POSTACIE Strona głóna

sobota, 1 sierpnia 2015

5. SPOTKANIE

               MARZEC 2006  

Jak zwykle biegnę ulicą w kierunku Art Partner Terry’ego Richardson’a, tylko tym razem mam na nogach szpilki. Byle tak dalej, a długo nie pożyję. Mogłam wziąć je do torby, a potem je ubrać, zważywszy na to, że nawet w trampkach nogi mi się plączą. Jestem już spóźniona. On mnie zabije. Ja to wiem. Nagle wpadam na kogoś. Spoglądam w górę i już wiem, że on tak łatwo nie odpuści. A jego oczy? Nie można zapomnieć takiego spojrzenia. Tych niebieskich tęczówek, które mówią; „Nic przede mną nie ukryjesz”. Och, jak ja tęskniłam za tym spojrzeniem. Odsuwa mnie na niecałe pół metra, ale nadal trzyma w ramionach. Patrzę w jego niebieskie oczy.
-Cześć.- Mówi, a ja mimowolnie uśmiecham się.- Gdzie się tak śpieszysz?
-Do pracy. Jestem spóźniona.- Odpowiadam.
-Muszę z kimś pogadać…- Przerywam mu.
-Muszę iść, on mnie zabije.- Wyszarpuję się.- Jeszcze mnie spotkasz.- Odwracam się.- Cierpliwości.- Unoszę leciutko kąciki ust w jego kierunku i biegnę dalej. Po niespełna 5 minutach wpadam do Art Partner. Za ladą siedzi Emily, która pracuje tu od pół roku, a zna wszystkich pracowników tego budynku, każdy najmniejszy szczegół z ich życia. No dobra, o mnie nie wie prawie nic. Oprócz tych wszystkich spóźnień. To dlatego, że pilnuję się, kiedy z nią rozmawiam. Recepcjonistka jest w moim wieku, ale w przeciwieństwie do mnie ma krótkie, blond włosy. Moje sięgają do połowy ramion i są czarne.
-Terry cię wzywał. Jest wkurzony.- Mówi, wskazując na windę.
-Spodziewałam się tego.- Mruczę, nim stalowe drzwi się zatrzasną. Wchodzę do gabineta szefa. Mężczyzna mierzy we mnie palcem z mordem w oczach. Już do tego przywykłam.
-Trzecie spóźnienie w tym tygodniu.- Zaczyna.- A dzisiaj środa.
-Tak, wiem. Przepraszam.- Spuszczam wzrok.- Tylko budziki mi nie działają.
-Kupię ci taki, że zadziała.- Przewracam oczami.- Z kim mam dzisiaj sesje?- Wyciągam z torby kalendarz i otwieram na dniu dzisiejszym.
-Jon Kortajarena.- Odpowiadam w chwili, gdy telefon mężczyzny zaczyna dzwonić. Odbiera, a ja siadam na fotelu, który normalnie zajmuje mężczyzna. Zielonooki przegania mnie ręką i sam zajmuje to miejsce. Mi zostaje sofa.
-Halo?.... Jared, to ty?... Dobra, już tam jadę… Na razie…- Chowa komórkę do kieszeni dżinsów.- Zmiana planów. Jedziemy do mojego apartamentu.
-A co z Jon’em?- On nigdy nie był zbytnio ogarnięty, dlatego właśnie ma mnie.
-Niech będzie u mnie o 14. Tam zrobimy sesje. Poczekaj na mnie przy recepcji, ja spakuję sprzęt.- Znów jadę widną, tym razem w dół. Zatrzymuję się przy Emily. Dziewczyna wpatruje się we mnie zaciekawiona.
-Wywalił cię?- Pyta prosto z mostu. Uśmiecham się, przecząc- Masz z nim romans, czy co, że jeszcze nie wyleciałaś?
-Po prostu beze mnie by sobie nie poradził.- Wzruszam ramionami.
-Co ty robisz, że się spóźniasz?- Pyta w pewnym momencie.
-Śpię. To silniejsze ode mnie.- Blondynka chichota.- Pożycz mi grzebień.- Podaje mi przedmiot, a ja przeczesuję swoje czarne włosy, po czym wiążę je w kucyk.- Masz może jeszcze coś do jedzenia? Nie zdążyłam sobie nic kupić.- Drapię się z tyłu głowy.
-Niestety.- Obok nas pojawia się mężczyzna.
-No, wreszcie wyglądasz jak człowiek.- Zwraca się do mnie, a ja przewracam oczami, tak jak mam to w zwyczaju.- A teraz chodź.- Wychodzimy z budynku. Podczas, gdy on łapie taksówkę, ja kupuję w pobliskim kiosku kanapkę i półlitrową butelkę wody oraz batonika. Po chwili wsiadamy do taksówki, a ona rusza w kierunku apartamentu Terry’ego. Rzucam mu batona.- Muszę z tobą poważnie porozmawiać.- Zaczyna.- Dlaczego ty się tak spóźniasz? Tak dalej być nie może.
-Przecież ci mówię, budziki na mnie nie działają.- Odpowiadam, wzdychając.
-W końcu kupię ci taki, ze nawet ja go usłyszę. Nie wywaliłem cię tylko ze względu na twoją matkę, ale proszę, przyjdź chociaż raz na czas.
-Postaram się, ale nic nie obiecuję.- Mruczę, wgryzając się w kanapkę.
Po chwili docieramy na miejsce. W budynku wita nas portier, oznajmiając, że „Pan Leto czeka na górze”. I rzeczywiście, przed drzwiami siedzi brunet. Podnosi wzrok, słysząc nasze kroki. Przez chwilę przygląda mi się w skupieniu swoimi niebieskimi oczętami, by moment później uśmiechnąć się. Wstaje, pozwalając Terry’emu otworzyć apartament. Wchodzimy do środka.
-Cześć.- Brunet odwraca się w moim kierunku.- Skąd wiedziałaś, że się zobaczymy?
-Byłeś kiedyś w NY i nie zaglądnąłeś do niego?- Wskazuję na mężczyznę, krzątającego się po kuchni.
-Woda, herbata, kawa, czy od razu whisky?- Pyta w naszym kierunku.
-Whisky.- Odpowiadamy w tym samym czasie.
-Już się robi, a wy się przedstawcie sobie, a mnie tak stoicie.
-Jestem Jared.- Mówi niebieskooki.
-No coś ty? Naprawdę?- Udaję zdziwienie.
-A ty, Aniołku?- Już kiedyś mnie tak nazwał.
-Teoretycznie, już się znamy. Jestem Olivia Richardson.- Wystawiam rękę w jego kierunku.-Asystentka Terry’ego.- Ściska moją dłoń.
-Przypadek?- Chodzi mu o nazwisko. Przez moment przechodzi mi przez głowę myśl, żeby mu nie zdradzać sekretu, ale pomógł mi.
-Nie, po prostu Terry to mój ojciec.- Oznajmiam w końcu. Jest pierwszą osobą, która wie. Brunet robi zdziwioną minę.
-Nie wiedziałem, że ma córkę.- Mówi po chwili.
-Bo to tajemnica. Nikt o tym nie wie.- Siadam na sofie.- To o czy chciałeś porozmawiać?- Ojciec stawia przed nami szklaneczki z alkoholem, po czym zajmuje miejsce na swoim ulubionym fotelu, a koc, który na nim leżał, rzuca obok mnie
-Piosenki mi się skończyły!- Pan Leto bierze w dłoń whisky i wypija ją do dna.- Jestem załamany. Nie mam pomysłów na nowe.- Wstaję i kieruję się w stronę kuchni. Czuję na sobie wzrok obu mężczyzn. Z blatu zabieram butelkę Jack Danielsa i wracam na swoje miejsce.
-No, mów dalej.- Poganiam go, dolewając mu napoju. To jest mu teraz potrzebne, nie alkohol, ale rozmowa, a whisky Terrenca potrafi rozwiązać język momentalnie.
-A Shannon… Mógłbym go zabić… Dlaczego to z nim założyłem zespół? Ja nawet śpiewać nie umiem!
-Jak to nie umiesz? UMIESZ!- Nie wytrzymuję. On się zaraz załamie. A po za tym nabyłam ich dwie płyty i naprawdę mi się podobają. Tylko nie wiem, dlaczego je kupiłam. Może tęskniłam za dźwiękiem jego głosu?
-Po prostu nie umiem się drzeć, tak jakbym chciał.- Chowa twarz w dłonie.
-Jared, słyszałem ostatnio twoją przeróbkę Madonny pod prysznicem. Nie była taka zła.- Niebieskooki lekko się rumieni. Nie umiem stwierdzić, czy to przez słowa ojca, czy przez alkohol.

 JARED

Spaceruję po ulicach, odkrywając Nowy York na nowo. A tak naprawdę, uciekam przed Shannonem. Jakoś nie mam ochoty z nim rozmawiać. Ostatnio ciągle się kłócimy o głupoty i nawet przeniósł się na swoją część domu i do mnie praktycznie nie zagląda. Jakoś oddaliliśmy się od siebie. Wiem, że to moja wina. Zmieniłem się i jestem tego w pełni świadom, ale wydaliśmy płytę, tak? Zagrałem w „Lord Of War”, „Lonely Hearts” i „Chapter 27”, no i Jaco Van Dormael ostatnio mnie zaczepił w związku z nowym filmem, ale nie zdradził szczegółów, jedynie to, że chce mnie w swojej nowej produkcji. Tak mi się wydaję, że uciekam w pracę. Chciałbym jeszcze wydać nowy album, jednak pojawił się „mały” problem, a mianowicie piosenki, a raczej ich brak. Od kilku miesiący nie mam weny, dlatego właśnie wylądowałem w tym mieście, ale za nic w świecie nie wiem, po co Shannon przyleciał ze mną. Wiem jedno, na razie nie mam ochoty z nim gadać. Dlatego od siódmej chodzę po ulicach, szukając miejsca godnego uwagi.
Rozglądam się na wszystkie strony. Może gdzieś otworzyli jakąś nową kawiarnie albo bar? Po drugiej stronie ulicy zauważam księgarnie. Zatrzymuję się na środku chodnika. Na szczęście w tej okolicy nigdy nie ma dużo ludzi. Mrużę oczy, chcąc zobaczyć o której otwierają. Przyda mi się jakaś książka, bo nie zamierzam wracać do hotelu. Zdaję mi się, że o 10. Spoglądam na zegarek. Jeszcze tylko pięć minut.
Nagle ktoś na mnie wpada. Lekko się chwieję, ale moment później odzyskuję równowagę. Jest to drobna dziewczyna, którą trzymam teraz w ramionach. Przyglądam jej się dokładniej i zauważam długie, skołtunione, czarne włosy, a zaraz po nich piękne zielone oczy, za którymi tak tęskniłem. Czy to prawda? Znalazłem ją? Odsuwam ją lekko, ale nie wypuszczam.
-Cześć.- Mówię, a ona obdarowuje mnie uśmiechem. Jest taka piękna i delikatna.- Gdzie się tak śpieszysz?
-Do pracy. Jestem spóźniona.- Odpowiada, a ja ciągle nie mogę oderwać od niej wzroku. Czuję, że to ta jedyna.
-Muszę z kimś pogadać…- Wyrzucam z siebie. To chyba prawda. Już dawno z nikim nie rozmawiałem, jednak nie dane mi jest dokończyć, bo mi przerywa.
-Muszę iść, on mnie zabije.- Mruczy, wyszarpując się. Może po prostu nie chce ze mną rozmawiać?- Jeszcze mnie spotkasz.- Odwraca się w moją stronę.- Cierpliwości.- Po raz kolejny uśmiecha się do mnie i ucieka. Przyglądam się miejscu, w którym z zniknęła, po czym odwracam się.
„Jeszcze mnie spotkasz”- Może powiedziała to, żeby mnie zbyć? A może naprawdę się spotkamy? Ale jak mam ją znaleźć? Powinienem jutro czekać na nią w tym miejscu?
Przebiegam na drugą stronę ulicy. Jakiś starszy mężczyzna otwiera właśnie księgarnie. Wchodzę do środka, cały czas mając w myślach dziewczynę. Kupuję powieść „Ptasiek” Williama Whartona, którą polecił mi Nicolas. W ekranizacji grał Al.’a. Wychodząc z budynku, wyciągam z kieszeni komórkę i dzwonię do Terry’ego. Odbiera po chwili. Umawiamy się u niego w apartamencie. Nie byłem tam od czasu „podpalenia”, czyli niecały rok.
Łapię taksówkę i jadę kilka minut tym żółtym, rozpoznawalnym pojazdem. Wysiadam pod wieżowcem, jednym z wielu w Nowym Yorku. Wchodzę do środka, gdzie za biurkiem siedzi portier. Uśmiecham się do niego. Zdaje się, że poranne spotkanie poprawiło mi humor.
-Dzień dobry. Mógłby pan powiedzieć Terry’emu, że czekam pod mieszkaniem?- Zwracam się do niego.
-Dobrze, panie Leto. Dawno pana tu nie było.- Śmieję się pod nosem.
-Cóż, miałem lekkie spięcie z nim podczas mojego ostatniego pobytu tutaj…- Mruczę.
-Chodzi o podpalenie?- Dopytuje, a mój uśmiech się powiększa.
-To nie było podpalenie. Po prostu kuchenka zaczęła płonąć.- Tłumaczę.
Kieruję się do windy. Gdy jestem już na odpowiednim piętrze, wychodzę z tej ciasnej klatki i po prostu siadam pod drzwiami. Kilkanaście minut później słyszę kroki. Podnoszę wzrok i patrzę na nią jak zaczarowany. Jest tu. Nie mogę się powstrzymać i na mojej twarzy pojawia się uśmiech. Wstaję, by mój przyjaciel mógł otworzyć drzwi. Przepuszczam ją w drzwiach, leciutko muskając dłonią jej ramię. Zatrzymujemy się przy sofie. Trochę się tu pozmieniało.
-Cześć.- Odzywam się- Skąd wiedziałaś, że się zobaczymy?- Pytam z czystej ciekawości, napawając się jej widokiem.
-Byłeś kiedyś w NY i nie zaglądnąłeś do niego?- Wskazuje na mężczyznę w kuchni. Ją też udoskonalił. Po tej pamiętnej kuchence nie ma, ani jednego śladu. Może jeszcze kiedyś miała akt samodestrukcji?
-Woda, herbata, kawa czy od razu whisky?- Pyta, patrząc na nas.
-Whisky.- Odpowiadamy jednocześnie.
-Już się robi, a wy się przedstawicie sobie, a nie tak stoicie.- Mruczy, robiąc nam drinki.
-Jestem Jared.- Mówię, a ona prycha.
-No coś ty? Naprawdę?-  Marszczy brwi.
-A ty, Aniołku?- Zagryzam wargę, czekając na odpowiedź. Tak właściwie, to czekam na nią od kilku lat.
-Teoretycznie się znamy. Jestem Oliwia Richardson.- Wystawia rękę w moim kierunku, a ja ją ściskam, delektując się jej dotykiem.- Asystentka Terry’ego.
-Przypadek?
-Nie, po prostu Terry to mój ojciec.- Robię zdziwioną minę.
-Nie wiedziałem, że ma córkę.- Mówię.
-Bo to tajemnica. Nikt o tym nie wie.- Siada na sofie, a ja zajmuje miejsce obok niej. – To o czym chciałeś porozmawiać?- Obok nas pojawia się Richardson. Stawia przed nami alkohol i rozkłada się na fotelu.
-Piosenki mi się skończyły.- Jęczę, wypijając whisky do dna.- Jestem załamany. Nie mam pomysłów na nowe.- „Skończyły się jak wyjechałaś” dodaję w myślach. Dziewczyna wstaje i kieruje się w stronę kuchni. Nie mogę oderwać od niej wzroku. Po chwili wraca z butelką Jack Danielsa. Znów siada obok mnie, a ja czuje jej delikatne perfumy. Są takie piękne i idealnie pasują do niej.
-No, mów dalej.- Pogania mnie, napełniając jednocześnie szklankę alkoholem.
-A Shannon…- Jęczę.- Mógłbym go zabić… Dlaczego to z nim założyłem zespół?- A tak, już wiem, nikt inny nie mógł ze mną wytrzymać.- Ja nawet śpiewać nie umiem!- Walę głowa o oparcie sofy.
-Jak to nie umiesz? UMIESZ!- Sprzeciwia się. Ale myślę, że mówi to szczerze, nie dlatego, żeby się przymilić.
-Po prostu nie umiem się drzeć, tak jakbym chciał.- Tłumaczę zrezygnowany i chowam twarz w dłonie, by moment później sięgnąć po whisky.
-Jared, słyszałem ostatnio twoją przeróbkę Madonny pod prysznicem..- Zaczyna Terry, a ja czuje ciepło na policzku. Tylko nie ta historia, proszę.- Nie była taka zła.- Uff… Jednak nie opowie jej całej…

OLIVIA

-Terry…- Mruczy Jared, chwiejąc się na nogach.- Idę spać…- Robi krok do przodu, a potem dwa kroki w tył i z powrotem spada na sofę. I ja muszę na to patrzeć.  
-O nie. Wracasz do siebie. Nie jestem hotelem, żebyś mógł sobie tu nocować, kiedy tylko chcesz.
-On ledwo się trzyma się na nogach.- Mówię.
-Bywał w gorszym stanie i jakoś docierał do hotelu.- Zielonooki wzrusza ramionami. Odziedziczyłam po nim i oczy i wzruszanie ramionami.
-Zlituj się nad nim.- Trochę mi szkoda młodszego z braci Leto.- Popatrz, ciemno jest, zimno jest. Jeszcze się po drodze zgubi.- Wskazuje na okno, a potem wracam wzrokiem do piosenkarza. Wygląda jak małe, zagubione dziecko.
-Jedyne co mogę zrobić, to zamówić mu taksówkę. Jared, chcesz taksówkę?- Zwraca się do bruneta, który nam się przypatruje.
-Nie…- Mruczy.- Trafię sam.- Dopowiada.- To idę.- Znów próbuje wstać, ale nie wychodzi mu to. Patrzę jeszcze raz na ojca, ale ten przeczy ruchem głowy.- Do widzenia.- Jared podejmuje kolejną próbę, a gdy leci do tyłu, łapię go. Wysyła mi wdzięczne spojrzenie. Pomagam mu się ubrać.
-Tak właściwie, to dlaczego nie pozwolisz mu zostać?- pyta Jon.
-Bo kiedyś pomieszkiwał u mnie miesiąc i prawie mi mieszkanie podpalił.- Odpowiada.
-Terry, jesteś okrutny.- Mówię, odprowadzając bruneta pod drzwi.- Dasz sobie radę?- Jared stoi już za progiem i przypatruje mi się w skupieniu, przerywanej co chwila czkawką.
-Jakby co…- Czkawka nie daje mu spokoju. Potrząsa głową.- Jakby co… dam znać.- Znów czka.- Dobranoc.- Uśmiecha się i odchodzi, podpierając się ścianą. Zamykam drzwi i wracam do Jon’a i Terry’ego. Siadam na sofie, w miejscu gdzie przed chwilą siedział jeszcze młodszy Leto.
-Ja ci podpaliłam drzewko na wystawie.- Mówię z wyrzutem do ojca.
-Drzewko? Rok temu?- Dopytuje Jon Kortajarena.- To ty jesteś „szaloną podpalaczką”?- Tylko nie to…
-Ta…- Mruczę.- Jest ktoś, kto jeszcze nie słyszał tej historii?- Opieram głowę o zagłówek.
-Wątpię. Jesteś numerem jeden na każdej gali.- Śmieje się Hiszpan. Przewracam oczami.
-Wielkie dzięki, Terry.- Rzucam mężczyźnie wściekłe spojrzenie, po czym zamykam oczy. SPAĆ!
-Olivia, jedź do domu i się wreszcie wyśpij.- Mówi, a ja zaczynam się zbierać.
-Nie będę ci już potrzebna?- Patrzę jeszcze na niego.
-Jest po północy, co byś miała tu robić o tej porze? Do domu.- Uśmiecham się. Naprawdę uwielbiam Terry’ego. Mama na pewna ucieszyłaby się, gdyby zobaczyła jak się dogadujemy.
-Miło było cię poznać, Olivia.- Krzyczy za mną Kortajarena.
-Ciebie taż, Jon, a właściwie Ramón.- Odpowiadam nawet się nie odwracając. Ubieram czarną, skórzaną kurtkę i wychodzę z apartamentu. Windą zjeżdżam na parter.
-Panienko Olivio, niech panienka zaczeka.- Portier, pan Bruce, biegnie za mną. Zatrzymuję się i odwracam w jego kierunku.
-Tak?- Uśmiecham się do niego. To naprawdę miły i sympatyczny człowiek.
-Pan Leto kazał panience przekazać: „Jednak nie daję sobie rady- Doskonale naśladuje głos bruneta.- Czekam na sofach.”- Wskazuje na trzy, czarne kanapy, które doskonale pasują do wystroju holu.- A przynajmniej tam czekał.- Portier drapie się po łysince. Podchodzę do sof, tupiąc po posadzce obcasami. Na jednej śpi Jared. Wygląda trochę jak bezbronny chłopczyk. Kucam przed nim.
-Mógłby pan zamówić taksówkę?- Zwracam się do pana Bruca.
-Oczywiście.- Mężczyzna wraca do swojego biurka o bierze do ręki telefon. Znów spoglądam na bruneta. Gładzę go po policzku, próbując obudzić. W końcu otwiera oczy.
-Wstawaj, pomogę ci się dostać do hotelu.- Mężczyzna zmienia pozycje na siedzącą i przeczesuje swoje przydługawe włosy, które przydałoby się już obciąć.- W jakim hotelu mieszkasz?- Pytam.
-Nie wiem.- Odpowiada, lekko się kołysząc.- Zapomniałem.
-Gdzie masz komórkę?- Podaje  mi swój telefon. Próbuję go odblokować, ale nie znam hasła.- Mógłbyś?
-Co chcesz zrobić?- Patrzy na mnie z lekkim przerażeniem w oczach.
-Zadzwonić do Shannona.- Brunet kręci głową, przecząc.
-Nie.- Odpowiada krótko.
-To co ja mam z tobą zrobić?- Nogi powoli mi cierpną, dlatego wstaję.
-Zostanę tutaj.- Znów chce się położyć, ale nie pozwalam mu na to.
-Pójdziesz ze mną.- Pomagam mu wstać. Przechodzimy kilka kroków, a ja się potykam.- Cholerne szpilki!- Zatrzymuję się i zdejmuję obcasy. Brunet patrzy na mnie, po czym siada na posadzce.- Co ty robisz?- Pytam.
-Pożyczam ci buty.- Mówi, odwiązując sznurówki conversów.
-Nie trzeba, poradzę sobie.- Podaje mi trampki. Patrzy na mnie tymi swoimi niebieskimi oczętami i wiem, że będzie mu przykro, jeśli ich nie wezmę.- Są za duże.- Mówię, jednak przyjmuję je. Siadam obok niego i zakładam buty, a szpilki wrzucam do torby. Wstajemy, gdy pan Bruce oznajmia, że taksówka czeka na nas pod budynkiem. Wsiadamy do samochodu. Leto kładzie głowę na moich kolanach, a ja mimo woli zaczynam go głaskać po włosach. Po chwili już śpi.
Po około 30 minutach docieramy pod moją kamienicę. Budzę go i wysiadamy. Wchodzimy po schodach do małego mieszkania. Pomagam Jaredowi położyć się na kanapie w salonie, a sama biorę prysznic i wskakuję do łóżka. Zamykam oczy i próbuję zasnąć, ale ktoś otwiera drzwi do sypialni. W środku pojawia się głowa bruneta.
-Mogę spać z tobą? Zimno mi.- Siadam na łóżku.
-Nie. Na kanapę, albo won na ulicę.- Mężczyzna spuszcza głowę i wychodzi zamykając drzwi.

3 komentarze:

  1. kurcze, wiesz, naprawdę lubie Twoją historię, zwłaszcza, że jest pisana w 1 osobie czasu teraźniejszego, ale jedna wypowiedź mi nie podpasowała. albo może jestem jakaś przewrażliwiona? nie wiem, wydaje mi się, że była ona dokładnie też taka sama u mnie. nie wiem nawet czy czytasz moje opowiadanie, ale rzuciło mi się to w oczy i poczułam się troche dziwnie.
    w każdym razie, mimo wszystko czekam na następny ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że podoba ci się moje opowiadanie. A ta wypowiedź to najwyraźniej zwykły przypadek, bo na razie niemiałam okazji czytać twoich opowiadać (Ale to zmieni się w najbliższym czasie).

      Usuń
  2. Taką długość rozdziałów to ja lubię ! Podobało mi się przedstawienie sytuacji z perspektywy Jareda i Olivii, ciekawy zabieg ;) Jednak muszę przyznać, że na początku byłam lekko zdezorientowana, bo nie było wzmianki o zmianie narratora i myślę sobie "Jared? W szpilkach?!" :D Biedaczek zauroczył się młodą dziewczyną i wena poooszła :D plus wydaje mi się, że Shann na dłuższą metę może być irytując, chociaż Jay chyba też... :D

    OdpowiedzUsuń