POSTACIE Strona głóna

niedziela, 30 października 2016

68. SHE DREAMS OF LOVE

17 luty 2010

Stoję przed niebieskookim. Patrzymy na siebie już kilkanaście minut, jednak żadne z nas się nie odzywa. Nie chcę, żeby to się skończyło. Chcę tak stać i rozpływać się w tych pięknych oczach.
-Jared!- Krzyczy w pewnym momencie Emma. Mężczyzna wciąga powietrze, po czy, mówi.
-Jesteś pewna?- Wiem, że cierpi, ale moja dusza też krwawi. Nie chcę, żeby wyjechał. Do moich oczu cisnął się łzy, ale potwierdzam, mimo że tak naprawdę, nie jestem niczego taka pewna. Widzę jak mięśnie na jego szczęce się zaciskają.- Aniele…- Szepcze, a po moim policzku spływa łza.- Aniele, kocham cię.- Kładzie dłoń na moim policzku.
-Ja ciebie też, ale to nic nie zmienia.- Uciekam wzrokiem. Nie mogę na niego patrzeć, nie po tym co zrobiłam.
-Tak, wiem, ale chcę, żebyś o tym pamiętała. Zawsze możesz na mnie liczyć.- Szepcze. Nie wiem jakim prawem, ale mimo gwaru jaki tu panuje, słyszę jego słowa bardzo wyraźnie.- Jakby coś się stało, daj znać. Nie obiecuję, że uda mi się pomóc, ale przynajmniej spróbuję.
-Jared.- Obok nas pojawia się Emma.- Musimy już iść. Samolot na ciebie nie poczeka.
-Już idę.- Warczy na nią.- Nie widzisz, że rozmawiam?- Mierzy ją wzrokiem z wściekłością.
-Nie dziwię się, że Olivia ma cię dosyć.- Mruczy odchodząc.
-Wiesz, że to nieprawda?- Mówię.- Naprawdę chcę z tobą być, ale sam rozumiesz.- Spuszczam wzrok.
-Wiem, Olivia, wiem, ale pozwól, że pocałuję cię po raz ostatni.- Patrzy na mnie łagodnym spojrzeniem, całkowicie innym niż spoglądał na Ludbrook. Nie zgłaszam sprzeciwu, a wręcz tego pragnę i to ja łączę nasze wargi. W końcu brunet się odsuwa.- Ja muszę już iść…- Szepcze niechętnie, przejeżdżając nosem po moim karku, przez co po moim ciele przechodzi dreszcz. Przez te kilka lat, które razem spędziliśmy, zdążył się nauczyć, jak to na mnie działa.- Nadal nie rozumiem jak Demonowi udało się stworzyć Anioła.- Mruczy, a ja uśmiecham się pod nosem.
-Może nie jest takim Demonem, co?- Odpowiadam, a ten prostuje się i patrzy mi w oczy.
-Uwierz, jest. Ale twoja mama pewnie była Archaniołem. Bo przecież dobro zawsze wygrywa.
-Możliwe…
-Jared…- Obok znów pojawia się Emma.- My naprawdę musimy już iść.- Brunet patrzy na nią z gniewem.- Jeszcze nie wyjechałeś, a już zachowujesz się jak wcześniej.- Nie pozwala mu dojść do słowa, po czym odwraca się i odchodzi.
-Idź już.- Mówię. Nie chcę, żeby odchodził, ale nic na to nie poradzę. Mężczyzna nachyla się nade mną i całuje w kącik ust.
-Jakbyś zmieniła zdanie, będę czekać.- Idzie w tym samym kierunku co Ludbrook.
-Jay!- Krzyczę, a on odwraca się z nadzieją wymalowaną na twarzy.
-Tak?- Widzę jak prawie się uśmiecha. A ja zaraz to zepsuję.
-Zapomniałeś walizki.- Wskazuję na bagaż, stojący obok mnie. Jego twarz nie wyraża już nic, oprócz bólu. Bez słowa zabiera walizkę i odchodzi. A ja na policzku czuję słone łzy. Nie wierzę, że pozwoliłam mu odejść. Terry, który stał do tej pory na uboczu, podchodzi do mnie, a ja się w niego wtulam.
-Chodź, jedziemy do domu.- Mówi, ciągnąc mnie do wyjścia z budynku.- Hej, Aniołku, nie płacz. Ja nawet go nie lubiłem.- Mruczy, ale wie, że to nieprawda.- A po za tym, nazywał mnie Demonem.
-Tato?- Szepczę, nie puszczając go.- Mogę u ciebie nocować?
-Mieszkaj u mnie ile chcesz.


JARED


Siadam na fotelu i spoglądam zza okienko na pas startowy. W mojej głowie ciągle dźwięczą mi jej słowa- Ja marzę o miłości, ty żyjesz po to, by biec”. Zrywam się z siedzenia i wpadam na Emmę.
-Odwołuję te pieprzoną trasę!- Krzyczę.- Nigdzie nie jadę.- Dodaję już ciszej, wracając na poprzednie miejsce. Chowam twarz w dłoniach i czuję jak po policzku spływają mi łzy.
-Jay, nie wygłupiaj się.- Obok mnie siada Shannon. Klepie mnie po plecach.- To tylko miesiąc. A potem spędzisz z Olivią dwa tygodnie. Wytrzymywaliście więcej bez siebie.- Prostuję się i spoglądam na niego.- Ty płaczesz? Co się stało?
-Odeszła. To koniec, rozumiesz?
-Co ty gadasz? Przecież jesteście dla siebie stworzeni…- Urywa, przyglądając mi się z uwagą.- Powiedziała, że cię nie kocha, albo coś w tym stylu?- Spogląda na mnie, a ja wiem, że on też nie jest zadowolony z takiego obrotu spraw.
-Powiedziała, że nie możemy już razem być. Że ciągle nie może zapomnieć o Melody, a ja jej to tylko przypominam i mimo tego, tylko ja jej mogę pomóc. Rozstając się z nią, powiedziała mi, że marzy o miłości, a ja żyję po to, by biec.- Ukrywam twarz w dłoniach, czując jak startujemy. Już nie ma odwrotu. Straciłem ją na zawsze.
Z kieszeni wyjmuję pierścionek, który dałem jej w sylwestra, prosząc by została moją żoną. Zwykły, srebrny z wygrawerowanym napisem: „Bright lights, big city”. A ona zgodziła się, więc dlaczego nasze życie potoczyło się inaczej? Dlaczego do tej pory nie została moją żoną, tak jak zgodziła się to zrobić tej nocy w LA? Co się zdarzyło przez te dwa lata? Z chłopakami postanowiliśmy nagrać album, zostałem w Mieście Aniołów, ona nawet nie chciała słyszeć o tym miejscu, oprócz świąt, wtedy spędziliśmy razem tydzień. Jeden durny tydzień na kilka miesięcy, podczas których jedynie rozmawialiśmy przez telefon. Ile razy leżałem w nocy, nie mogąc zasnąć, zastanawiając się czy dobrze zrobiliśmy wywołując wojnę z EMI. Pracowałem by zapomnieć o malutkiej Melody, jednocześnie oddalając się od Olivii. I po co mi to, do cholery, było skoro teraz zostałem z niczym?

niedziela, 23 października 2016

67. POWRÓT



 19 czerwca 2008

Po raz kolejny wychodzę z mieszkania, gdy Terry jeszcze śpi. Ciekawe kiedy to się zmieni. Kiedy w końcu pogodzę się z tym co się stało? Jak co rano zjeżdżam windą na dół, jedząc przy okazji jabłko. Na parterze wita mnie pan Bruce. Po niecałej godzinie docieram do Starbucksa, a następnie już z kawą w ręce idę do Art Partner. Na górze przygotowuję wszystko do dzisiejszej sesji i w skupieniu czekam na dzisiejszego gościa. Po chwili słyszę dźwięk otwieranych drzwi windy.
-Olivia!- Krzyczy mój gość.- Mimo, że to nie ja zostanę ojcem chrzestnym Mel, postanowiłem być jej najlepszym wujkiem.- Wchodzi do pomieszczenia i przystaje na moment widząc mnie.- Oli?- Rozszerza oczy, nadal patrząc na mnie, a raczej na mój brzuch.- Gdzie Melody?
-Myślałam, że Billie Joe ci powiedział.- Mruczę, podchodząc do niego, a on upuszcza pluszowego misia na podłogę.- Mel nie przeżyła porodu.- Spuszczam wzrok na moje czarne trampki.- Właśnie dlatego wróciłam do Nowego Yorku.- Dodaję.
-Możesz mnie przytulić?- Obejmuję go i przez kilka minut stoimy tak, pośrodku pomieszczenia,  nie odzywając się do siebie.- Dobra, już mi przeszło.- Mężczyzna odrywa się ode mnie i podnosi misia.- Zatrzymaj go.- Wciska mi go do ręki.- Myślę, że ten strój będzie dobry.- Robi piruet, całkowicie zmieniając temat. Uśmiecham się lekko. Perkusista Green Day’a jest ubrany w czarny garnitur i czerwoną koszulę.
-Przynajmniej ty ubrałeś się godnie. Chyba jako jedyny traktujesz mnie poważnie, Frank. Wyobraź sobie, że Billie Joe przyszedł w spodniach, które ponoć nosił już w gimnazjum.- Prowadzę go na kremową ścianę.- One naprawdę tyle przetrwały czy się ze mnie po prostu nabijał?
-Mike twierdzi, że to prawda. Ale w każdym razie, gdy ja dołączyłem do zespołu już je miał. I, o zgrozo, nie zamierza się ich pozbyć, bo jak twierdzi, przywiązał się do nich. No i najgorsze, zabiera je na każdą trasę.- Wracam do aparatu i robię kilka zdjęć.
                                *                      *                      *
Wchodzę do studio, gdzie Terrence robi zdjęcia jakiemuś modelowi. Widać, że współpraca im się nie układa. Mina ojca mówi wszystko.
-Terry?- Odzywam się, a na mężczyzna jak na zawołanie odwraca się w moim kierunku.- Ja wychodzę. Zobaczymy się wieczorem.- Odwracam się i naciskam guzik przywołujący windę. W samotności zjeżdżam na dół, gdzie Emily siedzi w za ladą.- Pa.- Mruczę, wychodząc z budynku. Ostatnio nie dogaduję się chyba z nikim. Nawet z blondynką nie chcę rozmawiać.
Spacerkiem dochodzę do kamienicy, w której razem z Jaredem wynajmujemy mieszkanie. Otwieram je kluczem i wchodzę do środka. Rozkładam się na sofię i przez kilkanaście minut próbuję pracować, ale moje powieki robią się coraz cięższe. Tak to bywa, jeśli płacze się połowę nocy. Zostawiam wszystko na szklanym stoliku i kieruję się do sypialni. Kładę się na łóżku, a przed zaśnięciem opisuję dzisiejsze wydarzenia w dzienniku. 


JARED


Wchodzę do budynku mieszczącego się na 155 6th Avenue. Na ladzie leży karteczka Emily, oznajmiająca, że blondynka wyszła na lunch. Wchodzę do windy, a po chwili znajduje się już na piętnastym piętrze. Z oddali słyszę głos Terrenca, wykrzykującego polecenia, więc od razu kieruje się do studio. Na środku na białym tle stoi jakiś młody chłopak. Pukam lekko we framugę drzwi, odkładając torbę na podłogę. Fotograf odwraca się w moim kierunku. Widać, że jest podenerwowany.
-Leto. Dobrze, że to ty. Mam już dość.- Podchodzi do mnie.- Chodź do gabinetu. Muszę się napić i to natychmiast.- Ciągnie mnie do pokoju. Ledwo łapię torbę.
-Ja przyszedłem po Olivię.- Oznajmiam, podczas gdy on siada na swoim fotelu.
-Ale jej tu nie ma.- Odpowiada, wyciągając spod szklanego stolika butelkę whisky, swojej whisky.- Chcesz?- Wskazuje na alkohol. Przeczę ruchem głowy.
-W takim razie, gdzie jest?
-Nie wiem. Wyszła jakąś godzinę temu. Może siedzi u mnie w mieszkaniu?- Zielonooki nalewa napoju do szklaneczki, po czym wypija wszystko od razu.
-Miałeś ją pilnować.
-Leto, Olivia nie jest małą dziewczynką, tylko dorosłą kobietą i może robić co tylko jej się podoba. Nie będę jej niczego zabraniać, bo ty tak chcesz. Nawet nie wiesz jak boli mnie tu w środku…- Wskazuje na swoją klatkę piersiową.-… gdy słyszę jak nocami płacze. Czasem nie mogę się powstrzymać i sam zaczynam płakać. A następnego dnia oboje zachowujemy się, jakby nic się nie stało. Ja udaję, że wcale jej nie słyszałem, a ona, że nie płakała pół nocy. Czuję się trochę jak wtedy, gdy dowiedziałem się, że jej matka nie żyje. Bo wiesz, Elizabeth była moją prawdziwą miłością. Nigdy nie kochałem Nikki, ona mnie zresztą też nie. Właściwie, do tej pory nie wiem dlaczego byliśmy małżeństwem przez te trzy lata. Mogłem się ożenić z matką Olivii.- Po raz kolejny piję alkohol, tym razem już prosto z butelki.
-Terry, oddaj whisky.- Podchodzę do niego i wyciągam z jego dłoni szklane opakowanie.- Weź się w garść i idź do tego modela, bo pewnie się niecierpliwi.- Mruczę, chowając sławny napój do szafki.- Ja jadę do twojego mieszkania.- Klepię go po ramieniu.- Nie myśl, że ja nie przeżywam śmierci Mel. Też nie mogę się z tym pogodzić.- Mówię cicho, po czym wychodzę na korytarz.
                                *                      *                      *
Wysiadam z taksówki, ówcześnie podając kierowcy wyznaczoną kwotę za podróż. Jeśli w mieszkaniu Terrenca jej nie było, to może w naszym jest? Wbiegam po schodkach do budynku. I pomyśleć, że kiedyś na nich zasnąłem. Docieram na drugie piętro i kluczem otwieram drzwi. Wchodzę do środka. Torbę zostawiam w przedpokoju.
-Olivia?- Wołam, ale odpowiada mi cisza. Wchodzę do kuchni. Na blacie nie ma ani oznaki kurzu, podobnie jak na stoliku. Przechodzę z powrotem do salonu, a z niego do sypialni. Na łóżku śpi czarnowłosa z otwartym notesem na brzuchu. Kładę go na szafce i przykrywam ją kocem. Wygląda tak niewinnie, jak Anioł. Aż trudno uwierzyć w to, że niecały miesiąc temu straciła dziecko. Wychodzę z pomieszczenia i w kuchni przygotowuje sałatkę, wcześniej schodząc do sklepu na drobne zakupy. Kroję marchewkę, czyli ostatnie warzywo potrzebne do posiłku, gdy słyszę trzask drzwi. Nastawiam czajnik z wodą i idę w kierunku hałasu. Na środku salonu stoi pani fotograf, przyglądająca się mojej torbie, która nadal leży, tam gdzie ją postawiłem. W końcu kieruje swój wzrok na mnie.
-Jared…- Szepczę i biegnie do mnie. W końcu ląduje w moich ramionach.- Tęskniłam za tobą.- Mruczy w moją koszulkę. Nachylam się i całuję ją w głowę.
-Przyjechałem trochę wcześniej. Chciałem ci zrobić niespodziankę.- Odpowiadam tym samym tonem głosu.- Chodź, robię herbatę.- Ciągnę ją do pomieszczenia, z którego wyszedłem. Wyciągam dwa kubki i wkładam do nich torebki z jeżynową herbatą. Zalewam je wodą, która zdążyła się już zagotować. Naczynie z Kubusiem Puchatkiem stawiam przed czarnowłosą.
-Chyba już mi przeszło.- Mruczy, upijając łyk. Siadam na przeciwko i łapię jej dłoń.
-Rozmawiałem z Terrym. Wiem o przepłakanych nocach, więc chyba nie jest dobrze.- Richardson spuszcza głowę.- Ale to normalne. Dla mnie też jest to ciężki okres, ale damy radę pokonać go razem.- Uśmiecham się do niej pokrzepiająco.
-Dziękuję.    
 

OLIVIA


Otwieram oczy. Jakimś sposobem jestem przykryta kocem, a notes wylądował na szafce. Wstaję i przeciągam się, przechodząc do salonu. Przez przypadek trzaskam drzwiami. Nagle zauważam torbę, należącą do Jay’a. Przyglądam jej się przez chwilę, po czym kieruję swój wzrok na bruneta stojącego w drzwiach kuchni.
-Jared…- Szepczę, po czym biegiem docieram w jego ramiona.- Tęskniłam za tobą.- Czuję pocałunek na głowie.
-Przyjechałem trochę wcześniej. Chciałem ci zrobić niespodziankę.- Mówi.- Chodź, robię herbatę.- Ciągnie mnie do kuchni i wyciąga dwa kubki. Zalewa wodą torebki, po czym wręcza mi naczynie z Kubusiem Puchatkiem.
-Chyba już mi przeszło.- Mruczę, a on siada naprzeciwko mnie i łapie moją dłoń. Brakowało mi go.
-Rozmawiałem z Terrym. Wiem o przepłakanych nocach, więc chyba nie jest dobrze.- Spuszczam wzrok. Może powinnam mu powiedzieć?- Ale to jest normalne. Dla mnie też jest to ciężki okres, ale damy radę pokonać go razem.- Uśmiecha się do mnie.
-Dziękuję.- Spoglądam w jego oczy. Muszę mu powiedzieć.- Jared, ja nie będę mogła mieć więcej dzieci.- Mówię, a do moich oczu wpływają łzy.
-Kiedy się dowiedziałaś?- Ściska moją dłoń mocniej, chcą dodać mi otuchy.
-Jeszcze w szpitalu. Wiem, powinnam ci powiedzieć, ale musiałam to przemyśleć.
-Nic się nie stało. Dobrze, że mi powiedziałaś.- Wstaje i kuca przede mną.- Damy radę, Aniele. Damy radę.

środa, 19 października 2016

66. WAKE ME UP WHEN SEPTEMBER ENDS

18 czerwiec 2008

Zrzucam nogi na miękki dywanik i wstaję z łóżka. Skoro i tak nie mogę zasnąć, trzeba jakoś spożytkować ten czas, prawda? Spoglądam po raz ostatni na łóżko, na którym śpi kot, którego przygarnął Terry. Jakoś tak się składa, że on zajmuje się wszystkim, ale zwierzak i tak bardziej lubi mnie. Podchodzę do szafy i wyciągam z niej dżinsową koszulę, czarno-biały sweter i czarne spodnie. Z ciuchami idę do łazienki. Ubieram się szybko i po porannej toalecie wracam do mojego tymczasowego pokoju. To czarnej torebki wrzucam laptopa i zeszyt z długopisem.
Schodzę po cichu na dół, nie chcąc zbudzić ojca. W kuchni zostawiam mu jedynie karteczkę z jednym krótkim zdaniem: „Już wyszłam.”. Co prawda Terry przeprowadził się do studia, ale apartament zachował dla siebie i jakoś tak wyszło, że woli mieszkać tu. Zresztą, nie dziwię mu się. Mieszka tu chyba od zawsze. Wychodzę z mieszkania, ówcześnie zabierając jabłko. Biorę pierwszego gryza mojego śniadania, gdy wchodzę do windy. Na dole wita mnie pan Bruce.
-Dzień dobry, panienko Richardson.- Uśmiecha się w moją stronę, a ja odmachuję mu, otwierając szklane drzwi apartamentowca. Łapię taksówkę i podaję miejsce, do którego zmierzam, czyli Starbucks na rogu Spring i Varick. Po dość długiej jeździe w korku, w końcu docieram do kawiarni, gdzie kupuję napój, od którego jestem wprost uzależniona. Po niecałych pięciu minutach docieram do 155 6th Avenue. Wchodzę do środka, gdzie za ladą siedzi już Emily.
-Cześć.- Mruczę, idąc prosto do windy, a gdy ta się zamyka, opieram głowę o lustro.
Nie mogę oprzeć się pokusie i spoglądam na swoje odbicie. W tym stroju nie widać pozostałości po ciąży. Kładę dłoń na brzuchu i przymykam oczy, ale nie wyczuwam już Melody. Ile bym oddała, za nią… Do porządku doprowadza mnie dźwięk otwieranych drzwi, ale to jeszcze nie moje piętro. Do ciasnej klatki wchodzi mężczyzna, na oko w moim wieku. Blondyn uśmiecha się do mnie lekko, a ja to odwzajemniam. Wysiada na kolejnym piętrze, a ja kontynuuję podróż. Wysiadam na ostatnim, czyli „piętnastce”. Otwieram wszystkie pomieszczenia i z gabinetu ojca przenoszę sprzęt do studia. Teraz tylko czekać na mojego gościa. Wracam do pomieszczenia Terry’ego i na biurku zauważam ciekawie wyglądający przedmiot, a mianowicie jego sławetne okulary. Cmokam cicho ustami, cały czas przyglądając się im z zaciekawieniem.
-Kuszą, nie?- Słyszę. Odwracam się w kierunku drzwi, w których stoi mężczyzna, ubrany w skórzaną kurtkę, czarne dżinsy, koszule w czarno-białe paski i czerwono-czarny szalik.
-Billie Joe, miałeś ubrać się godnie, a ty co zrobiłeś?- Jęczę zrezygnowana, wskazując na jego strój.
-Bluźnisz, Mała.- Wyciąga palec wskazujący w moją stronę.- Te spodnie noszę od gimnazjum.- Uśmiecha się z dumą? Czy ja dobrze widzę? On jest z tego dumny?
-Tego chyba nie chciałam wiedzieć.- Mruczę, kręcąc głową z politowaniem.- Chodź do studio.- Prowadzę go do pomieszczenia przeznaczonego do robienia sesji.- A gdzie reszta?
-Kazałaś przyjść mi samemu, nie pamiętasz?
-A no tak, całkiem zapomniałam. Ostatnio dużo pracuję.- Milknę, ale tylko na sekundę, tak, żeby nie zdążył nawet zareagować.- To jak, zaczynamy?- Na mojej twarzy pojawia się uśmiech, trochę nieszczery, ale uśmiech.
-Ty tu rządzisz.- Wysyła mi oczko i ustawia się na kremowej ścianie.- Tak może być?- Mrużę oczy. Czegoś mi tu brakuję.
-Moment.- Wybiegam ze studio i z gabinetu ojca zgarniam duże, stare słuchawki nauszne, które trzyma na półeczce, pod stolikiem.- Łap.- Rzucam je czarnowłosemu, a on zakłada je na uszy, robi minę, jakby mu się to nie podobało. Robię zdjęcie.- Idealnie.- Komentuję, przyglądając się zdjęciu na laptopie.- I w sumie ten szalik nie jest taki zły.- Dodaję, a ten wystawia mi język. I ten moment dokumentuję.- Powinieneś być modelem.- Cmokam w usta, a ten wykrzywia twarz w przerażeniu.- Chyba dzisiejszą sesję zapamiętam na zawsze.- Mówię, wychylając się znad aparatu.
-Ale że taka zła, czy taka dobra?- Mężczyzna odwraca się w lewo, ukazując swój prawy profil i przykłada dwa palce do podbródka, udając, że to broń.
-O to chodzi, że bardzo dobra. Gdyby każda sesja była równie spokojna, może udawałoby się ją skończyć w godzinę, a nie marnować pół dnia.- Pstrykam w guziczek.- A poza tym co u chłopaków?- Czarnowłosy zmienia pozę, a ja po raz kolejny go fotografuję.
-Przecież jutro jesteś z nimi umówiona, sama spytasz.
-No tak, ale dawno z nimi nie rozmawiałam.- Jęczę, odkładając aparat na stoliczek.- Jakoś nie było okazji.
-Bo byłaś w LA.- Przypomina, a w moim do mojego oka zakrada się łza.- Hej, Mała, co się dzieje?- Kładzie dłoń na moim ramieniu, a ja zaczynam po prostu płakać.
-To wszystko…- Pociągam nosem.- Mel… Komu ona zawiniła? Dlaczego?- Spoglądam na niego przez słone łzy.
-Mała, wiem, że to jest dla ciebie ciężkie przeżycie, ale uwierz, jakoś się ułoży. Prędzej, czy później.- Billie obejmuje mnie ramieniem, a ja opieram głowę na jego klatce piersiowej.- Nie wiem, jaki to ból stracić dziecko. Ale mimo, że czasem mam ochotę pozbyć się tych dwóch smarkaczy raz na zawsze, kocham ich z całego serca i nie wiem, co bym zrobił bez nich. Mogę jedynie wyobrazić sobie co czujesz. Wiem, że to nie to samo, ale gdy miałem dziesięć lat, na początku września mój ojciec zmarł na raka. Byłem bardzo do niego przywiązany i nie mogłem się pogodzić z jego odejściem. Uciekłem z pogrzebu, zamknąłem się w pokoju, a gdy mama przyszła sprawdzić czy wszystko w porządku, powiedziałem tylko zdanie, któro zostało ze mną do teraz i pewnie zostanie do końca mojego życia.- Pociągam nosem.
-Jak brzmi to zdanie?- Dopytuję, a ten lekko mnie odsuwa i wpatrując się w moje oczy, mówi.
-Wake me up when September ends. Napisałem piosenkę o tym samym tytule. Miałem siedemnaście lat, założyliśmy zespół, a ja ciągle myślałem o ojcu. Napisałem połowę i odłożyłem ją do szuflady. Dopiero w dwudziestą rocznicę śmieci taty ją skończyłem. Teraz każdy może jej posłuchać na albumie.- Wzrusza ramionami.- Ale nie każdy wie jak boli mnie, tam w środku- Wskazuje na miejsce, gdzie znajduje się serce człowieka.- gdy muszę ją zaśpiewać na koncercie i udawać, że wszystko jest okey, gdy tak naprawdę ciągle jestem małym, dziesięcioletnim chłopcem, płaczącym w pokoju po stracie swojego największego bohatera.- Mężczyzna przełyka ślinę i przeciera oczy, które zrobiły się już porządnie czerwone.
-Chcesz chusteczkę?- Pytam, szepcząc. Przeczy ruchem głowy, a ja wycieram łzy, które do tej pory wylałam.
-Nadal nie pogodziłem się z jego śmiercią. Nadal płaczę na jego grobie, bo go po prostu kocham. Tak jak ty kochasz Melody i nigdy, ale to nigdy jej nie zapomnisz, ale nauczysz się żyć z tym bólem, tak jak ja. Musisz być po prostu silna, Mała.- Uśmiecha się lekko do mnie.
* * *
Odkładam na kolana laptopa i włączam go, po czym spoglądam na zegarek w rogu ekranu. Jest już po trzeciej, a ja nie śpię. Wpisuje „Wake me up when September up” i puszczam jakiś live z 2004 roku. Po chwili widzę sylwetkę czarnowłosego. Obserwuję jak co chwilę unosi wzrok ku górze, tak jakby chciał odpędzić łzy. Jednak gdy przychodzi zaśpiewać mu ostatnią zwrotkę, jego głos się załamuje, a z oczu wypływają łzy.

niedziela, 9 października 2016

65. ALIBI

22 maj 2008



Spoglądam na Terry’ego, który zniecierpliwiony czeka na swoją córkę, wtuloną we mnie. Nadal nie jestem przekonany czy ten wyjazd to dobry pomysł, ale ona powinna odpocząć od wszystkiego. Ja też chyba muszę przemyśleć kilka spraw. Odsuwam dziewczynę na minimalną odległość i mówię:
-Pamiętaj, masz jeść.- Czarnowłosa kiwa głową, tak że jej długie do pasa włosy latają na wszystkie strony.- I bądź grzeczna.- Pstrykam ją w nos, a na jej ustach pojawia się pierwszy uśmiech od bardzo dawna.- Bo Demon opowie mi wszystko.- Tym razem grożę jej palcem.
-Wypraszam sobie tego Demona.- Odzywa się Terence.
-A kiedy przylecisz do mnie? Już za tobą tęsknię.
-Może załatwię to wszystko do dwóch tygodni. Ja też tęsknię.- Całuję ją w czoło.
-Olivia, zdaje się, że musimy już iść.- Przerywa nam Terry.
-Do zobaczenia. Zadzwoń jak dolecicie.- Całuję ją po raz ostatni.
                                *                      *                      *
Wbiegam pod dom. Pot leję się ze mnie hektolitrami. Zanim otwieram drzwi do domu, wyciągam z kieszeni BlackBerry. Na ekranie wyraźnie maluje się liczba „9,86 mil”(15,87 km). Takiego wyniku się nie spodziewałem. Dobra, przebiegłem naprawdę dość dużą odległość, ale żeby aż taką? No cóż, zajęło mi to chwilę, ale pierwszy raz od kilku dni czuję się o wiele lepiej. Wchodzę do domu. Od dzisiaj jestem tu sam z Shannonem. Wszyscy wyjechali. Pierwsze co robię to idę pod prysznic. Drugie miejsce to moja sypialnie. Po prostu padam ze zmęczenia na łóżku i po chwili śpię.
Budzi mnie walenie w bębny. Otwieram oczy. Chyba jeszcze nigdy nie słyszałem takiej desperacji w jego graniu. Zwlekam się z łóżka i jak trup idę na połowę domu mojego brata. Drzwi jak zwykle zostawił otwarte. Mężczyzna siedzi na stołku i po prostu morduje swój ulubiony instrument. W życiu nie spodziewałbym się tego po nim.
-Bro!- Próbuję przekrzyczeć perkusje. W końcu brunet przestaje grać, ale nie dzięki moim krzykom. Po prostu mu się jedna z pałeczek łamie, a on ze złością rozrywa drugą.- Shannon, dlaczego nigdy nie zamykasz tych drzwi?- Ten drugi Leto odwraca się wściekły w moją stronę.
-Po jaką cholerę przeprowadziliście się tutaj na te cztery miesiące?!- Krzyczy.- Powiedz mi po jaką cholerę to robiliście?- Chowa twarz w dłonie.
-O co ci chodzi?- Siadam obok niego na podłodze i spoglądam na niego z dołu.
-O nic. Mam tego dość.- Wstaje tak gwałtownie, że przez przypadek uderza mnie kolanem z głowę. Łapię się w to miejsce.- Przepraszam. Za wszystko.- Mruczy, zajmując swoje poprzednie miejsce.- Chyba za bardzo się przywiązałem Melody. To było dziecko. Co ono zawiniło?
-Bro, wiem co czujesz. Ja też się do niej przywiązałem. Wiem jak to boli. Chcesz, żebym tu posiedział przez chwilę z tobą?- Pytam. Po śmierci ojca często prosiłem go, żeby czuwał ze mną w nocy.
-Jared, nie jestem dzieckiem.- Jęczy.- To co robimy?- Odpowiada, drapiąc się w tył głowy. Wstaję ze śmiechem.
-Zaraz wracam. Chyba mam pomysł na piosenkę.- Jak najszybciej się da biegnę do sypialni i z szafki nocnej zabieram notes razem z długopisem, a potem wracam na połowę domu brata. Siadam na podłodze, tylko tym razem trochę dalej od kolan Shannona, a przy okazji opieram się o sofę. Otwieram notes w losowym miejscu i przykładam długopis do kartki. Późniejsze ruchy wykonuje już tylko moja dłoń. Ja nie mam na to żadnego wpływu. Słowa same powoli zapełniają dotychczas białą stronę. Po chwili przyglądam się tekstowi piosenki.
-Coś ty tam nabazgrał, hmm?- Odzywa się w końcu Shan, próbując zajrzeć mi przez ramię. Uciekasz morderczym kolanom, a one i tak cię dopadają.- Czytaj.
-No warning sign, no alibi
We faded faster than the speed of light
Took our chance, crashed and burned
No we'll never ever learn
I fell apart, but got back up again
And then I fell apart, but got back up again yeah
We both could see, crystal clear
That the inevitable end was near
Made our choice, a trial by fire
To battle is the only way we feel alive
I fell apart, but got back up again
And then I fell apart, but got back up again
So here we are, the witching hour
The quickest tongue to divide and devour
Divide and devour
If I could end the quest for fire
For truth, for love, for my desire
My desire
And I fell apart, but got back up again
I fell apart but got back up again-
Kończę i z wyczekiwaniem przyglądam się bratu.
-Myślę, że możemy jej użyć w nowym albumie.- Odzywa się po chwili.- Ta piosenka ma jakiś tytuł?
-Chyba „Alibi”.- Odpowiadam.- Czekaj. Jaki nowy album?
-No mamy już tyle nowych piosenek, że starczy na kilka płyt, a ostatnią nagraliśmy w 2005, jak jeszcze Matt z nami był.
-To co? Muzyczna narada? Gdzie masz telefon?- Shan podaje mi swoją komórkę, a ja w kontaktach odnajduję numer Miličevića. Naciskam zieloną słuchawkę i czekam.
-Ej, Bro, nie pomyśleliśmy o jednym. Jest środek nocy.- Zaczynam się śmiać, gdy Tomislav odbiera
-Czego, pacanie?- Mruczy zaspany gitarzysta.- Nie po to nocujemy u moich rodziców, żebyś mógł mnie budzić o…- Już sobie wyobrażam jak spogląda za zegarek i wyszczerza oczy.- … o trzeciej nad ranem!- Podnosi lekko głos, a w tle słyszę jakieś pomruki.- Vicki śpij…- Czarnowłosy zwraca się do swojej dziewczyny, którą musiał obudzić przez przypadek.- To czego chcesz, pacanie?- Powtarza swoje pytanie i milknie.
-Tu Jared. Tylko dzwonię z komórki pacana.- Uśmiecham się.
-Każdy osobnik płci męskiej z tego pokolenia to pacan.
-Jeszcze jedno słowo, a wylecisz z zespołu.- Tak, szantaż to najlepszy sposób na niego.
-Jesteś okrutny. To powiesz mi o co chodzi, czy nadal będziemy prowadzić tą bezsensowną rozmowę?
-Robimy muzyczną naradę.- Oznajmiam z dumą.
-Nie możemy jej zrobić rano? Ja chcę spać.
-Ale to narada w wersji limitowanej.- Jęczę.- Za pół godzinny u nas w domu.- Rozłączam się, nie czekając na jego odpowiedź. Trzydzieści minut później otwieram drzwi zaspanemu gitarzyście, który nie dość, że ubrał koszulkę na lewą stronę, to jeszcze na odwrót. – Szybciej się nie dało?- Jęczę.
-Spadaj. Prawie spowodowałem wypadek. Z drzewem.-Mruczy, kierując się wprost do kuchni, po czym otwiera lodówkę. Wyciąga z niej moje mleko migdałowe i odkręca zakrętkę.
-Tomo?
-Cicho.- Bierze łyk napoju w usta, a moment później wypluwa go do zlewu.- Dlaczego nie powiedziałeś, że wziąłem złe mleko?- Robi dziubek w moim kierunku.
-Chciałem, ale kazałeś mi siedzieć cicho. Chodź na naradę.- Prowadzę go na połowę domu Shannona, gdzie przy perkusji siedzi brunet.- Chcemy nagrać nowy album. Tylko pierwsze musimy zerwać kontakt z wytwórnią. Od kilku lat nie dostaliśmy ani centa.
-Czyli zaczynamy od EMI?- Dopytuje drugi Leto, uderzając w swoje kolano pałeczką.
-Dokładnie.

poniedziałek, 3 października 2016

64. MELODY CZ.II

21 maj 2008



Do tej pory byłem na dwóch pogrzebach. Mojego ojca i matki Olivii. Teraz to ma się zmienić. Za godzinę ma się odbyć pogrzeb mojej wymarzonej córeczki. Dlaczego to tak się potoczyło? Zawsze myślałem, że jestem stosunkowo dobrym człowiekiem, więc dlaczego nie dane mi jest bycie ojcem? Siadam na łóżku obok czarnowłosej. Łączę nasze dłonie, a ona opiera głowę na moim ramieniu.
-Gotowa?- Pytam.
-Nie. Nigdy nie będę na to gotowa.- Doskonale rozumiem co teraz czuje. Też nie jestem na to gotowy. Siedzimy tak dopóki do sypialni nie wchodzi mama.
-Musimy już jechać.- Mówi i nie czekając na odpowiedź, odchodzi. Po chwili jesteśmy na dole.
                                *                      *                      *
Kładę dłoń na trumnie mojego dziecka i cały świat rozmazuje mi się przed oczami. A tak właściwie, to łzy go rozmazują. Ale nie tylko ja płaczę. Wszyscy płaczą. Olivia, Shannon, mama, Terry, Henry, Alice, babcia, Lenox, Annie, Emma, Tomo, Vicki, Jamie, Matt, Emily, Chloe, Babu, Olita, John Gillis i całe Linkin Park. Cofam się o krok, pozwalając by drewnianą skrzynie z Melody w środku opuszczono w dół. Po chwili słychać znienawidzony przeze mnie dźwięk. Trumna powoli dotyka ziemi. Czarnowłosa wtula się we mnie, a ja czuję jak jej słone łzy moczą moją koszulę. Obejmuję ją ramieniem. Dopiero wczoraj wróciła ze szpitala. Przez te cztery dni strasznie zmizerniała, a to zły znak.
Gdy uroczystość się kończy zostaję na moment z dziewczyną przy grobie. Ocieram łzy wnętrzem dłoni, po czym obejmuję czarnowłosą i prowadzę ją w stronę parkingu. Podchodzi do nas Jack.
-Ja chciałem wam złożyć kondolencje i się pożegnać. Za dwie godziny mam samolot do Detroit.- Schyla lekko głowę w dół.
-Dziękuję, White.- Mówię, ściskając jego dłoń.- Mam nadzieję, że następnym razem spotkamy się z jakiejś innej okazji.- Dodaję, a Richardson wyślizguje się z moich objęć i bez słowa wsiada do mojego forda. Patrzę w jej kierunku.
-Ludzi cierpiących po stracie kogoś bliskiego w żaden sposób nie można pocieszyć. Oni po prostu muszą to przecierpieć. To tyczy się też ciebie.- Komentuje.
-Jak dowiedziałeś się o tym wszystkim? Przyleciałeś tak nagle, jakbyś to wyczuł.- Mruczę, ciągle patrząc na samochód, w którym zniknęła Olivia.
-Zadzwoniła do mnie jeszcze w szpitalu, gdy ty sobie przysnąłeś. Do zobaczenia.- Odwraca się i wsiada do wypożyczonego auta. A do mnie podchodzi Bennington.
-Jay, wracaj do domu. Powinieneś odpocząć i się przespać. I mówię to jako twój dobry przyjaciel.
-Dzięki, że przyszliście.- Nagle czuję jak cała energia po prostu znika, a ja ledwo trzymam się na nogach…
-W końcu to nasza mała Melody, nie mogło nas zabraknąć.- Uśmiecha się lekko.- Do zobaczenia.
-Pa, Chester.- Odpowiadam i kieruje się w stronę forda. Za kierownicą siedzi już Terry, bo ja nie mógłbym w tym stanie prowadzić. Miejsce pasażera zajmuje mama, dlatego siadam obok czarnowłosej z tyłu. Przez całą drogę do domu siedzi z podwiniętymi nogami i wpatruję się w krajobraz za oknem. Chociaż pewnie duchem jest gdzie indziej.
-Olivia?- Odzywa się nasz kierowca, jednak dziewczyna nie reaguje.- Rezerwuję dzisiaj bilet na samolot. Wracam do Nowego Yorku.- Dopiero na te słowa odwraca głowę i patrzy wprost na lusterko, w którym odbija się jej ojciec.
-Lecę z tobą. Nie mogę tu już dłużej zostać.- Robię zdziwioną minę. Nic mi o tym nie wspominała.- Nie zatrzymasz mnie tu.- Mówi, odwracając głowę w moim kierunku.- W LA jest za dużo wspomnień.- Mruczy i wraca do przyglądania się okolicy. Po chwili jesteśmy na miejscu. Terry parkuje forda w garażu. Z samochodu pierwsza wysiada czarnowłosa i bez słowa znika w domu.
-Nie mogę z wami lecieć.- Zwracam się do fotografa.- Mam tu jeszcze kilka rzeczy do załatwienia.
-Nie martw się. Przypilnuję ją. Zaproponuję jej, żeby przeprowadziła się do mnie do czasu dopóki nie przylecisz. Przynajmniej znów będę mieć córkę przy sobie.- Pocieram brodę kciukiem i palcem wskazującym.
-Myślisz, że to dobry pomysł?
-Nie mam pojęcia, ale lepszy niż zostanie w tym mieście. Ona jest naprawdę wrażliwa. Po śmieci matki nie chciała słyszeć o Los Angeles, dopiero dzięki tobie się przełamała. Tak właściwie, to znaliście się wcześniej?
-Można tak powiedzieć. Przychodziła na koncerty do baru w centrum. A potem byłem światkiem wypadku.
-Tego o którym myślę?- Dopytuje, a ja potwierdzam.- Olivia nic mi o tym nie wspominała. Ale w sumie o wszystkim dowiedziałem się na tej wystawie, gdy podpaliła mi drzewko, czyli pół roku później. Przez ten czas układała to sobie wszystko w głowie. I myślę, że teraz też tak będzie.- Powoli przechodzimy do salonu, gdzie są już wszyscy. Jak dobrze, że ten dom jest taki duży, w innym wypadku goście musieliby nocować w hotelu.- Zaraz sprawdzę na kiedy są wolne bilety.- Mężczyzna chwyta mojego laptopa i go otwiera.- Hasło?- Pyta.
-Rok urodzenia Tomo.- Odpowiadam, a Chorwat odwraca się w moim kierunku.
-Naprawdę to twoje hasło? Nie sądziłem, że kiedykolwiek użyjesz go do takich celów.- Czarnowłosy przechyla głowę na prawo i uśmiecha się. On naprawdę umie poprawić człowiekowi humor.- Dziękuję, jestem wstrząśnięty.- Rzuca mi się na szyję.
-Ustawiłem je dlatego, że ty na to byś nigdy nie wpadł. A teraz pora je zmienić.- Wyplątuję się z jego uścisku. Tomislav robi dziubek, jak zawsze kiedy się zastanawia.
-Mimo wszystko dziękuję.
-Samolot mamy jutro o 20. Idź powiedzieć Olivi.- Po schodach docieram na piętro. Na łóżku leży czarnowłosa zwinięta w kłębek. Zamykam cichutko drzwi i siadam obok niej.
-Aniele?- Dotykam jej ramienia.- Jutro o dwudziestej wylatujecie. Powinnaś się spakować.- Dziewczyna siada i poprawia czarną sukienkę, w której była na pogrzebie.
-Przepraszam, że tak wyjeżdżam, ale ja tu nie wytrzymam.- Mruczy, wtulając się we mnie.
-Nic się nie stało. Dojadę jak będę mógł. Zamieszkasz z Terry’m, dobrze?- Czuję jak kiwa głową w dół i górę.- I obieraj, że będziesz jeść.
-Dobrze.- Jęczy.- Pomożesz mi się pakować?