Jak zwykle biegnę ulicą w
kierunku Art Partner Terry’ego Richardson’a, tylko tym razem mam na nogach
szpilki. Byle tak dalej, a długo nie pożyję. Mogłam wziąć je do torby, a potem
je ubrać, zważywszy na to, że nawet w trampkach nogi mi się plączą. Jestem już
spóźniona. On mnie zabije. Ja to wiem. Nagle wpadam na kogoś. Spoglądam w górę
i już wiem, że on tak łatwo nie odpuści. A jego oczy? Nie można zapomnieć
takiego spojrzenia. Tych niebieskich tęczówek, które mówią; „Nic przede mną nie
ukryjesz”. Och, jak ja tęskniłam za tym spojrzeniem. Odsuwa mnie na niecałe pół
metra, ale nadal trzyma w ramionach. Patrzę w jego niebieskie oczy.
-Cześć.- Mówi, a ja mimowolnie
uśmiecham się.- Gdzie się tak śpieszysz?
-Do pracy. Jestem spóźniona.-
Odpowiadam.
-Muszę z kimś pogadać…- Przerywam
mu.
-Muszę iść, on mnie zabije.-
Wyszarpuję się.- Jeszcze mnie spotkasz.- Odwracam się.- Cierpliwości.- Unoszę
leciutko kąciki ust w jego kierunku i biegnę dalej. Po niespełna 5 minutach
wpadam do Art Partner. Za ladą siedzi Emily, która pracuje tu od pół roku, a
zna wszystkich pracowników tego budynku, każdy najmniejszy szczegół z ich
życia. No dobra, o mnie nie wie prawie nic. Oprócz tych wszystkich spóźnień. To
dlatego, że pilnuję się, kiedy z nią rozmawiam. Recepcjonistka jest w moim wieku,
ale w przeciwieństwie do mnie ma krótkie, blond włosy. Moje sięgają do połowy
ramion i są czarne.
-Terry cię wzywał. Jest
wkurzony.- Mówi, wskazując na windę.
-Spodziewałam się tego.- Mruczę,
nim stalowe drzwi się zatrzasną. Wchodzę do gabineta szefa. Mężczyzna mierzy we
mnie palcem z mordem w oczach. Już do tego przywykłam.
-Trzecie spóźnienie w tym
tygodniu.- Zaczyna.- A dzisiaj środa.
-Tak, wiem. Przepraszam.-
Spuszczam wzrok.- Tylko budziki mi nie działają.
-Kupię ci taki, że zadziała.-
Przewracam oczami.- Z kim mam dzisiaj sesje?- Wyciągam z torby kalendarz i
otwieram na dniu dzisiejszym.
-Jon Kortajarena.- Odpowiadam w
chwili, gdy telefon mężczyzny zaczyna dzwonić. Odbiera, a ja siadam na fotelu,
który normalnie zajmuje mężczyzna. Zielonooki przegania mnie ręką i sam zajmuje
to miejsce. Mi zostaje sofa.
-Halo?.... Jared, to ty?...
Dobra, już tam jadę… Na razie…- Chowa komórkę do kieszeni dżinsów.- Zmiana
planów. Jedziemy do mojego apartamentu.
-A co z Jon’em?- On nigdy nie był
zbytnio ogarnięty, dlatego właśnie ma mnie.
-Niech będzie u mnie o 14. Tam
zrobimy sesje. Poczekaj na mnie przy recepcji, ja spakuję sprzęt.- Znów jadę
widną, tym razem w dół. Zatrzymuję się przy Emily. Dziewczyna wpatruje się we
mnie zaciekawiona.
-Wywalił cię?- Pyta prosto z
mostu. Uśmiecham się, przecząc- Masz z nim romans, czy co, że jeszcze nie
wyleciałaś?
-Po prostu beze mnie by sobie nie
poradził.- Wzruszam ramionami.
-Co ty robisz, że się spóźniasz?-
Pyta w pewnym momencie.
-Śpię. To silniejsze ode mnie.-
Blondynka chichota.- Pożycz mi grzebień.- Podaje mi przedmiot, a ja przeczesuję
swoje czarne włosy, po czym wiążę je w kucyk.- Masz może jeszcze coś do
jedzenia? Nie zdążyłam sobie nic kupić.- Drapię się z tyłu głowy.
-Niestety.- Obok nas pojawia się
mężczyzna.
-No, wreszcie wyglądasz jak
człowiek.- Zwraca się do mnie, a ja przewracam oczami, tak jak mam to w
zwyczaju.- A teraz chodź.- Wychodzimy z budynku. Podczas, gdy on łapie
taksówkę, ja kupuję w pobliskim kiosku kanapkę i półlitrową butelkę wody oraz
batonika. Po chwili wsiadamy do taksówki, a ona rusza w kierunku apartamentu
Terry’ego. Rzucam mu batona.- Muszę z tobą poważnie porozmawiać.- Zaczyna.-
Dlaczego ty się tak spóźniasz? Tak dalej być nie może.
-Przecież ci mówię, budziki na
mnie nie działają.- Odpowiadam, wzdychając.
-W końcu kupię ci taki, ze nawet
ja go usłyszę. Nie wywaliłem cię tylko ze względu na twoją matkę, ale proszę,
przyjdź chociaż raz na czas.
-Postaram się, ale nic nie
obiecuję.- Mruczę, wgryzając się w kanapkę.
Po chwili docieramy na miejsce. W
budynku wita nas portier, oznajmiając, że „Pan Leto czeka na górze”. I
rzeczywiście, przed drzwiami siedzi brunet. Podnosi wzrok, słysząc nasze kroki.
Przez chwilę przygląda mi się w skupieniu swoimi niebieskimi oczętami, by
moment później uśmiechnąć się. Wstaje, pozwalając Terry’emu otworzyć
apartament. Wchodzimy do środka.
-Cześć.- Brunet odwraca się w
moim kierunku.- Skąd wiedziałaś, że się zobaczymy?
-Byłeś kiedyś w NY i nie
zaglądnąłeś do niego?- Wskazuję na mężczyznę, krzątającego się po kuchni.
-Woda, herbata, kawa, czy od razu
whisky?- Pyta w naszym kierunku.
-Whisky.- Odpowiadamy w tym samym
czasie.
-Już się robi, a wy się
przedstawcie sobie, a mnie tak stoicie.
-Jestem Jared.- Mówi
niebieskooki.
-No coś ty? Naprawdę?- Udaję
zdziwienie.
-A ty, Aniołku?- Już kiedyś mnie
tak nazwał.
-Teoretycznie, już się znamy.
Jestem Olivia Richardson.- Wystawiam rękę w jego kierunku.-Asystentka
Terry’ego.- Ściska moją dłoń.
-Przypadek?- Chodzi mu o
nazwisko. Przez moment przechodzi mi przez głowę myśl, żeby mu nie zdradzać
sekretu, ale pomógł mi.
-Nie, po prostu Terry to mój
ojciec.- Oznajmiam w końcu. Jest pierwszą osobą, która wie. Brunet robi
zdziwioną minę.
-Nie wiedziałem, że ma córkę.-
Mówi po chwili.
-Bo to tajemnica. Nikt o tym nie
wie.- Siadam na sofie.- To o czy chciałeś porozmawiać?- Ojciec stawia przed
nami szklaneczki z alkoholem, po czym zajmuje miejsce na swoim ulubionym
fotelu, a koc, który na nim leżał, rzuca obok mnie
-Piosenki mi się skończyły!- Pan
Leto bierze w dłoń whisky i wypija ją do dna.- Jestem załamany. Nie mam
pomysłów na nowe.- Wstaję i kieruję się w stronę kuchni. Czuję na sobie wzrok
obu mężczyzn. Z blatu zabieram butelkę Jack Danielsa i wracam na swoje miejsce.
-No, mów dalej.- Poganiam go,
dolewając mu napoju. To jest mu teraz potrzebne, nie alkohol, ale rozmowa, a
whisky Terrenca potrafi rozwiązać język momentalnie.
-A Shannon… Mógłbym go zabić…
Dlaczego to z nim założyłem zespół? Ja nawet śpiewać nie umiem!
-Jak to nie umiesz? UMIESZ!- Nie
wytrzymuję. On się zaraz załamie. A po za tym nabyłam ich dwie płyty i naprawdę
mi się podobają. Tylko nie wiem, dlaczego je kupiłam. Może tęskniłam za
dźwiękiem jego głosu?
-Po prostu nie umiem się drzeć,
tak jakbym chciał.- Chowa twarz w dłonie.
-Jared, słyszałem ostatnio twoją
przeróbkę Madonny pod prysznicem. Nie była taka zła.- Niebieskooki lekko się
rumieni. Nie umiem stwierdzić, czy to przez słowa ojca, czy przez alkohol.
JARED
JARED
Spaceruję po ulicach, odkrywając
Nowy York na nowo. A tak naprawdę, uciekam przed Shannonem. Jakoś nie mam
ochoty z nim rozmawiać. Ostatnio ciągle się kłócimy o głupoty i nawet przeniósł
się na swoją część domu i do mnie praktycznie nie zagląda. Jakoś oddaliliśmy
się od siebie. Wiem, że to moja wina. Zmieniłem się i jestem tego w pełni
świadom, ale wydaliśmy płytę, tak? Zagrałem w „Lord Of War”, „Lonely Hearts” i
„Chapter 27”,
no i Jaco Van Dormael ostatnio mnie zaczepił w związku z
nowym filmem, ale nie zdradził szczegółów, jedynie to, że chce mnie w swojej
nowej produkcji. Tak mi się wydaję, że uciekam w pracę. Chciałbym
jeszcze wydać nowy album, jednak pojawił się „mały” problem, a mianowicie
piosenki, a raczej ich brak. Od kilku miesiący nie mam weny, dlatego właśnie
wylądowałem w tym mieście, ale za nic w świecie nie wiem, po co Shannon
przyleciał ze mną. Wiem jedno, na razie nie mam ochoty z nim gadać. Dlatego od
siódmej chodzę po ulicach, szukając miejsca godnego uwagi.
Rozglądam się na wszystkie strony.
Może gdzieś otworzyli jakąś nową kawiarnie albo bar? Po drugiej stronie ulicy
zauważam księgarnie. Zatrzymuję się na środku chodnika. Na szczęście w tej
okolicy nigdy nie ma dużo ludzi. Mrużę oczy, chcąc zobaczyć o której otwierają.
Przyda mi się jakaś książka, bo nie zamierzam wracać do hotelu. Zdaję mi się,
że o 10. Spoglądam na zegarek. Jeszcze tylko pięć minut.
Nagle ktoś na mnie wpada. Lekko
się chwieję, ale moment później odzyskuję równowagę. Jest to drobna dziewczyna,
którą trzymam teraz w ramionach. Przyglądam jej się dokładniej i zauważam
długie, skołtunione, czarne włosy, a zaraz po nich piękne zielone oczy, za
którymi tak tęskniłem. Czy to prawda? Znalazłem ją? Odsuwam ją lekko, ale nie
wypuszczam.
-Cześć.- Mówię, a ona obdarowuje
mnie uśmiechem. Jest taka piękna i delikatna.- Gdzie się tak śpieszysz?
-Do pracy. Jestem spóźniona.-
Odpowiada, a ja ciągle nie mogę oderwać od niej wzroku. Czuję, że to ta jedyna.
-Muszę z kimś pogadać…- Wyrzucam
z siebie. To chyba prawda. Już dawno z nikim nie rozmawiałem, jednak nie dane
mi jest dokończyć, bo mi przerywa.
-Muszę iść, on mnie zabije.-
Mruczy, wyszarpując się. Może po prostu nie chce ze mną rozmawiać?- Jeszcze
mnie spotkasz.- Odwraca się w moją stronę.- Cierpliwości.- Po raz kolejny
uśmiecha się do mnie i ucieka. Przyglądam się miejscu, w którym z zniknęła, po
czym odwracam się.
„Jeszcze mnie spotkasz”- Może
powiedziała to, żeby mnie zbyć? A może naprawdę się spotkamy? Ale jak mam ją
znaleźć? Powinienem jutro czekać na nią w tym miejscu?
Przebiegam na drugą stronę ulicy.
Jakiś starszy mężczyzna otwiera właśnie księgarnie. Wchodzę do środka, cały
czas mając w myślach dziewczynę. Kupuję powieść „Ptasiek” Williama Whartona,
którą polecił mi Nicolas. W ekranizacji grał Al.’a. Wychodząc z budynku, wyciągam
z kieszeni komórkę i dzwonię do Terry’ego. Odbiera po chwili. Umawiamy się u
niego w apartamencie. Nie byłem tam od czasu „podpalenia”, czyli niecały rok.
Łapię taksówkę i jadę kilka minut
tym żółtym, rozpoznawalnym pojazdem. Wysiadam pod wieżowcem, jednym z wielu w
Nowym Yorku. Wchodzę do środka, gdzie za biurkiem siedzi portier. Uśmiecham się
do niego. Zdaje się, że poranne spotkanie poprawiło mi humor.
-Dzień dobry. Mógłby pan
powiedzieć Terry’emu, że czekam pod mieszkaniem?- Zwracam się do niego.
-Dobrze, panie Leto. Dawno pana
tu nie było.- Śmieję się pod nosem.
-Cóż, miałem lekkie spięcie z nim
podczas mojego ostatniego pobytu tutaj…- Mruczę.
-Chodzi o podpalenie?- Dopytuje,
a mój uśmiech się powiększa.
-To nie było podpalenie. Po
prostu kuchenka zaczęła płonąć.- Tłumaczę.
Kieruję się do windy. Gdy jestem
już na odpowiednim piętrze, wychodzę z tej ciasnej klatki i po prostu siadam
pod drzwiami. Kilkanaście minut później słyszę kroki. Podnoszę wzrok i patrzę
na nią jak zaczarowany. Jest tu. Nie mogę się powstrzymać i na mojej twarzy
pojawia się uśmiech. Wstaję, by mój przyjaciel mógł otworzyć drzwi.
Przepuszczam ją w drzwiach, leciutko muskając dłonią jej ramię. Zatrzymujemy
się przy sofie. Trochę się tu pozmieniało.
-Cześć.- Odzywam się- Skąd wiedziałaś,
że się zobaczymy?- Pytam z czystej ciekawości, napawając się jej widokiem.
-Byłeś kiedyś w NY i nie
zaglądnąłeś do niego?- Wskazuje na mężczyznę w kuchni. Ją też udoskonalił. Po
tej pamiętnej kuchence nie ma, ani jednego śladu. Może jeszcze kiedyś miała akt
samodestrukcji?
-Woda, herbata, kawa czy od razu
whisky?- Pyta, patrząc na nas.
-Whisky.- Odpowiadamy
jednocześnie.
-Już się robi, a wy się
przedstawicie sobie, a nie tak stoicie.- Mruczy, robiąc nam drinki.
-Jestem Jared.- Mówię, a ona
prycha.
-No coś ty? Naprawdę?- Marszczy brwi.
-A ty, Aniołku?- Zagryzam wargę,
czekając na odpowiedź. Tak właściwie, to czekam na nią od kilku lat.
-Teoretycznie się znamy. Jestem
Oliwia Richardson.- Wystawia rękę w moim kierunku, a ja ją ściskam, delektując
się jej dotykiem.- Asystentka Terry’ego.
-Przypadek?
-Nie, po prostu Terry to mój
ojciec.- Robię zdziwioną minę.
-Nie wiedziałem, że ma córkę.-
Mówię.
-Bo to tajemnica. Nikt o tym nie
wie.- Siada na sofie, a ja zajmuje miejsce obok niej. – To o czym chciałeś porozmawiać?-
Obok nas pojawia się Richardson. Stawia przed nami alkohol i rozkłada się na
fotelu.
-Piosenki mi się skończyły.-
Jęczę, wypijając whisky do dna.- Jestem załamany. Nie mam pomysłów na nowe.-
„Skończyły się jak wyjechałaś” dodaję w myślach. Dziewczyna wstaje i kieruje
się w stronę kuchni. Nie mogę oderwać od niej wzroku. Po chwili wraca z butelką
Jack Danielsa. Znów siada obok mnie, a ja czuje jej delikatne perfumy. Są takie
piękne i idealnie pasują do niej.
-No, mów dalej.- Pogania mnie,
napełniając jednocześnie szklankę alkoholem.
-A Shannon…- Jęczę.- Mógłbym go
zabić… Dlaczego to z nim założyłem zespół?- A tak, już wiem, nikt inny nie mógł
ze mną wytrzymać.- Ja nawet śpiewać nie umiem!- Walę głowa o oparcie sofy.
-Jak to nie umiesz? UMIESZ!- Sprzeciwia
się. Ale myślę, że mówi to szczerze, nie dlatego, żeby się przymilić.
-Po prostu nie umiem się drzeć,
tak jakbym chciał.- Tłumaczę zrezygnowany i chowam twarz w dłonie, by moment
później sięgnąć po whisky.
-Jared, słyszałem ostatnio twoją
przeróbkę Madonny pod prysznicem..- Zaczyna Terry, a ja czuje ciepło na
policzku. Tylko nie ta historia, proszę.- Nie była taka zła.- Uff… Jednak nie
opowie jej całej…
OLIVIA
OLIVIA
-Terry…- Mruczy Jared, chwiejąc
się na nogach.- Idę spać…- Robi krok do przodu, a potem dwa kroki w tył i z
powrotem spada na sofę. I ja muszę na to patrzeć.
-O nie. Wracasz do siebie. Nie
jestem hotelem, żebyś mógł sobie tu nocować, kiedy tylko chcesz.
-On ledwo się trzyma się na
nogach.- Mówię.
-Bywał w gorszym stanie i jakoś
docierał do hotelu.- Zielonooki wzrusza ramionami. Odziedziczyłam po nim i oczy
i wzruszanie ramionami.
-Zlituj się nad nim.- Trochę mi
szkoda młodszego z braci Leto.- Popatrz, ciemno jest, zimno jest. Jeszcze się
po drodze zgubi.- Wskazuje na okno, a potem wracam wzrokiem do piosenkarza.
Wygląda jak małe, zagubione dziecko.
-Jedyne co mogę zrobić, to
zamówić mu taksówkę. Jared, chcesz taksówkę?- Zwraca się do bruneta, który nam
się przypatruje.
-Nie…- Mruczy.- Trafię sam.-
Dopowiada.- To idę.- Znów próbuje wstać, ale nie wychodzi mu to. Patrzę jeszcze
raz na ojca, ale ten przeczy ruchem głowy.- Do widzenia.- Jared podejmuje
kolejną próbę, a gdy leci do tyłu, łapię go. Wysyła mi wdzięczne spojrzenie.
Pomagam mu się ubrać.
-Tak właściwie, to dlaczego nie
pozwolisz mu zostać?- pyta Jon.
-Bo kiedyś pomieszkiwał u mnie
miesiąc i prawie mi mieszkanie podpalił.- Odpowiada.
-Terry, jesteś okrutny.- Mówię,
odprowadzając bruneta pod drzwi.- Dasz sobie radę?- Jared stoi już za progiem i
przypatruje mi się w skupieniu, przerywanej co chwila czkawką.
-Jakby co…- Czkawka nie daje mu
spokoju. Potrząsa głową.- Jakby co… dam znać.- Znów czka.- Dobranoc.- Uśmiecha
się i odchodzi, podpierając się ścianą. Zamykam drzwi i wracam do Jon’a i
Terry’ego. Siadam na sofie, w miejscu gdzie przed chwilą siedział jeszcze
młodszy Leto.
-Ja ci podpaliłam drzewko na
wystawie.- Mówię z wyrzutem do ojca.
-Drzewko? Rok temu?- Dopytuje Jon
Kortajarena.- To ty jesteś „szaloną podpalaczką”?- Tylko nie to…
-Ta…- Mruczę.- Jest ktoś, kto
jeszcze nie słyszał tej historii?- Opieram głowę o zagłówek.
-Wątpię. Jesteś numerem jeden na
każdej gali.- Śmieje się Hiszpan. Przewracam oczami.
-Wielkie dzięki, Terry.- Rzucam
mężczyźnie wściekłe spojrzenie, po czym zamykam oczy. SPAĆ!
-Olivia, jedź do domu i się
wreszcie wyśpij.- Mówi, a ja zaczynam się zbierać.
-Nie będę ci już potrzebna?-
Patrzę jeszcze na niego.
-Jest po północy, co byś miała tu
robić o tej porze? Do domu.- Uśmiecham się. Naprawdę uwielbiam Terry’ego. Mama
na pewna ucieszyłaby się, gdyby zobaczyła jak się dogadujemy.
-Miło było cię poznać, Olivia.-
Krzyczy za mną Kortajarena.
-Ciebie taż, Jon, a właściwie
Ramón.- Odpowiadam nawet się nie odwracając. Ubieram czarną, skórzaną kurtkę i
wychodzę z apartamentu. Windą zjeżdżam na parter.
-Panienko Olivio, niech panienka
zaczeka.- Portier, pan Bruce, biegnie za mną. Zatrzymuję się i odwracam w jego
kierunku.
-Tak?- Uśmiecham się do niego. To
naprawdę miły i sympatyczny człowiek.
-Pan Leto kazał panience
przekazać: „Jednak nie daję sobie rady- Doskonale naśladuje głos bruneta.-
Czekam na sofach.”- Wskazuje na trzy, czarne kanapy, które doskonale pasują do
wystroju holu.- A przynajmniej tam czekał.- Portier drapie się po łysince.
Podchodzę do sof, tupiąc po posadzce obcasami. Na jednej śpi Jared. Wygląda
trochę jak bezbronny chłopczyk. Kucam przed nim.
-Mógłby pan zamówić taksówkę?-
Zwracam się do pana Bruca.
-Oczywiście.- Mężczyzna wraca do
swojego biurka o bierze do ręki telefon. Znów spoglądam na bruneta. Gładzę go
po policzku, próbując obudzić. W końcu otwiera oczy.
-Wstawaj, pomogę ci się dostać do
hotelu.- Mężczyzna zmienia pozycje na siedzącą i przeczesuje swoje przydługawe
włosy, które przydałoby się już obciąć.- W jakim hotelu mieszkasz?- Pytam.
-Nie wiem.- Odpowiada, lekko się
kołysząc.- Zapomniałem.
-Gdzie masz komórkę?- Podaje mi swój telefon. Próbuję go odblokować, ale
nie znam hasła.- Mógłbyś?
-Co chcesz zrobić?- Patrzy na
mnie z lekkim przerażeniem w oczach.
-Zadzwonić do Shannona.- Brunet
kręci głową, przecząc.
-Nie.- Odpowiada krótko.
-To co ja mam z tobą zrobić?-
Nogi powoli mi cierpną, dlatego wstaję.
-Zostanę tutaj.- Znów chce się
położyć, ale nie pozwalam mu na to.
-Pójdziesz ze mną.- Pomagam mu
wstać. Przechodzimy kilka kroków, a ja się potykam.- Cholerne szpilki!-
Zatrzymuję się i zdejmuję obcasy. Brunet patrzy na mnie, po czym siada na posadzce.-
Co ty robisz?- Pytam.
-Pożyczam ci buty.- Mówi,
odwiązując sznurówki conversów.
-Nie trzeba, poradzę sobie.-
Podaje mi trampki. Patrzy na mnie tymi swoimi niebieskimi oczętami i wiem, że
będzie mu przykro, jeśli ich nie wezmę.- Są za duże.- Mówię, jednak przyjmuję
je. Siadam obok niego i zakładam buty, a szpilki wrzucam do torby. Wstajemy,
gdy pan Bruce oznajmia, że taksówka czeka na nas pod budynkiem. Wsiadamy do
samochodu. Leto kładzie głowę na moich kolanach, a ja mimo woli zaczynam go
głaskać po włosach. Po chwili już śpi.
Po około 30 minutach docieramy
pod moją kamienicę. Budzę go i wysiadamy. Wchodzimy po schodach do małego
mieszkania. Pomagam Jaredowi położyć się na kanapie w salonie, a sama biorę
prysznic i wskakuję do łóżka. Zamykam oczy i próbuję zasnąć, ale ktoś otwiera
drzwi do sypialni. W środku pojawia się głowa bruneta.
-Mogę spać z tobą? Zimno mi.-
Siadam na łóżku.
-Nie. Na kanapę, albo won na
ulicę.- Mężczyzna spuszcza głowę i wychodzi zamykając drzwi.
kurcze, wiesz, naprawdę lubie Twoją historię, zwłaszcza, że jest pisana w 1 osobie czasu teraźniejszego, ale jedna wypowiedź mi nie podpasowała. albo może jestem jakaś przewrażliwiona? nie wiem, wydaje mi się, że była ona dokładnie też taka sama u mnie. nie wiem nawet czy czytasz moje opowiadanie, ale rzuciło mi się to w oczy i poczułam się troche dziwnie.
OdpowiedzUsuńw każdym razie, mimo wszystko czekam na następny ;)
Cieszę się, że podoba ci się moje opowiadanie. A ta wypowiedź to najwyraźniej zwykły przypadek, bo na razie niemiałam okazji czytać twoich opowiadać (Ale to zmieni się w najbliższym czasie).
UsuńTaką długość rozdziałów to ja lubię ! Podobało mi się przedstawienie sytuacji z perspektywy Jareda i Olivii, ciekawy zabieg ;) Jednak muszę przyznać, że na początku byłam lekko zdezorientowana, bo nie było wzmianki o zmianie narratora i myślę sobie "Jared? W szpilkach?!" :D Biedaczek zauroczył się młodą dziewczyną i wena poooszła :D plus wydaje mi się, że Shann na dłuższą metę może być irytując, chociaż Jay chyba też... :D
OdpowiedzUsuń