POSTACIE Strona głóna

czwartek, 6 sierpnia 2015

6. BARACK



Budzi mnie huk dochodzący z łazienki. Niezdarnie zwlekam się łóżka i idę w kierunku hałasu. W pomieszczeniu stoi Jared, przeszukując szafkę. No tak, całkiem o nim zapomniałam…
-Zachowujesz  się jak ćpun.- Mówię, a on automatycznie spogląda w lustro, w którym odbija się moja twarz, razem z podłym uśmiechem. Jak się wczoraj upił, tak dzisiaj niech żałuje.
-Tabletki, daj mi jakieś tabletki, proszę.- Odwraca się i patrzy na mnie z bólem wymalowanym na twarzy. No dobra, aż taka okrutna to ja nie jestem. Szkoda mi go trochę, a poza tym on się mną zajął, jak tego potrzebowałam.
-Chodź do kuchni.- Sadzam go na krześle, a sama przeszukuję szafki. One gdzieś tu powinny być. Czuję na sobie jego spojrzenie.
-Jestem śmieciem.- Mówi w pewnym momencie. Słyszę jak jego głowa ląduje na blacie. Biorę lek i kładę go przed nim, razem ze szklanką wody.
-Nie jesteś. W przeciwnym razie już bym cię sprzątnęła. Zażyj je.- Podsuwam mu tabletkę, a on ją połyka. Przygląda mi się z uwagą.
-Tak myślisz?- Potwierdzam, kiwając głową.- Przepraszam. Powinnaś mnie wywalić na ulice.- Opieram się o szafkę za mną.
-Miałam to zrobić jak przyszedłeś do mojej sypialni.- Uśmiecham się lekko.
-Podoba mi się twoja piżama.- Spoglądam w dół. Na stopach mam grube, różowe skarpetki, a oprócz tego ubrana jestem w czarne, luźne spodenki i białą koszulkę z napisem „
Bright Lights, Big City”. A ja szyi jak zwykle wisiorek, który dostałam od rodziców z triadą.- Gdzie kupiłaś tą koszulkę?- Pyta.
-Sama ją zrobiłam.- Odpowiadam. Brunet wstaje, podchodzi do kanapy i ze swojej kurtki wyciąga notes i długopis. Wraca na krzesło.
-Chyba mam pomysł na piosenkę.- Uśmiecha się do mnie. Zaczyna coś pisać, potem kreślić. Spoglądam na zegarek. Dochodzi dziesiąta.
-O cholera!- Mruczę.
-Co się stało?- Mężczyzna odrywa się od kartki i spogląda na mnie.
-Jestem spóźniona.- Drapię się po głowie, szukając jakiś ciuchów. Łapię w dłonie dżinsy i koszulke z napisem „Lost In The City Of Angels”, również własnoręcznie zrobionej, i w sypialni się przebieram. Po naprawdę szybkiej, porannej toalecie jestem gotowa do wyjścia.
-Cholera, to przeze mnie.- Mruczy brunet, ubierając buty. Ja tym razem też decyduję się na trampki.
-I tak bym się spóźniła.- Wzruszam ramionami.- To nie twoja wina.- Wychodzimy z mieszkania.- W którą stronę idziesz?
-Odprowadzę cię.
-Nie trzeba. Trafię go pracy.
-Chociaż tak odwdzięczę się za nocleg.- Idziemy w kierunku Art Partner.- Dla czego wyjechałaś z Los Angeles?- Pyta w pewnym momencie.
-Matka przed śmiercią kazała mi pojechać do ojca.- Związuję włosy gumką, nawet ich nie przeczesując.- No i trafiłem na jego wystawę. Trochę tam po rozrabiałam i zostałam jego prywatną asystentką.
-To ty jesteś „szaloną podpalaczką”?- Spogląda na mnie.
-To wydarzenie mnie prześladuje.- Mruczę, zatrzymując się przy kiosku. Jak zwykle kupuję kanapkę, batona i półlitrową wodę.- Jesteśmy na miejscu.- Wchodzę do budynku, ale odwracam się jeszcze i mówię.- Do zobaczenia.- Za ladą jak zwykle siedzi Emily.
-Terry cię wzywa. Widzę, że masz dzisiaj eskortę.- Wskazuje na bruneta, który nadal stoi na ulicy. Gdy zauważa wzrok blondynki odwraca się i odchodzi.
-Tym razem na pewno mnie zabije.- Mruczę, wsiadając do windy. Wchodzę do gabinetu, jednak nie pozwalam mu mówić.- Dzisiaj to nie moja wina, że się spóźniła.- Siadam na fotelu, jego fotelu.
-A kogo?- Pyta, już spokojny, wyganiając mnie ze swojego ulubionego miejsca. Siadam na sofie.
-Jareda. Spał u mnie na kanapie.
-Ale on poszedł wczoraj do hotelu.
-Wylądował na sofach w holu i nie chciał odblokować telefonu, żebym mogła zadzwonić do Shannona.
-Co za człowiek…- Mruczy ojciec.- No nic. Dzisiaj sesje mamy z…- Czeka na moją odpowiedź.
-… z senatorem stanu Illinois.
-O Obama się do mnie wybrał.- Na jego twarzy pojawia się uśmiech.
                                               *                      *                      *
Wieczór. Jak zwykle siedzę u ojca w mieszkaniu. Pomagam mu ze zdjęciami tego całego Baracka Obamy. Mają być gotowe na za tydzień, ale nie chcemy tego odkładać na ostatnią chwilę. Nagle po całym mieszkaniu roznosi się dźwięk dzwonka do drzwi.
-Otworzysz?- Pyta tata. Idę do drzwi i otwieram je. Za progiem stoi niebieskooki.
-Witam, panie Leto.- Uśmiecham się.
-Witam, panno Richardson.- Wpuszczam go do środka.- Dawno się nie wiedzieliśmy.- Opiera się o ścianę i zagryza dolną wargę.
-Kto to?- Krzyczy Terry.
-JA!- Odkrzykuje Jared.
-Czyli?- Idziemy do salonu, gdzie ojciec nadal wpatruje się w laptopa. Odwraca się, gdy słyszy kroki.- A ty. Dlaczego nocowałeś u mojej córki?- Akcentując dwa ostatnie słowa.
-Byłem pijany.- Jęczy, siadając na sofie.
-Tym bardziej masz się tłumaczyć.
-Wolałbyś, żebym zginął gdzieś po drodze?- Mówi z wyrzutem. Wolę to przerwać, zanim Terrence powie coś nieodpowiedniego.
-Chcesz coś do picia?- Pytam, idąc w kierunku kuchni, przed wejściem odwracam się i patrzę na niego wyczekująco.
-Dzisiaj poproszę tylko sok.- Uśmiecha się do mnie. Z szafki wyjmuję kubki, a z blatu zabieram nektar pomarańczowy. Jestem już przy wyjściu, gdy słyszę ich rozmowę.
-Ona jest dla ciebie za młoda. Ma tylko 20 lat.- Szepcze ojciec, konspiracyjnym tonem.
-Tylko u niej nocowałem, na kanapie.- Podkreśla brunet, a ja wychodzę z kuchni.
-Terry, mam 28 lat.- Poprawiam go, siadając obok niebieskookiego. Nalewam do szklanek soku. Ojciec wraca do zdjęć.
-Dziękuję.- Mówi, gdy podsuwam mu napój.- I teoretycznie Olivia mnie prawie wyrzuciła na ulice, więc nie masz się o co, martwić. 
-No i prawidłowo.- Mężczyzna nawet się nie odwraca, mówiąc to.- Tylko szkoda, że cię naprawdę nie wywaliła.
-Terry, nie będę ci przeszkadzać.- Mówię w tym samym czasie co Jared. To musiało brzmieć komicznie.
-O nie, ty Leto, zostajesz dzisiaj u mnie.- Robię zdziwioną minę.
-A wczoraj, ja musiałam go niańczyć. No wielkie dzięki.- Oznajmiam z wyrzutem.
-Ja może jednak pójdę do hotelu. Nie chcę się wpraszać.- Brunet ledwo powstrzymuje śmiech. Podobnie jak ja.
-A czy ja ci zaproponowałem nocleg, czy cię do niego zmuszam?- Ojciec odwraca się i mierzy w Jay’a palcem, z mordem w oczach. Normalnie jak na mnie, gdy się spóźniam.
-No dobra, zostanę.- Poddaje się.- Ale tylko wsadzę ją do taksówki. Nie wiadomo kto kręci się po ulicach o tej porze.
-Zgoda, ale masz wrócić za 10 minut.- Terry wraca do pracy, a ja zbieram swoje rzeczy, ubieram kurtkę i wychodzę razem z Jaredem na korytarz. Tam wybuchamy śmiechem.
-Nie sądziłem, że aż tak się wkurzy. Widziałaś te jego oczy? Wyglądał tak jakby chciałby mnie zabić.
-Patrzy tak na mnie za każdym razem, gdy się spóźniam. –Wchodzimy do windy.
-Mam pytanie. Normalnie do pracy nosisz trampki czy buty na wysokim obcasie, tak jak wczoraj?- Mężczyzna przygląda mi się, oczekując odpowiedzi.
-Raczej preferuję trampki, aczkolwiek wczoraj był Jon. Ale trochę się rozczarowałam. Myślałam, że będzie lepiej wyglądać na żywo.- Uśmiecham się lekko.
-Dzisiaj kogo mieliście na sesji?- Opieram się o lustro na jednej ze ścian tej metalowej klatki.
-Barack Obama. Nic wielkiego.
-Tylko spotkałaś senatora. Przecież widzisz go codziennie, prawda?- Wychodzimy z windy. Przy biurku jak zwykle siedzi pan Bruce. Uśmiecham się do niego.
-Dobranoc.- Mówię, gdy wychodzimy na zimne powietrze.- Dziękuję, że pożyczyłeś mi wczoraj swoje buty, a sam szedłeś w samych skarpetkach.- Spuszczam głowę. Nie przywykłam do takich rzeczy.
-Nie ma sprawy. Każdy by tak zrobił na moim miejscu, aczkolwiek, to musiało komicznie wyglądać.- Drapie się po głowie.
-Ociupinkę.- Mimowolnie zaczynam się śmiać.- Myślisz, ze Terry nas obserwuje?
-Jestem prawie pewny, że tak. I pewnie wywali mnie z mieszkania, jeśli pocałuję cię na do wiedzenia.- Mruczy.
-Najbardziej myląca rzecz jaka może być.- Przewracam oczami.- Gdybyś tego nie zrobił, to by cię wywalił. Jak mnie pocałujesz masz zapewniony nocleg.- Odwracam się i łapię taksówkę, przejeżdżającą ulicą. Spoglądam na Jareda, a on wbija się w moje usta. Odwzajemniam pocałunek, na który tak długo czekałam, lecz przerywa nam głos ojca.
-LETO! WRACAJ! JUŻ!- Podnoszę wzrok w górę i widzę Terry’ego wychylającego się przez okno.
-Tylko pamiętaj, nie zrobiłem tego dla noclegu.- Przejeżdża kciukiem po moim policzku, zagrywając wargę.
-Zapamiętam.- Oblizuję usta.
-Zobaczymy się jeszcze?- Pyta z nadzieją w głosie.
-Przyjdę rano do apartamentu ojca.
-Naprawdę?- Brunet podnosi jedną brew w górę. Chyba nie wierzy w to, podobnie jak ja.
-No raczej, że nie. Przecież spóźnię się do pracy.- Zaczynam się śmiać.- Dobranoc.- Całuję go w policzek na pożegnanie, po czym wsiadam do taksówki. Podaję kierowcy adres pod który ma mnie zawieść. Jakoś mi smutno, bo przez pół godziny nie mam kogo głaskać po włosach.

1 komentarz:

  1. Ooooh ^^ taki miły, lekki rozdział :) Mam wrażenie, że w Twoim opowiadaniu wszystko dzieje się niezmiernie szybko, ale może to przez Nowy Jork, to miasto tak działa na ludzi :D Fajny pomysł z tytułami piosenek i minimalnym ukazaniem uczuć bohaterki "przez pół godziny nie mam kogo głaskać po włosach." :)
    P.S. Wybacz, że tak długo nie komentowałam, czytałam ale nie mogłam znaleźć chwili, jestem niczym Nowy Jork, wszystko dzieje się za szybko i nie mam przez to na nic czasu :D Postaram się jednak być na bieżąco i przy okazji zapraszam na 20 rozdział Charmante Chick :)

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń