POSTACIE Strona głóna

poniedziałek, 20 lipca 2015

4. POŻAR



Wchodzę do kuchni, urządzonej nowocześnie. Z kieszeni czarnej bluzy wyjmuję opakowanie kisielu pomarańczowego, który kupiłem w sklepie naprzeciwko. Jak dobrze mieć tak blisko sklep. Z szafki wyciągam jakiś garnek. Nalewam do niego szklankę wody i kładę na palniku. W drugiej szklance rozpuszczam sproszkowany kisiel. Mieszam go, żeby się rozpuścił, jednocześnie oblizując wargi nie mogąc doczekać się posiłku.
Spoglądam na kuchenkę i zauważam, że płonie, a dokładniej jeden z palników. A w samym środku ognia stoi garnek z moją wodą na kisiel. O, cholera. Odstawiam już rozpuszczony proszek na blat i wybiegam na korytarz. Na szczęście blisko drzwi stoi gaśnica. Wracam z nią do kuchni. Wyciągam zawleczkę i naciskam, skierowując wylot na ogień. Moment później cała pomieszczenie jest w białej pianie. UPS.
Nagle do środka wchodzi Terry. Otwiera usta ze zdziwienia, a w jego oczach pojawia się gniew. O nie, tylko nie to.
-Co tu się stało?- Pyta, opanowując wściekłość. Może nie będzie tak źle. Zaciska usta, czekając na moją odpowiedź.
-Ja… próbowałem zrobić kisiel.- Wyznaję, wskazując na opakowanie po proszku.- No i kuchenka się podpaliła.- Mruczę, spuszczając wzrok, normalnie jak dziecko, które przyznaje się do błędu.
-Podpaliłeś mi mieszkanie?- Przygląda mi się dokładnie, jakby próbował przejrzeć moją duszę. Przerażające…
-Nie. Po prostu kuchenka…- Próbuję wytłumaczyć, ale przerywa mi, co nie jest dobrym znakiem.
-Ja muszę iść dokończyć przygotowania do dzisiejszej wystawy. Jak wrócę, ma tu być posprzątane, a ciebie nie być, rozumiesz?- Celuje we mnie palcem.- Klucz zostaw u portiera.- Odwraca się i wychodzi, jednak po chwili wraca.- I nie próbuj już nic gotować.
-A mój kisiel?- Jęczę. Naprawdę mam na niego ochotę.
-Spróbuj tylko go dotknąć, to już nigdy tu nie wejdziesz.
                                *                      *                      *
Siedzę w pokoju hotelowym Nicolasa, który gra główną rolę w „Lord Of War”. Po tym jak Terry wywalił mnie z mieszkania, musiałem się gdzieś podziać, prawda? A on gra w tym filmie mojego brata, więc… no, trzeba się zżyć jak to rodzeństwo. Co z tego, że już kończymy kręcić? 
Najgorsze jest to, że już miesiąc jestem w Nowym Yorku i gdy mam wolne ciągle spaceruję po ulicach, a tej dziewczyny nie ma. Tak jakby nigdy nie istniała. Może powinienem sobie odpuścić? Ale jej oczy, były takie piękne… Cała była piękna. Bywają noce, gdzie nawet mi się śni. Nie, takiej dziewczyny nie da się odpuścić…
Nicolas wchodzi do pokoju hotelowego. Był na wystawie Richardsona. Ja wolałem się tam nie pokazywać. Chcę jeszcze chwilę pożyć. Cały ten czas siedziałem na sofię i czytałem książkę, tylko nawet nie wiem jaką i o co w niej chodzi, ale trzeba jakoś zabić czas, prawda? A ja lubię czytać. I to bardzo.
-I jak było?- Pytam Cage’a, odkładając powieść na stolik. Skoro nic z niej nie wiem, to czytanie nie ma sensu.
-Całkiem nieźle, tylko pod koniec wpadła jakaś dziewczyna. Powiedziała, że musi pilnie porozmawiać z Terrym. Wszyscy myśleliśmy, że to jakaś niespełniona modelka. Richardsonowi jakoś niespecjalnie się śpieszyło, żeby z nią porozmawiać, więc podpaliła drzewko. Taką sztuczną palmę, która stała w holu. No i od razu się koło niej zjawił.- Śmieję się pod nosem.
-I co? Wściekł się?- Dwa podpalenia w jeden dzień. Takie rzeczy nie zdarzają się zbyt często. Ale, szczerzę, to trochę jej współczuję. Gniew Richardsona jest straszny.
-Tak właściwie, to ucieszył się, że ją spotkał.- Otwieram usta ze zdziwienia. A mnie z mieszkania wywalił! Tak nie może być! To jest niesprawiedliwe!

3. LORD OF WAR



Budzi mnie walenie w bębny. Otwieram oczy. W sypialni panuje ciemność. Z wielką niechęcią wstaję z łóżka i po omacku docieram do źródła hałasu, a jest to połowa domu Shannona. Mrużę oczy. Tu jest stosunkowo za jasno. Dopiero po chwili dostrzegam brata siedzącego w okularach przeciwsłonecznych, który pałeczką uderza w jeden z talerzy. Zatykam uszy. Moje zmysły są wyostrzone, co nie pomaga. Spoglądam na zegarek, wiszący na ścianie. Jest kilka minut po trzecie. Czy ten człowiek do reszty zwariował? Podchodzę do niego i wyciągam mu słuchawki z uszu. Spogląda na mnie ze zdziwieniem.
-O co chodzi, Bro?- Pyta, przerywając granie.
-Jak już musisz grać w środku nocy, to chociaż drzwi zamykaj.- Mruczę.- Niektórzy chcą spać.- Dodaję, ziewając.
-A tak, przepraszam.- Drapie się po głowie.- Mam do ciebie prośbę. Mógłbyś wyrzucać po sobie te papierki, które zostawiasz w łazience? Ciągle je po tobie sprzątam.- Klepię się z otwartej dłoni w czoło, czyli sprawa rozwiązana.
-To ty je zabierasz?- Jęczę. Ciekawe ile rzeczy przez niego przegapiłem
-No tak. A co?- Macham ręką.
-Teraz już nieważne, ale nie rusza ich już. Ja wracam do łóżka. Tobie też radzę.- Przechodzę do mojej połowy domu, uprzednio zamykając drzwi.
                                *                      *                      *
Wbiegam na małą werandę i pukam do drzwi domku pomalowanego na biało. Może, gdy kiedyś założę rodzinę, taki właśnie będę mieć? Tylko jak mam to zrobić, skoro nawet dziewczyny nie mam… Powtarzam czynność, ale nadal nikt nie odpowiada. Może gdzieś wyszła? Pukam jeszcze raz i odwracam się, chcąc odejść. Stoję już na trawniku, gdy z domu obok wychodzi kobieta w średnim wieku. Wygląda jakby się śpieszyła, ale gdy mnie widzi, zatrzymuje się w pół kroku i przygląda się z uwagą, po czym mówi:
-Ten dom został wystawiony na sprzedaż.
-A ta dziewczyna?- Pytam.- Co się z nią stało?
-Wyjechała do Nowego Yorku, do ojca.- Odpowiada, mrużąc oczy i przechylając głowę lekko w prawą.
-Ma pani może adres?- Jestem naprawdę zdesperowany, chcę jej pomóc za wszelką cenę, a może po prostu chcę ją znów ujrzeć?
-Nie. Wiem tylko tyle.-Schodzi z werandy swojego domu na chodnik, po czym odwraca się.- Widziałam już gdzieś pana.- Mówi po dłuższej chwili.
-Byłem świadkiem wypadku i pomogłem…jej.- Zdaję sobie sprawę, że nawet nie wiem jak ta dziewczyna ma na imię.
-Nie o to mi chodzi.-Przegryza lekko dolną wargę.- Jesteś aktorem?- Potwierdzam, no bo co mam innego zrobić?
                                *                      *                      *
Siedzę na łóżku, myśląc co powinienem teraz zrobić. Przecież nie znajdę jej w Nowym Yorku, może gdyby to było jakieś małe miasteczko, to by się udało, ale NY… Nie pomaga fakt, że nawet nie znam jej imienia, a tym bardziej nazwiska, a ja, geniusz, zapomniałem spytać o to, tą kobietę.
Nagle w mojej kieszeni wibruje komórka. Wyjmuję ją. Na ekranie wyświetla się nieznany mi numer. Odbieram mimo wszystko. Może to coś ważnego.
-Halo?- Odzywam się.
-Jared? Tu Andrew Niccol.- Przedstawia się mój rozmówca. Zdaje się, że to jakiś reżyser, czy może scenarzysta.- Miałeś zadzwonić do mnie jak zastanowisz się nad rolą.- Już wiem co pisało na ostatniej karteczce z łazienki.
-A tak, przepraszam, zapomniałem. Za dużo wydarzeń na tydzień.- Mruczę.
-Podaruję ci to. To jak, przyjmujesz tą rolę?- Zastanawiam się przez moment. Skoro jej już nie ma to…
-Przyjmuję.- Wypuszczam powietrze z ust. Nie wierzę, że to powiedziałem. Drapię się po głowie. Chyba już nie ma odwrotu.
-W takim razie moja asystentka podrzuci ci scenariusz. Planujemy zacząć kręcić na początku sierpnia…

2. POGRZEB



Z szafy wyjmuję mój stary garnitur. Jak ja dawno go nie używałem. Ubieram go i przeglądam się w lustrze, wiszącym w łazience. Nie, tak nie może być. Zdejmuję marynarkę w drodze do pokoju, zostając w czarnej koszuli. Spodnie też rozbieram, a zamiast nich zakładam dżinsy pod kolor koszuli, no a do tego buty, które kiedyś zakładałem go garnituru. Po raz kolejny wracam do łazienki i przeglądam się w lustrze. Teraz wyglądam jak człowiek. Z półki nad umywalką biorę grzebień i przeczesuję włosy. A gdyby tak jeszcze je ściąć?
Nagle obok szczoteczki zauważam podmokłą karteczkę. Łapię ją w dłonie i próbuje przeczytać co tam kiedyś pisało. Jedyne, co udaje mi się rozszyfrować to ”…Of War”, ale tam cos jeszcze było. Tylko co? Marszczę nos, próbując sobie przypomnieć. Zapewne zostawiłem ją tu z konkretnego powodu, ale jakiego? I nagle dostaje olśnienia! „Lord Of War”. No tak! Miałem się zastanowić nad rolą jakiegoś Vitaly’ego Orlov’a, brata sprzedawcy broni. W sumie propozycja ciekawa, ale kilka dni temu obiecałem sobie przerwę w filmach. Odkładam karteczkę z powrotem obok szczoteczki.
Wychodzę na korytarz, gotowy do drogi, ale wpadam na Shannona. Mężczyzna odbija się ode mnie jeszcze zaspany i otwiera oczy ze zdziwienia.
-A ty gdzie się wybierasz, Bro?- Pyta, rozciągając sobie ręce, tak, że chyba każda kość tam strzela. Brr… Przerażające.
-A, nieważne.- Macham dłonią, próbując go zbyć. Brunet wzrusza ramionami, po czym drapie się po już dość długim zaroście.- Idź to zgól, bo wyglądasz okropnie.- Mruczę, omijając go.
-Dziękuję.- Słyszę jak wchodzi do łazienki, z której właśnie wyszedłem. Jakby nie miał swojej. Tak właściwie, to używa swojej połowy domu tylko do grania na perkusji. Co w sumie ma swoje plusy, bo traktujemy się jak przyjaciele.
Zanim wychodzę z domu, z lodówki zabieram jeszcze butelkę wody. Idę do garażu i zatrzymuję się między jeepem, a czarnym fordem mustangiem z 1965 roku. Wybieram forda. Wsiadam do samochodu i odpalam go, uprzednio otwierając drzwi garażu. Butelkę kładę na miejscu pasażera. Wyjeżdżam z posesji i kieruję się w stronę cmentarza, na której ma się odbyć ostatnie pożegnanie matki czarnowłosej z baru. Docieram tam spóźniony. No tak, zapomniałem, że o tej porze są korki. Miejsce lokalizuję od razu, dzięki dość dużej ilości osób, zebranych w jednym miejscu. Zatrzymuję się jakieś 200 stóp (60,96 metrów) przed tłumem. Mam doskonały widok na trumnę i dziewczynę. Jest ubrana w czarną sukienkę do kolan i tego samego kolory rajstopy. Włosy znów ma związane w koka, jednak tym razem dokładnego. Ale oczy cały czas są zapłakane, a ja wcale jej się nie dziwię. W końcu straciła mamę. Ale łzy nie są oznaką słabości, lecz siły. Mówią wyraźniej, niż tysiące języków. Są posłańcami przytłaczającego smutku, żalu i głębokiej miłości
Trumna powoli obniża się ku dziurze, a czarnowłosa wtula się w jakąś kobietę, zasłaniając wzrok. Doskonale wiem, ze najgorszy dźwięk na świecie, to odgłos, gdy trumna z kimś bliskim powoli dotyka ziemi. Nadal pamiętam, jak drewniana skrzynia z ojcem została spuszczona w dół. Od tej pory omijam pogrzeby z daleka, ale na tym chciałem być. Z wielkim trudem zdobyłem datę i godzinę tej uroczystości, ale udało się.
Naprawdę chciałbym pomóc tej dziewczynie, ale nie mam zamiaru robić tego teraz, gdy wokół jest tyle ludzi.  Pojadę do niej za dwa dni, jak już ochłonie. Tak, odwiedzę ją za kilka dni. I muszę odrzucić tą rolę w filmie.
                                *                      *                      *         
Czyszczę zęby. Zdaję się, że miałem coś zrobić, tylko co? No nic, może sobie przypomnę potem….

sobota, 18 lipca 2015

1. WYPADEK



Wychodzę na scenę. Ta, scena. Zwykły, drewniany podest, zapewne grożący zawaleniem. Ale takie właśnie lubię najbardziej. Może to dziwne, ale to prawda. Przeczesuję włosy palcami. Jak dobrze, że już koniec kręcenia „Alexandra”. Trochę gorąco mi było w tak długich włosach. Ciekawe, jak kobiety w nich wytrzymują. Jeszcze w dodatku te wszystkie wyjazdy. Jakby nie dałoby się tego nakręcić w jednym miejscu, ewentualnie dwóch. Na szczęście już po wszystkim i mogę wrócić do mojego ulubionego koncertowania. Chociaż, jeszcze czeka mnie premiera, ale to chyba dopiero gdzieś w listopadzie. Z tego co wiem. Chyba na razie podziękuję filmom.
Shannon, który już ustawił się przy perkusji, wysyła mi zniecierpliwione spojrzenie. Szkoda, że Matt nie lubi z nami występować w barach. Na szczęście jak tylko wspomnę o tym Miličevićowi, to jego oczy od razu błyszczą. Ale dzisiaj umówił się z Vicki. No cóż, on chodzi na randki, a ja przychodzę grać. Drugi Leto po raz kolejny obrzuca mnie tym spojrzeniem. Jaki on niecierpliwy, a myślałem, że zdążył się już do mnie przyzwyczaić. Nie dość, że jesteśmy braćmi, to jeszcze mieszkamy razem. Co prawda, dom jest podzielony na dwie części, ale to tylko ze względu na Shan’a, który wprost uwielbia wstać nad ranem i walić w bębny, a ja potrzebuje spokoju, dlatego też po swojej stronie ma dźwiękoszczelne ściany.
Przekładam pasek Artemisy przez ramię, jednocześnie przyglądając się ludziom w lokalu, których nie jest wcale tak dużo. Przejeżdżam wzrokiem od prawej do lewej, zatrzymując się przy ciemnozielonej sofie, na której, jak zwykle, siedzi roześmiana dziewczyna i tym razem, jej „odbicie” po drugiej stronie stolika. Przyglądam się im dokładniej i na twarzy tej drugiej dostrzegam minimalne zmarszczki, a na jej czarnych włosach delikatne ślady siwizny. Ta młodsza, roześmiana, spogląda na mnie. Na moich ustach pojawia się uśmiech. Widząc go, czarnowłosa peszy się i z rumieńcem na policzkach odwraca w stronę najprawdopodobniej swojej matki.
-Zastanowiłeś się już nad sensem istnienia, czy mam poczekać kolejne pół godziny?- Odzywa się Shannon z wyraźnym znudzeniem. Rzucam szybkie spojrzenie w jego kierunku. Doskonale zdaję sobie sprawę, że czasem się „wyłączam”, ale to nie moja wina. Lubię myśleć i tym wszystkim. Bez wcześniejszych ustaleń, zaczynamy grać w tym samym momencie „Capricorn”.
-So I run, and hide and tear myself up
Start again with a brand new name
And eyes that see into infinity.- Śpiewam jednocześnie grając na Artemisie. Tomo ciągle się ze mnie śmieje, że Pythagorasa zostawiam na te „gorsze” koncerty, które tak naprawdę w ogóle nie różnią się od tych w barach. No może tym, że tam jest „troszeczkę” więcej ludzi. Znaczy obie gitary zabieram na koncerty z fanami, ale po prostu to jest silniejsze ode mnie i na scenę zabieram Pythagorasa. Naprawdę się cieszę, że wtedy je kupiłem.
Po raz drugi spoglądam na dziewczynę na sofię, która idealnie pasuje do jej oczu. Teraz z pewnością siebie patrzy wprost na mnie. Kolejny raz wysyłam jej uśmiech. Tym razem, z lekką nieśmiałością odwzajemnia go. To dodaje mi nowej energii. Czekałem na to odkąd pojawiła się tu pierwszy raz, czyli jakieś… hm… no właśnie, ile? Chyba to już drugi rok. Od tej pory nie opuściła ani jednego naszego „koncertu”. Myślałem, że może jest tu codziennie, bo zanim zaczynaliśmy grać często coś czytała, albo pisała, więc przyszedłem tu kilka razy, ale z moich obserwowań wynika, ze zjawia się tylko jak gramy. Więc przychodzi tu dla nas, tylko mnie do tej pory stać było tylko na uśmiech, nic więcej.
                                *                      *                      *
Gramy ostatnią piosenkę dzisiaj- „The Mission”, gdy dwie czarnowłose wstają i kierują się w stronę wyjścia. Przed zniknięciem, obiekt moich westchnień odwraca się i unosi leciutko kąciki ust w górę.
Po skończeniu piosenki chowam Artemise do pokrowca. Po kilku minutach i uprzednim pożegnaniu się z właścicielem lokalu, wychodzimy na świeże powietrze, ale po dziewczynie nie ma ani śladu, co mnie lekko smuci. No, nic. W jeden wieczór nie może zdarzyć się tyle rzeczy. Na razie wystarczy mi ten piękny uśmiech. Kładę gitarę na tylnym siedzeniu jeepa. Shan mruczy ciche „pa”, po czym odjeżdża na swoim motorze. To dziwne, zważywszy na to, że jedziemy w tym samym kierunku, ale on też czasem musi coś przemyśleć i dla niego najlepszym sposobem na to jest jazda na motorze.
Wsiadam do samochodu. Włączam radio, gdzie akurat jest „Californication” Red Hot Chili Peppers- nieoficjalny hymn Hollywood. Cały tekst tej piosenki jest jak najbardziej prawdziwy, choć nie wszystkich można z nim utożsamić. Kołyszę się w rytm muzyki, mimo, że  nie jest za wesoła. Zatrzymuję się na czerwonym świetle. Ze schowka wyjmuję półlitrową wodę. Odkręcam ją i upijam łyk. Światło na przejściu dla pieszych rozbryzguje na zielono, kiedy odsuwam szybę. Rzucam butelkę na siedzenie pasażera, a na ulice wychodzi czarnowłosa z baru. Nie spuszczam z niej spojrzenia, ale ona chyba mnie nie zauważyła. Zatrzymuje się po drugiej stronie i odwraca w kierunku miejsca, z którego przyszła. Teraz tam kieruje swój wzrok. Na chodniku stoi jej „odbicie”.
-No chodź, mamo!- Krzyczy z uśmiechem. Kobieta rusza. Przechodzi przed moim samochodem, jednak na drugim pasie jakiś idiota jedzie wprost na nią. Czarnowłosa wylatuje w górę, uprzednio uderzając w maskę. Łapię jakiś długopis i na etykiecie butelki zapisuję jego rejestracje, zanim odjedzie. Z kieszeni dżinsów wyciągam komórkę i wpisuję numer na pogotowie, wysiadając jednocześnie z jeepa. Dziewczyna zdążyła już dobiec do swojej matki. Podnosi swój wzrok na mnie. Cała się trzęsie. Podbiegam do bagażnika, wyciągam z niego trójkąt i zabezpieczam miejsce zdarzenia. W końcu po drugiej stronie słuchawki, ktoś się odzywa.
Zgłaszam wypadek, w skrócie opowiadając co się stało, a następnie wysłuchuję co powinienem teraz zrobić. Podbiegam do dwóch kobiet. Ta starsza leży na asfalcie i nie oddycha, wygląda na martwą, ale to może być tylko złudzenie. Klękam obok niej.- Pogotowie już jedzie.- Oznajmiam, a zapłakana dziewczyna patrzy na mnie roztrzęsiona.- Będę ją teraz reanimować, dobrze?- Mówię spokojnie, żeby ją trochę uspokoić. Czarnowłosa kiwa leciutko głową w dół i górę, a ja przystępuję do ratowania jej matki. Dobrze, że przed kręceniem „Śledztwo nad przepaścią” byłem na kursie pierwszej pomocy. Teoretycznie nie przydało mi się to na planie, choć miałem uratować tam jakiegoś faceta. Ostatecznie „rozciąłem” mu gardło i wsadziłem tam jakąś rurkę. Obrzydlistwo!
Mimo, że ten kurs miałem jakieś dziesięć lat temu, przypominam go sobie od razu. Wykonuję reanimacje do momentu, gdy obok nie zjawiają się ratownicy, czyli jakieś pięć minut. Jak dobrze, że jest noc i nie ma korków, bo byłby problem. Ratownicy przejmują kobietę . Razem z pogotowiem przyjechała policja. Jeden z funkcjonariuszy podchodzi do mnie, gdy odchodzę, aby nie przeszkadzać pielęgniarzom.
-Zapamiętał pan może markę lub przynajmniej kolor samochodu?- Pyta.
-Zapisałem numer  rejestracyjny.- Oznajmiam.- Gdzie ją zabieracie?- Wskazuję na noszę z kobietą, wsadzaną do karetki.
-Do St. Vincent Medical Center.- Odpowiada.- Zna je pan?- Potwierdzam, mimo że to nie prawda.- Mógłby pan zawieść tą młodszą do szpitala?- Kiwam głową na „tak” i podchodzę do samochodu. Z butelki zrywam etykietę i daję ją policjantowi. Teraz kieruję się w stronę karetki.
-Ale dlaczego nie mogę jechać z wami?- Dziewczyna nadal jest zapłakana, co nie jest miłym widokiem. Nie lubię jak ludzie płaczą, bo zawsze przypomina mi się smutna mama, a to nie był miły widok. Ratownik spogląda na mnie, szukając pomocy. Kładę dłoń na jej ramieniu. Odwraca się od razu i lustruje moją twarz swoimi pięknymi, zielonymi tęczówkami, chociaż może nie powinienem teraz myśleć o tym jaka jest piękna.
-Chodź ze mną. Podwiozę cię.- Mówię, a mężczyzna układa usta w jedno słowo: „dziękuję” i wchodzi do pojazdu, zamykając drzwiczki.
-Nie chcę ci zawracać głowy.- Mruczy, lekko zniekształconym głosem, spowodowanym płaczem.
-Na razie, to przeszkadzasz im.- Wskazuję na pojazd, który właśnie rusza na sygnale.- Chodź.
Łapię ją za łokieć i prowadzę do jeepa. Sadzam na siedzeniu pasażera. Obchodzę samochód naokoło i otwieram drzwi po swojej stronie. Na siedzeniu leży butelka pozbawiona etykiety. Wsadzam ją powrotem do schowka, przy okazji wyjmując chusteczki dla dziewczyny. Odpalam auto i ruszam. Staram się jechać jak najszybciej, jednoczenie trzymając się przepisów. Spoglądam na zegarek. Nie minęło nawet dwadzieścia minut, od mojego pożegnania się z Shannonem.
Przez całą drogę milczymy. Słyszę cichutkie pochlipywanie czarnowłosej, ale wolę dać jej trochę czasu. Pod szpital docieramy po kilku minutach. Dziewczyna wysiada, gdy tylko zatrzymuję samochód. Przed zamknięciem drzwi, odwraca się jeszcze.
-Dziękuję.- Mówi z lekką chrypą.
-Mam iść z tobą?- Pytam.
-Poradzę sobie.- Zamyka drzwi. Odjeżdżam dopiera, gdy znika w budynku. Parkuję niecałe 250 stóp dalej (76,2 metra). Nie mogę jej teraz zostawić samej. Biegiem docieram do recepcji. Siedzi tam jakaś starsza kobieta, która powoli przysypia
-Przepraszam.- Zwracam się do niej.- Przed chwilą weszła tutaj taka drobna czarnowłosa. Którędy poszła?
-Tam.- Wskazuje za znudzeniem w korytarz po lewej.
-Dziękuję.- Rzucam i biegnę we wskazanym kierunku. Zatrzymuję się, gdy ją zauważam. Rozmawia z jednym z ratowników z karetki. Mężczyzna kładzie dłoń na jej ramieniu, po czym odchodzi. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, co ten gest znaczy. Podchodzę do niej i łapię za łokieć. Odwraca się w moją stronę. Podbródek jej drży, co zwiastuje kolejną falę płaczu.
-Ona… ona…- Szepcze, a ja nie czekając na nic, przyciągam ją do siebie i obejmuję.
-Wiem. Nie musisz nic mówić.- Całuję ją we włosy, a ona wtula się we mnie jeszcze mocniej.
                                *                      *                      *
Przyglądam się dziewczynie, która śpi od kilku minut, oparta o szybę. Głowę ma pochyloną w dół i na prawo. Włosy, które wypadły z niedbałego koka, okalają jej twarz, przez co wygląda jak anioł. Na policzkach widoczne są jeszcze zaschnięte łzy. Światło na skrzyżowaniu zmienia się na zielone, a ja ruszam, jednak przy najbliższym parkingu zjeżdżam. Z tylnego siedzenia zabieram koc, który leży obok pokrowca z gitarą, i okrywam nim czarnowłosą. Teraz mogę kontynuować podróż. Po około półgodziny docieram pod adres, który mi podała. To malutki, jednorodzinny domek, pomalowany na biało. Nie pozostaje mi nic innego, jak obudzić moją pasażerkę. Po chwili otwiera oczy.
-Jesteśmy na miejscu.- Oznajmiam, a ona spogląda na dom po prawej, a potem na mnie. Jej oczy znów są pełne łez, a podbródek po raz kolejny tego dnia się trzęsie. Wychodzę z samochodu, obchodzę go naokoło i otwieram drzwi po stronie pasażera. Wyciągam dłoń w jej stronę.- Chodź, Aniołku.- Szepczę, a ona wstaje z moją pomocą.
Otwiera dom, wpuszcza mnie do środka i siada na sofie. Zastyga bez ruchu, a ja jakoś docieram do kuchni. W zlewie stoją nie pozmywane naczynia, w tym jeden kubek z Kubusiem Puchatkiem i drugi z Tygryskiem. Zmywam to wszystko i do kubka z Puchatkiem robię herbatę jeżynową, która stoi na blacie. Zanoszę ją do salonu. Dziewczyna nie poruszyła się nawet milimetr.
-Wypij to i idź się połóż, dobrze?- Czarnowłosa kiwa głową, upijając łyk napoju. Nawet nie zauważa, że jest gorący. Jest po prostu nieobecna duchem.
Siedzę z nią dopóki nie zasypia, a potem wychodzę już nad ranem, uprzednio zostawiając liścik, gdzie powinna szukać klucza do domu.