Wchodzę do kuchni, urządzonej
nowocześnie. Z kieszeni czarnej bluzy wyjmuję opakowanie kisielu
pomarańczowego, który kupiłem w sklepie naprzeciwko. Jak dobrze mieć tak blisko
sklep. Z szafki wyciągam jakiś garnek. Nalewam do niego szklankę wody i kładę na
palniku. W drugiej szklance rozpuszczam sproszkowany kisiel. Mieszam go, żeby
się rozpuścił, jednocześnie oblizując wargi nie mogąc doczekać się posiłku.
Spoglądam na kuchenkę i zauważam,
że płonie, a dokładniej jeden z palników. A w samym środku ognia stoi garnek z
moją wodą na kisiel. O, cholera. Odstawiam już rozpuszczony proszek na blat i
wybiegam na korytarz. Na szczęście blisko drzwi stoi gaśnica. Wracam z nią do
kuchni. Wyciągam zawleczkę i naciskam, skierowując wylot na ogień. Moment
później cała pomieszczenie jest w białej pianie. UPS.
Nagle do środka wchodzi Terry.
Otwiera usta ze zdziwienia, a w jego oczach pojawia się gniew. O nie, tylko nie
to.
-Co tu się stało?- Pyta,
opanowując wściekłość. Może nie będzie tak źle. Zaciska usta, czekając na moją
odpowiedź.
-Ja… próbowałem zrobić kisiel.- Wyznaję,
wskazując na opakowanie po proszku.- No i kuchenka się podpaliła.- Mruczę,
spuszczając wzrok, normalnie jak dziecko, które przyznaje się do błędu.
-Podpaliłeś mi mieszkanie?-
Przygląda mi się dokładnie, jakby próbował przejrzeć moją duszę. Przerażające…
-Nie. Po prostu kuchenka…- Próbuję
wytłumaczyć, ale przerywa mi, co nie jest dobrym znakiem.
-Ja muszę iść dokończyć
przygotowania do dzisiejszej wystawy. Jak wrócę, ma tu być posprzątane, a
ciebie nie być, rozumiesz?- Celuje we mnie palcem.- Klucz zostaw u portiera.-
Odwraca się i wychodzi, jednak po chwili wraca.- I nie próbuj już nic gotować.
-A mój kisiel?- Jęczę. Naprawdę
mam na niego ochotę.
-Spróbuj tylko go dotknąć, to już
nigdy tu nie wejdziesz.
* * *
Siedzę w pokoju hotelowym
Nicolasa, który gra główną rolę w „Lord Of War”. Po tym jak Terry wywalił mnie
z mieszkania, musiałem się gdzieś podziać, prawda? A on gra w tym filmie mojego
brata, więc… no, trzeba się zżyć jak to rodzeństwo. Co z tego, że już kończymy
kręcić?
Najgorsze jest to, że już miesiąc
jestem w Nowym Yorku i gdy mam wolne ciągle spaceruję po ulicach, a tej
dziewczyny nie ma. Tak jakby nigdy nie istniała. Może powinienem sobie
odpuścić? Ale jej oczy, były takie piękne… Cała była piękna. Bywają noce, gdzie
nawet mi się śni. Nie, takiej dziewczyny nie da się odpuścić…
Nicolas wchodzi do pokoju
hotelowego. Był na wystawie Richardsona. Ja wolałem się tam nie pokazywać. Chcę
jeszcze chwilę pożyć. Cały ten czas siedziałem na sofię i czytałem książkę,
tylko nawet nie wiem jaką i o co w niej chodzi, ale trzeba jakoś zabić
czas, prawda? A ja lubię czytać. I to bardzo.
-I jak było?- Pytam Cage’a,
odkładając powieść na stolik. Skoro nic z niej nie wiem, to czytanie nie ma
sensu.
-Całkiem nieźle, tylko pod koniec
wpadła jakaś dziewczyna. Powiedziała, że musi pilnie porozmawiać z Terrym.
Wszyscy myśleliśmy, że to jakaś niespełniona modelka. Richardsonowi jakoś
niespecjalnie się śpieszyło, żeby z nią porozmawiać, więc podpaliła drzewko.
Taką sztuczną palmę, która stała w holu. No i od razu się koło niej zjawił.-
Śmieję się pod nosem.
-I co? Wściekł się?- Dwa
podpalenia w jeden dzień. Takie rzeczy nie zdarzają się zbyt często. Ale, szczerzę,
to trochę jej współczuję. Gniew Richardsona jest straszny.
-Tak właściwie, to ucieszył się,
że ją spotkał.- Otwieram usta ze zdziwienia. A mnie z mieszkania wywalił! Tak
nie może być! To jest niesprawiedliwe!
Wyobrażenie sobie Jareda robiącego kisiel pomarańczowy - bezcenne ! :D
OdpowiedzUsuńWyobrażenie sobie Jareda robiącego kisiel pomarańczowy - bezcenne ! :D
OdpowiedzUsuń