Wychodzę na scenę. Ta, scena.
Zwykły, drewniany podest, zapewne grożący zawaleniem. Ale takie właśnie lubię
najbardziej. Może to dziwne, ale to prawda. Przeczesuję włosy palcami. Jak
dobrze, że już koniec kręcenia „Alexandra”. Trochę gorąco mi było w tak długich
włosach. Ciekawe, jak kobiety w nich wytrzymują. Jeszcze w dodatku te wszystkie
wyjazdy. Jakby nie dałoby się tego nakręcić w jednym miejscu, ewentualnie
dwóch. Na szczęście już po wszystkim i mogę wrócić do mojego ulubionego
koncertowania. Chociaż, jeszcze czeka mnie premiera, ale to chyba dopiero
gdzieś w listopadzie. Z tego co wiem. Chyba na razie podziękuję filmom.
Shannon, który już ustawił się
przy perkusji, wysyła mi zniecierpliwione spojrzenie. Szkoda, że Matt nie lubi
z nami występować w barach. Na szczęście jak tylko wspomnę o tym Miličevićowi,
to jego oczy od razu błyszczą. Ale dzisiaj umówił się z Vicki. No cóż, on
chodzi na randki, a ja przychodzę grać. Drugi Leto po raz kolejny obrzuca mnie
tym spojrzeniem. Jaki on niecierpliwy, a myślałem, że zdążył się już do mnie
przyzwyczaić. Nie dość, że jesteśmy braćmi, to jeszcze mieszkamy razem. Co
prawda, dom jest podzielony na dwie części, ale to tylko ze względu na Shan’a,
który wprost uwielbia wstać nad ranem i walić w bębny, a ja potrzebuje spokoju,
dlatego też po swojej stronie ma dźwiękoszczelne ściany.
Przekładam pasek Artemisy przez
ramię, jednocześnie przyglądając się ludziom w lokalu, których nie jest wcale
tak dużo. Przejeżdżam wzrokiem od prawej do lewej, zatrzymując się przy
ciemnozielonej sofie, na której, jak zwykle, siedzi roześmiana dziewczyna i tym
razem, jej „odbicie” po drugiej stronie stolika. Przyglądam się im dokładniej i
na twarzy tej drugiej dostrzegam minimalne zmarszczki, a na jej czarnych
włosach delikatne ślady siwizny. Ta młodsza, roześmiana, spogląda na mnie. Na
moich ustach pojawia się uśmiech. Widząc go, czarnowłosa peszy się i z
rumieńcem na policzkach odwraca w stronę najprawdopodobniej swojej matki.
-Zastanowiłeś się już nad sensem
istnienia, czy mam poczekać kolejne pół godziny?- Odzywa się Shannon z wyraźnym
znudzeniem. Rzucam szybkie spojrzenie w jego kierunku. Doskonale zdaję sobie
sprawę, że czasem się „wyłączam”, ale to nie moja wina. Lubię myśleć i tym
wszystkim. Bez wcześniejszych ustaleń, zaczynamy grać w tym samym momencie „Capricorn”.
-So I run, and hide and tear myself up
Start again with a brand new name
And eyes that see into infinity.- Śpiewam
jednocześnie grając na Artemisie. Tomo ciągle się ze mnie śmieje, że
Pythagorasa zostawiam na te „gorsze” koncerty, które tak naprawdę w ogóle nie
różnią się od tych w barach. No może tym, że tam jest „troszeczkę” więcej
ludzi. Znaczy obie gitary zabieram na koncerty z fanami, ale po prostu to jest
silniejsze ode mnie i na scenę zabieram Pythagorasa. Naprawdę się cieszę, że
wtedy je kupiłem.
Po raz drugi spoglądam na
dziewczynę na sofię, która idealnie pasuje do jej oczu. Teraz z pewnością siebie
patrzy wprost na mnie. Kolejny raz wysyłam jej uśmiech. Tym razem, z lekką
nieśmiałością odwzajemnia go. To dodaje mi nowej energii. Czekałem na to odkąd
pojawiła się tu pierwszy raz, czyli jakieś… hm… no właśnie, ile? Chyba to już
drugi rok. Od tej pory nie opuściła ani jednego naszego „koncertu”. Myślałem, że
może jest tu codziennie, bo zanim zaczynaliśmy grać często coś czytała, albo
pisała, więc przyszedłem tu kilka razy, ale z moich obserwowań wynika, ze
zjawia się tylko jak gramy. Więc przychodzi tu dla nas, tylko mnie do tej pory
stać było tylko na uśmiech, nic więcej.
* * *
Gramy ostatnią piosenkę dzisiaj-
„The Mission”, gdy dwie czarnowłose wstają i kierują się w stronę wyjścia.
Przed zniknięciem, obiekt moich westchnień odwraca się i unosi leciutko kąciki
ust w górę.
Po skończeniu piosenki chowam
Artemise do pokrowca. Po kilku minutach i uprzednim pożegnaniu się z
właścicielem lokalu, wychodzimy na świeże powietrze, ale po dziewczynie nie ma
ani śladu, co mnie lekko smuci. No, nic. W jeden wieczór nie może zdarzyć się
tyle rzeczy. Na razie wystarczy mi ten piękny uśmiech. Kładę gitarę na tylnym
siedzeniu jeepa. Shan mruczy ciche „pa”, po czym odjeżdża na swoim motorze. To
dziwne, zważywszy na to, że jedziemy w tym samym kierunku, ale on też czasem
musi coś przemyśleć i dla niego najlepszym sposobem na to jest jazda na
motorze.
Wsiadam do samochodu. Włączam
radio, gdzie akurat jest „Californication” Red Hot Chili Peppers- nieoficjalny
hymn Hollywood. Cały tekst tej piosenki jest jak najbardziej prawdziwy, choć
nie wszystkich można z nim utożsamić. Kołyszę się w rytm muzyki, mimo, że nie jest za wesoła. Zatrzymuję się na
czerwonym świetle. Ze schowka wyjmuję półlitrową wodę. Odkręcam ją i upijam
łyk. Światło na przejściu dla pieszych rozbryzguje na zielono, kiedy odsuwam
szybę. Rzucam butelkę na siedzenie pasażera, a na ulice wychodzi czarnowłosa z
baru. Nie spuszczam z niej spojrzenia, ale ona chyba mnie nie zauważyła.
Zatrzymuje się po drugiej stronie i odwraca w kierunku miejsca, z którego
przyszła. Teraz tam kieruje swój wzrok. Na chodniku stoi jej „odbicie”.
-No chodź, mamo!- Krzyczy z
uśmiechem. Kobieta rusza. Przechodzi przed moim samochodem, jednak na drugim
pasie jakiś idiota jedzie wprost na nią. Czarnowłosa wylatuje w górę, uprzednio
uderzając w maskę. Łapię jakiś długopis i na etykiecie butelki zapisuję jego rejestracje,
zanim odjedzie. Z kieszeni dżinsów wyciągam komórkę i wpisuję numer na
pogotowie, wysiadając jednocześnie z jeepa. Dziewczyna zdążyła już dobiec do
swojej matki. Podnosi swój wzrok na mnie. Cała się trzęsie. Podbiegam do
bagażnika, wyciągam z niego trójkąt i zabezpieczam miejsce zdarzenia. W końcu
po drugiej stronie słuchawki, ktoś się odzywa.
Zgłaszam wypadek, w skrócie
opowiadając co się stało, a następnie wysłuchuję co powinienem teraz zrobić. Podbiegam
do dwóch kobiet. Ta starsza leży na asfalcie i nie oddycha, wygląda na martwą,
ale to może być tylko złudzenie. Klękam obok niej.- Pogotowie już jedzie.-
Oznajmiam, a zapłakana dziewczyna patrzy na mnie roztrzęsiona.- Będę ją teraz
reanimować, dobrze?- Mówię spokojnie, żeby ją trochę uspokoić. Czarnowłosa kiwa
leciutko głową w dół i górę, a ja przystępuję do ratowania jej matki. Dobrze,
że przed kręceniem „Śledztwo nad przepaścią” byłem na kursie pierwszej pomocy.
Teoretycznie nie przydało mi się to na planie, choć miałem uratować tam
jakiegoś faceta. Ostatecznie „rozciąłem” mu gardło i wsadziłem tam jakąś rurkę.
Obrzydlistwo!
Mimo, że ten kurs miałem jakieś
dziesięć lat temu, przypominam go sobie od razu. Wykonuję reanimacje do
momentu, gdy obok nie zjawiają się ratownicy, czyli jakieś pięć minut. Jak
dobrze, że jest noc i nie ma korków, bo byłby problem. Ratownicy przejmują
kobietę . Razem z pogotowiem przyjechała policja. Jeden z funkcjonariuszy
podchodzi do mnie, gdy odchodzę, aby nie przeszkadzać pielęgniarzom.
-Zapamiętał pan może markę lub
przynajmniej kolor samochodu?- Pyta.
-Zapisałem numer rejestracyjny.- Oznajmiam.- Gdzie ją
zabieracie?- Wskazuję na noszę z kobietą, wsadzaną do karetki.
-Do St. Vincent Medical Center.- Odpowiada.-
Zna je pan?- Potwierdzam, mimo że to nie prawda.- Mógłby pan zawieść tą młodszą
do szpitala?- Kiwam głową na „tak” i podchodzę do samochodu. Z butelki zrywam
etykietę i daję ją policjantowi. Teraz kieruję się w stronę karetki.
-Ale dlaczego nie mogę jechać z
wami?- Dziewczyna nadal jest zapłakana, co nie jest miłym widokiem. Nie lubię
jak ludzie płaczą, bo zawsze przypomina mi się smutna mama, a to nie był miły
widok. Ratownik spogląda na mnie, szukając pomocy. Kładę dłoń na jej ramieniu.
Odwraca się od razu i lustruje moją twarz swoimi pięknymi, zielonymi
tęczówkami, chociaż może nie powinienem teraz myśleć o tym jaka jest piękna.
-Chodź ze mną. Podwiozę cię.-
Mówię, a mężczyzna układa usta w jedno słowo: „dziękuję” i wchodzi do pojazdu,
zamykając drzwiczki.
-Nie chcę ci zawracać głowy.-
Mruczy, lekko zniekształconym głosem, spowodowanym płaczem.
-Na razie, to przeszkadzasz im.-
Wskazuję na pojazd, który właśnie rusza na sygnale.- Chodź.
Łapię ją za łokieć i prowadzę do
jeepa. Sadzam na siedzeniu pasażera. Obchodzę samochód naokoło i otwieram drzwi
po swojej stronie. Na siedzeniu leży butelka pozbawiona etykiety. Wsadzam ją
powrotem do schowka, przy okazji wyjmując chusteczki dla dziewczyny. Odpalam
auto i ruszam. Staram się jechać jak najszybciej, jednoczenie trzymając się
przepisów. Spoglądam na zegarek. Nie minęło nawet dwadzieścia minut, od mojego
pożegnania się z Shannonem.
Przez całą drogę milczymy. Słyszę
cichutkie pochlipywanie czarnowłosej, ale wolę dać jej trochę czasu. Pod
szpital docieramy po kilku minutach. Dziewczyna wysiada, gdy tylko zatrzymuję
samochód. Przed zamknięciem drzwi, odwraca się jeszcze.
-Dziękuję.- Mówi z lekką chrypą.
-Mam iść z tobą?- Pytam.
-Poradzę sobie.- Zamyka drzwi.
Odjeżdżam dopiera, gdy znika w budynku. Parkuję niecałe 250 stóp dalej (76,2 metra). Nie mogę
jej teraz zostawić samej. Biegiem docieram do recepcji. Siedzi tam jakaś
starsza kobieta, która powoli przysypia
-Przepraszam.- Zwracam się do
niej.- Przed chwilą weszła tutaj taka drobna czarnowłosa. Którędy poszła?
-Tam.- Wskazuje za znudzeniem w
korytarz po lewej.
-Dziękuję.- Rzucam i biegnę we
wskazanym kierunku. Zatrzymuję się, gdy ją zauważam. Rozmawia z jednym z
ratowników z karetki. Mężczyzna kładzie dłoń na jej ramieniu, po czym odchodzi.
Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, co ten gest znaczy. Podchodzę do niej i
łapię za łokieć. Odwraca się w moją stronę. Podbródek jej drży, co zwiastuje
kolejną falę płaczu.
-Ona… ona…- Szepcze, a ja nie
czekając na nic, przyciągam ją do siebie i obejmuję.
-Wiem. Nie musisz nic mówić.-
Całuję ją we włosy, a ona wtula się we mnie jeszcze mocniej.
* * *
Przyglądam się dziewczynie, która
śpi od kilku minut, oparta o szybę. Głowę ma pochyloną w dół i na prawo. Włosy,
które wypadły z niedbałego koka, okalają jej twarz, przez co wygląda jak anioł.
Na policzkach widoczne są jeszcze zaschnięte łzy. Światło na skrzyżowaniu zmienia
się na zielone, a ja ruszam, jednak przy najbliższym parkingu zjeżdżam. Z
tylnego siedzenia zabieram koc, który leży obok pokrowca z gitarą, i okrywam
nim czarnowłosą. Teraz mogę kontynuować podróż. Po około półgodziny docieram
pod adres, który mi podała. To malutki, jednorodzinny domek, pomalowany na
biało. Nie pozostaje mi nic innego, jak obudzić moją pasażerkę. Po chwili
otwiera oczy.
-Jesteśmy na miejscu.- Oznajmiam,
a ona spogląda na dom po prawej, a potem na mnie. Jej oczy znów są pełne łez, a
podbródek po raz kolejny tego dnia się trzęsie. Wychodzę z samochodu, obchodzę
go naokoło i otwieram drzwi po stronie pasażera. Wyciągam dłoń w jej stronę.-
Chodź, Aniołku.- Szepczę, a ona wstaje z moją pomocą.
Otwiera dom, wpuszcza mnie do
środka i siada na sofie. Zastyga bez ruchu, a ja jakoś docieram do kuchni. W
zlewie stoją nie pozmywane naczynia, w tym jeden kubek z Kubusiem Puchatkiem i drugi
z Tygryskiem. Zmywam to wszystko i do kubka z Puchatkiem robię herbatę
jeżynową, która stoi na blacie. Zanoszę ją do salonu. Dziewczyna nie poruszyła
się nawet milimetr.
-Wypij to i idź się połóż,
dobrze?- Czarnowłosa kiwa głową, upijając łyk napoju. Nawet nie zauważa, że
jest gorący. Jest po prostu nieobecna duchem.
Siedzę z nią dopóki nie zasypia,
a potem wychodzę już nad ranem, uprzednio zostawiając liścik, gdzie powinna
szukać klucza do domu.
bardzo ciekawe, czekam na następne
OdpowiedzUsuńOch... Dziękuję. :D
UsuńCzasem lubie poczytać coś co jest napisane w czasie teraźniejszym, a nie w przeszłym. Taka mała odskocznia :D mimo, że chciałam kiedyś czytać Coelho, ale nie dałam rady. Wole inne romanse ;P
OdpowiedzUsuńCo do treści, yay 2004 czy nawet 2003r., to lubie :D chociaż w sumie bardziej wole mroczny look Dżarka z 2005-2007. Jestem ciekawa jak ich znajomość się między nimi potoczy, wgl to nie blondynka, Dżarek ty lubisz też takie? :o
Xo
Okaaay przyznam szczerze, że chyba pierwszy raz czytam opowiadanie z punktu widzenia Jareda w dodatku w czasie teraźniejszym :) Plus początek 2000 roku ! Jestem bardzo miło tym zaskoczona, czekam na dalszy rozwój akcji :) hehe i jak wspomniała "rabbit" jestem również w szoku a'propos koloru włosów :P
OdpowiedzUsuńBtw, na telefonie strasznie ciężko czyta się z tym zdjęciem w tle :( mimo, iż jest super, strasznie dekoncentruje, ale to tylko taka moja osobista uwaga :D
Pozdrawiam :)