Ziewam, wchodząc do sypialni, gdzie na łóżku śpi już Jared w dżinsach na tyłku i nagim torsie. Dźgam go w bok, chcąc, żeby wstał i chociaż się przebrał, ale ten uparcie szybuje gdzieś w przestworzach. Wywracam oczami, siadając na skraju pościeli i swoimi zimnymi dłońmi przejeżdżam po jego plecach, przez co od razu się zrywa z piskiem. Mruży oczy, wpatrując się we mnie z wyrzutem.
-Dlaczego to zrobiłaś?- Pyta wreszcie, po kilku naprawdę długich sekundach ciszy, gdy już dochodziłam do wniosku, że za moment zabije mnie spojrzeniem.
-Spałeś.- Odpowiadam krótko.
-To jedna z tych rzeczy, które się robi w łóżku, wiesz?- Unosi prawą brew w górę, podobnie jak lewy kącik ust, chcąc mi przekazać na co ma ochotę.
-Nic z tych rzeczy. Jestem zmęczona.- Na czworaka zaczynam przechodzić na moją stronę, chcąc wreszcie wtulić się w podusie, ale dłoń Jaya ląduje na moim tyłku. Odwracam się, jednocześnie siadając mniej więcej na środku i teraz to ja mierzę go wściekłym spojrzeniem.- No i co to miało być? Chcesz spać w gościnnym?- Jego uśmiech po prostu zwala mnie z nóg, a raczej zrobiłby to, gdybym stała, ale siedzę, więc to na mnie kompletnie nie działa.
-Nie będę spał w gościnnym, tylko tutaj z tobą.- Nie odrywa ode mnie wzroku.- Czy ci się to podoba, czy też nie.- Dodaje z pewnością siebie, a ja kręcę głową z politowaniem, wsuwając się pod kołderkę.
-Idź pod prysznic i wracaj szybko, bo zimno mi.- Poganiam go ruchem dłoni, a ten zrywa się z miejsca i po chwili znika. Łapię jeszcze mój telefon i wysyłam krótką wiadomość do Roberta, żeby nie zapomniał wziąć dokumentów jutro do studia. Odkładam komórkę na szafkę obok łóżka i wtulam się w poduszkę, nie czekając na powrót Jareda, ale gdy już zasypiam, ten wraca do sypialni.
-Nie śpij, Aniele, bo mam co do ciebie inne plany.- Uchylam leniwie jedną powiekę, ale widząc jego szeroki uśmiech, zamykam ją z powrotem.
-Już ci mówiłam, nie ma szans.- Mężczyzna zajmuje miejsce obok mnie i przyciąga mnie do swojego ciała, od którego po prostu bije ciepło. Jego usta lądują na mojej szyi.- Jay, daj mi spokój.- Mruczę trochę nie przekonana swoich słów, bo zdążyłam się już rozbudzić. Niebieskooki wbija się w moje wargi, a ja odwzajemniam pocałunek. Jego dłoń wślizguje się pod moją koszulkę, a gdy jestem już pewna, że nie zasnę, z pokoju obok dociera do nas płacz Elizabeth. Jared odrywa się ode mnie, a po szybki całusie idzie ją uspokoić. Nabieram powietrza do ust, przez co pewnie wyglądam jak chomik, zarzucając sobie, że tak łatwo dałam mu wygrać. Po chwili płacz ustaje, ale za to odzywa się komórka Jareda, leżąca po drugiej stronie na stoliku nocnym. Marszczę brwi, bo to Shannon dzwoni, a jest kilka minut przed dwunastą, ale mimo wszystko odbieram.- Co tam, Shan?- Odzywam się, siadając po turecku, tym razem na części Jareda.
-Wiem, że jest północ, ale mam wielki problem.- Zastanawiam się o co mu chodzi, ale ten chyba nie zamierza mi na razie zdradzić, po co dzwoni.
-Mówisz, czy będziemy tak milczeć?- Pytam w końcu.
-Dzieci mi się rodzą.- Otwieram usta z zaskoczenia. No niby się spodziewałam, że prędzej czy później to może nastąpić, ale jakoś się do tego nie przygotowałam.
-Dobra, Shannie, gdzie jesteście. Zaraz do was przyjedziemy.
-Jakoś dam sobie radę. Zresztą nie macie z kim zostawić Luckie. Chciałem wam tylko powiedzieć, że właśnie zostaję tatą.- Wyobrażam sobie jak macha dłonią lekceważąco.
-Najwyżej jedno z nas zostanie.
-No, więc to ten szpital najbliżej mieszkania. Ale serio, dam sobie radę.
-Nie udawaj odważnego, bo wiem, że cały trzęsiesz się jak galaretka. Za niedługo ktoś z nas będzie. A do Connie dzwoniłeś?- Pytam jeszcze.
-Była pierwszą osobą, która się dowiedziała. Jeszcze raz dzięki.- Rozłącza się, a w tym samym momencie do sypialni wraca Jared, zacierając dłonie.
-Co prawda Luckie nie zasnęła, ale bawi się misiami, więc możemy kontynuować, to co zaczęliśmy.- Uśmiecha się szeroko.
-Odpada. Jedziemy do szpitala. Emma rodzi.- Widzę jak ramiona muzyka opadają. Podnoszę się z łóżka i ubieram się w pierwsze ciuchy, które wpadną mi w rękę.- Nie stój tak.- Mruczę, widząc, że ten nie ruszył się nawet o milimetr.
-Ale ja nie jestem jeszcze gotowy na tyle dzieci.- Odpowiada, a ja śmieję się.
-Ty sobie możesz być niegotowy. Ważne, żeby Shannon był. Jay, ubieraj się, bo musimy podwieść Elizabeth do Foleyów.- Poganiam go, a gdy już się rusza z miejsca, przechodzę do pokoju naszej córki.- Cześć, kochanie.- Mówię, podnosząc ją na ręce. Ubieram jej tylko ciepłą bluzę, nawet nie przebierając z piżam i wracam nią i torbą do sypialni. Odstawiam ją na naszym łóżku.
-Tata, bubu.- Muzyk, rozumiejąc o co chodzi małej, idzie po jej żyrafę, a ja postanawiam uprzedzić właścicieli baru o niespodziewanej wizycie. Wybieram numer do młodszego z nich, który na pewno jeszcze nie śpi i po dwóch sygnałach dociera do mnie jego głos.
-Co tam, Lee?- Pyta, a w tle słyszę telewizor.
-Co powiesz na zostanie niańką?- Pytam.- Emma rodzi, a nie chcę brać małej do szpitala.- Tłumaczę.
-Ja na bycie niańką zawsze chętny jestem.
-W takim razie za chwilę będziemy.
***
Wchodzimy do szpitala, który mimo późnej pory nie śpi, a przy recepcji, tak jak obiecał czeka na nas perkusista. Uśmiecha się szeroko i prowadzi nas jakimś korytarzem prosto na porodówkę. Gdy jesteśmy już pod drzwiami, gdzie podobno znajduje się Emma, mój telefon wibruje, dając znać, że przyszedł mi SMS, zresztą podobnie jak komórki Jaya i Shannona. Wyciągam mój z kieszeni i czytam wiadomość od Tomo o krótkiej treści: “Jestem w szpitalu, bo Vicki rodzi.”. Spoglądam na chłopaków, którzy wpatrują się w ekrany.
-Tomo?- Pytam, a ci potwierdzają.- Nieźle się zgraliście.- Komentuje, a drzwi naprzeciwko nas się otwierają i wychodzi przez nie pielęgniarka.
-Pani Ludbrook zaprasza do środka pana Leto.- Mówi.
-Mnie?- Dziwi się Jared, a ja mam ochotę roześmiać się głośno.
-Nie ciebie, matole, tylko Shannona.- Popycham starszego z braci w kierunku drzwi, ten jednak odwraca się jeszcze w naszym kierunku.
-Powinienem cię teraz wyśmiać, ale zdaje się, że jak Oliver rodziła zrobiłem podobnie.- Uśmiecha się szeroko i znika z kobietą w pomieszczeniu, a my siadamy na plastikowych krzesełkach.
-Myślisz, że powinniśmy zadzwonić do Tomo?- Pytam.
-Wyślę mu SMSa. Jeśli jest już przy Vicki, to i tak nie odbierze.- Jedną ręką wyjmuje telefon, a drugą obejmuje mnie i przyciąga bliżej, tak że siedzę wtulona w niego. Przymykam na moment powieki, ale moment się odrobinę przedłuża, bo gdy je z powrotem otwieram w naszym kierunku idzie Constance z Carlem. Przecieram oczy, podnosząc się z ciała Jareda, jednocześnie zwracając jego uwagę na siebie. Uśmiecha się w moim kierunku delikatnie.
-Długo spałam?- Pytam.
-Jakieś pół godziny.- Odpowiada, podnosząc się, by przywitać się z mamą i przybranym ojcem.
-Nie wiecie co i jak?- Zaczyna kobieta, siadając koło mnie, na wcześniejszym miejscu swojego syna.
-Jakieś dziesięć minut temu na moment wyszła pielęgniarka.- Odzywa się Jay, opierając się o ścianę naprzeciwko mnie.- Wszystko jest w porządku.- Uśmiecha się, a kobieta podnosi się i wtula w swojego byłego męża. Za to jego młodszy syn przenosi się bliżej mnie i kuca, kładąc dłonie na moich kolanach dla utrzymania równowagi.- Jeśli jesteś bardzo zmęczona, to jedź do domu. Ja tu zostanę i będę ci na bieżąco informował o wszystkim.
-O nie, mój drogi.- Przejeżdzam palcami po jego policzku.- Tak łatwo się mnie nie pozbędziesz.
-Jesteś pewna?- Kiwam głową w górę i w dół, potwierdzając, a drzwi do sali porodowej się otwierają.
-Ludzie, zostałem ojcem!- Z pomieszczenia wychyla się głowa Shannona, która moment później znika.- Spoglądam na obecnych, którzy są w podobnym szoku do mojego.
***
Docieramy do plastikowych krzesełek, na których z wielkim oczekiwaniem siedzi Constance i Carl. Podaję im dwa papierowe kubki z kawą i odbieram swój od Jareda, siadając obok pary. Muzyk siada obok mnie, podczas gdy ja, kosztuję napoju, który, co tu dużo ukrywać, smakuje okropnie. Gdy jestem już mniej więcej w połowie, mój telefon, podobnie jak młodszego z braci się odzywa. Wyciągam go z kieszeni i dostrzegam wiadomość od trzeciego członka 30 Second to Mars, o krótkiej treści: “Zostałem ojcem!”.
-Na to wygląda, że dzieciaki będą miały urodziny w ten sam dzień.- Odzywam się.
-Vickie już urodziła?- Pyta Connie, odwracając się w moim kierunku.
-Na to wygląda.- Potwierdza Jay, jednocześnie posyłając jej uśmiech.- Dziewczyny się zgrały porządnie, ciąża praktycznie w tym samym momencie, rodzić też zaczęły mniej więcej w tym samym czasie, ale żeby rodzić w kratkę. Tego jeszcze nie grali.- Śmieje się.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz