Budzę się na kanapie. Na mnie
leży Jared, a między sofą, a stolikiem Shannon. Podnoszę głowę, wyczuwając w
powietrzu zapach kawy. Przy blacie kuchennym stoi Emma, jeszcze w piżamie.
-Em…- Mruczę, kładąc głowę na
poduszce.- Co tu się stało?- Blondynka odwraca się w moim kierunku.
-Trochę wczoraj zabalowaliśmy.-
Odpowiada z grymasem wymalowanym na twarzy.- Nie wiem dlaczego, ale namówiłam
was, żebyśmy zostali jeszcze na Evanescence.
Ale ty, Shan, Jared, Jack i Meg poszliście, a ja zostałam z Tomo. Jakoś w połowie
dołączył do nas Tim, bo jak to określił, w busie trwa libacja alkoholowa, a on
nie chce mieć kaca na koncercie. Jak wróciliśmy, spaliście tak jak teraz.
-A White?- Dopytuję, próbując uwolnić rękę z pod młodszego Leto.
-Pytasz o Megan, czy Jack’a?- Australijka opiera się o blat i upija łyk
kawy.
-Oboje. Co się z nimi stało?
-Już poszli. Tak właściwie to Meg zaciągnęła go do ich busa, bo nie
utrzymywał się na nogach.- Wzrusza ramionami.- Kawy?
-Poproszę.- Rezygnuję z próby wyzwolenia mej kończyny z pod ciężaru
jednego z braci.
-Kawa…- Mruczy Shannon z wykładziny, nachylam się nad nim, ale on
jedynie zmienia bok, na którym leży i śpi dalej.
-Dobra, to było dziwne.- Komentuje asystentka Jareda, a ten zaczyna się
wiercić, aż w końcu spada wprost na swojego brat. Obaj od razu się budzą.
-No, już myślałam, że ta ja będę was musiała budzić.- Mruczy Emma, a ja
zmieniam pozycje na siedzącą.
-Bro, jak zaraz ze mnie nie zejdziesz, to ci jaja urwę.- Grozi starszy
Leto.
-Spokojnie.- Odpowiada tamten, podnosząc się z podłogi.- Jak my się tu
znaleźliśmy?
-Zrobiliście wczoraj niezłą libacje alkoholową.- W drzwiach sypialni
pojawia się Tim, muzyk koncertowy zespołu.
* * *
Stoję w tym samym miejscu co wczoraj, jednak dzisiaj jestem tu już
legalnie. Jakoś w środku „O fortuna”, puszczanego zawsze na wejście na scenie
pojawia się Shannon w czerwonej czapce na głowie. Zaraz po nim wchodzi Tomo.
Jared uśmiecha się do mnie, po czym sam wbiega na środek. Zaczynają piosenkę „A
Beautiful Lie”. Dzisiaj Jay wybrał Artemis, a nie Pythagorasa, co jest dla
niego nowością. Spoglądam na perkusistę, który zdążył już pozbyć się czapki.
-Po co on w niej wchodził?- Pytam blondynkę, stojącą obok.
-Nie mam pojęcia, ale podejrzewam, że to jego zwykła zachcianka. Jared
kiedyś też takie miał. W sumie, to nie dało się z nim normalnie porozmawiać.-
Robię zdziwioną minę.- Nikt ci o tym nie mówił?- Przeczę ruchem głowy.- Jared
przez pewien czas zachowywał się jak dupek. Ten wyjazd do Nowego Yorku go
zmienił. Shannon cały czas powtarza, że to dzięki tobie. Czasem mam wrażenie,
że to prawda.- Nagle obok nas pojawia się Bennington i Shinoda.
-O czym tak zawzięcie dyskutujecie, moje panie?- Wokalista Linkin Park
obejmuje nas ramieniem.
-Nie ważne.- Blondynka mrozi go wzrokiem, a ten bez słowa nas puszcza.
-I jak wam się podobał wczorajszy koncert? Słyszałem, że staliście za
sceną. Wiecie, że to jest niezgodne z prawem festiwalu?- Obie spoglądamy na
Chestera jak na idiotę.
-A ty gdzie teraz stoisz?- Unoszę jedną brew w górę.
-Cii… To się nie liczy.
-Chez, nie pleć głupot…- Jęczy Mike, opierając się o skrzynkę, w
której były schowane instrumenty.- Przepraszam za niego, ale wrócił od was
pijany i widocznie jeszcze nie wytrzeźwiał.
-Czyli on też był?- Przeczesuję
włosy.- Ktoś jeszcze?
-Hahn.- Odpowiada wokalista.
-Co ja?- Obok nas zatrzymuje się
DJ.
-Byłeś wczoraj w busie Marsów.
-No byłem. Skąd macie takie
genialne whisky?- Zwraca się do mnie.
-Od Terry’ego.
-Kogo?- Dziwi się Shinoda.
-Terry Richardson.- Tłumaczy
Bennington.- Ojciec Olivii. Ten fotograf z Nowego Yorku.
Przestaję ich słuchać i skupiam
się na Jaredzie skaczącym po scenie. Grają już czwartą piosenkę, czyli „From
Yesterday”. Mężczyzna ubrany jest w białą koszulkę z jakimś czarnym nadrukiem,
białymi spodniami i tego samego koloru marynarkę i rękawiczki oraz buty, na
których są niebieskie i czerwone paski. Włosy, które zdążyły już podrosnąć zostawił
rozpuszczone. Blond pasemko widać z daleka. Czasem zastanawiam się co on
jeszcze zrobi z tymi włosami. Traktuje je jak królika doświadczalnego. „From
Yesterday” się kończy, a zaczyna „The Fantasy”, następnie „The Kill”, na którym
młodszy Leto wspina się po konstrukcji i na koniec „Attack”, po czym schodzą ze
sceny. Pierwszy schodzi Tim, a potem kolejno Tomo, Shannon i Jared. Ostatni
wbija się w moje usta, bez uprzedzenia.
-Poczekajcie może, aż zostaniecie
sami.- Mruczy Chester, a ja odpycham lekko mężczyznę, który robi smutną minkę,
ale nie wypuszcza mnie z ramion. Widzę jak pod jego lewym okiem pulsuje żyłka,
jak zawsze, gdy śpiewa.
-Co ty tu właściwie robisz,
Chez?- Brunet mruży oczy i spogląda na kolegę z branży.
-Przyszedłem oglądnąć twój
koncert, tak jak ty wczoraj robiłeś to na moim.- Bennington uśmiecha się do
niego, ukazując zęby.
* * *
Idziemy w kierunku busa. Koncert
Kaiser Chiefs’a skończył się kilka minut temu. Łapię Jareda za rękę, a ten
spogląda na mnie z uśmiechem.
-Wiesz, myślę, że twoja wersja
„Ruby” jest lepsza.- Mówię za śmiechem, a ten potrąca mnie ramieniem.
-Na ja myślę.- Przegryzam wargę.-
Wiesz, że jutro w nocy jedziemy do Berlina?
-A potem wracam do Paryża, a wy
macie koncert we Włoszech i wrócicie dopiero 18, po koncercie w Szwajcarii.
Znam cały plan. Chcesz sprawdzić?- Unoszę kąciki ust jeszcze wyżej.
-Wierzę ci. A kto cię będzie
budził jak mnie nie będzie?- Uśmiecham się.
-Jakoś sobie poradzę, ale co ja
będę bez ciebie robić?- Tym razem robię smutną buźkę.
-Jakoś dasz sobie radę. Razem
damy sobie radę.- Puszcza moją dłoń i obejmuje ramieniem. Dostrzegam mężczyznę
z burzą czarnych loków, idącego z naprzeciwka. Zatrzymuję się, jednocześnie
zmuszając do tego młodszego Leto.
-To Slash?- Wskazuję na faceta
palącego papierosa.- Jeny, to naprawdę Shash.- Podskakuję w miejscu, a mój
palec jest cały czas wyciągnięty w stronę gitarzysty Velvet Revolver.
-Spokojnie, Aniołku.
* * *
Wchodzimy do busa. Rozglądam się
w każdą stronę, jednak nikogo nie ma.
-Jest tu ktoś?- Wołam, ale nikt
się nie odzywa.- Wygląda na to, że zostaliśmy sami.- Mówię w kierunku bruneta,
łapiąc go za rękę i ciągnąc w kierunku sypialni.
-A co jeśli ktoś przyjdzie?- Mruczy,
całując mnie w szyję.
-Nie ważne.- Odpowiadam, oddając
się przyjemności. Mężczyzna kładzie mnie na swoim łóżku, które jest wbudowane
między posłaniem swojego brata i Tomo. Jednak ma wysokość jedynie pół metra.
Leto zajmuje miejsce obok mnie, a ja siadam na nim. Niestety przy okazji walę
głową w sufit.- Auć.- Jęczę, kładąc się.
-Moja biedulka.- Mówi, całując
mnie w miejsce uderzenia i obejmując ramieniem. Przekręcam się na bok i nawijam
na palec blond pasemko jego włosów.- Nie chcę, żebyś wyjeżdżała…- Mruczy,
składając pocałunek na moim policzku.
-Ja też nie chcę wyjeżdżać. Ale
zobaczymy się za dwa tygodnie, prawda?
-Tak. Przylecę jak najszybciej.-
Tym razem jego usta lądują na moich.- Już za tobą tęsknię.- Gładzi kciukiem mój
policzek.
-Hej, wylatuję dopiero trzy dni.
-Kocham cię, Olivia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz