POSTACIE Strona głóna

poniedziałek, 30 maja 2016

46. PIJANY NOS

16 marzec 2007


Spoglądam na czarnowłosą, która tańczy na środku busa z moją asystentką. Ja się tylko pytam, jak i kto przekonał Emmę do alkoholu? Pierwszy raz widzę, żeby coś piła, a widzieć ją pijaną, to już dopiero cud. Mam wrażenie, że ten, kto to uczynił, jutro straci swoje życie. Dziewczyny robią obrót, wpadając przy okazji na szafkę kuchenną. Odwracam wzrok na Shannona, na ustach którego pojawił się wielki uśmiech.
-To twoja sprawka?- Wskazuję na niego palcem, a ten wybucha śmiechem, wzruszając ramionami.
-Same chciały, prawda Tomo?- Spogląda na naszego gitarzystę, który śpi obok niego.- No nic, śpi.
-Shan, następnym razem uzgodnij ze mną, że je upijasz i może nie kilka godzin przed koncertem.- Wzdycham, uświadamiając sobie, że muszę wstać dwie godziny wcześniej, żeby zastąpić Ludbrook.
-Trzeba było nie iść do sypialni. Właśnie, co ty tam robiłeś?
-Piosenkę pisałem. Nie wiesz, za ile będziemy na miejscu?
-Do piętnastu minut. Rozmawiałem z kierowcą, zanim one zaczęły tańczyć.- Spoglądam na nasze towarzyszki, które ze śmiechem siadają obok perkusisty. Emma napiera powietrza i zaczyna swoją wypowiedź.
-Miałam ci tego nie mówić, ale w El Paso twój chłoptaś złamał sobie nos.- Otwieram szeroko oczy, czekając na reakcje Olivii, a ona jedynie co robi, to wybucha śmiechem.
                                *                      *                      *
Wchodzę do jadalni, gdzie przy dużym, okrągłym stoliku siedzą wszyscy. Do moich uszów docierają krzyki Emmy pod adresem tego głąba, zwanego Shanem. Uśmiecham się lekko, widząc czarnowłosą, opierającą głowę na dłoni, nad zapewne kubkiem kawy, bo co by ona innego piła rano? Podchodzę bliżej, zatrzymuję się nad nią i kładę dłonie na jej ramionach. Ta unosi zrezygnowany wzrok na mnie. Całuję ją we włosy.
-Cześć, Kochanie.- Mówię, siadając obok niej.- Jak się czujesz?- Nakładam na talerz kromkę chleba, a na to sałatę.
-Szczerzę? Najchętniej zamordowałabym Shannona za wczoraj, ale każdy mój ruch, to jeszcze większy ból.- Wraca do swojej poprzedniej pozycji, a ja biorę wielkiego gryza.
-Przepraszam, Jared. Musiałeś robić wszystko sam.- Odzywa się moja asystentka.- Obiecuję, to się więcej nie powtórzy.
-Spokojnie. Dzień przerwy ci się przyda. Pamiętacie coś z nocy?- Pytam, a Richardson ponownie podnosi głowę w górę.
-Nie wiem czy to sen, ale czy ty miałeś kiedyś złamany nos?- Spogląda na mnie, a ja z automatu kieruję wzrok na brata. To nie miało wyjść na jaw.- W El Paso?- Wracam wzrokiem na dziewczynę i lekko kiwam głową. Czekam na to co powie, ale jedyne co robi to wstaje od stołu i wychodzi z jadalni. Zrywam się i biegnę za nią. Doganiam fotograf przy recepcji. Łapię ją za łokieć i odwracam w moją stronę.- Myślałam, że mi ufasz.- Zagryza wargę, tak jakby próbowała powstrzymać łzy.
-Ufam ci.- Głaskam ją po policzku.- Nie chciałem cię martwić. To nie było nic poważnego.
-Dzwoniłeś do mnie zaraz po koncercie.- Oznajmia, chcąc żebym kontynuował.
-Ze szpitala. Lekarze oglądali mój nos, kazałem być im cicho, żebyś nic nie podejrzewała.- Zakładam kosmyk jej włosów za ucho.
-Złamałeś sobie coś jeszcze?- Uśmiecha się lekko.
-Tylko nos.- Całuję ją w czoło.- Następnym razem będziesz pierwszą osobą, która dowie się o moich kontuzjach.
-Mam nadzieję, że więcej takich nie będzie. Bolało?
-Jak diabli. Nie chcę tego powtórzyć.- Wywracam oczami.- Wracamy do jadalni?
-Ty wracaj, ja idę do pokoju poszukać jakiś tabletek na ból głowy.- Cmoka mnie w usta i przyciska guzik przywołujący windę. Odwracam się i wracam do reszty.
-Błagam, powiedz, że nie zepsułam wam związku.- Zwraca się do mnie błagalnie Ludbrook.
-Poszła się spakować.- Odpowiadam, prawie płacząc, po czym wybucham śmiechem.-A tak naprawdę, to poszła po coś przeciwbólowego.- Siadam na swoim miejscu i kończę jeść kanapkę.
-Ja naprawdę cię przepraszam, za wszystko.- Powtarza Emma.
-Przepraszać to powinien Shan i mnie i was. Mówiłem ci głąbie, żebyś wstał wcześniej i mi pomógł.- Zwracam się do brata, nalewając sobie do kubka herbaty.
-Zaspałem.- Uśmiecha się i wzrusza ramionami. Upijam łyk napoju i ledwo ją przełykam.- Bleee… Co to za okropieństwo?- Krzywię się.
-Na szczęście kawę mają dobrą.- Perkusista puszcza mi oczko, a ja kiwam z politowaniem głową.
-Gdzie Tomo? Przed momentem jeszcze tu był.- Wskazuje na miejsce, na którym siedział nasz gitarzysta.
-Poszedł gdzieś, ale nie mam pojęcia gdzie, bo przez cały czas, ta baba- Wskazuje na moją asystentkę.- na mnie wrzeszczała.
-No nie dziwię się.- Mruczę.
-Nie mamy planu na dzisiaj.- Odzywa się „ta baba”, puszczając mimochodem uwagę o sobie.
-Mamy. Wszystko jest pod kontrolą. O osiemnastej musimy być na miejscu. Możesz dzisiaj w pełni odpocząć.
-Na pewno? Nie trzeba ci w czymś pomóc?- Australijka zagrywa wargę.
-Jakbym czegoś potrzebował, dam znać Shannonowi. On mi pomoże.- Uśmiecham się szeroko, a mój starszy brat prawie wypluwa kawę.
-To żarty, zemsta, czy co?- Pyta, wyszczerzając na mnie oczy.
-Nauczka. Nie musisz mi dziękować, a teraz do roboty, mój jednodniowy asystencie.- Klaskam w dłonie, ustawiając go do pionu.- Miłego dnia, Ludbrook.- Macham do blondynki i wychodzę z pomieszczenia w towarzystwie brata.
-Co ty kombinujesz?- Zaczyna, gdy tylko przekraczamy próg.
-Chcę, żebyś dowiedział się ile pracy ma codziennie Emma i żebyś następnym razem, gdy wpadnie ci do głowy pomysł, żeby ją upić, pomyślał, czy aby chcesz to zrobić. To jej praca nie jest łatwa na trzeźwo, a co dopiero na kacu, szczególnie z takimi pacanami jak my. I musisz sobie to wreszcie uświadomić.
                                *                      *                      *
Otwieram drzwi do naszego pokoju i przepuszczam w nich dziewczynę. Całe szczęście, że w miejscu gdzie był koncert były prysznice, tak więc teraz nie śmierdzę, ani się nie lepie, a w dodatku Shan i Tomo zdewastowali cały pokój, więc dostaliśmy dodatkowe pół godziny do normalnej godziny wyjazdu.
-I jak, kupiłyście sobie coś fajnego?- Pytam, siadając na sofię. Skoro cały dzień byłem zajęty, Ludbrook zabrała na miasto Olivię, na tak zwane babskie ploteczki.
-Emma kupiła sobie buty, jakąś spódnicę, spodnie i coś jeszcze. No i namówiła mnie na sukienkę.- Wymienia licząc na palcach.- Chociaż osobiście sądzę, że mi się w ogóle nie przyda, ale tak się uparła, że musiałam ją kupić.
-To co tak stoisz? Chcę ją zobaczyć na tobie.- Wysyłam w jej kierunku szeroki uśmiech, a ta z ociągnięciem podchodzi do torby i wyciąga z niej czarne zawiniątko. Rozbiera się do bielizny, stojąc tyłem do mnie, po czym ubiera na siebie swój nowy strój. Odwraca się w moim kierunku, a ja przyglądam się jej dokładnie. Czarne włosy zlewają się z kolorem materiału, a ona sama wygląda na jeszcze chudszą, niż jest w rzeczywistości. Sukienka jest luźna i kończy się tuż nad kolanem.
-I jak?- Pyta, zagryzając wargę.- Em mówiła, że ślicznie, ale kto by jej tam wierzył. W końcu chodzę z jej szefem, może chciała się podlizać.- Puszcza w moim kierunku oczko.
-Miała racje. Wyglądasz prześlicznie i tak bezbronnie.- Podnoszę się i podchodzę do niej, zatrzymując się kilka milimetrów od jej ciała.- Nie rozpadniesz się jak cię dotknę? – Szepczę.
-Raczej nie powinnam, aczkolwiek czas pokarze. – Uśmiecha się szeroko, pokazując mi przy tym swoje śnieżnobiałe zęby. Unosi się na palcach i łączy nasze usta. Wyskakuje na mnie i owija moje biodra, swoimi chudymi nogami, a ja podtrzymuję ją za tyłek, żeby nie spadła i się nie poobijała. Robię kilka kroków ii odkładam ją delikatnie na łóżko, a sam zaczynam całować ją po szyi. W momencie, gdy znów wracam do ust, po pomieszczeniu roznosi się chyba najbardziej znany utwór AC/DC „Highway to hell”. Unoszę się na łokciach, po czym upadam obok.
-Stawiam sto dolców, że to Terry.- Odburkuję, a czarnowłosa podnosi się z pościeli i ze spodni leżących na dywanie, wyjmuje swoją komórkę.
-Pieprzony jasnowic.- Rzuca w moim kierunku i odbiera.- Ty widzisz która godzina?!- Wrzeszczy na swojego ojca, a ja przymykam powieki.- Dopiero wyjechałam, a ty już się denerwujesz.- Czuję jak materac się ugina, więc pewnie usiadła obok.- Może 20, może nie. Jeszcze nie wiem kiedy wrócę. Jak się dowiem, to dam znać.- Zbywa go.- Muszę kończyć, za moment wyjeżdżamy, pa.- Rozłącza się nie dając mu dojść do słowa.- Skąd wiedziałeś, że to on?- Pyta, kładąc głowę na mojej klatce piersiowej.
-Bo zawsze nam przerywa.- Uchylam jedno oko.- A może by tak wyłączyć telefony?- Proponuję, a do drzwi zaczyna się ktoś dobijać. Wzdycham. Czy oni nie dadzą nam spokoju, choćby na pół godziny.
-Proszę!- Krzyczy Olivia, podnosząc się, a do środka wchodzi Australijka.
-Przepraszam, że przerywam, ale zmiana planów, wyjeżdżamy za dziesięć minut.

sobota, 28 maja 2016

45. ATLANTA



13 marzec 2007
Budzą mnie krzyki dochodzące z pokoju obok. Spoglądam na zegarek, który wskazuje 6:15. Dźgam Jareda w bok, próbując go obudzić. W końcu unosi się lekko na łokciach.
-Zignoruj to. Oni tak codziennie.- Mruczy, opadając z powrotem na poduszkę.- Nie dadzą się człowiekowi wyspać.- Dodaje, sepleniąc. Wtula się w fragment kołdry i ponownie zasypia. Kładę się z powrotem, ale już nie zasypiam. Po kilkunastu minutach, w których krzyki nie cichnął, a wręcz się zwiększają, podnoszę się z łóżka. Jak najszybciej ubieram się i wychodzę z pokoju hotelowego. Pukam do drzwi po lewej, jednak nikt nie odpowiada. Naciskam na klamkę, która ustępuję. Wchodzę do środka i moim oczom ukazuje się Shan przyduszający Tomislava.
-Co wy robicie?- Pytam, a starszy z nich spogląda na mnie, co wykorzystuje czarnowłosy, wydostaje się z pod ramion perkusisty.
-Ten kretyn.- Wskazuje na gitarzystę, chowającego się za moimi plecami.- Postanowił poćwiczyć grę na gitarze, gdy ja spałem!
-no i co w związku z tym? Musiałeś przy tym jeszcze mnie obudzić?- Ziewam, a ten robi dziubek, zastanawiając się nas odpowiedzią.- Więc, co masz mi do powiedzenia?
-To wina Tomo, to on się tarł.- Mrozi mnie wzrokiem, rzucając mi nieme wyzwanie.
-A kto go zaatakował?- Przechylam głowę na prawo.
-No dobra, dzisiaj wygrałaś.- Mruczy wracając do łóżka. Odwracam się i wpadam na najmłodszego z zespołu. Ten całuje mnie w policzek.
-Dziękuję za uratowanie życia.- Uśmiecha się szeroko, ukazując przy tym krzywe zęby.
-Jeszcze jedna taka sytuacja.- Grożę mu palcem.- A sama cię zabiję.- Omijam go i wychodzę z pomieszczenia. Staję przed drzwiami z numerkiem 6277 i uświadamiam sobie, że karta do pokoju została na szafce. Wzdycham cicho i pukam z nadzieją, że Jared nie zasnął jeszcze do końca. Po kilku minutach dobijania się, drzwi po prawej się otwierają i na korytarz wychodzi zaspana Ludbrook i z zamkniętymi oczami podaje mi kartę.
-Uniwersalna.- Wymrukuje. Otwieram pokój, który dzielę z Jaredem i oddaje jej biały przedmiot, a ta znika.
                                *                      *                      *
Wspinam się na scenę i robię ostatnie zdjęcia z koncertu, czyli fotografie tłumu. W międzyczasie spoglądam na backstage, gdzie Jared macha w miom kierunku. Zawieszam aparat na szyi i podchodzę do niego. Akurat pije wodę z butelki.
-I jak?- Pyta, próbując mnie objąć, jednak uchylam się przed jego ramieniem.
-Śmierdzisz, Pacanie.- Mówię, a ten unosi prawą brew w górę.
-No właśnie, Pacanie.- Obok nas pojawia się Shannon z wielkim uśmiechem wymalowanym na twarzy.
-Ty nie jesteś lepszy, Kurduplu.- Zwracam się do starszego z braci i odchodzę w kierunku garderoby zespołu, gdzie na kanapie siedzi Tomo i Emma.- Witam.- Macham do nich i podchodzę bliżej i gdy odkładam mój sprzęt na stolik w drzwiach pojawia się młodszy Leto.
-Jak mnie nazwałaś?- Staje kilka centymetrów przed mną.
-Pacanem.- Odpowiadam bez mrugnięcia powieką, a ten przerzuca mnie przez ramię.- Lepisz się!- Krzyczę.- I śmierdzisz jak świnia.- Dodaję.
-Wiesz, że z każdym twoim słowem jest coraz gorzej?- Klepie mnie po tyłku, a ja zaciskam zęby, żeby nie oddać mu ze zdwojoną siłą.
-Odstaw mnie, ale już.- Muzyk całkowicie mnie ignoruje.- Bo będziesz spać na podłodze.- Groże mu, obserwując jak do pomieszczenia wchodzi perkusja. Zatrzymuje się przede mną.
-Nie zrobisz mi tego. Masz za dobre serce.- Wywracam oczami.
-Jesteś tego taki pewien?- Warczę.
-Puść ją, zanim cię zagryzie.- Mrożę wzrokiem starszego Leto, a młodszy odwraca się do brata- Ktoś od oświetlenia cię woła.- Dodaje.- Czeka koło sceny. Fajny tyłek, Oliver.- Rzuca, za co obrywa od Jareda i bardzo dobrze. Po chwili wychodzimy z garderoby.
-No dobra, możesz mnie już odstawić.- Odzywam się.- Nie chcę pokazywać wszystkim jaką mam grubą dupę.- Muzyk staje jak wryty. Odstawia mnie z powrotem na podłogę, którą mam ochotę porządnie wycałować.
-Olivio Carrie Richardson, twój tyłek jest idealny, ani nie za chudy, a ni nie za gruby.- Przybliża się i obejmuje mnie, kładąc ręce na moich pośladkach.- Cała jesteś dla mnie idealna i zakazuje ci myśleć inaczej, rozumiesz?- Całuje mnie w kolejno czoło, oba policzki, nos i na końcu usta.- I nawet jak się roztyjesz, będę cię kochać zawsze tak samo, jasne?- Uśmiecham się, potwierdzając skinieniem głowy.
-Na razie tego nie planuję, aczkolwiek jak dorwę czekoladę, to sam wiesz co z niej zostaje.- Puszczam mu oczko.
-Sam papierek.- Wzdycha.- Wracaj do reszty, ja zaraz przyjdę.- Zawracam, a gdy mam już otwierać drzwi do garderoby, zatrzymuje mnie jego głos.- Teraz ty też śmierdzisz.- Odwracam się i obserwuje jego wredny uśmieszek.
-Pacan.- Pokazuje mu środkowy palec, a ten wybucha śmiechem. Wchodzę do pomieszczenia, a oczy wszystkich kierują się na mnie.- Na szczęście ta świnia mnie puściła.- Wzdycham.- Jest tu gdzieś prysznic? Cała cuchnę.- Zwracam się do Emmy.
-Niestety, musisz wytrzymać do hotelu. Jak Jay wróci to się będziemy zbierać. Punkt północ jedziemy dalej. Jak ktoś się spóźni, zostaje. Nie będziemy na nikogo czekać. Czy to jest jasne, chłopaki?- Mówi, przyglądając się z uwagą perkusiście i gitarzyście, a ci przytakują.
-Ale jeśli na przykład Shannon zamknąłby mnie w toalecie, to mnie zostawicie?- Pyta Tomo, płaczliwym głosem, podczas gdy ja zajmuję miejsce obok blondynki.
-Możemy poczekać ewentualnie te pięć minut. Nie więcej.- Sięgam po aparat i przeglądam zdjęcia z dzisiaj, odcinając się od krzyków Shana i Tomislava. Po kilku minutach w środku zjawia się Jared.
-Wszystko załatwione. Możemy jechać.- Oznajmia. Jak najszybciej zbieramy wszystko i po chwili siedzimy już w czarnym samochodzie, który ma nas zawieść pod hotel. Opieram się o ramię młodszego Leto i przymykam powieki. Gdy mnie budzą stoimy już pod budynkiem. Dosłownie wypadam z auta. Jakoś docieramy do pokoju. Gdy drzwi za nami się zamykają, spoglądam na zegarek, który wskazuje 23:29.
-Chyba nie zdążyliśmy się wykąpać oboje.- Mruczę, a niebieskooki obejmuje mnie w pasie.
-Zawsze możemy wziąć prysznic razem.- Wyszeptuje, całując mój policzek.
-Całkiem ciekawa propozycja.- Wymrukuję.
                                *                      *                      *
Wchodzimy do busa. Obserwuję dokładnie Jareda, który odkłada nasze torby obok sofy, po czym podchodzi do kartki wiszącej na ścianie. Skreśla z listy Atlantę.
-Czas na St. Louis.- Uśmiecha się do nas szeroko.

czwartek, 12 maja 2016

44. DZIEŃ PRZERWY



12 marzec 2007
Płacę kierowcy taksówki i nakładam plecak na ramie. Biegiem docieram do drzwi kamienicy i wchodzę do środka. Przez moment męczę się z kluczem, ale gdy w końcu otwieram, z mieszkania naprzeciwko wychodzi pani Adeline ze swoją suczką.
-Dzień dobry.- Mówię, uśmiechając się.- Cześć, Suzi.- Kucam i głaskam psinę, a ta podaje mi łapę na przywitanie.- Jak zdrowie? Dawno pani nie widziałem.
-Ja też cię dawno nie widziałam.- Prostuję się.- Olivia ostatnio się tu pląta, a ciebie wymiotło.
-Jestem tu pierwszy raz od grudnia.- Wzruszam ramionami.- A wszystko zaczęło się od świąt w Los Angeles, potem dwa miesiące w Paryżu, a teraz jestem w trasie z zespołem.
-Właśnie widzę jaka trasa.- Śmieję się.
-Mamy dzień przerwy. Zabieram Olivię ze sobą. Musi odpocząć od pracy. Nie wie pani, czy jest w domu?- Wskazuje na nasze mieszkanie.
-Pobiegła z samego rana do pracy. Minęłam się z nią, jak wyprowadzałam Suzi.
-W takim razie, to doskonały moment, żeby ją spakować, bo o niczym nie wie. Do zobaczenia.
Salutuję sąsiadce i wchodzę do mieszkania. Odkładam plecak przy ścianie w salonie i od razu kieruję się do sypialni. Z szafy wyjmuję średniej wielkości torbę i pakuję do niej kilka ciuchów czarnowłosej. Następnie wkładam jej bieliznę i najpotrzebniejsze rzeczy. W momencie, gdy idę po jej ładowarkę, zauważam kilka pudełek po pizzy. No pięknie, pewnie je tylko to. Otwieram lodówkę, która świeci pustkami, ale to w sumie dobrze, bo nic się nie zmarnuje.
Jak najszybciej się da, kończę pakowanie i wychodzę z mieszkania z bagażem. Kieruję się w stronę Art Partner, ale po drodze zaglądam jeszcze do Starsucksa, a następnie przez Spring Street docieram do 6th Avenue. Dojście do budynku zajmuje mi jakieś trzy minuty. Jakimś cudem udaje mi się otworzyć szklane drzwi. Za ladą jak zwykle siedzi Emily. Uśmiecha się na mój widok. Jak najszybciej kładę dwie kawy na blacie i potrząsam dłońmi. Te kubki są stosunkowo za cienkie, przez co parzą w ręce.
-Jest Olivia?- Pytam, a blondynka potwierdza ze śmiechem.
-Na górze. Pomóc ci z tą kawą?
-Dam sobie radę.- Mruczę.
-Co ty tu robisz? Olivia mówiła, że jesteś w trasie.
-Dzień przerwy.- Uśmiecham się.- Mogłabyś przetrzymać torby na moment?- Wystawiam bagaż na blat, a ona go zabiera.
-Nie ma problemu, ale zrób coś z tą dziewczyną. Nie wychodzi stąd.
-Właśnie po to przyjechałem.-Odpowiadam, łapiąc pojemniki po raz kolejny.
Wchodzę do windy i opieram się o lustro. Włosy mi już trochę podrosły, ale czerwone końcówki nadal się trzymają. Drzwi się otwierają, a ja wychodzę na piętnastym piętrze. Wchodzę do gabinetu Richardsona, ale nikogo tam nie ma. Kieruję się, więc do pomieszczenia, w którym odbywają się sesje. Na środku pomieszczenia stoi białe krzesło, na którym siedzi John Gillis, szerzej znany jako Jack White, ubrany jest w koszule i garnitur, a na jego kolanach spoczywa gitara. Obok stoi mikrofon studyjny, którego kabel ciągnie się zaraz przy jego butach, aż do jasnej kanapy w różowawe kwiatki. Wszystko jest zachowane w kolorze bieli, oprócz czerwonego tła z tyłu.
-Jak ci się układa z Jaredem?- Odzywa się czarnowłosy. Dziewczyna wychyla się znad aparatu i lekko uśmiecha do mężczyzny.
-Nie wyobrażałam sobie lepszego życia.- Opieram się o ścianę. Ja też nie wyobrażałem sobie takiego życia.
-Ostatnio spotkałem go na rozdaniu jakiś nagród i jakoś tak sobie rozmawialiśmy. Głównie o tobie. Wiesz, że poleca cię wszystkim jako fotografa.
-Czyli to wygląda trochę jakbym dzięki niemu się wybijała.- Mruczy i jestem pewien, że marszczy przy tym nosek. Postanawiam wyjść z ukrycia.
-Ja tylko cię polecam.- Mówię, podchodząc do niej.- Twoje zdjęcia i bez tego są wyśmienite.- Całuję ją lekko w usta, po czym podaje jej kubek. Zdziwienie na jej twarzy jest nie do opisania. Odstawia kubek na stolik.
-Ale co ty tu robisz?- W życiu nie widziałem szerzej otwartych oczu. Wtula się we mnie, prawie rozlewając moją kawę.
-Przyjechałem po ciebie.- Uśmiecham się, całując ją w czubek głowy.- Zabieram cię w trasę.- Odrywa się ode mnie gwałtownie.
-Nie mogę. Terry jest w Paryżu, muszę…- Przerywam jej.
-Wszystko załatwione. Masz wolne do kiedy zechcesz.- Dziewczyna spogląda na Jacka, a potem znów na mnie i z radością na twarzy wyskakuje na mnie jak małpka.
-Kocham cię, kocham cię, kocham cię.- Śmieję się, podobnie jak czarnowłosy.
-To ja już wiem. Kończycie już sesje?- Podtrzymuję ją za tyłek, żeby nie spadła.
-Już skończona.- Schodzi ze mnie.- Prawda, White?- Zwraca się do swojego przyjaciela.
-Prawda, Lizi.- Potwierdza.
-Muszę się spakować.- Richardson zaczyna panikować. Kładę dłoń na jej ramieniu.
-Już wszystko gotowe. Możemy jechać prosto na lotnisko.- Zakładam kosmyk jej włosów za ucho.- Zbieraj się.- Klepię ją po tyłku, poganiając.- My tu posprzątamy.- Puszczam jej oczko, ale na jej twarzy widzę oburzenie.
-Łapy przy sobie, Leto.- Poprawia włosy, spoglądając na mnie krzywo, po czym wychodzi z pomieszczenia.
-Dobra, White, do roboty.- Przestawiamy kanapę pod ścianę i składamy wszystkie rekwizyty.
-Jest z tobą szczęśliwa.- Zaczyna, a ja odwracam się w jego kierunku.- No co? Tylko tak mówię.- Wzrusza ramionami.- Nie skrzywdź jej.
-Nie mam zamiaru, a nawet jeśli, jest kolejka do zabicia mnie. Jesteś na szarym końcu. Przykro mi.- Uśmiecham się szeroko.
-Chyba jednak nie do końca. Słyszałem, że będziecie na Rock Am Ring. Zabierasz Olivie?- Przystawiam palec do ust, żeby się zamknął.
-Ani słowa. To niespodzianka. Przeglądałem spis zespołów- Szepczę.- Ty też jedziesz.
-Tak wyszło.- Do środka wchodzi dziewczyna.
-Jay, na pewno zabrałeś wszystko?- Zagryza wargę.
-Spokojnie, dwa razy sprawdziłem.- Przechyla lekko głowę.- Ale wezmę ze sobą laptopa i aparat. Muszę skończyć zdjęcia.- Patrzy na mnie z błagalnym spojrzeniem.
-Niech ci będzie.- Wywracam oczami, a Jack wybucha śmiechem.
-Jesteście uroczy.- Komentuje.- Ale teraz zmiatajcie. Jeszcze wam samolot ucieknie. Na razie, Jared. Do zobaczenia, Lizi.- Całuje dziewczynę w czoło.- Bawcie się dobrze.- Macha nam i wychodzi.
-Ty tak naprawdę z tym wyjazdem?- Czarnowłosa przygląda mi się uważnie, a ja kiwam leciutko głową potwierdzając.- Ja cię naprawdę kocham. Najmocniej na świecie.- Po raz kolejny ląduje w moich ramionach.
-Ja ciebie też, Aniołku. Bierzemy twojego laptopa, ale musisz mi obiecać, że nie będziesz za dużo pracować, bo jedziesz odpocząć. Chociaż nie wiem, czy uda się to z Shannem i Tomo. Odkąd nie ma Matta, są nie do wytrzymania.- Wzdycham.
-Jakoś damy radę.- Całuje mnie, po czym ciągnie w kierunku gabinetu.- Muszę jeszcze zabrać kilka rzeczy. Poczekaj moment.- Siadam na sofie i obserwuję jak pląta się po całym piętrze. W końcu, po kilku minutach staje przede mną z torebką na ramieniu, z której wystaje jej sprzęt i z aparatem na szyi.
-Gotowa?- Pytam, podnosząc się.
-Tak.
                                *                      *                      *
Wysiadamy pod hotelem. Zastanawiam się tylko czy reszta już jest. Zabieram z bagażnika torbę z rzeczami dziewczyny i łączę nasze palce. Wchodzimy do środka, a przy wejściu czeka na nas moja asystentka.
-No wreszcie. Ile można na was czekać?- Zatrzymuję się przed nami.- Cześć, Mała.- Przytula moją dziewczynę.- Ja bym stąd zwiewała. Oni są okropni.- Wywraca oczami.
-No nie przesadzaj.- Mruczę.
-A ten jest najgorszy.-Wskazuje na mnie.- To jest karta do waszego pokoju. Numer 6277.- Podaje mi przedmiot.
-Czy to nie przypadkiem taki sam numer jak w „The Kill”?- Pyta moja towarzyszka.
-Mała, u nich nie ma żadnych przypadków, wszystko jest doskonale przemyślane. Po prawej macie mnie, a po lewej tych imbecyli. Jakby były jakieś problemy, to od razu do mnie. Rozumiecie?- Kiwamy głową, potwierdzając.- To świetnie. Zapraszam na górę.- Wskazuje na windę, do której się pakujemy.- Możecie sobie jutro dłużej pospać, bo próba jest dopiero o 12, ale przynajmniej godzinę wcześniej chcę wszystkich widzieć na dole. Po próbie możecie sobie pozwiedzać, ale góra do 19.- Kończy, a w tym samym momencie stalowe drzwi się otwierają. Staję przed naszym pokojem i staram się go otworzyć. Gdy w końcu mi się to udaję, wchodzę do środka.
-Ja zaraz wrócę.- Oznajmia czarnowłosa.- Em, czekaj.- Woła. Odkładam torbę przy wejściu.- Zastanawiam się czy nie potrzebujecie dodatkowego fotografa?
-Lee, ja wszystko słyszę.- Wołam.
-To nie słuchaj.- Odpowiada mi. Kręcę głowa z politowaniem, padając na łóżko.
-Jutro pogadam z resztą. Mam rozumieć, że masz swój sprzęt.- Wyobrażam sobie wzrok Richardson i w duchu pryskam śmiechem. Ona bez aparatu, to ja bez muzyki. Zamykam oczy. Chwilę później materac obok mnie się ugina.
-Tu jest cudownie.- Mruczy, całując mnie w policzek.- Chodź przywitać się z chłopakami.- Jęczę cicho.
-Nie chcę ich oglądać, to kretyni.
-Sam jesteś kretynem!- Wywracam oczami, słysząc głos brata z balkonu. On jest wszędzie.- Cześć, Mała!
-Cześć. Już do was idziemy.- Uderza mnie w ramie, poganiając. Krzywię się, ale wstaje.
-Myślałem, że zawsze po lataniu jesteś nie do życia.
-Ale nie w taki cudowny dzień.- Uśmiecha się, wychodząc z naszego pokoju. Puka do tego obok, a drzwi otwiera nie kto inny, a nasz gitarzysta.
-Oli!- Krzyczy, przytulając czarnowłosą. Omijam ich i od razu rzucam się na kanapę.
-Dzięki, też miło cię widzieć.- Mruczę, ale jestem totalnie zignorowany.
-Tęskniłem za tobą. Może wreszcie ktoś rozrusza to towarzystwo. Jared to straszny nudziarz.- Przysłuchuję się ich rozmowie, ale nie mam już siły interweniować. Nagle obrywam poduszką. Odwracam głowę i zauważam durnowaty uśmiech brata.
-Już zaczynasz, Kurduplu?- Wzdycham.
-Siedź cicho, Dzieciaku.- Odpowiada mi, podchodząc do Richardson.- Witaj w naszych skromnych progach. I nie zapominaj, że to ja jestem tym przystojniejszym Leto.- Puszcza jej oczko, więc rzucam w niego poduszką. Tyle, że dwa razy mocniej.
-Zabieraj łapska.
- No dobra, dobra.- Robi gest obronny, siadając obok mnie.
-Śmierdzisz fajkami.- Komentuję.
-Bo przed momentem paliłem, geniuszu. Zmęczeni po podróży? Bo kupiłem coś specjalnego na tą okazje.- Schyla się i z walizki wyciąga butelkę wina.- Niestety nie mamy kieliszków.
                                *                      *                      *
Patrzę z politowaniem na tych dwóch pijaków i zastanawiam się jak oni wystąpią na jutrzejszym koncercie. Ludbrook ich zamorduje. Ale przynajmniej będę miał spokój do końca życia. Spoglądam na moją towarzyszkę.
-Wracamy?- Pytam, a ta kiwa głową, potwierdzając. W pewnym momencie doznaje olśnienia.- Wzięłaś kartę do pokoju?
-Yyy… Myślałam, że ty ją masz. Bo masz, prawda?
-Nie, ale mam chyba pomysł. Idź, poczekaj pod drzwiami. Ja przejdę balkonem.- Całuję ją w czoło.
-Zwariowałeś? Prędzej się zabijesz.
-Nie po to od kilku lat wspinam się po konstrukcjach. Zaraz otworzę pokój.- Wychodzę na balkonik i powoli przechodzę na ten nasz, co wcale nie jest takie trudne, jak to się mogło zdawać. Otwieram drzwi, a dziewczyna wtula się w moje ciało.- Spokojnie, Aniołku, żyję i nic mi nie jest.
-Na szczęście.

czwartek, 5 maja 2016

43. ROZŁĄKA

15 luty 2007

Wysiadam z samochodu, po czym go zamykam. Poprawiam białą, luźną koszulkę, biorę głęboki wdech, po czym otwieram drzwi do lokalu. Schodzę schodami w dół i podchodzę do baru. Siadam na jednym z drewnianych stołków, a na drugim odkładam torebkę.
-Przyszłam porozmawiać z Jakem.- Odzywam się, a Patrick dopiero teraz mnie zauważa.
-Olivia? Myślałem, że jesteś w Paryżu.- Uśmiecha się.- Tęskniliśmy za tobą. Kiedy wróciliście?
-Wczoraj w nocy. Jest Jake?- Barman marszczy brwi, obserwując mnie uważnie.
-W swoim gabinecie.- Odpowiada po chwili.- Coś się stało?- Bez słowa wstaje, zabieram torebkę i idę na zaplecze. Pukam do pierwszych drzwi po prawej, po czym wchodzę do pomieszczenia. Za biurkiem siedzi przygarbiony blondyn, z grzywką opadającą mu na czoło. Unosi głowę, słysząc kroki. I na mój widok unosi się z obrotowego krzesła. Ja jednak zajmuję od razu miejsce naprzeciwko.
-Dlaczego mi nie powiedzieliście?- Wpatruje się w niego i obserwuję jak otwiera usta, by po chwili je zamknąć. Dopiero po kilku chwilach odpowiada.
-Chodzi ci o Elizabeth, prawda?- Potwierdzam ruchem głowy.- Skąd o tym wiesz?
-Ojciec mi powiedział.
-El nie chciała nas mieszać w to wszystko.
-Możesz mi opowiedzieć to po swojemu?- Pytam, podciągając nogi i obejmując je ramionami.
-Oczywiście.- Uśmiecha się, tak jakby przed momentem pozbył się tajemnicy wagi państwowej.- Elize poznałem na studiach na wydziale fotografii. I wiem, nie umiem robić zdjęć. Za to mnie właśnie wywalili. Terry usiadł między nami. Znałem go jeszcze z liceum, więc po zakończeniu mojej „kariery”- Blondyn robi cudzysłów w powietrzu.-fotografa, umówiliśmy się na piwo. Kilka razy. On już spotykał się z twoją matką, więc przyprowadził ją parę razy na nasze spotkania. El zmieniła kierunek, potem pokłóciła się twoim ojcem i przy okazji z Alice. Nie wiedziała co zrobić, więc przyszła do mnie. Stała cała zapłakana pod naszymi drzwiami, pytając się czy może przenocować. Nie mogłem jej odmówić, szczególnie, że zakochałem się w niej.- Chowa twarz w dłoniach.- Przychodziła do mnie w nocy i płakała z tęsknoty za Richardsonem, aż którejś nocy nie mogłem się powstrzymać i ją pocałowałem. Skończyło się to związkiem. Potem planowaliśmy ślub. Trochę szybko, ale kochałem ją całym sercem. Przeddzień się upiła i poszła do Terrego. Rano wróciła i mnie rzuciła. Wyjechałem do Włoch i mieszkałem tam jakiś rok. Gdy wróciłem, Terenca już nie było, a twoja mama była w ciąży. No i po raz kolejny Alice wywaliła ją z domu. Pomagaliśmy jej jak mogliśmy. Gdy skończyłaś trzy miesiące wrócił Richardson. Potem byłą kolejna kłótnia i w twoje trzecie urodziny Eliza kazała nam zniknąć z waszego życia. Nie powiedziała nam dlaczego, po prostu. Kilka razy była w barze, żeby dać nam twoje aktualne zdjęcie. Aż pewnego dnia poprosiła mnie, żebym wrócił. Wymyśliła historyjkę o barze i miłości od pierwszego wejrzenia. Resztę znasz.-Opiera głowę na dłoniach.- To chyba wszystko, co powinnaś wiedzieć.
-Co powinnam?
-Może tak, co ja wiem.
-Dziękuję.- Na moją twarz powraca uśmiech.
-No, widzę, że humor się polepszył. To teraz opowiadaj, czemu nie jesteś w Paryżu?
-Jared zaczyna dzisiaj trasę po Stanach. Pojutrze lecę do Nowego Yorku.
-Tak szybko?- Dziwi się, wstając ze swojego fotela.
-Miałam od razu wracać, ale chcę jeszcze odwiedzić Lomaxa i babcie.- W momencie, gdy kończę swoją wypowiedź, drzwi do gabinety się otwierają i do środka wchodzi Patrick.
-Chciałem tylko poinformować, że Henry przyszedł.- Mówi powoli, dobierając odpowiednie słowa. Chyba go trochę przestraszyłam moją wcześniejszą postawą. Podnoszę się z krzesła i podbieram do niego, zawieszając się na jego szyi.
-Cześć, cześć, cześć.- Całuję go w policzek kilka razy, a ten wybucha śmiechem, obejmując mnie, żebym nie spadła.
-Już myślałem, że przestałaś mnie kochać.- Mruczy, ze smutną minką, gdy schodzę z niego.
-Ciebie? Nigdy.- Puszczam mu oczko. Omijam go i wychodzę z zaplecza. Za barem siedzi dziadek. Wtulam się w niego, a ten całuje mnie w czoło.
-Lee, tęskniłem za tobą.- Mówi, a ja zajmuje miejsce obok niego. W tym czasie dogania mnie Pat, z moją torebkę w ręce.
-Zapomniałaś czegoś, Gapciu.- Podaje mi ją.- Czego się napijecie?
-A jak myślisz?- Wywracam oczami, a ten kręci głową z politowaniem.- Oczywiście, że sok pomarańczowy. Czy ja tu piłam coś innego?- Mówię, zanim porządnie pomyślę.
-27 listopad. Piłaś whisky z colą.
-Zapamiętałeś nawet datę?- Dziwię się.- Dzisiaj jestem samochodem.- Dodaję, a ten stawia przede mną szklaneczkę z pomarańczową substancją.- Dziękuję.
-A dla ciebie co, Henry?- Spogląda na mojego towarzysza.
-Jeśli Lee mnie odwiezie pod dom, to whisky z colą.- Obaj spoglądają na mnie, czekając na odpowiedź.
-No, odwiozę cię. Pij, pij. Tylko nie za dużo.
* * *
Zajeżdżam na podjazd drewnianego domu na obrzeżach miasta. Przez moment zastanawiam się, czy dzisiaj jest odpowiedni moment. I dochodzę do wniosku, że chyba tak. Wysiadam z samochodu, podobnie jak dziadek.
-Idę z tobą.- Oznajmiam.- Muszę coś zabrać.- Informuje.
-Ale wiesz, że Alice jest w domu?- Dopytuje, a ja obserwuję poruszającą się firankę w oknie.
-Wiem.- Całuję go w policzek. Mężczyzna prowadzi mnie po ścieżce do domu i otwiera drzwi, za którymi stoi babcia.
-Co tu robisz?- Pyta, na wstępie.
-Przyszłam po coś.- Odburkuje.- Pudła nadal są w piwnicy?- Zwracam się do Henrego, a ten potwierdza. Schodzimy razem po schodkach w dół. Mężczyzna świeci światło, a ja podchodzę do papierowego pudełka leżącego na samym wierzchu. Wyciągam z niego trzy ramki. Dwie czarne i jedną srebrną. Chowam je do torebki, razem z książką mamy pod tytułem „Dead Poets Society”.
* * *
Parkuję przed domem braci. Wchodzę do domu i zauważam włączone światło w kuchni. Byłam pewna, że wszystko wyłączyłam.
-Halo?- Wołam, a z pomieszczenia wychyla się głowa Constance.- Co tu robisz?- Pytam, witając się z nią.
-Nie chciałam, żebyś była samotna.- Odpowiada.- No i chciałam z tobą porozmawiać. Właśnie gotuję wodę na herbatę. Chcesz?
-Poproszę.- Uśmiecham się.- O czym chciałaś porozmawiać?
-Nie wiem, czy Jared ci mówił, ale przez trzy lata mieszkałam w Paryżu. Całkiem niedaleko waszego mieszkania. Ostatnio wynajmowała je jakaś para, ale przeprowadzili się w Alpy i pomyślałam, że może wrócę do Francji.


JARED


Wsiadam do windy razem z pozostałymi. Śmierdzimy jak świnie, zresztą tak jak zwykle po koncercie. Wciskam trójkę, opierając się o lustro.
-Shan, byłeś u tego okulisty?- Pytam, przypominając sobie o wczorajszej wizycie brata. Na jego twarzy pojawia się zmieszanie.
-Wiedziałem, że o czymś zapomniałem.- Mruczy, po czym wybucha śmiechem.- Żartowałem. Byłem, byłem.
-No i co?- Dopytuję, poganiając go dłonią.
-I zamówiłem już okulary. Takie normalne i od razu przeciwsłoneczne. Wiedziałeś, że takie istnieją? Bo ja nie.- Wywracam oczami, podczas gdy on kontynuuje swoją wypowiedź.- Na to wygląda, że macie ślepego perkusistę. Docieramy na nasze piętro, a ja wyciągam z kieszeni telefon. Jest za pięć północ.- Dobranoc, chłopaki.-Machamy do reszty.- Będziesz dzwonić do Olivii?- Pyta Shannon, gdy wchodzimy do naszego pokoju.
-Wyślę jej tylko SMS-a.- Odpowiadam, jednocześnie wystukując na klawiaturze krótkie: „Śpisz?”. Po chwili komórka wibruje, więc ją odbieram.
-Nie śpię.- Mówi zaspanym głosem.- Wróciliście już do hotelu?- W duchu widzę, jak siada na łóżku, próbując nie zasnąć.
-Obudziłem cię, prawda?- Siadam na sofie, a starszy Leto zajmuje łazienkę.
-Nie ważne. Chciałam cię usłyszeć.- Unoszę kąciki ust wysoko.- Tęsknię za tobą.
-Widzieliśmy się rano.- Przypominam.- Ale ja też tęsknię. Spotkałaś się z Henrym?
-I z bliźniakami. Masz pozdrowienia od nich i od Connie.
-Dzwoniła do ciebie?- Dziwię się.
-Nie, przyjechała. Jak koncert?
-Śmierdzę jak świnia, ale było super.- Do pokoju jak strzała wpada Emma. Zatrzymuje się przede mną i bazgra coś na kartce, po czym odwraca ją do mnie. Czytam pochyłe pismo asystentki: „Za 45 minut pod hotelem. Bez spóźnień.”. Kiwam głową zgadzając się. Odwraca ją z powrotem i dopisuje coś jeszcze.
-Czemu milczysz?
-Emma przyszła.- Blondynka po raz kolejny przekazuje mi wiadomość. Tym razem to pozdrowienia dla Richardson.- I nawet cię pozdrawia.
-I nawzajem. Życz jej powodzenia. Tyle czasu z wami to koszmar.- Ludbrook macha w moim kierunku i wychodzi.
-Aniele, idź spać. Kocham cię i bardzo tęsknię.
-Dobranoc. Uważajcie na siebie. Też cię kocham.

niedziela, 1 maja 2016

42 WALENTYNKI



14 luty 2007
Siedzimy w ławce, mniej więcej w połowie katedry. Ja, jak to zwykle bywa, nie mogę usiedzieć w miejscu i cały czas się wiercę, chcąc zobaczyć jak najwięcej. W związku z tym, że jest jeszcze wczesna godzina, ludzi jest bardzo mało, co nam bardzo odpowiada.
-Hej, Aniołku, spokojnie. Wszystko sobie dokładnie oglądniesz.- Odzywa się szeptem brunet, siedzący obok mnie.
-Kiedy to jest takie interesujące.- Wzdycham, spoglądając przed siebie, próbując jednocześnie uspokoić ciekawość.
-Wiem. Cierpliwości.- Uśmiecha się leciutko, a ja spoglądam na jego lewy profil. I uświadamiam sobie, że nie chciałabym tu siedzieć z innym facetem, bo to jego kocham najbardziej na świecie.- No, dobra. Wystarczy tego siedzenia.- Łapie mnie za rękę i ciągnie za sobą.
Chodzimy powoli, oglądając każde zdobienie. Nie śpieszy nam się, chociaż wieczorem mamy samolot do LA i to nasze ostatnie godziny w tym kraju, w tym mieście. I teoretycznie ostatnie chwile razem, bo jutro chłopaki zaczynają kolejną część trasy.
-Jay, wierzysz w Boga?- Pytam, a ten zatrzymuje się na moment.
-Tak.- Odpowiada.- Wierzę, że on istnieje. A ty?
-Chyba tak. Ktoś musi nad nami czuwać.- Odmrukuję. W ciszy kończymy nasze zwiedzanie katedry Notre Dame i wychodzimy na zimowe powietrze. Zakrywam się szczelnie kurtką i wtulam w mężczyznę.- Co teraz?
-Chcesz zobaczyć gdzie został pochowany Napoleon?- Proponuje.
-Czemu nie?- Wzruszam ramionami.- Zawsze chciałam nazwać kota Napoleon.- Dodaję.
-I udało ci się?- Muzyk obejmuje mnie ramieniem, prowadząc przed siebie.
-Nie. Alice ma uczulenie na sierść. A że często u nas bywała, to mama się nie zgodziła.- Robie smutną minę.- Ale za to miałam królika Napoleona.- Uśmiecham się szeroko, a mój towarzysz wybucha śmiechem.- Ale wiesz, ani słowa babci o tym. Nie wiedziała o jego istnieniu i podejrzewam, że tak naprawdę nie ma tej alergii.
-W takim razie, musimy pomyśleć o kocie.- Całuje mnie w nos.- Wiesz, gdy tak czasem sobie myślę o przyszłości, widzę w niej zespól i ciebie.- Opieram głowę na jego ramieniu, wsłuchując się w słowa, wypowiadane przez niebieskookiego.- Jestem pewny, że któregoś pięknego dnia ci się oświadczę i liczę na to, że się zgodzisz, a potem będziemy żyli…- Przerywam mu.
-Długo i szczęśliwie?- Zagryzam wargę, a ten potwierdza z uśmiechem.- Marzę o tym. Ale na razie ty masz trasę, ja studio.
-Z ust mi to wyjęłaś. Ale możesz być pewna jednego. Kocham cię i chciałbym ci o czymś opowiedzieć. Pewnie już wiesz, ale byłem już kiedyś w poważnym związku, albo raczej, tak mi się tylko zdawało. Szalałem za nią…- Po raz kolejny wchodzę mu w zdanie.
-Constance mi o tym opowiadała. To wszystko było wymysłem jej menagera?
-Dokładnie. Pamiętasz dzień, w którym się poznaliśmy? Nasz pierwszy koncert u Foleyów.- Potwierdzam ruchem głowy.- Trzy dni wcześniej upiłem się u nich. Zaraz po tym jak Cameron wyznała mi prawdę.
-A ja trzy dni przed naszym poznaniem rozstałam się z chłopakiem. Chyba rzeczywiście do siebie pasujemy.
-Rozstałaś się z chłopakiem zaraz przed świętami?- Widzę zdziwienie malujące się na jego twarzy.
-No tak. Zdradzał mnie na każdym kroku. A ja nienawidzę zdrad. Nie potrafię ich wybaczyć. Trzech na czterech mnie zdradzało.- Dodaję.
Ten czwarty to ja, prawda?- Kiwam głową.- Nigdy nie zrobię ci takiego świństwa.
                                *                      *                      *
Pakuję nasze ciuchy do dużej, czarnej torby, zastanawiając się przy tym gdzie podziewa się Jared. W momencie, gdy pakuje jego bluzę, drzwi do sypialni się otwierają. Odwracam się i obserwuję jak czarnowłosy wskakuje na łóżko i przystawia grzebień do ust, udając, że to mikrofon. Zaczyna śpiewać, a ja uśmiecham się szeroko.
-I don't care if Monday's blue
Tuesday's gray and Wednesday too
Thursday I don't care about you
It's Friday, I'm in love

Monday you can fall apart
Tuesday, Wednesday break my heart
Oh, Thursday doesn't even start
It's Friday I'm in love.- Przypominam sobie walentynki cztery lata temu, gdy niebieskooki śpiewał tą piosenkę w barze u Foleyów. Leto skacze po łóżku, kontynuując, a ja po chwili dołączam do niego. Gdy kończy, klęka przede mną i z powagą w głosie pyta.- Zostaniesz moją walentynką?
 -Nie.- Odpowiadam, a na jego twarzy pojawia się zdziwienie.
-Ale jak to?
-Żartowałam.- Zaczynam się śmiać.- Oczywiście, że zostanę.- Mężczyzna wstaje i przytula mnie mocno.- Ale pod warunkiem, że pomożesz mi z pakowaniem.- Całuję go w policzek.