POSTACIE Strona głóna

czwartek, 29 grudnia 2016

76. POWRÓT DO ŻYWYCH

21 marzec 2011


Spoglądam na Jareda, który stawia torbę koło schodów. Rozglądam się wokoło, ale nic się nie zmieniło od mojej ostatniej wizyty tu. Może poza tym, że jest trochę czyściej.
-Jest tu ktoś?!- Woła mężczyzna, ale nikt nam nie odpowiada.- To dziwne. Myślałem, że Em tu będzie. Oh, nie stój tak.- Całuje mnie w nos.- Rozgość się, przecież wiesz co i jak.- Ciągnie mnie za rękę w kierunku kuchni.- Zjesz coś i się zdrzemniesz po podróży.- Otwiera lodówkę, po czym moment później zamykają.- Chyba jednak nic nie zjemy. Pustki.- Odwraca się do mnie.- Ale mogę skoczyć do sklepu.
-Jay, daj spokój.- Wyciągam dłoń w jego kierunku i przyciągam go, wtulając się w jego ciało.
-Na pewno? Pół godzinki i jestem z powrotem.- Obejmuje moją twarz w dłonie i cmoka w usta.
-Na pewno. Nic się tu nie zmieniło?- Pytam, a ten potwierdza.- W takim razie idę na górę.- Całuję go krótko i wprost biegnę po schodach na piętro. Mijam pokój, w którym często nocuje asystentka starszego Leto i wchodzę do sypialni należącej do muzyka, by po prostu paść na łóżko i od razu zasnąć.
                                *                      *                      *
Schodzę na parter i rozglądam się, szukając Jareda. Ziewam jednocześnie skręcając w kierunku biura, gdzie najpewniej go znajdę. I rzeczywiście stoi, wpatrując się w jakieś kartki. Opieram się o framugę drzwi i przez chwilę przyglądam mu. W końcu ten unosi spojrzenie i zauważa mnie.
-Wyspałaś się już?- Pyta, odkładając papiery i podchodząc do mnie.
-Chyba tak.- Odpowiadam, cmokając go usta.- I jak? Znalazłeś Shannona i Emmę?- Pytam.
-Nie. Dzwoniłem tylko do Shana, ale nie mówiłem mu, że już jesteśmy w LA. Pytałem o Em, ale powiedział, że pewnie tu siedzi.- Wzrusza ramionami.- Może teraz wybierzemy się do sklepu i po drodze do niego wstąpimy? Muszę z nim porozmawiać o dalszej trasie.- Wzdycha.
-Okey. To jedziemy, czy będziesz tak stał?- Mrużę oczy, a ten przerzuca mnie przez ramię.- Jared!!! Puść mnie!!!- Wrzeszczę, gdy on idzie w kierunku wyjścia z domu.- Ale gdzie ty mnie niesiesz?- Pytam, wiercąc się, ale on jedynie łapie z szafki portfel i kluczyki, które wrzuca do tylnej kieszeni, która jest na wysokości moich oczu.
-Jak mamy jechać, to jedzmy.- Odpowiada, otwierając samochód. Odkłada mnie na fotel pasażera i uśmiecha się szeroko, a ja po prostu go całuje.
-W takim razie prowadź. Ja do dzisiaj nie wiedziałam, że Shan wynajmuje mieszkanie.- Przyglądam się jak młodszy Leto okrąża auto i siada za kierownicą. Po kilkudziesięciu minutach docieramy pod osiedle, gdzie muzyk parkuje. Wysiadamy z pojazdu. Łapiemy się za ręce, a Jared prowadzi nas do jednego z budynków. Wychodzimy po schodach na czwarte piętro i stajemy pod drzwiami z numerem 125, w które mój towarzysz puka. Ze środka dociera do nas śmiech, a moment później te się otwierają, ukazując Ludbrook, owiniętą jedynie ręcznikiem. Blondynka zamiera z otwartymi oczami.- Cześć, Emma.- Uśmiecham się, obejmując ją.
-Yyy… Cześć. Co tu robicie?- Pyta cicho, a z oddali dochodzi nas głos perkusisty.
-Kotku, kto to?- W drzwiach pojawia się mężczyzna, który jest równie zdziwiony co jego dziewczyna? Od kilku lat zastanawiam się jak mam nazywać ich relacje.
-Cześć, Shannie, już jesteśmy.- Cmokam go w policzek.
-Nie spodziewałem się was tak szybko.- Mówi, jednak cały czas wpatrzony w swojego brata.
-To widać.- Wymrukuje niebieskooki, a jego asystentka wycofuje się do środka mieszkania.- Od kiedy… wy… no, ten…- Jąka się, a ja wybucham śmiechem.
-Aleś ty ślepy.- Dźgam go w ramię.- Naprawdę nie zauważyłeś?

sobota, 24 grudnia 2016

ROZDZIAŁ SPECJALNY 2- SHANNON



Zatrzymuję się w miejscu i rozglądam dookoła, szukając wzrokiem blondynki. W końcu dostrzegam jej uśmiech. Podchodzę do niej i nachylam się, składając na jej policzku krótkiego całusa, w którego wkładam całe swoje serce.
-Cześć, Shan.- Mruczy, wtulając się we mnie.
-Cześć, Em.- Odpowiadam, całując ją we włosy, jednocześnie w duchu skacząc ze szczęścia, że mogę być tak blisko niej.
-I jak poszło? Gdzie Jared?- Odsuwa się na kilka centymetrów.- Został z Olivią?- Zakrywam jej usta dłonią, hamując kolejne pytania.
-Ciii.. Wszystko się udało. Lee jedzie z nami w dalszą trasę.- Unoszę kąciki ust jeszcze wyżej, a ta wyrywa mi się i wtula mocno w moje ciało. Uwielbiam oglądać ją szczęśliwą. Nagle unosi się na palcach i wbija w moje wargi. Przez moment nie ruszam się, nie wiedząc jak mam zareagować, ale w końcu odwzajemniam pocałunek, obejmując ją w talii. Jednak chwilę później odsuwa się niepewnie.
-Przepraszam, nie powinnam.- Mruczy, spuszczając wzrok.
-Wiem, ale mi się podobało.- Uśmiecham się, łapiąc ją za rękę.- Gdzie zaparkowałaś?- Wychodzimy na zewnątrz. Co jak co, ale ja po prostu uwielbiam LA, tu wiecznie jest ciepło.
-Gdzieś tam.- Wskazuje palcem na prawą stronę parkingu.- Wiesz, że ten pocałunek nic nie zmienia między nami?- Pyta, spoglądając na mnie niepewnie.
-Wiem.- Obejmuję ją ramieniem.- Ale bardzo za tobą tęskniłem.
-Ja za tobą też. To chyba mój samochód.- Blondynka ze śmiechem spogląda na tablicę rejestracyjną.
-Mhm.- Mruczę.- Zarysowałem ci go w tym miejscu dwa lata temu.- Wskazuję na drobną ryskę.
-Ty rozpoznajesz po czymś innym, ja po czymś innym.- Śmieje się cicho. Wsiadamy do pojazdu i ruszamy, a ja przypominam sobie wesele Matta, a raczej to co działo się potem…

Wychodzę z łazienki, wycierając ręcznikiem włosy, po czym rzucam go na fotel. Idę w kierunku łóżka, chcąc jak najszybciej się położyć, gdy ktoś puka. Wzdycham cicho, spoglądając na zegarek. Jest już grubo po czwartej nad ranem. Mimo wszystko podchodzę do drzwi i je otwieram. Za progiem dostrzegam uśmiechniętą Emmę.
-Co tu robisz?- Pytam, drapiąc się po tyle głowy.- Powinnaś być u siebie. Przecież odprowadziłem cię pod twój pokój.- Przyglądam jej się. Ciągle na sobie ma sukienkę z wesela, ale włosy związała w koka.
-Shan.- Odzywa się, zagryzając wargę.- Zamknij się. Wszystko psujesz gadaniem.- Podchodzi bliżej, kładąc dłonie na mojej klatce piersiowej i podnosi się lekko na palcach, by wbić się w moje wargi. Odwzajemniam pocałunek, ale po chwili odsuwam się na kilka centymetrów.
-Em, jesteś pijana.- Kładę dłoń na jej policzku.
-Nie jestem. Chociaż raz na jakiś czas chcę poczuć jak żyję.- Wyszeptuje, popychając mnie lekko do tyłu, a kopniakiem zamykając drzwi.
                                *                      *                      *
Łapię dwie karty do pokojów- mojego i Ludbrook i wychodzę na korytarz. Po chwili docieram do drzwi z numerem 54 i otwieram je, wchodząc do środka. Jak najszybciej zabieram dżinsy, jakąś koszulkę i bieliznę dla kobiety. Wracam do mojego pokoju, gdzie w łóżku ciągle śpi Em. Okładam ciuchy na fotelu i skrobię na karteczkę, coś w stylu „Jestem na śniadaniu”. Po raz kolejny kieruję się do drzwi. Nie mogę patrzeć na nią, gdy śpi, jak się budzi, bo wiem, że jeśli zaraz stąd nie wyjdę, będę wręcz pragnąć budzić się przy niej każdego dnia. W momencie, gdy chwytam klamkę, po pomieszczeniu roznosi się dzwonek mojej komórki.
-Cholera.- Syczę, wracając. Łapię telefon i odbieram, nawet nie patrząc, kto dzwoni.- Czego?- Fuczę cicho, starając się nie obudzić blondynki. Wychodzę na balkon.
-Gdzie ty jesteś? Śniadanie jest.- Odzywa się Tomo, a ja wywracam oczami.- Nie ma tylko ciebie, Emmy, Jareda i Olivii.- Automatycznie spoglądam na blondynkę, która przeciąga się na łóżku. Szlag! Nie chciałem tego widzieć, a jednocześnie o tym marzyłem.
-Za chwilę przyjdziemy. Obudzę ich.- Mruczę, po czym się rozłączam. Wracam do środka, gdzie Em czyta moją wiadomość.- To nieaktualne. Jeszcze nie zdążyłem wyjść.- Odzywam się, a ta odwraca się w moim kierunku, zagryzając wargę.
-Cześć.- Uśmiecha się lekko, a ja przeklinam się za to, że nie wyszedłem wcześniej. Już nigdy nie uwolnię się od tego widoku.
-Cześć. Chcesz jakąś tabletkę? Pewnie masz niezłego kaca. Wczoraj nieźle zaszalałaś, skoro aż do mnie zawędrowałaś.- Odwracam się, byle tylko na nią nie patrzeć. Kieruję się do łazienki, gdzie pewnie znajdę jakieś środki przeciwbólowe, jednak zatrzymuje mnie jej głos.
-Myślisz, że tylko po alkoholu do ciebie przychodzę?- Pyta, a ja odwracam się i dostrzegam w jej oczach ból.
-Nie myślę tak.- Opieram się o szafkę.- Ale na trzeźwo nigdy byś nie zaryzykowała „wielkiej kariery” u Jareda dla mnie, jego nic nie znaczącego brata. Dla ciebie to wszystko- Macham dłonią w powietrzu, próbując zobrazować naszą relacje.- nic nie znaczy.
-Bo to nie ma sensu, przecież wiesz.- Przyglądam się jak kobieta sięga po koszulkę, którą po chwili ubiera, nie pozwalając mi nawet przez sekundę podziwiać jej ciała.
-No właśnie jak dla mnie powinniśmy spróbować.- Zakładam dłonie na torsie, ciągle się w nią wpatrując.
-Shannon, daj spokój.- Wychodzi z pościeli i kieruję się do łazienki. Zaciskam mięśnie, po czym jej rozluźniam, uspokajając się odrobinę.
-Cholera.- Mruczę. Znów to samo. Właśnie dlatego nie chciałem jej oglądać rano, doskonale zdając sobie sprawę z tego, jak będzie wyglądać ten poranek.- Wychodzę!- Krzyczę, tak aby mnie usłyszała i niechcący trzaskam drzwiami, ale to może i lepiej. Niech myśli, że się na nią obraziłem, czy coś w tym rodzaju. Idę korytarzem, dopóki nie docieram do drzwi z numerem 55, który w naszym teledysku na moment zmienił się na 6277. Chwytam za klamkę, a drzwi ustępują. Tylko oni są w stanie nie zamknąć drzwi na kartę magnetyczną. Wchodzę do środka i dostrzegam obściskującą się parę. Bez wyrzutów sumienia, skaczę na łóżko, przerywając im tą chwilę czułości.
-Czego chcesz?- Pyta Jay, przyciągając do siebie Olivię.
-Jako jedyni jeszcze nie wstaliście, a za chwilę nie zostanie dla was ani okruszka ze śniadanie, więc polecam wybrać się do jadalni.- Mówię, rozkładając się jeszcze wygodniej.
-Jak się tu dostałeś?- Richardson wstaje i kieruje się prosto do łazienki, a ja przyglądam jej się, zastanawiając się dlaczego moje życie miłosne jest do dupy.- Shan, nie gap się na nią.
-No już nie mogę przyjrzeć się dokładnie dziewczynie swojego brata?- Uśmiecham się szeroko, bo wiem, że nie mogę się zdradzić.
-Nie, jeśli ma na sobie tylko prowizoryczną piżamę. A teraz odpowiadaj, jak się tu dostałeś?
-Było otwarte.- Niebieskooki wzdycha.
-Chyba muszę nauczyć Olivię zamykać drzwi. Właśnie, dobrze, że sobie przypomniałem. Czy jest coś między tobą, a moją asystentką?
-Przecież Emma nie ma czasu na romanse. Wczoraj tylko z nią potańczyłem.- Wzruszam ramionami.- Nic więcej. Naprawdę.- Zapewniam, chociaż lekko mija się to z prawdą.
-Dobra, Bro, wierzę ci. Tylko tak, z ciekawości pytałem.- Do sypialni wraca Richardson w koszulce Jareda z Black Sabbath.
-Ja jestem gotowa, a ty?- Pyta, a Jared idzie do łazienki. Kieruję swój wzrok na nią. Stoi, oparta o szafę z założonymi rękami, tak jak ja przed kilkoma minutami.
-No co?- Pytam, unosząc brwi.
-Wiesz, że możesz mi powiedzieć o rzeczach, których nie chcesz mówić jemu?- Wskazuje na drzwi, za którymi zniknął mój brat.
-Ale o co ci chodzi?- Dopytuję, tym razem marszcząc brwi. Czyżby się czegoś domyśliła.
-Emma mi o wszystkim opowiedziała.- Otwieram usta ze zdziwieniem. Kurwa, ale jak to? Ona by tego nie zrobiła, chociaż w oczach czarnowłosej nie dostrzegam fałszu.
-I co o tym myślisz?- Pytam zrezygnowany.
-Nie wiem. Muszę pierwsze poznać twoją wersję zdarzeń.- Wzrusza ramionami.
-Tu nie ma żadnych wersji zdarzeń. Po prostu od kilku lat sypiam z asystentką brata, przy okazji się w niej zakochując na zabój, a ona ciągle mnie odpycha.- Tym razem na twarzy dziewczyny dostrzegam zaskoczenia.
-Naprawdę?
-Co naprawdę? Przecież znasz prawdę.
-Blefowałam. Domyślałam się, że może coś między wami być, ale nie do końca w to wierzyłam.- Drapie się po włosach, a ja wzdycham. Jestem kretynem.- Ale spokojnie, nie pisnę ani słówka.- Uśmiecha się.- Musisz mi kiedyś na spokojnie o tym opowiedzieć.

niedziela, 18 grudnia 2016

75. WSZYSTKO ZMIERZA W DOBRYM KIERUNKU



18 marzec 2011
Spoglądam na Shannona z pod zbyt długiej już grzywki. Chyba muszę ją w końcu podciąć. Macham głową, próbując odsłonić sobie widok, na co młodszy Leto ze śmiechem odgarnia mi włosy na boki i cmoka w nos. Perkusista uśmiecha się szeroko, by zaraz potem udać, że wymiotuje.
-Jesteście uroczy, ale to już przesada.- Komentuje, a na moje policzki wkraczają rumieńce. ZNOWU. Agrrr… Jakoś odzwyczaiłam się od tych czułości Jareda.- Dobra, ja się chyba będę już z wami żegnać, bo zaraz mam samolot.- Podchodzi bliżej.- Młody, mam nadzieję, że tym razem tego nie spieprzysz.- Zwraca się do swojego brata grożąc mu palcem wskazującym.- Bo następnym razem już ci nie pomogę.- Uśmiecha się jeszcze szerzej i klepie niebieskookiego w ramię, po czym prawie wyrywa mnie z objęć Jaya i sam zamyka mnie w swoich silnych ramionach.
-Shan, dusisz.- Mruczę, próbując się wyplątać.
-Kiedy ja się tak cieszę, że jednak jesteście razem.- Odsuwa mnie na kilka centymetrów.- Bo wiesz, przez ten rok był okropny.- Wskazuje palcem na muzyka, a ten wywraca oczami.
-Nie musisz mi tego wypominać. A, i żeby nie przyszło ci do głowy mówić komukolwiek, że znów jesteśmy razem. To ma być niespodzianka.
-Mhmmm… Na pewno. Ani słówka nie pisnę.- Potwierdza starszy, wreszcie mnie puszczając.- To kiedy mam się was spodziewać w LA?
-Muszę najpierw załatwić wszystkie sprawy tutaj.- Odzywam się, wracając w objęcia Jareda.- Może uwinę się do przyszłego tygodnia.- Dodaję.
-Tylko, moi drodzy, nie zapominajcie, że bodajże 27 mamy koncert w Brazylii, o ile dobrze kojarzę.- Mruży oczy, przyglądając nam się.
-Tak, wiemy. Mi nie musisz przypominać. A teraz, Bro, uciekaj, bo ci samolot ucieknie.
-No pewnie, już mnie wyganiasz.- Shannon udaję obrażonego, ale przybliża się do mnie i cmoka w czoło, po czym klepie swojego brata w ramie.- W takim razie, do zobaczenia. Mam nadzieję, że mimo głupoty tego tu obok ciebie, nie zmienisz zdania i zobaczę cię jeszcze.
-Obiecuję. To mój prezent na twoje urodziny.- Unoszę kąciki ust lekko.
-Trzymam cię za słowo.- Salutuje nam i odchodzi w kierunku bramek. Spoglądam na niebieskookiego, który w tym samym czasie kieruje swój wzrok na mnie.
-Wracamy?- Pyta, a ja kiwam głową, zgadzając się.- Ty naprawdę sądzisz, że nikomu o nas nie powie?- Mężczyzna spogląda na mnie z powątpieniem.- Oki, rozumiem.- Wychodzimy powoli z lotniska i po chwili już siedzimy w czarnym samochodzie należącym do mojego cholernego przyjaciela. Opieram głowę o szybę, czując się po prostu bezpiecznie, gdy za kierownicą siedzi młodszy Leto.- Gdzie mam jechać? Do domu Jacka czy do twojego mieszkania?- Pyta po długiej, ale przyjemnej ciszy. Spoglądam na czarny zegarek na nadgarstku.
-Właściwie to jedź w kierunku domu, a ja ci powiem gdzie skręcić. Odbierzemy dzieciaki ze szkoły.- Z kieszeni skórzanej kurtki wyciągam telefon i piszę wiadomość do Whita, który pewnie siedzi w wytwórni.- Henry cię polubił.- Dodaje, a mężczyzna uśmiecha się szeroko.
-To pewnie dlatego, że cały czas bawię się z nim samochodzikami.- Mówi, skręcając.- Zastanawiam się, ile czasu John spędza z nimi.- Spogląda przelotnie na mnie.
-Wbrew pozorom dużo.- Uśmiecham się.- Codziennie robi im śniadanie, kanapki do szkoły i pomaga im w nauce jak wróci, bawi się z nimi, rozmawia, zawsze przed snem coś opowiada.- Wymieniam.- Może i jest pracusiem, ale kocha je nad życie.- Milknę i nie odzywam się aż do momentu, w którym pokazuję mężczyźnie gdzie ma skręcić. Jay parkuje naprzeciwko wejścia do szkoły, tak, żeby od razu nas zauważyli i wysiadamy z samochodu. Niebieskooki opiera się o maskę, a ja staję przed nim i przechylam lekko głowę.
-Hej, a gdzie ty masz szalik? Przecież będzie ci zimno.- Pstryka mnie w nos, a ja robię dodatkowy krok do przodu i wpadam w jego ramiona.
-Ciepło mi.- Kładę głowę na jego klatce piersiowej i wsłuchuję się w micie jego serca. Ten nachyla się i przejeżdża nosem, po mojej odsłoniętej szyi, a po moim ciele przechodzi dreszcz.- Ej!- Odchylam się i patrzę prosto w jego oczy.- Co to miało być?
-Ubierz szalik, to przestanę.- Uśmiecha się szeroko, a ja chcąc, nie chcąc wracam do auta. Moment później wracam do niego, ale tym razem siadam na masce.- Tak się zastanawiam.- Odzywa się, a ja spoglądam na jego profil.- Czy jak David tak cię smyrał, to też tak reagowałaś?- Spogląda na mnie z powagą, jakby to było naprawdę dla niego ważne.
-Szczerzę?- Pytam, a ten zagryza wargę, potwierdzając.- Nie pozwalałam mu na nic. Tak naprawdę nawet się nie całowaliśmy.- Wyznaję.- Moje usta należą tylko do ciebie.- Wyszeptuje, a ten odwraca się i łączy nasze wargi w delikatnym pocałunku, który przerywają nam dwa urocze stworki.
-Ciocia i wujek!- Krzyczy ten młodszy. Odrywam się od muzyka i spoglądam na chłopca.
-Henry i Scarlett!- Przedrzeźniam go, a ten wystawia w naszym kierunku ręce.- O nie. Jesteś już za duży na noszenie na rękach.- Zeskakuję z maski i mierzwię jego brązowe włoski.- To, że tata cię ciągle nosi, nie znaczy, że ja też będę.- Kucam i poprawiam mu szalik i dosuwam go końca kurtkę.- Wskakujcie do samochodu.- Dzieciaki posłusznie zajmują miejsca z tyłu, a ja spoglądam na Jareda, który ciągle opiera się o pojazd i przygląda mi.- No co?- Pytam w końcu.
-A sama szalika ubrać nie chciałaś.- Mruczy, a ja szybko cmokam go w wargi.
-Nie marudź.- Idę śladem dzieci i również zajmuję miejsce w aucie, ale z przodu. Odwracam się do nich.- Pasy zapięte?- Dwie głowy kiwają się w górę i w dół.- W takim razie ruszamy. Jak było w szkole?
-Henry znów pobił się z Jacobem.- Odzywa się po raz pierwszy dziewczynka.
-Cholera.- Mruczę, ale nie na tyle cicho, żeby tego nie usłyszały. Leto włącza się do ruchu, jednocześnie spoglądając na mnie z uniesioną brwią.
-A tata mówił, że to słowo jest brzydkie i nie wolno nam go używać.- Krzywię się, słysząc brunetkę.
-Bo wasz tata ma racje. Jeśli kiedykolwiek usłyszę to słowo z waszych ust, to nie dostaniecie obiadu, jasne?- Przyglądam się im w lusterku.- Teraz, młody, mów o co tym razem poszło?
-Bo on jest głupi!- Buczy chłopiec, a ja wzdycham. I jak mu wytłumaczyć, że nie wolno bić kolegów.
-Wiesz ilu ja znam głupich ludzi?- Zaczyna niebieskooki, skręcając.- Począwszy od mojego brata, ale jakoś ich nie biję i ty też nie powinieneś.
-Ale wujek Shannon nie jest głupi.- Uśmiecham się, a że akurat stoimy na światłach, muzyk obraca się do tyłu z uniesioną prawą brwią.- No może trochę.- Przyznaje ze śmiechem.
-No widzisz.- Z powrotem patrzy na drogę, wjeżdżając na ulicę, na której mieszka Gillis.- Więc, ty też nie bij tego chłopczyka. Bo to bardzo nie ładnie i jeśli jeszcze raz się to powtórzy, to już nigdy się z tobą nie pobawię, jasne? – Zajeżdża pod bramę i spogląda na mnie.- Znasz kod, prawda?- Pyta, wskazując na klawiaturę z cyferkami.
-091077- Dyktuję, a ten wklepuje liczby, dzięki czumu brama się odsuwa.
-To twoja data urodzenia.- Mówi.
-Jack stwierdził, że moja data urodzenia jest najbezpieczniejsza i przynajmniej nie zapomni o mnie.- Uśmiecham się.- Gdyby dał dzieciaków, swoją albo Karen ktoś mógłby się domyślić.- Tłumaczę.
-W sumie racja.
                                *                      *                      *
Siadam na stopach i przyglądam się jak Scarlett rozwiązuje zadania z matematyki, jednocześnie sprawdzając, czy nie robi jakiś błędów. W końcu dziewczynka zamyka zeszyt i spogląda wyczekująco na mnie.
-Mogę już iść?- Pyta, wpatrując się na mnie.
-To na pewno wszystkie zadania?- Kiwa główką, a jej brązowe loczki latają we wszystkie strony.- W takim razie uciekaj.- Dziewczynka podnosi się z małego krzesełka i biegnie w kierunku dywanu, gdzie Jared z Henrym bawią się samochodzikami. Ja również się podnoszę, z tym wyjątkiem, że ja idę do kuchni.- Głodni?- Wołam.
-Nie!- Odpowiadają mi dwa głosy. Biorę więc tylko butelkę wody i wracam do pomieszczenia, gdy drzwi wejściowe się otwierają i pojawia się Jack.
-Cześć, Lizi.- Uśmiecha się szeroko i cmoka mnie w czoło.- Gdzie ukrywają się moje łobuzy?- Pyta, a po chwili obok niego pojawiają się dwa stworki.
-TATA!!!- Wrzeszczą, a ja zatykam uszy.
-Hej, cicho, bo ciotka ogłuchnie przez was.- Bierze dzieci na ręce, a ja wracam do salonu, do Jareda. Siadam obok niego na dywanie i szturcham łokciem.
-Masz jeszcze energię do zabawy?- Mruczę, odkładając głowę na jego ramieniu.
-Do zabawy z tobą, zawsze.- Rusza brwiami, a ja wybucham śmiechem.
-Nie oto mi chodziło, głupku.- Podnoszę się i całuję go lekko.
-Nie miziajcie się przy dzieciach.- Komentuje White, odkładając swoich potomków na sofę.- Dzwoniłem do kolesia od mieszkania. Jeśli zależy ci na czasie, możesz zrezygnować z umowy w tym tygodniu.
-Naprawdę?- Zagryzam wargę, wpatrując się w czarnowłosego.
-No tak. W wytwórni też nic cię nie trzyma, więc spakujesz się i możesz wyjeżdżać.- Wzrusza ramionami. Zrywam się z podłogi i wtulam w niego.
-Uwielbiam cię.- Mruczę w jego czarną koszulkę, a ten śmieje się cicho.
-Wiem, Lizi, wiem.
-Kiedy wraca Karen? Nie zostawię cię samego z tymi łobuzami.- Odsuwam się na kilka centymetrów.
-Pojutrze wieczorem, ale dam sobie radę. Henry, chcesz odwiedzić ciocię Roxie w wytwórni?- Zwraca się do chłopczyka, a ten podskakuję na kanapie.
-TAK!!!- Spoglądam z powątpieniem na mężczyznę.
-Chyba zwariowałeś. Rozpętasz trzecią wojnę światową, zabierając go do pracy.- Może i Henry uwielbia odwiedzać ojca w wytwórni, ale jednocześnie Roxanne tego nie znosi. Tylko nie jestem pewna dlaczego. Może przez to, że mały Gillis demoluje wszystko na swej drodze, a może przez to, że dziewczyna ledwo radzi sobie z jego ojcem.- Jay, zostajemy tu, dopóki nie wróci Ruda.- Ogłaszam, a Jack wywraca oczami.
-No przecież nie będzie aż tak źle.
-Będzie jeszcze gorzej. Zresztą, koniec tematu. Jesteś głodny? Póki jeszcze tu jestem, mogę ci ugotować coś porządnego.
-Cholera.- Mówi Henry, ni stąd ni zowąd, a ja otwieram szeroko usta, mierząc spojrzeniem chłopca.
-Henry Lee, czy ja się przesłyszałem, czy jednak coś powiedziałeś?- Mały, kręcony brunecik kiwa główką w górę i w dół.- Kto cię nauczył takich brzydkich słów?- Palec chłopczyka zmierza prosto w moją stronę, a ja jedyne co mogę zrobić, to wyrzucić ręce w górę.
-To nie ja!- Czarnowłosy unosi prawą brew do góry, zresztą podobnie jak Jared.- No dobra, raz czy dwa mi się wymsknęło.- Dodaję.- A ty, stworze, nie dostaniesz obiadu, tak jak obiecałam.  

niedziela, 11 grudnia 2016

74. WSZYTSKIE NIEDOKOŃCZONE SPRAWY

13 marca 2011

Budzę się wtulona w coś ciepłego. Otwieram oczy, przypominając sobie cały wczorajszy dzień, a mój wzrok kieruję się w stronę Jareda. Moje serce przyśpiesza i skacze z radości, że to on jest tu ze mną. Próbuję się podnieść, nie budząc przy tym mężczyzny, ale zatrzymują mnie jego ramiona.

-Nie uciekaj mi jeszcze.- Mruczy, z ciągle zamkniętymi powiekami.- Nie spałem tak dobrze od roku.- Otwiera oczy, a ja tonę w jego niebieskich tęczówkach. Kładę się z powrotem obok niego.

-Masz problemy ze spaniem?- Pytam, wpatrując się w brudnobiały sufit.

-Coś takiego.- Odpowiada.- Nie mogę zasnąć, a jak już mi się to uda, to po chwili budzi mnie jakiś koszmar.- Tłumaczy, a mi przypominają się własne sny, przez które czasem nie mogę zasnąć.

-Ja też tam mam.- Odzywam się, odnajdując jego dłoń. Delikatnie przejeżdżam po jego kostkach, a ten łączy nasze palce.

-Jesteś moim lekarstwem na zło.- Szepcze, przekręcając się na bok.- Bardzo cię kocham.- Wyznaje, wpatrując się w moje oczy.

-Ja też cię kocham i nigdy nie przestałam, ale jak wyobrażasz sobie to wszystko? Ty masz trasę, ja pracę.

-Olivio Carriee Richardson, czy ci się to podoba, czy też nie, ale jedziesz w trasę ze mną. Nie chcę cię stracić już nigdy więcej.- Kładzie rękę na moim policzku i delikatnie gładzi kciukiem moją skórę. W mojej głowię analizuję wszystkie plusy i minusy wyjazdu i mimo, że w moim mniemaniu tych drugich jest więcej, chociaż raz w życiu postanawiam zaryzykować.

-Zgadzam się.- Odzywam się, a muzyk marszczy brwi.

-Mówisz serio?- Dopytuje, a ja potwierdzam, kiwając głową.

-Tak.- Wypuszczam gwałtownie powietrze z ust, po czym zaczynam się śmiać.- Cholera, właśnie uświadomiłam sobie, że jeszcze nigdy na nikim nie zależało mi tak jak na tobie. Zrobię dla ciebie wszystko, rozumiesz? Tylko nie każ mi nikogo zabijać, bo w więzieniu wyląduję.- Muzyk dołącza do mojego śmiechu.

-A już zaczynałem się cieszyć, że wreszcie pozbędę się Shannona.- Komentuje, całując mnie w nos i przez moment mam wrażenie, że znów jesteśmy w kamienicy w NY.

-Jay?- Odzywam się, poważniejąc.- Sprzedałam mieszkanie.- Mówię, zastanawiając się jak zareaguje.

-Wiem.- Otwieram usta ze zdziwienia.- Jestem nowym właścicielem.- Uśmiecha się, a ja marszczę brwi. Przecież wiem komu sprzedawałam i to na pewno nie był on. Już otwieram usta, żeby coś powiedzieć, ale on mnie uprzedza.- Zmusiłem kolesia od oświetlenia, żeby je kupił, a potem odkupiłem je od niego.- Tłumaczy.- Nie mogłem pozwolić na to, by to miejsce należało do kogoś innego.- Podnoszę się gwałtownie do pozycji siedzącej.- Coś się stało?- Pyta Leto z obawą w głosie. Odwracam się w jego kierunku i uśmiecham lekko.

-Nie, po prostu wciąż nie mogę uwierzyć, ze tu jesteś. Przecież ja cię tak bardzo skrzywdziłam.- Macham dłonią przed oczami, próbując odpędzić łzy.- Przecież powinieneś mnie nienawidzić całym sercem.- Pociągam nosem, a łzy ignorują moje starania i po chwili spływają po moich policzkach. Jared podnosi się i przyciąga mnie do siebie, obejmując mnie mocno.

-Co ja ci kiedyś mówiłem o nienawiści?- Pstryka mnie w nos.- Kocham cię najbardziej na świecie. I swoim postępowaniem zraniłaś też siebie, nie zapominaj o tym.

-Przepraszam.- Wyrywam się z jego objęć.- Idę pod prysznic.- Mruczę, uciekając do łazienki. Rozbieram się i włączam lodowatą wodę, żeby się pobudzić. Nie wiem ile czasu stoję pod strumieniem, ale gdy zaczynam trząść się z zimna, wychodzę. Ubieram się w zwykłe, czarne dżinsy i jakąś starą koszulkę. Biorę głęboki wdech i otwieram drzwi, ale mężczyzny już w sypialni nie ma. Garbię się lekko i podążam w kierunku kuchni. No, o ile można to tak nazwać, bo to po prostu malutki salonik z blatem, kuchenką i lodówką na jednej ze ścian i małym stołem z dwoma krzesłami. Przez te kilkanaście tygodni, które tu spędziłam, to mi wystarczyło. Przy stoliku zauważam już ubranego muzyka.- Już jestem.- Odzywam się lekko.

-Olivia.- Zaczyna, a ja podchodzę bliżej i dostrzegam, że w dłoniach obraca pierścionek. Ten sam, który przez dwa lata nosiłam na palcu. Podnosi się i staje obok mnie.- Chcę, żebyś go miała.- Wręcza mi przedmiot.- Możesz z nim zrobić co tylko ze chcesz.- Przyglądam się wyrytym na nim znakom i po prostu zakładam na palec, czując że to jego miejsce i jednocześnie obiecując sobie, że już nigdy go nie ściągnę. Wracam spojrzeniem do niebieskookiego, który uśmiecha się leciutko.- Jesteś pewna?- Kiwam głową.- Nawet nie wiesz, jaki jestem w tej chwili szczęśliwy.- Przybliża się i całuje mnie czule, a ja czuję tyle miłości, jak jeszcze nigdy.- Mam rozumieć, że zaczynamy wszystko od początku?- Po raz kolejny potwierdzam, a mój brzuch się odzywa.- Chyba jesteś głodna.- Śmieje się cicho.- Siadaj, ja zrobię śniadanie.- Zajmuję jego poprzednie miejsce i przyglądam się jego ruchom. Podchodzi do lodówki i przez chwilę stoi z głową w urządzeniu.-Przestałaś być weganką?- Pyta.

-Nie?- Marszczę brwi, zastanawiając się, co takiego mógł tam znaleźć.

-Palisz?- Znów rzuca pytanie, a ja wybucham śmiechem. Leto odwraca się, a w dłoniach trzyma paczkę papierosów i jogurt malinowy.- To jest śmieszne?

-Nie palę. To Jacka. Czasem u mnie nocuje, bo ostatnio ma kłopoty z Karen, więc jak znajdziesz jakieś męskie ciuchy, to wszystko jego.- Wzdycham, podwijając nogi pod brodę.- Wiesz, White ciągle pracuje i w wytwórni siedzi chyba dłużej niż w domu, a Ruda ma trasę, ostatnio też jakieś pokazy w Europie.- Opieram głowę na kolanach.- Próbuję im jakoś pomóc, ale mam wrażenie, że tylko ja staram się naprawić ich związek. A Jackie mi tylko w tym przeszkadza. To jemu powinno zależeć, a nie mi.- Unoszę wzrok akurat w momencie, gdy niebieskooki stawia na blacie zwykły, biały kubek z kawą.

-Znalazłem tylko to.- Przysuwa sobie drugie krzesło i siada naprzeciwko mnie.- Może tak właśnie miało być i nie byli sobie przeznaczeni?- Łapie moją dłoń i ściska lekko.

-Już sama nie wiem. Chcę im się po prostu odwdzięczyć za to wszystko co dla mnie zrobili przez ten rok. Nawet nie wiesz jak mi pomogli.- Upijam łyk napoju.- Przepraszam, że tak ciągle gadam.- Wzdycham.- Opowiedz jak tam życie w trasie.

-Szczerzę?- Potwierdzam, a ten drapie się po włosach.- Okropnie. Uciekam w pracę i ze wszystkimi się kłócę. Nie wiem czy wiesz, ale mamy Olitę w zespole.

-Współczuję z całego serca. Ja z nim tygodnia nie wytrzymałam.

-To prawda, jest strasznie wkurzający, ale to jedyna osoba, która nie reagowała na moje krzyki i nie obrażała się.

-A co u Constance? Bardzo mnie znielubiła za to, że od ciebie odeszłam?- Uważam, żeby po raz kolejny nie użyć słowa „nienawiść", co wychodzi mi chyba dobrze.

-Była zrozpaczona, bo straciła jedyną córkę. Za to Shan, mimo, że wczoraj mówił, ze za tobą tęsknił...- Przerywam mu.

-Wiem. Napisał do mnie kiedyś maila. Wtedy gdy się upiłeś.- Dodaje, a ten uśmiecha się lekko.

- Wiesz, może ja skoczę do jakiegoś sklepu, bo przeszukałem całą kuchnię i nie znalazłem nic zdatnego do jedzenia.- Nachyla się i cmoka mnie w nos.- Gdzie znajdę najbliższy spożywczak?

-Na przeciwko.- Uśmiecham się lekko, a ten podnosi się.

-W takim razie zaraz wracam.- Kieruje się w stronę drzwi, które gwałtownie otwiera i staje jak zamurowany.- Chyba masz gościa.- Mruczy, a ja marszczę brwi, odkładając kawę na stolik.

-Macie.- Poprawia Jack wchodząc do środka.- Leto, nawet nie waż się uciekać.- Łapię mężczyznę za ramie i prowadzi na jego poprzednie miejsce, czyli krzesło obok mnie.- Co wy sobie wyobrażacie? A ty, baranie?- Zwraca się do niebieskookiego.- Myślałem, że jakoś zaopiekujesz się Olivią. Wiecie jak się o was martwiliśmy. Zniknęliście bez śladu, nie odbieracie telefonów.

-Przykro mi, ale mój został w twoim samochodzie, Sherlocku.- Fuczę, bo czasem naprawdę nie znoszę, gdy White zachowuje się jak mój starszy brat.

-Nie tym tonem, Lizi. Martwię się.- Przeczesuje włosy palcami.- A ty, co masz na swoją obronę?- Zwraca się do Jareda.

-Chyba zostawiłem komórkę w motelu.- Odpowiada nie pewnie.

-Więc twój brat to sierota.- Jack opiera się o blat, po czym zauważa paczkę fajek leżących obok.- Ahh... Dobrze, że je tu zostawiłem.- Mruczy i wyciąga jednego.

-Idź na balkon.- Mówię.- A ty, Jay, miałeś skoczyć do sklepu.- Przypominam.

-Już znikam.- Młodszy Leto po raz kolejny się podnosi i wychodzi z mieszkania, a ja idę za drugim muzykiem na mały tarasik, gdzie ten zatruwa siebie, mnie i cały świat.

-Sześć minut, kretynie.- Mruczę, siadając na parapecie. John odwraca się i opiera o barierkę twarzą do mnie, po czym gasi papierosa. Odkąd przeczytałam ile jeden przedmiot odbiera życia, ciągle męczę tym Whita.

-Pogodziliście się?- Pyta cicho, a ja niepewnie potwierdzam.- Bardzo się cieszę. Naprawdę.- Przybliża się i zamyka mnie w mocnym uścisku.- Kocham cię jak siostrzyczkę i bardzo zależy mi na twoim szczęściu, wiesz?- Odchyla mnie na kilka centymetrów.- Mam nadzieję, że już nigdy nie zrobisz takiego głupstwa jak rok temu.- Całuje mnie w czoło.

-A ty co robisz ze swoim życiem, co?- Zakładam ręce na piersi.- Przecież ty i Karen...- Przerywa mi.

-To koniec. Rozwodzimy się.- Przymyka powieki.- Wiesz, że się starałaś, ale to nasza wspólna decyzja. Zrozum, tak będzie lepiej.

-A co z dzieciakami?- Dopytuję.

-Nie wiem, ale nie chcę żebyś się obwiniała, bo wiem, że to robisz.- Uśmiecha się lekko.- Zdaje się, że to tylko i wyłącznie moja wina. Jasne, kochałem Karen, ale to chyba było bardzo przelotne uczucie, bo moje serce należy do kogoś innego.- Spuszcza wzrok.

-Zauważyłam.- Mruczę.- W takim razie dlaczego pozwoliłeś jej odejść?

-Tak naprawdę nigdy nie pozwoliłem. Jestem przy Megan zawsze, gdy mnie potrzebuje. Chociaż teraz ma męża. Zawsze bez wyjątku jej wysłucham, bo ją kocham, tak jak Jared kocha ciebie.

niedziela, 4 grudnia 2016

73. MIAŁ BYĆ ŚLUB



12 marca 2011
Poprawiam czarny krawat, przyglądając się odbiciu w lusterku. Przeczesuję włosy, które wyglądają teraz w miarę normalnie, w przeciwieństwie do mojego życia. Za nie całą godzinę zrobię coś, czego mam nadzieję, nie będę musiał żałować.
-Shan, gotowy na popełnienie największej głupoty w naszym życiu?- Pytam, a ten wychyla się z łazienki, wystrojony w porządny garnitur. Chyba nigdy nie widziałem go tak eleganckiego.
-Popełnialiśmy większe głupoty.- Puszcza mi oczko, uśmiechając się cwano, a ja kręcę głową z politowaniem. Ponownie spoglądam na szklaną taflę.
-A co jeśli ona jest z nim szczęśliwa?- Perkusista wzdycha, ale nie jest w stanie odpowiedzieć, bo przerywa mu mój telefon. Spoglądam na wyświetlacz. WHITE. Odbieram.- Już wychodzimy.- Mówię.- A gdzie ty jesteś? Miałeś być u nas godzinę temu.
-Lizi mnie potrzebuje.- Odzywa się.- Chce pogadać, jeszcze przed tym całym cyrkiem. Musicie przyjechać sami. Bo macie samochód?
-Coś się stało? Ma wątpliwości?- Dopytuję.
-Do cholery jasnej, nie wiem. Stoję w korku pół kilometra od tego całego kościoła. Macie ten samochód, czy mam coś załatwić?
-Mamy. Napisz jak się czegoś dowiesz.
-A wy się lepiej nie spóźnijcie, bo inaczej ja to wszystko przerwę, jasne?- Wywracam oczami.
-Jak słońce.- Rozłączam się, nie czekając na to co powie.- Jedziemy sami.- Ogłaszam, zgarniając kluczyki z szafki.- I to ty prowadzisz.- Rzucam je bratu.
-Hej, ho, do pracy by się szło…- Wyśpiewuje Shan, wychodząc z naszego pokoju hotelowego.
Czterdzieści minut później stoimy przed kościołem, w którym ma się odbyć uroczystość. Przyglądam się budowli. Jack od naszej rozmowy nie odezwał się, a ja coraz bardziej się niepokoję. Wszystko powinno już trwać.
-Dobra, spinaj dupsko, brachu i do roboty. I tak jesteśmy do tyłu z czasem.- Biorę głęboki wdech i wysiadam z wypożyczonego forda.- Ja tu poczekam.- Dodaje.- A ty leć odzyskać miłość swojego życia.- Po raz kolejny puszcza mi oczko.- Tylko nie stchórz!- Grozi mi palcem. Wzdycham, przypominając sobie uśmiech Olivii i nogi same wiodą mnie pod drzwi budynku. Otwieram je zamaszystym ruchem i z zamkniętymi powiekami krzyczę.
-STOP!- Otwieram oczy szeroko, nie wierząc w to co widzę…


OLIVIA




Spoglądam na gości, siedzących w ławkach, zatrzymując swój wzrok na Jacku, który ciągle spogląda na zegarek, to na drzwi, a skończywszy na mnie. Czuję się jakoś pewniej odkąd dowiedział się co planuję, ale jednocześnie chciałabym by był tu ktoś jeszcze. Ten na którym naprawdę mi zależy, ale skoro go nie ma muszę zrobić to sama. David wypowiada „tak”, a kapłan zwraca się do mnie.
-Czy ty Olivio Carrie Richardson bierzesz Davida Joe Gunna za męża?- Uśmiecham się szeroko, patrząc głęboko w ciemne oczy blondyna, całkowicie różne od błękitnych tęczówek Jareda.
-Nie.- Na jego twarzy pojawia się zaskoczenie, prawdopodobnie tak duże jak na twarzach wszystkich obecnych, oprócz Whita, który wie o wszystkim. Ponownie obracam głowę i spoglądam na czarnowłosego, który uśmiecha się w taki sposób jak ja, podobnie jak Terry, Emily, Tony, Henry, bliźniacy, Lomax, Annie i jeszcze parę osób, które przyszły tu dla mnie. Wracam spojrzeniem do mojego niedoszłego męża, a moja dłoń serwuje mu soczystego liścia.- To za uderzenie mnie wczoraj.- Mówię, ściskając dłoń w pięść. Tym razem obrywa po całości.- A to za zdradzenie mnie, chociaż nie byliśmy jeszcze małżeństwem. Zdrada to coś czego nie przebaczam, powinieneś to wiedzieć.- Unoszę wysoko głowę i ignorując jego wściekłe spojrzenie, podążam w kierunku drzwi, które nagle się otwierają. Z zaskoczeniem przyglądam się mężczyźnie, który krzyczy.
-STOP!- Przykładam rękę do ust. Czyli jednak przyszedł. Nagle jego oczy wyglądają jak obiektywy aparatu. Tak jakby dopiero teraz mnie dostrzegł. Uśmiecham się, a do moich uszu dociera kolejny krzyk. Tym razem ojca.
-Uciekajcie!- Rzucam się biegiem, by jak najszybciej dotrzeć do wyjścia, do Jareda, a goście siedzący po mojej stronie zaczynają klaskać. Zatrzymuję się przy muzyku, ale ten ciągnie mnie dalej. Moment później pakujemy się na tył jakiegoś samochodu.
-Jedź!- Warczy brunet. Spoglądam przez szybę i dostrzegam wściekłego Davida, stojącego przed budynkiem, który powoli znika za rogiem. Odwracam głowę w drugą stronę i tonę w niebieskich tęczówkach. Przełykam ślinę
-Co tu robisz?- Pytam, zagryzając wargę. Ten wzrusza ramionami.
-Chyba chcę cię odzyskać.- Uśmiecham się.- Nie mogę znieść dłużej życia bez ciebie.
-A ja tym bardziej.- Spoglądam na kierowcę, który wymruczał te słowa.- Wiesz jaki on jest irytujący bez ciebie?
-Shan, tęskniłam.- Mężczyzna odwraca się na moment, a w jego ciemnych oczach dostrzegam iskierki szczęścia.
-Ja za tobą też, mała.- Puszcza mi oczko.
-Chyba jestem egoistą.- Odzywa się Jay, opierając o siedzenie. Tym razem przyglądam mu się z uwagą.- Chciałem zepsuć twój ślub.- Wybucham śmiechem, do którego i on się dołącza.
-Chyba zrobiłam to pierwsza. Dobrze, że dotarliście na czas.
-Wiedziałaś co planujemy?- Dziwi się, a ja z uśmiechem potwierdzam.
-Jack mi wszystko wyznał, gdy ja powiedziałam mu o moim planie. Nie zadzwonił do ciebie, bo prawie spóźniłabym się na swój ślub.- Robię słodką minę, a ten kręci głową z politowaniem.
-Typowe.- Wyszeptuje. Nachylam się w jego stronę.
-Przepraszam.- Mówię, tym samym tonem głosu.- Musiałam przemyśleć to wszystko i dać nam czas.- Zerkam na jego dłonie, które teraz wędrują do mojego policzka.
-Dobrze, że nie potrzebowałaś więcej czasu, bo wyszłabyś jeszcze za tego dupka.- Wyszeptuje, wprost w moje usta, po czym łączy nasze wargi. Brakowało mi tego i nie wiem jak mogłam przeżyć choć dzień bez jego pocałunku.
-Jesteśmy na miejscu.- Przerywam nam głos Shannona.- Wiem, że jesteście w trakcie bardzo ważnego momentu, ale nie możemy siedzieć wieki w tym samochodzie.- Spoglądam na perkusistę, po czym otwieram drzwi auta. Przyglądam się jakiemuś podrzędnemu motelowi, pod którym się zatrzymaliśmy.- Przepraszamy za miejsce, ale tak wyszło.- Starszy z braci wzrusza ramionami, a ja uśmiecham się szeroko.
-Podoba mi się.
-Jesteś niepoprawna politycznie, Olivio Richardson.- Czuję obecność Jareda za sobą.
-Możemy się przejść i porozmawiać?- Odwracam się do niego i kiwam głową, zgadzając się.
-A masz może coś, w co mogłabym się przebrać?- Nagle dociera do mnie w jakiej sytuacji właśnie się znaleźliśmy. Przez rok nie odezwaliśmy się do siebie ani słowem, a nawet gdyby próbował to zrobić, nie wiedziałby gdzie jestem, bo jak tchórz uciekłam do Jacka, a poza tym pewnie był zajęty trasą. Zastanawiam się tylko, czy on też przeżył nasze rozstanie tak jak ja. Przebieram się w jego czarne spodnie, które są kilkanaście centymetrów za długie i jedną z jego bluz. Jedną z tych, które to ja mu namalowałam. Wychodzę z łazienki, uprzednio podwijając nogawki.
-Przypomina mi o tobie.- Mówi, wskazują na górną część garderoby. Chyba nadal czyta mi w myślach. Uśmiecham się lekko, wychodząc z pomieszczenia. Idziemy przed siebie w ciszy, którą w końcu przerywam.
-Nadal o niej czasem myślisz?- Pytam, a on spogląda na mnie z bólem.
-Codziennie.- Wyszeptuje.- Jej strata boli mnie z taką samą siłą jak na początku.- Dodaje.- A bez ciebie, bolało to jeszcze bardziej.
-Przepraszam, ale ja nie umiałam…- Urywam, nie wiedząc co tak naprawdę chcę powiedzieć. Że nie umiałam poradzić sobie ze stratą dziecka? Czy, że patrząc na niego, czułam się źle? A bez niego jeszcze gorzej?
-Nie musisz nic mówić.- Obserwuję jak wkłada dłonie do kieszeni. Zatrzymuję się nagle, nawet nie myśląc co robię.
-Muszę, bo to ja rozwaliłam nasz związek.- Muzyk odwraca się w moją stronę.- Nie umiałam sobie z tym poradzić. Nie mogłam spać po nocach, ciągle myślałam o tym jakby wyglądało nasze życie z Melody.- Jared bierze głęboki wdech.
-Ale ja nie byłem lepszy.- Wymrukuje.- Uciekłem w prace. Nagraliśmy tą płytę, potem wymyśliłem tą durną trasę. Ja też jestem tym winnym.- Przygląda mi się ze smutkiem.- I wydawało mi się, że to pomoże, ale tak nie było. Teraz to wiem. Bo jedyne o czym myślałem przez ten cały rok byłaś ty i Melody. I znów stałem się Jaredem z przed ciebie i wyżywałem się na wszystkich i nienawidzę być tym Jaredem, ale tylko przy tobie jestem inny. Bo przy tobie jestem sobą i mam nadzieję, że damy sobie drugą szanse.- Uśmiecham się lekko.
-Bardzo chciałam to usłyszeć.- Szepczę, wtulając się w jego ciało.- Bardzo za tobą tęskniłam.- Wdycham jego zapach, który od zawsze przypominał mi o domu.