
-Ej, wracaj!- Krzyczę za nią, ale na moim widoku pojawia się jedynie jej środkowy palec.
-Ty się lepiej idź umyj, Brudasie. Tylko tym razem nie śpiewaj, bo duchy pobudzisz.- Zrywam się i wybiegam w sypialni.
-Pożałujesz tego!- Z łazienki wychodzi zielonooka, jednak gdy tylko mnie zauważa zaczyna uciekać. Po kilku minutach stoimy po dwóch różnych stronach stolika, dysząc ze zmęczenia.
-No, dobra, poddaję się.- Oznajmia, unosząc dłonie w górę. Ze śmiechem podchodzę do niej i zamykam ją w mocnym uścisku, po czym całuję.

czwartek, 24 grudnia 2015

ROZDZIAŁ ŚWIĄTECZNY



25 grudzień 2002
Zatrzymuję się przed kamienicą, na której wisi wielki neonowy napis, ozdobiony świątecznymi łańcuchami. Robię kilka zdjęć, po czym schodkami w dół, wchodzę do baru. W środku panuje gwar rozmów.  Omijam jednego z klientów i siadam na stołku przy ladzie. Obok mnie pojawia się barman. Blondyn z lekkim zarostem i wielkim uśmiechem na ustach.
-Lee.- Kłania się.- Coś podać?
-Nie dziękuję. Jest Jake?- Rozglądam się po lokalu. Na drewnianym podeście rozkłada się jakiś zespół.
-Przyjdzie za dziesięć minut.- Odpowiada brązowooki.- Jak chcesz, możesz zaczekać u niego w gabinecie.- Kręcę przecząco głową, wracając spojrzeniem do sceny. Przyglądam się długowłosemu blondynowi, który opiera czarną gitarę o ścianę. Mówi coś do swoich kolegów, po czym idzie w naszym kierunku. Odwracam się i z uwagą obserwuję gramofon, stojący obok butelki z Jack Danielem.
-Daj dwie butelki piwa.- Zwraca się do mężczyzny za barem, po czym spogląda na mnie. Uśmiecha się delikatnie, a w jego oczach dostrzegam coś dziwnego. Przyglądamy się sobie, dopóki nie przerywa nam barman, kładąc przed mężczyzną zamówienie.- Dziękuję.- Podaje mu banknot, wraca do zespołu i wręcza, zapewnie perkusiście jego napój, a sam upija łyk, po czym kieruje swój wzrok na mnie.
-Spodobałaś mu się.
-Daj spokój, Pat.- Mruczę.- Co to za zespół?
-Nie wiem. Grają tu pierwszy raz. Musisz się Jake dopytać. To on się zajmuje tym wszystkim.- Wywraca dłońmi w powietrzu, a ja śmieję lekko.- Ja tu tylko drinki podaję.- Wzrusza ramionami.- Na pewno nic nie chcesz?
-Skoro tak nalegasz, to nalej mi soku pomarańczowego. – Po raz kolejny rzucam okiem na podest. Niebieskooki nadal mi się przygląda, przez co obrywa od perkusisty. Brązowooki podaje mi szklaneczkę, po czym zajmuje się jakimś klientem. Podnoszę się ze stołka i przechodzę na sofę stojącą w kącie pomieszczenia.
Po kilku minutach niebieskooki podnosi gitarę, podobnie jak dwóch innych mężczyzn. Czwarty, którego uznałam za perkusistę siada na stołeczku z wielkim uśmiechem i podrzuca pałeczkami. Blondyn zaczyna grać, a moment później dołącza do niego reszta.
-A simple fear to wash you away
An open mind canceled it today
A silent song that's in your words
A different taste that's in your mind

This is the life on Mars
This is the life on Mars-
Śpiewa niebieskooki, a ja odpływam pod wpływem ich muzyki, jego głosu.
Przez ponad godzinę siedzę wpatrzona w nich, obiecując sobie, że jeszcze kiedyś przyjdę na ich koncert. A nawet jeśli mi się to nie uda, zrobiłam zdjęcia, żeby nigdy nie zapomnieć uczucia jakie mi towarzyszyły, słuchając ich. W końcu podnoszę się i wracam do baru. Uśmiecham się do blondyna.
-Dziesięć minut?- Mruczę.
-Chyba coś mu się przedłużyło.- Odburkuje.- A ty czemu nie z rodziną? Dzisiaj Boże Narodzenie.- Spoglądam na podest i obserwuję jak zespół kończy występ, po czym zaczynają składać sprzedać sprzęt.
-Chciałam dać wam prezenty. A poza tym wiesz jak u nas jest. Terry i Alice jakoś się nie dogadują.- Wracam wzrokiem do barmana.
-Może w tym roku nie będzie, aż tak źle.- Unoszę prawą brew w górę.
-Ty nie wiesz co mówisz. Z Jakem było znośnie, z ojcem jest koszmarnie. Babcia nienawidzi każdego faceta, z którym spotyka się moja mama.
-To prawda. Alice jest okropna.- Odzywa się głos za mną.- Lee, co tu robisz?
-Czekałam na ciebie.- Wstaję i staję przodem do mężczyzny.
-Chodź na zaplecze.- Prowadzi mnie do pomieszczenia, w którym mogą przesiadywać pracownicy.
-Wesołych Świąt.- Uśmiecham się i z torby wyciągam zapakowaną niespodziankę. Wymieniamy się prezentami. Otwieram pakunek i ze środka wyciągam czarną ramkę ze zdjęciem moim, mamy i braćmi Foley z pobytu w drewnianym domku, gdzieś w środku lasu. To były najlepsze wakacje w moim życiu.
-Czy to jest to co myślę?- Unoszę głowę i dostrzegam mężczyznę przytulającego płytę „Upplugged in NY” Nirwany w wersji winylowej.
-Raczej tak.- unoszę kąciki ust jeszcze wyżej, gdy przyciąga mnie do siebie i zamyka szczelnym uścisku.
-Gdzie ją znalazłaś?- Puszcza mnie i ogląda opakowanie ze wszystkich stron.
-To jest już moja słodka tajemnica.- Nagle w środku pojawia się głowa Patricka.
-Mała, ja też mam dla ciebie prezent.- Puszcza mi oczko, wchodząc w głąb. Rzuca mi skromnie zapakowane płaskie pudełko. Uśmiecham się jeszcze szerzej, łapiąc w locie podarunek. Z torby wyciągam tym razem „Diamond Dogs” Davida Bowie, również na winylu. Wręczam mu ją, jednak w odróżnieniu do niego, po prostu ją podaję. Po czym zaczynam odpakowywać prezent. Wyjmuję kolejną ramkę, tym razem srebrną z tym samym zdjęciem i zaczynam się śmiać.- Coś nie tak?- Dopytuje, ten młodszy, a ja wskazuję na prezent od Jake.
-Następnym razem dogadajcie się, który co mi daje.
-Czekaj, czy to płyta Bowiego?- Rozszerza oczy.
-Tak. Podoba się?
-Jake, czy ty to widzisz?- Jego brat ze śmiechem wskazuje na swoją płytę.- Nie, to naprawdę „Upplugged”? Nie wierzę. Idę to puścić.- Pat znika za drzwiami.
-Och, Lee… Jesteś trzecią najważniejszą kobietą w moim życiu, zaraz po mojej matce i Elizabeth. Traktuję cię jak córkę.- Wyznaję, a ja wtulam się w niego.
-Wiem.- Staję na palcach i całuję go w policzek.- Chyba muszę już iść. Mama będzie się martwić. Wyszłam, jak Terry i Alice się kłócili, a ona próbowała ich uspokoić.- Mruczę, cofając się o krok.
-Odwiozę cię. Zrobiło się zimno.- Uśmiecha się delikatnie.- Powiem tylko Patrickowi, a ty już idź.- Wręcza mi kluczyki. Zabieram zdjęcia i wychodzę przez zaplecze na parking. Wsiadam do samochodu i ze schowka wyciągam miętowe gumy. Po chwili mężczyzna zjawia się obok mnie. Odpala auto i rusza.
-Co to za zespół? Ten który występował w barze.- Przegryzam wargę, przypominając sobie oczy wokalisty.
-Poznałem ich niedawno. To Thirty Seconds To Mars, ale u mnie występowali pod jakąś inną nazwą. Widać, ze kochają grać.
-Tak, to prawda.- Mruczę i odlatuję. Świadomość wraca mi, gdy blondyn parkuje pod białym, jednorodzinnym domku.
-El mówiła, że rozstałaś się ze Scottem.- Spoglądam na niego.- Myślałem, że może…- Przerywam mu.
-Zdradził mnie.- Zamykam powieki.- Kilka razy.- Po policzku spływa mi jedna, samotna łza.
-Lee, przykro mi.- Szepcze, a ja gwałtownie otwieram oczy.- W końcu znajdziesz sobie kogoś, kto jest ciebie wart.- Uśmiecham się delikatnie, obserwując jak w kierunku samochodu idzie mama, ubrana w płaszcz, który nawet nie jest zapięty. Razem z Foleyem wysiadamy z samochodu. Czarnowłosa obejmuje mnie i całuje w głowę.
-Martwiłam się o ciebie.-Mruczy we włosy.- Idź do domu. Ja muszę jeszcze porozmawiać z Jakem.- Puszcza mnie. Żegnam się z blondynem i odwracam w kierunku domu i dostrzegam Terenca w drzwiach. Macha do nas. Biegiem docieram do ojca i całuje go w policzek.
-Dziadkowie jeszcze są?- Pytam.
-Henry tak, Alice wróciła.- Mruczy. Omijam go i wchodzę w głąb budynku. Po szybkim przywitaniu się z dziadkiem, biegnę po schodach do pokoju. Zaraz po zamknięciu drzwi wyciągam moje prezenty od braci i obie ramki kładę na szafce, stojącej obok łóżka. Przez chwilę im się przyglądam.
Po szybkim prysznicu, pakuję się do łóżka. W momencie, gdy chcę zgasić światło, do środka zagląda dziadek.
-Mogę?- Uśmiecham się, kiwając głową. Brązowooki siada obok mnie.- Przepraszam za Alice. Ona jest dość specyficzna.
-Wiem, Henry, wiem.- Uśmiecham się.- Zdążyłam się już przyzwyczaić.
-To dlaczego uciekłaś?- Wzruszam ramionami.
-Chyba chciałam odetchnąć. I spotkać się z Jakem i Patrickiem. Dałam im prezent, spędziłam dobrze czas i wróciłam. To tyle.
-Wiesz, że ze mną zawsze możesz porozmawiać?- Potwierdzam ruchem głowy.- W takim razie dobranoc.
-Dobranoc.- Dziadek wychodzi, a ja gaszę światło.



JARED
Wchodzimy do budynku. Podchodzę do baru, zostawiając resztę przy schodach. Za ladą stoi blondyn z lekkim zarostem.
-Jake?- Pytam, nie będąc pewny, który to z bliźniaków.
-Patrick. Jake gdzieś wyszedł.- Odzywa się z uśmiechem.- Wy jesteście tym zespołem?- Kiwam głową, potwierdzając.- Na scenie jest już perkusja, ale nie wiedziałem ile mam tego przynieść. Jak chcecie możecie przynieść jeszcze coś z backstage’u. Pełno tam instrumentów, ale widzę, że macie własne gitary.- Wskazuje na chłopaków, rozglądających się po lokalu.- Czujcie się jak u siebie.- Wraca do czyszczenia szklanki.
-Dziękuję.- Rzucam, po czym kiwam na resztę, a sam kieruję się w stronę sceny.
-Co ta perkusja taka uboga?- Pyta Shan, wpatrzony w sprzęt.- Mówiłem, żeby wziąć moją.
-Nie narzekaj.- przykładam mu z łokcia w żebra, a ten zgina się ze śmiechem. Kelvin i Solon zaczynają się rozkładać, a ja z bratem idziemy na backstage. Wpadam na mężczyznę, który prowadzi. Wychylam się zza niego, co jest dość proste, zwarzywszy na to, iż jest niższy. Pod ścianą stoi zaawansowany zestaw perkusyjny, w który wlepia swój wzrok starszy Leto.
-Bro, mam nadzieję, że jeszcze tu wrócimy, bo właśnie się zakochałem.- Mówi pod nosem, a ja klepię go po ramieniu ze śmiechem.
-Jeśli się spodoba, to czemu nie?- obdarzam go uśmiechem.- A teraz dyktuj, co mam przenieść.
-Wszystko.
Po kilku okrążeniach, wreszcie wszystko jest na swoim miejscu, no prawie. Moja Artemisa jest nadal zamknięta w futerale. Wzdycham, wyjmując ją. Opieram instrument o ścianę. Okey, teraz jest idealnie, oprócz tego, że czuję się obserwowany.
-Chłopaki, chcecie coś z baru?- Pytam.
-Piwko, o ile ktoś nas potem odwiezie.- Odzywa się Shan, wpatrując jednocześnie w Bixlera, do którego należy samochód, którym przyjechaliśmy.
-Jak poprosicie.- Solon puszcza nam oczko.- No raczej.- Śmieje się. Schodzę ze sceny, a czarnowłosa siedząca przy barze szybko obraca głowę.
-Daj dwie butelki piwa.- Zwracam się do barmana, po czym odwracam w kierunku dziewczyny. Włosy związała z warkocza. Przejeżdżam spojrzeniem po jej twarzy, zatrzymując się na zielonych oczach, które mi się przyglądają i po prostu się w nich zatracam. Nawet nie kontroluję, jak na moich ustach pojawia się uśmiech. Nagle dociera do mnie dźwięk zetknięcia się szkła i drewna. Spoglądam na ladę, gdzie stoją dwie butelki piwa.- Dziękuję.- Mówię, nie wierząc w to co stało się przed chwilą. Wracam na scenę, potrząsając głową, dla rozjaśnienia umysłu. Wręczam bratu jego napój, po czym kieruję wzrok na czarnowłosą, która dyskutuje z blondynem. Nagle odwraca się i patrzy prosto na mnie. Tak piękną chwilę niszczy, nie kto inny, a Shan. Uderza mnie pałeczką w głowę, jakbym był jakimś bębnem.
-Zwariowałeś?- Jęczę, łapiąc się w miejsce uderzenia.
-Zaczynamy?- Kiwam lekko głową, potwierdzając.
Odkładam butelkę piwa na stolik w kącie i przewieszam przez ramie gitarę. Zaczynamy od "Buddha for Mary", a potem „Capricorn”, „Fallen”, „Welcome to the Universe” i kilka innych z naszej pierwszej płyty. Przez cały występ czarnowłosa przygląda mi się z uwagą, robiąc w między czasie kilka zdjęć. Podczas naszej ostatniej piosenki, dziewczyna podnosi się z zielonej kanapy i podchodzi do baru. Kończę występ i odkładam gitarę do futerału. Już mam zamiar iść w kierunku baru, gdy powstrzymuje mnie ręka na ramieniu. Spoglądam na dłoń, a potem na jej właściciela, którym okazuje się być mój braciszek.
-Chyba nie zostawisz nas samych ze składaniem sprzętu?- Wysyła mi uśmiech, a ja się krzywię, rzucając ostatnie spojrzenie na zielonooką. Przecież mi nie ucieknie, nie? Zaczynam przenosić perkusje z powrotem na backstage. Gdy kończymy wracam spojrzeniem na bar, jednak po dziewczynie nie ma ani śladu.
-Cholera.- Mruczę, jednak obmyślam już plan.- Chłopaki, jak wam się podobało?- Zwracam się do zespołu.
-Nieźle. Spokojnie, wreszcie.- Odzywa się Kevin, wkładając do ust papierosa, jednak nie zapalając go. Po prostu wciąga się samym zapachem tytoniu.
-Dokładnie. Podoba mi się.- Dodaje Solon.
-Mi też, a szczególnie perkusja.- Komentuje Shannon, rzucając we mnie pałeczką. Łapie ją w locie i po kolei wskazuję na każdego z nich.
-Czyli co? Chcemy grać tu częściej?
-A ludzie się nie dowiedzą?- Drewniana pałka po raz kolejny wskazuje na Drake.
-Nie dowiedzą się, bo będziemy zmieniać nazwę. Z każdym występem inna.- Uśmiecham się szeroko.- A więc?
-Tak.
-Tak.
-Tak.- Odpowiadają po kolei.
-Teraz tylko trzeba się spytać, czy piszą się na to.- Kieruję się do Patricka, stojącego za ladą.- Jest Jake?
-Wpadł na moment, ale znów wyszedł.- Odpowiada mężczyzna.- Ale może ja mogę ci pomóc.
-Zastanawiam się, czy moglibyśmy występować tu częściej?- Zagrywam wargę czekając na odpowiedź. W między czasie wyłapuję głos Davida Bowiego, wydobywającego się z gramofonu.
-Dla mnie to nie problem. Podobało mi się, ale to zależy od brata. Zadzwoń do niego w wolnej chwili.
                                *                      *                      *
Wysiadamy z samochodu, należącego do Bixlera. Łapię mój futerał z Artemisą  i kieruję się w stronę domu, podobnie jak brat, podrzucający pałeczki. Machamy do chłopaków, a oni odjeżdżają. Otwieram drzwi wejściowe, a do moich uszu dochodzą dźwięki „Last Christmas”. Rzucam zdziwione spojrzenie na Shana, a ten wzrusza ramionami, równie zdezorientowany jak ja. Wchodzimy do saloniku, w którym odbywają się wszystkie nasze muzyczne narady i dostrzegamy wysoką blondynkę, ubierającą choinkę. Odwraca się na dźwięk naszych kroków. Uśmiecham się szeroko i po chwili zamykam ja w uścisku.
-Mamo, co tu robisz?- Puszczam ją, przyglądając się z dokładnością jej włosom.- Zmieniłaś kolor?
-Moi synkowie nie będą spędzać Świąt sami.- Całuje mnie w policzek, by po chwili tak samo uczynić ze starszym Leto.- A gdzie Cameron? Nie powinniście spędzać ten czas razem?- Zwraca się do mnie, a ja wzdycham.
-Ile razy mam ci mówić, że to wszystko już skończone?- Opadam na sofę.- Nasz związek był tylko wymysłem jej menagera, a ja zdołałem się na to nabrać.- Mruczę.
-Ale przecież przyjęła twoje oświadczyny.-  Constance zajmuje miejsce obok mnie. Skupiam swój wzrok na choince, która jest już prawie ozdobiona. Shannon kończy zawieszać bombki, co chwila spoglądając na mnie.
-Przyjęła, bo tak jej kazali. Dla większego rozgłosu. Nigdy dla niej nic nie znaczyłem.- Opieram głowę na oparciu kanapy i przymykam oczy.
-Czyli nic z tego?- Uchylam oczy i potwierdzam.- Ale to nadal nie wyjaśnia, dlaczego przez tyle czasu jej nie poznałam.
-Nie masz co żałować, mamo.- Zaczyna perkusista.- Ona była jakaś dziwna.- Mówi, ozdabiając drzewko niebieskim łańcuchem. Zrywam się z kanapy.
-Mam coś dla ciebie, aczkolwiek myślałem, że dam ci to później.- Biegnę na piętro, a za mną brat, który pewnie również przypomniał sobie o prezentach. Wpadam do pokoju i przeszukuję go. W końcu w moje ręce wpada pudełko z podarunkiem dla rodzicielki. Wychodząc z pokoju, wpadam na bruneta. Marszczę brwi i w tym samym momencie zrywamy się biegiem w stronę schodów. Obrywam łokciem w brzuch i ramię, ale sam nie pozostaje mu dłużny.
-Chłopcy.- Upomina nas mama z uśmiechem, a my wybuchamy śmiechem. Ostatecznie docieram do kobiety pierwszy. Wręczam jej pudełeczko. Całuje mnie w policzek i zabiera się za odpakowywanie go. Uśmiecham się szeroko, widząc wkurzoną minę brata. No cóż, musi przyzwyczaić do porażek.- Gdzie znalazłeś to zdjęcie?- Pyta, a ja dostrzegam lekko widoczną łzę, spływającą po jej policzku. Nachylam się nad jej prawym ramieniem, a Shannon nad lewym i wpatrujemy się w czarno-biały obrazek przedstawiający nas jako małych szkrabów bawiących się na dywanie. Mama śpi obok nas, zmęczona dniem w pracy.- Jest piękne. Dziękuję.- Przechyla głowę i po raz kolejny całuje mnie w policzek.- No, Shannie, teraz twoja kolej.- Starszy Leto zrywa się i staje przed naszą rodzicielką. Odsuwam się o krok i przyglądam jak wręcza jej małe pudełeczko. Kobieta otwiera je i wyciąga cieniutki wisiorek z nutką.
-Podoba się?
-Nawet nie wiesz jak bardzo.- Jego również całuje.- Ja też mam dla was prezenty. Leżą już pod choinką.- Spoglądam na dwa opakowania pod drzewkiem.
-Mi wystarczy, to że jesteś.- Mówię.

24. RYŻ Z JABŁKAMI

1 wrzesień 2006
Budzi mnie pocałunek. Otwieram leniwie oczy i pierwsze co dostrzegam to czerwone końcówki włosów, smyrające mnie po twarzy. Przewracam się na drugi bok, chowając przy okazji pod poduszką.
-Jeszcze pięć minut.- Jęczę cicho.
-Mówisz to już trzeci raz.- Słyszę w odpowiedzi. Czuję jak materac ugina się pod jego ciężarem.- Gdyby to ode mnie zależało, pozwoliłbym ci spać, ale musisz iść do pracy.- Jednym zwinnym ruchem odwraca mnie, tak, że teraz w połowie leżę na nim. Przyglądam mu się uważnie. Jego usta wykrzywione są w delikatnym uśmiechu, za którym wprost szaleję, a niebieskie tęczówki wpatrzone we mnie.
-No niech ci będzie.- Mruczę, całując go w policzek.
Podnoszę się z lekkim ociąganiem, a mój wzrok pada na kupkę ciuchów, leżącą na jednym z wielu pudełek. Zgarniam je jednym ruchem i ruszam do łazienki na poranny prysznic. Po kilku minutach wycieram się i ubieram w rzeczy, które przyniósł mi Jared, czyli innymi słowy dżinsy i koszulkę z Metallicą. Wkładam ją w spodnie i po szybkim przeczesaniu włosów, wychodzę z pomieszczenia i na oślep docieram do kuchni. Z szafki zgarniam ostatnie jabłko i wgrywam się w nie. Z salonu zgarniam torebkę i pakuje do niej w połowie uzupełnione papiery, gdy do środka wchodzi Constance.
-Dzień dobry.- Mówi z uśmiechem.- A ty gdzie się wybierasz?
-Do pracy.- Odpowiadam.- Terry sobie beze mnie nie poradzi.- Wzruszam ramionami.
-Mam nadzieję, że nie siedziałaś za długo wczoraj.- Przygląda mi się z uwagą.
-Dopilnowałem, żeby położyła się przynajmniej na kilka godzin.- Za mną pojawia się Jay.- Chociaż myślałem, że będzie mądrzejsza i przyjdzie wcześniej.- Nachyla się i składa całusa na moim policzku.
-Zrozumiałam. Już nie będę pracować w nocy.- Wyrzucam ręce w górę, kapitulując.-A teraz muszę iść. Do potem.- Macham im i wychodzę z mieszkania.
* * *
Odkładam na moment aparat obok laptopa i odprowadzam wzrokiem Kate do garderoby. Przeglądam zdjęcia, które do tej pory zrobiłam i uśmiecham się do siebie. Większość wyszła naprawdę nieźle. Nagle do moich uszu dochodzi głos młodszego Leto. Odwracam się zdezorientowana, ale nie zauważam nikogo. Jednak cały czas go słyszę. Jak najciszej się da, podchodzę do drzwi i delikatnie się wychylam. Na korytarzu stoi Terrence i Jared.
-… siedziała nad tym pół nocy.- Mówi brunet, a ja przylegam do ściany, nie chcąc, żeby mnie zauważyli.- Nie uważasz, że trochę przesadzasz? Ona ma też swoje życie. Nie może cały czas pracować. Może przed pojawianiem się mnie była do twojej dyspozycji dwadzieścia cztery godziny na dobę, ale teraz ja dopilnuję, żeby miała też czas na odpoczynek, rozumiesz?
-Rozumiem.- Doskonale odróżniam głos ojca.- Naprawdę siedziała nad tym do drugiej?
-Musiałem po nią iść. Inaczej siedziałaby dłużej. Dlatego nie skończyła uzupełniać papierów.- Robię kilka kroków do przodu, zauważając jak modelka wychodzi z garderoby. Uśmiecha się do mnie i ustawia na białym tle. Łapię aparat i przez moment przyglądam się blondynce. Jest ubrana w ołówkową spódnice z czarnym paskiem i niebieską bluzkę.
-Jak to jest być modelką rozpoznawalną na całym świecie?- Pytam, jednocześnie naciskając guziczek aparatu.
-Ciężko.- Kobieta wywraca oczami, ustawiając się w kolejnej pozie.- Nie można normalnie wyjść z domu, bo na każdym kroku czai się ktoś, kto chce autograf, zdjęcie. Czasem żałuję, że w ogóle zostałam modelką…- Do pomieszczenia wchodzi Terrence, przerywając jej wypowiedź.
-Olivia, Emily na ciebie czeka na dole. Miałyście iść razem na lunch.
-Jestem zajęta.- Odpowiadam, nie patrząc na niego. Chyba nie zamierza powiedzieć mi o wizycie Jay’a.
-Ja dokończę sesje. I jak chcesz, to możesz już nie wracać. Nie ma nic dzisiaj do roboty, a ty wyglądasz na zmęczoną.- Wprost wyrywa mi aparat z ręki.- Idź do domu.- Uśmiecham się.
-Dziękuję. Do zobaczenia w poniedziałek. Pa, Kate.- Macham do modelki i z gabinetu zgarniam moje rzeczy, w tym komórkę. Wpisuję z pamięci numer Jareda i przykładam telefon do ucha.
–Halo?- Odbiera po chwili, a ja naciskam guzik przywołujący windę.
-Leto, zaczekaj na mnie przed budynkiem.- Mówię na przywitanie.- Nawet nie próbuj uciekać.- Dodaję, wsiadając do metalowej skrzyni. Rozłączam się i chowam komórkę do kieszeni. Zjeżdżam na parter i wychodząc z windy wpadam na kogoś. Unoszę głowę, chcąc przeprosić, ale słowa zamierają w ustach, gdy zauważam niebieskie tęczówki wpatrujące się we mnie. Podnoszę się na palcach i całuję mężczyznę.- Możesz częściej przychodzić do Terryego.- Mówię, wtulając się w jego klatkę piersiową.
-Myślałem, że mnie nie zauważysz.- Mruczy.
-Olivia, idziesz ze mną na lunch, czy zostajesz z Jaredem?- Pyta blondynka, podchodząc do nas. Robię krok w tył, oddalając się od bruneta. Jakiś czas temu powiedziałam jej prawdę o Jay’u. Przenoszę spojrzenie z piosenkarza na recepcjonistkę i z powrotem.
-Przepraszam cię.- Zwracam się do dziewczyny.- Pójdziemy razem w poniedziałek, zgoda?
-Trzymam cię za słowo.- Emily całuje mnie w policzek na pożegnanie i wychodzi z budynku, podobnie jak my.
-Musimy jeszcze wstąpić do sklepu po jabłka.- Mówię, czując jak łapie mnie za rękę.- Zrobię ryż zapiekany z jabłkami na obiad.
-Aniele, już za późno, mama to robi.- Uśmiecha się.- Przeglądała półkę z książkami i zauważyła zeszyt z jej imieniem i nazwiskiem, więc go sobie obejrzała, no i stwierdziła, że nam coś upichci.- Z jękiem przypominam sobie o dość grubym zeszycie, do którego przepisałam wszystkie przepisy, które Constance wysłała swojemu synowi i nadałam tytuł.- Dlaczego jesteś taka smutna?- Pyta, zatrzymując się przede mną. Jęczę cicho.
-„Jak to mieć syna wegana, czyli kuchnia wegańska na każdą okazję”.- Cytuje tytuł zeszytu, który sama wymyśliłam.- Dlaczego pozwoliłeś mi to tak nazwać? Dlaczego w ogóle pozwoliłeś mi to nazwać?
-Ale mamie to się spodobało i to bardzo. Zresztą sama ci to powie, jak tylko przekroczymy drzwi mieszkania.- Mężczyzna ze śmiechem przyciąga mnie do siebie i całuje w głowę.
-Mam nadzieję, że się nie mylisz.- Kontynuujemy spacer, by po kilkunastu minutach dotrzeć pod kamienicę. Wchodzimy na drugie piętro i otwieramy drzwi. Po mieszkaniu rozchodzi się piękny zapach.
-Jesteśmy!- Krzyczy Jay, ściągając buty, podobnie jak ja. W skarpetkach wchodzimy do kuchni, gdzie blondynka wyjmuję z piekarnika naczynie żaroodporne. Kładzie je na blacie i odwraca się do nas z uśmiechem.
-Olivia.- Zdejmuje rękawiczki i obejmuje mnie ramieniem.- Zdaje się, że nieświadomie napisałam książkę kucharską dla was.- Całuje mnie w policzek.- Mam tylko nadzieję, że chociaż czasem z niej korzystacie.
-Nawet nie wyobrażasz sobie jak często.- Śmieję się Jared. Kobieta wypuszcza mnie z uścisku.
-Głodni?
* * *
Siedzę po turecku na wykładzinie i uzupełniam papiery dla ojca, gdy Jared nagle przestaje brzdąkać na Artemisie. Unoszę głowę i dostrzegam Constance, ubraną w zwykłe dżinsy i czarny sweter. Gdybym spotkała ją na ulicy, nigdy bym nie pomyślała, że to właśnie ona jest rodzicielką braci Leto.
-Nie obrazicie się, jeśli spotkam się dzisiaj z koleżanką z liceum? Przez kilka lat mieszkała za granicą i ostatnio przeprowadził się do Nowego Yorku.
-Przyjechałaś tu na wakacje. Możesz robić, co tylko chcesz.- Odzywa się jej syn.
-Ale naprawdę nie będziecie mi mieć tego za złe?- Jej wzrok zatrzymuje się na mnie.
-I tak muszę to skończyć.- Wzruszam ramionami.
-Tak właściwie, to dlaczego Terry tego nie robi, tylko ty?- Pyta, podchodząc do mnie.
-Bo ja umiem płynnie mówić i pisać po francusku, a on tak średnio. Może by się dogadał, ale uzupełnianie oficjalnych papierów odpada.- Tłumaczę.
-No dobrze.- Nachyla się i całuje mnie w głowę. To samo robi z Jaredem.- Mam nadzieję, że wrócę przed 10, ale gdyby się przedłużyło, to zadzwonię.
-Dam ci klucz.- Brunet podnosi się z fotela i z szafki podnosi pęk kluczy. Wręcza je swojej matce.- Chociaż my i tak rzadko zamykamy drzwi.
-Miłego wieczoru, Connie.
-I nawzajem.- Kobieta wychodzi, a my zrywamy się z miejsca i zaczynamy sprzątać mieszkaniem.
* * *
Odkładam ostatnią uzupełnioną kartkę na stolik i przeciągam się. Spoglądam na mężczyznę rozłożonego na sofie i podciągam prawą nogę pod brodę.
-Koniec?- Pyta, uśmiechając się do mnie.
-Koniec. Wreszcie.- Odpowiadam tym samym, ciągle siedząc na wykładzinie.- Następnym razem Terry będzie to uzupełniał sam.- Niebieskooki unosi prawą brew w górę.
-Jestem pewien, że ty to będziesz robić.- Mówi.
-Pewnie masz racje.- Wzdycham, kładąc brodę na kolanie.- Po co Emma dzwoniła?- Pytam, a ten podaje mi dłoń. Przyciąga mnie do siebie, tak, że ląduje na jego kolanach. Wtulam się w jego klatkę piersiową.
-Musieliśmy ustalić wszystkie szczegóły dotyczące trasy.- Całuje mnie w czoło.- Na pewno nie chcesz jechać z nami?- Okręca kosmyk moich włosów na palcu.
-Ja bym chciała, ale Terry będzie wtedy w Paryżu, więc odpada.- Rysuję na jego torsie jakieś niezidentyfikowane kształty.
-Już za tobą tęsknię.- Mruczy, unosząc mój podbródek do góry, po czym całuje mnie, przy okazji jego dłoń wędruje pod moją koszulkę.
-Hej, Leto, nie zapędzaj się tak.- Odburkuję, jednak on nic sobie z tego nie robi.- Leto, twoja mama może w każdej chwili wrócić.- Dodaję, ciągle próbując się bronić.
-Nie przyjdzie.- Schodzi z pocałunkami na szyję, a ja jęczę cicho z przyjemności.
-A co jeśli przyjdzie? Opanuj się.
-Ile razy mam ci powtarzać, że nie przyjdzie?- Odrywa się na moment od mojego ciała, ale tylko po to, żeby przerzucić mnie na sofę. Nachyla się nade mną i kontynuuje, to co zaczął.
-Jay, nie. Constance zaraz tu będzie.- Zagryzam wargę.- Proszę, nie dzisiaj. Twoja mama…- Zaczynam, jednak ten atakuje moje usta, próbując ściągnąć mi koszulkę. No właśnie, próbując. Na szczęście mu się to nie udaje. Mrozi mnie wzrokiem i zaczyna miziać nosem po szyi, przez co po moim ciele przechodzi dreszcz, a potem kolejny i tak dalej.- Przestań.- Odzywam się, gdy on zajmuje się moim paskiem. Nagle ktoś chrząka. Niebieskooki zamiera i powoli odwraca głowę, a na mojej twarzy pojawia się rumieniec, chociaż nawet nie wiem, kto stoi w salonie.
-Cześć mamo, co tak szybko?- Ni stąd, ni zowąd mężczyzna obrywa w głowę czarną kopertówką.- Auł, a to za co?
-Ile razy ci powtarzałam, że jak kobieta mówi „nie”, to masz się jej słuchać?- Zaczynam chichotać, podnosząc się do pozycji siedzącej. Kobieta wysyła mi oczko.- Trzeba się trzymać razem, nie?
-Mamo, ty się lepiej zajmij Shannonem i jego panienkami.- Odburkuje Jared, trzymając się za miejsce, w które oberwał. Nachylam się i całuje to miejsce.
-Dalej boli?- Pytam ze słodkim uśmiechem.
-Już nie.
-O brata to ty się już nie martw. Jest pod stałą moją opieką. Teraz czas skontrolować ciebie. Synku, zrobisz nam herbatkę?- Kobieta kładzie kopertówkę na stoliku i siada obok mnie. Brunet z lekkim ociąganiem podnosi się z kanapy i idzie w kierunku kuchni.- Jeszcze musisz się wiele nauczyć.
-I jak spotkanie?- Pytam, przeczesując włosy palcami.
-W życiu się tak dobrze nie bawiłam.

sobota, 19 grudnia 2015

23. WIZYTA


31 sierpień 2006
Zdejmuję z kolan laptopa, na którym moment wcześniej obrabiałam zdjęcia Justina Timberlake’a. Podchodzę do drzwi wejściowych i otwieram je. Za progiem stoi kobieta z długimi, blond włosami i waliską w ręce.
-Dobry wieczór. Olivia, tak?- Odzywa się z uśmiechem na ustach. Kiwam lekko głową, potwierdzając.- Ja jestem Constance, matka Jareda. Miło mi cię wreszcie poznać.- Unosi kąciki ust jeszcze wyżej, co graniczy z cudem, a ja otwieram usta ze zdziwienia. Nie spodziewałam się jej tutaj.
-Dobry wieczór.- Wykrztuszam wreszcie.- Proszę wejść.- Uchylam szerzej drzwi, wpuszczając ją do środka. Ogarniam salon wzrokiem, gardząc sobą w myślach, że nie posprzątałam.- Przepraszam za bałagan. Ostatnio dużo pracuję i jeszcze nie zdążyłam posprzątać.- Kobieta kieruje wzrok na kartki leżące na pianinie i fotelu, stojącym w kącie, obok gitary.
-Nie tylko ty tu mieszkasz, Jared też powinien po sobie sprzątać.- Komentuje, a mój humor momentalnie się poprawia.
-Niech się pani rozgości. Chce pani coś do picia? Może kolacje?- Jednym, zwinnym ruchem zgarniam dokumenty związane z wystawą zdjęć Terryego i po części też moich. Odnoszę je do sypialni.
-Nie jestem żadną panią. Mów mi po imieniu. Mogę poprosić o szklankę wody?
-Już. Oczywiście.- Kieruję się w stronę kuchni. Nalewam napoju do kubka, po czym podaję ją blondynce.
-Przepraszam za mój strój.- Wskazuję na stare spodnie dresowe i jedną z koszulek Jay’a.
-To ja przepraszam, że przyjechałam tak bez uprzedzenia, ale po tych wszystkich opowieściach mojego syna, wprost nie mogłam wytrzymać, aż cię nie poznam. A tak właściwie, to gdzie on się podziewa?
-Przed chwilą wyszedł na zakupy. Musieliście się minąć.- Odpowiadam.
-Co tak stoisz? Siadaj, przecież nie gryzę.- Śmieję się razem z matką braci i zajmuję miejsce obok niej.- Powiem ci szczerzę, zdjęcia nie oddają twojej urody. Jesteś śliczna.- Czuję jak rumieniec wkrada się na moje policzki.
-Ale to tylko tusz i puder.- Mówię. Najchętniej schowałabym twarz we włosach, ale te upięłam w kucyka.- Słyszałam, że jest pani fotografem.
-Nie jestem panią. Mam imię.- Mówi.- Tak, ty też, prawda?- Kiwam lekko głową potwierdzająco.- Pracujesz z Richardsonem?
-Tak.- Przyznaję.- Terry jest dość specyficznym człowiekiem.- Dodaję.
-Jared mi o nim wspominał. Jak do niego trafiłaś?
-To mój ojciec.- Mówię, a w tym samym momencie drzwi wejściowe się otwierają.
-Jestem, Aniele! Tylko nie kupiłem marchewek.- Mężczyzna wchodzi do salonu z torbą na zakupy w ręce.- Mama?- Zatrzymuje się ze zdziwieniem wypisanym na twarzy.- Co tu robisz?
-Przyjechałam was odwiedzić. Mam nadzieję, że nie przeszkadzam.- Kobieta wstaje i idzie przywitać się z synem. Przytulają się, a ja wyłapuję jedynie zdziwione spojrzenie Jareda.
-Ty nigdy nie przeszkadzasz.- Odzywa się.- Widzę, że poznałaś już Olivię.- Podchodzi do mnie i całuję na przywitanie.
-Lepiej trafić nie mogłeś.- Kobieta wraca na swoje poprzednie miejsce, a brunet zanosi zakupy do kuchni.
-Dawno temu przyszłaś? Trzeba było zadzwonić, odebrałbym cię z lotniska.- Spogląda na nią zza blatu.
-Dosłownie kilka minut temu. Synku, muszę cię opieprzyć.- Leto zamiera z lekko otwartymi ustami.- Co mają znaczyć te papiery?- Wskazuje na instrumenty, a ja wybucham śmiechem, podczas gdy on z zakłopotaniem drapie się po głowie.
-No bo ja…- Zaczyna.- Przed chwilą grałem.- Odpowiada w końcu, zmyślając.- Już to sprzątam.- Dodaje, podchodząc do pianina. Podobnie jak ja przed chwilą, jeden ruch i kartek nie ma. Moim przykładem zanosi to wszystko do sypialni.- Jak ci minęła podróż?- Zajmuje miejsce koło mnie i łączy nasze dłonie. Kobieta uśmiecha się, widząc ten gest.
-Odrobinę się dłużyło, ale przynajmniej skończyłam czytać książkę.
-Ile zostajesz?
-Jeszcze nie wiem. Nie chcę się wam wpraszać. Może mieliście jakieś plany.- Po raz kolejny na moje policzki wskakuje rumieniec, gdy tylko przypominam sobie o naszych „ambitnych planach” na weekend, czyli nie ruszać się z łóżka.
-Nic ważnego nie planowaliśmy.- Jay najwyraźniej pomyślał o tym samym, bo na jego ustach pojawia się uśmiech. Nachyla się nad moim uchem i szepczę wprost do niego, przegrywając przy okazji jego płatek.- Musimy to przełożyć na kiedy indziej.- Po moim ciele rozchodzi się dreszcz.- Możesz zostać ile tylko chcesz. Odstąpimy ci łóżko w sypialni, żebyś miała gdzie spać.
-A wy?- Pyta kobieta.
-Wyremontowaliśmy ostatnio pokój. Na razie jest tam stary materac, więc nie musisz się o nas martwić. Masz jakieś plany na jutro?
-Jeszcze nie.
-Musimy tu posprzątać.- Mówię bezgłośnie w kierunku bruneta, a ten przytakuje.
-Mogłabym skorzystać z prysznicu? Trochę zmęczyła mnie podróż.- Wyznaje.
-Oczywiście. Już ci wszystko pokazuje.- Jared wstaje, puszczając moją dłoń. Prowadzi kobietę do łazienki, a ja zgarniam kołdrę i poduszki po czym przenoszę je do naszej byłej graciarni. Z jednego pudła wyjmuję zapasową pościel i niosę do sypialni, gdy Jared przejmuje mój ładunek i zanosi do pomieszczenia. Ścielimy łóżko i szybko sprzątamy z grubsza. Dwie kupki papierów przekładam do graciarni.
-Wiedziałeś o tym, że twoja mama przyjedzie?- Pytam, odwracając się do niego. Mężczyzna obejmuje mnie w pasie.
-Nie miałem pojęcia. Też się zdziwiłem. Gdybym wiedział, to bym ci powiedział.- Całuje mnie w nos.
-W sumie, to dobrze, ze nie wiedziałam, przynajmniej się nie denerwowałam.- Mruczę.- O nie. Muszę skończyć te zdjęcia na jutro.- Jęczę, wyrywając się, w tym samym czasie z łazienki wychodzi Constance.
-W takim razie dobranoc.- Mówi, pojawiając się w drzwiach.
-Dobranoc.- Uśmiecham się, a ona po chwili znika.- Mogę pierwsza? Muszę umyć włosy.- Robię słodkie oczy, a ten z jękiem się zgadza.
-Tylko szybko.- Grozi palcem, a ja szybko cmokam go w usta i wchodzę do łazienki.
Wyłączam wodę i zaczynam wycierać się ręcznikiem, gdy na moim ciele nie ma już ani kropelki, owijam się nim. Wychodzę z pomieszczenia, jednocześnie wpadając na Jareda. Uśmiecha się do mnie i wręcza piżamy.
-Dziękuję.- Cmokam go w usta i wracam do pomieszczenia się ubrać. Rozczesuję włosy, gdy do środka wchodzi brunet.- Skąd wiedziałeś, że zapomniałam ciuchów?- Pytam, odwracając się w jego kierunku.
-Bo cię znam.- Odpowiada, rozbierając koszulkę. Przez moment przyglądam się jego klacie, po czym kieruję się do salonu, gdzie zajmuję miejsce na sofie. Kładę laptopa na kolanach i kontynuuje obrabianie zdjęć. Po kilkunastu minutach mężczyzna nachyla się nade mną. Czuję mokre włosy, którymi smyra mnie po szyi.- Skończyłaś już?- Wysyłam mu znaczące spojrzenie.- To kończ. Kołdra nie zastąpi mi twojego ciepła.- Szepcze, kładąc mi głowę na moim ramieniu.
-Nie zapomnij o tym, że muszę chodzić rano do pracy. Wtedy jakoś dajesz sobie radę.
-Nie zapominaj kto cię budzi. Ja też wtedy wstaje.- Sprzeciwia się, siadając obok mnie. Spoglądam na niego. Ma na sobie jedynie spodenki, które służą mu za piżamę.
-Ale potem się kładziesz. Ostatnio wróciłam się po papiery i cię przyłapałam.- Składam na jego policzku całusa.- Idź spać. Ja zaraz przyjdę.- Mężczyzna wstaję i idzie do naszej graciarni.
* * *
Zalewam herbatę wrzącą wodą, jednocześnie ziewając. Przecieram oczy, opierając się o szafkę. Spoglądam na papiery, które teraz czekają na to, aż je uzupełnię. Z kubka z Kubusiem Puchatkiem wyjmuje torebeczkę. Odpycham się od szafki i z ociąganiem kieruję się do salonu, po drodze wyłączając światło w kuchni. Siadam na sofie i kładę kartki na kolanach, ówcześnie odkładając naczynie na stolik. Nagle z naszej sypialni wychodzi kobieta. Zatrzymuje się, gdy mnie zauważa. Wysyłam w jej kierunku słaby uśmiech.
-Dlaczego ty jeszcze nie śpisz?- Pyta, z troską w głosie.
-Muszę jeszcze to skończyć.- Odpowiadam, wskazując na dokumenty.
-Jest wpół do drugiej. Do spania, już.- Wskazuje na naszą graciarnie.
-Jeszcze kilka minut.- Mówię.- Zaraz pójdę.- Kobieta nie wygląda na przekonaną, ale wraca do sypialni. Kontynuuję uzupełnianie papierów, ale po jakiś trzydziestu minutach, czuję na sobie czyjś wzrok.
-Aniele, gówno mnie obchodzi to, że jeszcze nie skończyłaś, do łóżka już.- Odwracam głowę i napotykam wściekły wzrok Jareda. Otwieram usta, żeby się sprzeciwić, jednak nawet nie zaczynam.- Nie ma żadnego „ale”.- Podchodzi bliżej i łapie mnie za rękę, przyciągając do siebie. Składa delikatny pocałunek na mojej głowie.
-Terry…
-Ja mu wszystko wytłumaczę.- Przerywa mi, prowadząc do naszej zastępczej sypialni. Z jękiem mu ulegam. Kładę się na materacu, nie czekając na niego. Zamykam oczy, a po chwili zasypiam w objęciach Jay’a.

czwartek, 10 grudnia 2015

22. PIANINO

26 sierpień 2006



Mrużę oczy, próbując przeczytać godzinę wyświetloną na zegarku. Jest kilka minut po dziewiątej. Kieruję swój wzrok na Jareda, leżącego na moim brzuchu. Nawijam na palec kosmyk czerwono-czarnych włosów. Ile ja się namęczyłam, żeby to wyglądało w miarę przyzwoicie. Do czego to doszło? Nigdy w życiu nie farbowałam sobie włosów, a musiałam przefarbować je Jaredowi. Jestem ciekawa co on jeszcze z nimi zrobi. Bo do tej pory już trochę poeksperymentował.
Przymykam powieki napawając się szczęściem tej chwili. Jeszcze kilka miesięcy temu nawet nie pomyślałam, że go jeszcze spotkam, a co dopiero będziemy razem, że będę się budzić u jego boku, a raczej z jego głową na brzuchu. Otwieram oczy i pierwsze co zauważam to uśmiech mężczyzny, a zaraz potem jego niebieskie tęczówki.
-Wygodnie?- Pytam, gdy zaczyna się wiercić. Z westchnieniem przenosi się na poduszkę koło mojej głowy.
-Dzień dobry, Aniele.- Mówi lekko zachrypniętym głosem, więc sięga po butelkę z wodą, która zawsze stoi koło łóżka. Upija kilka łyków i odkłada ją z powrotem.
-Dzień dobry, Leto.- Odpowiadam, siadając.
-Żeby po nazwisku do ukochanego?- Oburza się, ale kąciki ust ciągle ma uniesione do góry.
-Musisz się przyzwyczaić.- Całuję go w policzek, po czym staję na dywanie. Podchodzę do okna i momentalnie marszczę brwi. Przez ciemne chmury nie przebija się nawet promyk słońca, ale przynajmniej nie pada.
-Gdzie mi uciekasz?- Spoglądam na bruneta, który w praktyce jest teraz czarnowłosym z ¼ włosów czerwonych.- Wracaj do mnie.- Przechylam głowę w prawo.
-Ty powinieneś się cieszyć, że chociaż raz na jakiś czas budzę się wcześniej niż ty, a nie zaganiać mnie z powrotem do łóżka.
-A kto powiedział, że mam na myśli spanie?- W momencie, gdy kończy wypowiedź w drzwi do sypialni ktoś puka, po czym w pomieszczeniu pojawia się głowa Olity.
-Jak dobrze, że już nie śpicie.- Mówi otwierając drzwi szerzej.- Albo nie robicie czegoś innego.- Mruczy pod nosem.
-Mógłbyś przejść do sedna?- Pytam, siadając na parapecie.
-Wychodzę pozwiedzać. Jak chcecie, mogę coś kupić.
-Poczekaj chwilę na mnie.- Odzywa się Jay, zrywając się z łóżka.- Daj mi pięć minut.- Kieruję swój wzrok na mężczyzny.
-A ja już miałam do ciebie wracać.- Jęczę, a moment później zjawia się koło mnie.
-Wrócę za jakąś godzinę, ewentualnie półtora.- Składa całusa na moich ustach.

JARED


Z jękiem odstawiamy pianino na drugim piętrze kamienicy. Z kieszeni dżinsów wyciągam klucz i otwieram mieszkanie. Wnosimy instrument i odkładamy go przy ścianie.
-Nie mogłeś kupić sobie na przykład nowej gitary?- Pyta Terry, padając na kanapę.
-Ale potrzebuję tu pianino, a Artemisa mi wystarczy.- Odkładam zawartość kieszeni na szafkę.
-To był sarkazm.- Mruczy.- Kto chcę kawę?- Fotograf z lekkim jękiem wstaję i kieruję się do kuchni.
-Ja. Jakoś przeszła mi ochota na zwiedzanie.- Olita wprost zabija mnie wzrokiem.
-Ja po proszę herbatę.- Odzywam się.
-Herbatę to sobie sam zrób.
-Gdzie Olivia?- Rozglądam się po pomieszczeniu, po czym wchodzę do sypialni. Na łóżku zauważam dziewczynę zwiniętą w kłębek, wtuloną w poduszkę. Kucam na dywanie i odgarniam włosy z jej twarzy. Mruczy coś niezrozumiałego dla mnie i mocniej ściska poduszkę. Prostuję nogi i przykrywam ją kołdrą, po czym całuję w głowę. Wychodzę z pokoju, po cichu zamykam drzwi, nie chcąc obudzić czarnowłosej.- No i gdzie jest?- Dopytuje Hawajczyk.
-Śpi.- Na moich ustach pojawia się uśmiech.
-Ileż można.- Spoglądam na Terrenca, wychylającego się zza blatu.- Przez to jej spanie, ciągle się spóźnia do pracy.- Jęczy.
-No, nie przesadzaj. Przecież ostatnio przychodzi punktualnie.
-Bo ty ją budzisz. Bez ciebie cały czas by się spóźniała.- Prostuje.
-Czyli jednak nie jestem taki zły, co?- Siadam na sofie, obok Braxtona.
-No nie.- Mężczyzna kładzie na stoliku dwa kubki z kawą.- Ale powiedz mi szczerzę, kochasz ją?
-Tak.- Odpowiadam bez chwili zawahania.
-A powiedziałeś jej to?- Przygląda mi się z uwagą.
-No, nie.- Zagrywam wargę.
-Nie masz nic do stracenia, powiedz jej to.
-A co jeśli ona mnie nie kocha?- Zaczynam bawić się własnymi palcami, ale mimo wszystko czuję ich uważny wzrok na mnie.
-Uwierz, ona czuję do ciebie dokładnie to samo. Jeszcze nigdy nie widziałem jej takiej szczęśliwej.- Zielonooki unosi kubek i upija kilka łyków.- Uśmiech sam ciśnie mi się na usta, gdy ją widzę.
-Mówisz poważnie?- Unoszę jedną brew w górę.
-Absolutnie. Rozmawiając o niej zawsze jestem poważny, no dobra, prawie zawsze. Ale jej szczęście jest dla mnie najważniejsze. Żałuję jedynie, że nie mogłem być przy niej cały czas. Jestem beznadziejnym ojcem.- Przymyka powieki.
-To nieprawda.- Sprzeciwiam się.- Ona cię uwielbia.- Nagle drzwi do sypialni się otwierają, a w nich staje zaspana Olivia.
-Czuję kawę.- Mruczy, idąc w naszym kierunku. Staje przede mną, a ja łapię ją za rękę i ciągnę tak, że ląduje na moich kolanach.- Tato, daj łyczka.- Robi słodką minę do swojego ojca. Mężczyzna z jękiem podaje jej kubek. Czarnowłosa upija kilka łyków i oddaje naczynie.
-Jak się spało?- Pytam, całując ją w skroń, a ona opiera głowę na moim ramieniu.
-Dobrze.- Odpowiada głośno, po czym przechodzi w szept.- Tylko nie podobało mi się to, że byłam sama.- Dodaje wprost do mojego ucha.- Idę pod prysznic.- Oznajmia, znów normalnym głosem, podnosząc się z moich kolan, po czym znika w łazience.
-Jeśli zachowujecie się tak cały czas, to jest prawdziwa miłość.- Komentuje Terry z uśmiechem. Wstaję z sofy i wchodzę do kuchni. Z szafki wyciągam dwa kubki z postaciami z „Kubusia Puchatka”. Do jednego zsypuję kawę, a do drugiego herbatę. Po chwili napełniam wrzącą wodą naczynia.
-Jared!- Po mieszkaniu roznosi się głos Olivii.
-Tak?- Odkrzykuję, podchodząc bliżej pomieszczenia, w którym się znajduje.
-Mógłbyś mi przynieść coś do ubrania?- Śmieję się pod nosem i posłusznie idę do sypialni. Z szafy wyciągam ciemne dżinsy i moją koszulkę z długim rękawem. Nie wiem czemu, ale uwielbiam ją w moich ciuchach. Kieruję się do szuflady z bielizną, skąd zabieram czarny, koronkowy komplet. Z ciuchami wracam pod drzwi łazienki.
-Mogę wejść?- Pytam.
-Tak.- Zaraz jej odpowiedzi wślizguję się do środka. Na dywaniku stoi pani fotograf, owinięta jedynie ręcznikiem. Podchodzę do niej i kładę dłoń na jej policzku, po czym zatapiam się w jej ustach.- Jay, muszę się ubrać.- Mruczy między pocałunkami. Odrywam się od jej warg i opieram o jej czoło.
-Już wychodzę. Po prostu chciałem cię pocałować.- Tłumaczę odsuwając się lekko. Podaje jej ubrania i z uśmiechem wychodzę z pomieszczenia. Idąc do kuchni, rzucam spojrzenie na naszych gości, którzy są zatopieni w rozmowie. Zabieram przyrządzone przeze mnie napoje do salonu. Siadam na sofie w momencie, gdy Olivia wychodzi z łazienki. Jej wzrok pada na instrument, które wcześniej zignorowała.
-Co tu robi pianino?
                                *                      *                      *
Przyglądam się z uwagą Olicie, który od kilku minut żali się o związku z Ashlee. Praktycznie gada do siebie, bo z jego monologu nic nie można zrozumieć. To kolejny dowód na to jak działa whisky Terence. Odwracam wzrok na Olivie. Ta wzrusza ramionami, po czym wstaje i zbiera ze stolika kieliszki po winie. Tylko Hawajczyk odważył się pić podarunek od fotografa.
-Pomóc ci?- Pytam, a ta przeczy ruchem głowy.
-Ty zrób coś z nim.- Wskazuje na Braxtona.- A ty mu pomóż.- Zwraca się do swojego ojca. Wchodzi do kuchni, a ja razem z Terrym przenosimy chłopaka do nowego pokoju. Kładziemy go na materacu, który dzisiaj kupiliśmy. Zostawiamy go tam i zamykamy drzwi.
-Ja się będę zbierał.- Mówi Richardson, a moja dziewczyna wychyla głowę z pomieszczenia.- Pamiętaj, poniedziałek na dziesiątą.- Wskazuje na nią palcem.- Dobranoc.- Wychodzi z mieszkania, zostawiając nas samych. Uśmiecham się do czarnowłosej i wspólnie zajmujemy się myciem naczyń. Znaczy ja myję, ona wyciera. W końcu oddaję jej ostatni kieliszek i opieram się o blat.
-Przepraszam za Olitę. Normalnie się tak nie zachowuje. Ewentualnie wyjada mi wszystko z lodówki.- Mówi, odkładając ścierkę. Przyciągam ją do siebie i całuje w czoło.
-Nie ma za co przepraszać. Musiałem zachowywać się podobnie, gdy się upiłem i musiałaś mnie niańczyć.- Mruczę, splatając nasze palce.
-Muszę się przyznać, że to mi się nawet podobało.- Palcem zaczyna kreślić jakieś wzory na moim torsie. Unoszę kąciki ust w górę i cmokam ją w nos.
-Mimo wszystko, już chyba nigdy nie będziesz musiała oglądać mnie w takim stanie.- Obiecuję, po czym prowadzę do salonu.- Idę pod prysznic. Jak wrócę, masz leżeć w łóżeczku, rozumiesz?- Puszczam jej oczko i popycham w kierunku sypialni.
 

czwartek, 3 grudnia 2015

21. NIESPODZIEWANY GOŚĆ.

25 sierpień 2006
Budzę się w objęciach Jareda i na moich ustach momentalnie pojawia się uśmiech. Tak bardzo za nim tęskniłam. Podnoszę się z łóżka, po czym z szafy wyciągam rozciągnięty podkoszulek z kotem i szare dresy. Zaraz po porannej toalecie, już ubrana ruszam prosto do kuchni przygotować śniadanie. Otwieram lodówkę i wyciągam z niej mleko sojowe, a z szafki płatki owsiane. Wsypuję to do miski, razem z pokrojonym bananem i wstawiam do piekarnika na 20 minut. Zaraz po nastawieniu wody na kawę, przechodzę do salonu. Kucam przed deską z biurka, którą „ubrałam” w koszulkę, gdy ją wczoraj malowałam. Przez noc zdążyła już wyschnąć i teraz wygląda świetnie. Wracam do kuchni i w momencie, gdy upijam pierwszy łyk kawy, słyszę jak Jared wychodzi z sypialni, kierując się prosto do łazienki. Po dziesięciu minutach pojawia się w pomieszczeniu, w momencie, kiedy ja kładę miskę z owsianką na stole.
-Nawet nie wiesz, jak za tobą tęskniłem.- Podchodzi do mnie i bez ostrzeżenia, wbija się w moje usta. Kładę dłoń na jego nagim torsie, a on głaska kciukiem mój policzek.- I przepraszam, że cię wczoraj obudziłem.- Dodaje, opierając czoło na moim czole.
-Właśnie gdybyś mnie nie obudził, to bym się wściekała.- Mówię z uśmiechem.- Śniadanie gotowe.- Wskazuję na miskę. Wręczam mu łyżkę i opierając się o blat, przyglądam mu się. Ma na sobie jedynie czarne dresy, a z włosów spływają pojedyncze krople, świadczące o tym, że przed momentem brał prysznic.
-Co tak stoisz?- Pyta.- Ty też masz jeść.- Łapie mnie za dłoń i ciągnie w swoim kierunku, przez co ląduję na jego kolanach.- Masz pozdrowienia od Tomo.- Mówi, karmiąc mnie owsianką.- No i od Shannona, i mamy, i Emmy.- Wymienia.- I mama zastanawia się, kiedy cię pozna. Miałą wielką nadzieję, że przylecisz ze mną.
-Też bym ją bardzo chętnie poznała.- Wyznaję. – O której wczoraj wróciłeś?
-Koło trzeciej.
-No dobra, a teraz opowiadaj jak było.
-Przecież jak dzwoniłem, to ci opowiadałem.- Jęczę w cichym proteście.
-No, ale to nie tak samo. Zrobiłeś zdjęcia?- Wstaję i z szuflady wyciągam własną łyżkę. Zajmuję miejsce na krześle obok, ale mężczyzna mrozi mnie wzrokiem, więc wracam na jego kolana.
-Nie śmiałbym ich nie zrobić.- Uśmiecha się.- Jak nie kręciliśmy, robiłem zdjęcia. Podobnie jak Shannon.
-A mówiłeś, że Tomo ci podpadł. O co dokładnie chodziło?- Dopytuję, wpatrując się w niego.
-Jest scena, w której Milicievic znajduje martwą kobietę, której ktoś kładzie na ustach czarną perłę. Tylko on zamiast zachować powagę, cały czas się śmiał. Przez co musiałem wywalić go na chwile z planu, żeby się uspokoił. Jak wrócił, nagraliśmy to za pierwszym razem.
-Ty się dziwisz? W końcu to Tomo. Z nim nigdy nic nie wiadomo.
-Niestety. A najlepsze było to, że kiedy już wyszedł, wszyscy zaczęli się śmiać. A teraz ty opowiadaj, co robiłaś przez te dni?
-Umierałam z nudów. A wczoraj oglądałam z Terrym doktora House’a.
-Wiem. Poprosiłem go o to. Jak do niego dzwoniłaś, był już w drodze. A teraz pytanie, co malowałaś? Obiecałaś mi dzisiaj pokazać.
-Teraz?
-Teraz.- Wstaję, ciągnąc go za rękę. Prowadzę go do salonu, a kiedy zatrzymujemy się przed koszulką, Jared wybucha śmiechem.- W życiu nie wpadłbym na taki tekst.- Mówi, przyciągając mnie do siebie.
-Jak to właściwie było z Bartem?- Całuję go w policzek.
-Po prostu od dziecka uwielbiałem książkę z nim.- Wzrusza ramionami, gdy drzwi do mieszkania otwierają się, a do środka wpada brunet z ciemną karnacją. Otwieram usta we zdziwienia i przyglądam mu się. Na oko jest troszkę niższy od Jareda, ale wyższy ode mnie. Przygląda nam się czekoladowymi oczami, po czy uśmiecha szeroko, kładzie torbę przy szafce i kieruje się wprost do kuchni.
-Nie wiedziałem, że masz gościa.- Mówi, zaglądając do lodówki. Wzdycham cicho i przygarbiona podążam za nim.
-Jay tu mieszka.- Oznajmiam.- Przestań mnie okradać. Po twoich wizytach zawsze jestem na minusie.- Opieram się o blat kuchenny i obserwuję jego poczynania.- Co tym razem?
-Nic. Rozstałem się z Ashlee i jako gentelman zostawiłem jej mieszkanie. I o to jestem u ciebie.- Hawajczyk zatrzymuje się przede mną i wskazuje na zdezorientowanego mężczyznę.- Widzę, że znalazłaś sobie faceta.- Mówi.- Jestem Braxton Olita.- Wyciąga dłoń.
-Jared Leto.
-Lee, wyremontowałaś już ten drugi pokój?- Ciemnooki nie czekając na odpowiedź wychodzi z kuchni, zostawiając nas samych.
-Lee?- Jay przygląda mi się z uwagą.- Kto to jest?
-Wnuk siostry mojej babci. -Mruczę.- On zawsze zjawia się niezapowiedziany i znając życie zostanie na kilka dni. Chyba muszę zacząć zamykać drzwi na zamek.- Dodaję, wzdychając.- A Lee, to moje przezwisko z dzieciństwa.
-A ta dziewczyna to kto?
-Ashlee Simpson, siostra Jessiki. Gra na gitarze w jej zespole, więc może jakieś wspólne tematy znajdziecie. A teraz postaram się go powstrzymać zanim zrobi coś głupiego.- Po chwili podchodzę do Hawajczyka, stojącego w drzwiach mojej graciarni.
-Mam propozycje.- Oznajmia. Spoglądam na niego, dając mu znak, żeby mówił dalej.- Wyremontuję ten pokój, a w zamian będę mógł nocować na kanapie. Co ty na to?
-Wiesz, że to nie tylko moje mieszkanie? Jared też tu mieszka.
-Właśnie, pan Leto.- Mruczy.- Powiedz, co z nami jest? Ty masz słynnego faceta, ja dziewczynę, znaczy już byłą. Jesteś tak bardzo przerażająca… I dziwna… I piękna. Jesteś czymś, co nie każdy wie jak kochać. Uważaj na siebie.- Chłopak obejmuję moją twarz dłońmi i całuje w czoło.- Pamiętaj, jesteś niezwykła.- Na jego ustach nagle pojawia się uśmiech.- To spytaj go, czy mnie przyjmie.- Popycha mnie lekko w stronę kuchni. Idę tam z dziwnym uczuciem w środku. Nie wiem co mam myśleć o tym co powiedział mi Brax.
-Jay, myślisz, że remont za nocleg, to dobra propozycja?- Zatrzymuję się przed mężczyzną i przyglądam mu się uważnie. Jego niebieskie oczy kierują się na mnie. Łapie mnie za rękę i przyciąga bliżej, tak że ląduję w jego objęciach.
-Twoja rodzina, to moja rodzina i na odwrót. Sam nocleg wystarczy.- Składa całusa na mojej głowie, a ja wtulam się w jego tors.
-Dobrze, że jesteś.- Szepczę.
* * *
Wchodzę do mieszkania. Po prostu padam ze zmęczenia. W środku jest cicho, co nie wróży nic dobrego.
-Jetsem!- Krzyczę, wchodząc w głąb.- Halo?- Sprawdzam kolejno wszystkie pomieszczenia, ale nikogo w nich nie ma. Ostatnia nadzieja została w graciarni. Zaglądam do środka i zatrzymuję się ze zdumienia. Wszystkie rzeczy zostały powkładane do pudeł, które teraz stoją na środku pomieszczenia, przykryte folią, podobnie jak podłoga. A przy jednej ze ścian stoi Leto i Olita, z pędzlami w dłoniach. – Co wy robicie?- Pytam, mimo, że widzę kawałek ściany pomalowany na różowo. Opieram się o framugę.
-Malujemy.- Odpowiada dumnie Jay.- I jak było? Terry dał ci popalić?
-Strasznie. Macie dla mnie pędzel?
-Idź się przebrać. Tylko szybko.- Braxton grozi mi palcem, a ja bez sprzeciwu kieruję się w stronę szafy. Wyciągam z niej jakieś stare ciuchy, które następnie ubieram na siebie. Wracam do remontowanego pomieszczenia i podchodzę do Jareda.- Te ciuchy idą do wyrzucenia?- Potwierdzam, jednocześnie stając na palcach. Wbijam się w usta mężczyzny, który od razu kładzie dłoń na moim policzku.- My tu pracujemy, a nie migdalimy się.- Jęczy Olita, przejeżdżając pędzlem po kolejno: moich włosach, kręgosłupie i przez tyłek, do stóp. Odwracam się ze wściekłością.
-Dlaczego to zrobiłeś?- Pytam.
-Bo tak. Twój pędzel.- Wręcza mi przedmiot.- A teraz do pracy.
-Czemu róż?- Maczam palec w farbie i zbliżam się do Hawajczyka.
-Spodobał mi się. Podobnie jak Jay’owi.
-To nie jest różowy, to jest pomagranate.- Wskazuje na napis na puszcze z farbą, a ja maziam nos Hawajczyka.
* * *
Wychodzę z łazienki, wycierając ręcznikiem włosy. Kieruję się w stronę sofy, na której rozmawiają bruneci. Nachylam się nad Jaredem, na kolanach którego leży laptop. Przyglądam się ostatnim sekundom „The Kill”.
-Wolne. Możecie iść.- Oznajmiam, kładąc ręcznik na oparciu.
-To zabrzmiało, jakbyś sugerowała nam wspólny prysznic.- Prostuję się, mrużąc oczy, skierowane na Hawajczyka.
-Brax, przykro mi. Jay jest mój.- Wspomniany mężczyzna odwraca się i składa na moich ustach całusa.
-Olita, leć pod prysznic. Jutro skończymy rozmawiać o teledysku.- Chłopak z lekkim ociągnięciem wstaje i z ciuchami w ręce idzie do łazienki, a Leto odkłada komputer na półeczkę pod stolikiem. - Chodź do mnie, Aniele.- Mruczy, łapiąc mnie za dłoń i ciągnąc do siebie. Przechodzę przez oparcie i siadam na poprzednim miejscu Braxtona. Mężczyzna jęczy cicho i przyciąga mnie bliżej.
-Widzę, że znaleźliście wspólny język.- Mówię opierając głowę na jego klatce piersiowej.
-Jakoś nam się udało.- Całuje mnie w głowę.- Co u Terryego?
-Nawet mnie nie denerwuj.- Mruczę, ale uśmiecham się lekko.- Miałam mieć dzisiaj wolne, a nie dzwonić do jakiś agencji, bo on nie umie sam się umówić na sesje.- Wzdycham.
-Nie każdy jest idealny. Ale zaczyna się weekend. Już nie może cię wezwać do pracy. Odpoczniesz sobie.- Unoszę wzrok, przyglądając mu się.
-Odpoczywałam cały tydzień. Myślę, że wolałabym pracować, niż dzisiaj dzwonić do tych agencji.- Mężczyzna kładzie dłoń na moim policzku.
-Tęskniłem za tobą.- Szepcze, gładząc moją skórę kciukiem.
-Ja za tobą też.- Przybliżam się do niego, po czym łączę nasze usta. Po chwili odsuwam się, zagryzając wargę. Po raz kolejny wtulam się w jego tors i przymykam oczy… Budzę się w momencie, gdy Jared kładzie mnie na łóżku.
-Śpij, Aniele, śpij.- Całuje mnie w czoło i wychodzi z sypialni.

środa, 25 listopada 2015

20. TERRY

24 sierpień 2006

Kręcę się po mieszkaniu od kilku minut. A raczej kilkunastu. W końcu łapię w dłoń komórkę. Wykręcam numer Terenca. Odbiera po chwili.
-Czego?- Mruczy.
-Ja…- Zaczynam, ale nie wiem co powiedzieć.- Nudzę się.
-A, to ty. Myślałem, że znów ktoś chciał się umówić na sesję. Błagam, wracaj szybko do zdrowia. Nie daję sobie rady.
-Możesz mi podrzucić jakieś zdjęcia do obróbki, albo coś w tym stylu. Zanudzę się tu na śmierć.- Jęczę, padając na sofę.- A jest dopiero jedenasta.- Dodaję, włączając telewizor.
-Będę u ciebie za godzinę. Kupić ci coś?
-Sok kaktusowy i zgrzewkę wody. Tylko się pośpiesz, zanim padnę trupem.- Mężczyzna ze śmiechem rozłącza się. Dobra, tylko co ja mam robić przez tą godzinę, co?
Przelatuję pilotem po kanałach, po czym zatrzymuję na stacji muzycznej, wstaję i kontynuuję mój spacer po mieszkaniu. Głupia ja. Dlaczego nie wypiłam tej herbaty? Byłabym teraz w Zakazanym Mieście razem z Jay’em i resztą zespołu, a nie siedziała w Nowym Yorku z gorączką. Teoretycznie mogłabym do nich zadzwonić, ale tam jest już noc. Dokładnie dwanaście godzin różnicy, a jak to przystało na Jareda, pewnie jeszcze kręcą, więc odpada. Zostało mi jedynie czekać na ojca.
Wchodzę do kuchni w akompaniamencie „Fairytale Gone Bad” Sunrise Avenue i z blatu zgarniam czerwone jabłko. Biorę gryza, siadając przy stole. Jednak minutę później jestem powrotem w salonie, stojąc przed regałem z książkami. Dlaczego wszystko już stąd przeczytałam? Odwracam wzrok na telewizor, gdzie zaczyna się właśnie „The Kill”. Podchodzę bliżej i kładę łokcie na oparciu. Ile bym dała, żeby wtulić się teraz w Jay’a. I nagle dostaję olśnienia. Już wiem co mam zrobić. Dojadam jabłko, podczas gdy teledysk się kończy. Wyrzucam ogryzek, myśląc co takiego mogę użyć do mojego planu.
Z szafy wyciągam jedną z wielu czarnych koszulek Leto. Jeśli to co chcę zrobić nie wyjdzie, po prostu ją wyrzucę, a on nawet tego nie zauważy. Z górnej półki wyjmuję pudełko z farbami i pędzlami. Wybieram niebieski kolor i cienki pędzel, którym będzie dobrze malować litery. Rozkładam koszulkę na wysuwanej części biurka, którą wyjęłam. Przenoszę to wszystko do salonu. Zwykłym mydłem szkicuję litery tworzące napis „Who the f#%k is Bartholomew Cubbins?”.  Gdy biorę się za wypełnianie farbą literę „W”, drzwi mieszkania się otwierają, a do środka wchodzi Terence z zakupami.
-Jestem.- Woła, kładąc zgrzewkę wody przy zamkniętych już drzwiach.- Skoczyłem jeszcze do wypożyczalni po kilka filmów.- Wskazuje na jedną z reklamówek.- „Piraci z Karaibów”, „Madagaskar”, „Sposób na teściową”- Unoszę brew w górę.- No wiesz, może kiedyś ci się przyda.- Puszcza mi oczko.- No i dwa pierwsze sezony „Dr. House”.- Podchodzi bliżej i kładzie na szklanym stoliku sok i filmy.- Idę zrobić popcorn, a ty zajmij się włączaniem.- Znika w kuchni, a ja siadam na sofie i zaczynam przeglądać opakowania.
-Ale co pierwsze włączyć?- Pytam.
-Wybór należy do ciebie.- Odpowiada. Decyduję się na komedie romantyczną z Jennifer Lopez i Jane Fonda w rolach głównych. Po niecałych pięciu minutach do salonu wraca Terry i zajmuje miejsce na fotelu, a ja kontynuuje malowanie koszulki.
                                *                      *                      *
Zielonooki nagle wstaje z sofy. Za oknem jest już ciemno, a my kończymy oglądać jedenasty odcinek dr. Housa. Włączyliśmy to zaraz po skończeniu „Sposób na teściową”.
-Ja będę się zbierał.- Mówi, ziewając.- Już grubo po północy.- Łapie w dłoń miskę po popcornie.
-Ja to zrobię, Terry.- Zabieram naczynie z jego rąk.- Dziękuję za ten dzień. Było świetnie.- Uśmiecham się.
-Cieszę się, ale ja uciekam. Idź spać. Sen to najlepsze lekarstwo.- Drapie się po głowie.- Twoja matka zawsze tak mówiła.- Na jego twarzy pojawia się ledwo widoczny ból.
-Kochałeś ją?- Pytam w pewnym momencie.
-Bardzo, ale nigdy jej tego nie powiedziałem, czego naprawdę żałuję.- Uśmiecha się, jakby próbował ją sobie przypomnieć.
-A Nikki?
-Chcesz znać prawdę?- Kiwam głową w górę i w dół.- Nie. Elizabeth mówiła mi, że kiedyś obwiniałaś się o mój rozwód. To nie twoja wina, choć Nikki naprawdę szczerze cię nienawidziła. Od pierwszego spotkania. Może dlatego, że gdyby kazali mi wybrać, zawsze wybrałbym ciebie.- Rozkłada ramiona, wskazując na mnie.- I powiedziałem jej to. Ale ty nie byłaś lepsza. Nieźle ją wkurzałaś, jak do mnie przyjeżdżałaś na wakacje.
-Nie wiem o co ci chodzi.- Robię minę niewiniątka, a on kręci głową z politowaniem.
-Najlepsze było jak nalałaś jej do szamponu fioletowej farby i uciekłaś do Elizy.- Mówi, chichocząc.- Tylko ja zostałem w centrum gniewu Nikki. Ale to zostało ci wybaczone, tak jak inne rzeczy, które jej zrobiłaś.- Macha lekceważąco dłonią.- Idę, bo w końcu nigdy stąd nie pójdę.
-A może zostaniesz na noc? Kanapa jest wolna.- Proponuję.
-Nie, dziękuję.- Podchodzi do drzwi.- Dobranoc.
-Dobranoc.- Mężczyzna chwyta klamkę, ale mi przypomina się pewna rzecz.- Nie dałeś mi tych zdjęć do obróbki. W końcu po to tu przyszedłeś.- Ojciec kieruje swój wzrok na mnie.
-Jeśli do jutra nie zrezygnujesz, wyśle ci je po południu.- Uśmiecha się po raz ostatni i wychodzi. Zamykam drzwi i sprzątam po naszym oglądaniu. Zaraz po wieczornym prysznicu, pakuje się do łóżka. Rzucam ostatnie spojrzenie na koszulkę, którą dzisiaj zrobiłam i gaszę światło. Przez moment przechodzi mi przez dlaczego miałabym niby zrezygnować, przecież jutro czeka mnie kolejny dzień nudów…
                                *                      *                      *
Budzi mnie trzask drzwi wejściowych, po którym następuję to jakże rozpoznawalne „fuck” w wykonaniu Jareda? Ale on miał wrócić dopiero w połowie przyszłego tygodnia. Podnoszę się do pozycji siedzącej i wpatruję w drzwi. Po kolejnej wiązance przekleństw, drzwi się uchylają, a do pomieszczenia ktoś wchodzi, oświetlając drogę komórką. Kieruje ją na łóżko, a kiedy blask trafia na mnie, mrużę oczy.
-Cholera, obudziłem cię.- Oznajmia, a ja momentalnie wybiegam z pościeli i ląduję w jego ramionach.
-Tęskniłam za tobą.- Mruczę w jego koszulkę.
-Ja za tobą też, Aniele.- Całuje mnie w czubek głowy.- Wyzdrowiałaś?
-Mniej więcej, ale Terry zakazał mi jutro przychodzić do pracy.- Odrywam się od niego. Komórka zdążyła już przygasnąć, tak że w sypialni panuję ciemność.
-To dobrze się składa, bo ja jutro nie mam żadnych planów.- Znam go na tyle, żeby wiedzieć, że ja jego ustach pojawił się uśmiecha.- A teraz do spania. Jest środek nocy.- Mruczy pchając mnie w stronę łóżka.- Malowałaś coś? W salonie śmierdzi farbą.
-Zobaczysz jutro.- Wskakuję na swoją połowę, a on po chwili kładzie się obok. Wtulam się w niego i zasypiam.