Budzi mnie
dotyk na policzku. Niechętnie otwieram oczy i zauważam Jareda siedzącego po
turecku na moim łóżku.
-Co ty tu
robisz?- Pytam, przekręcając się na drugi bok i kładąc głowę pod poduszkę.
-Przyszedłem
cię obudzić.- Przez myśl przechodzi mi pytanie czy wczorajszy dzień to sen.
-Która
godzina?
-Po ósmej.
-Won mi stąd!-
Krzyczę, rzucając w niego czym popadnie, a dokładnie dość imponującą kolekcją
poduszek- Ja chcę spać.- Mężczyzna sprawnie omija „pociski”.
-Olivia,
wstawaj. Pomyśl jak zareaguje Terry jak cię zobaczy na czas.- Siadam na łóżku,
opierając się o ścianę za mną. Przez niego już nie zasnę.
-Panie Leto,
ale ja zaczynam pracę o ósmej.- Niebieskooki robi zdziwioną minę.- Ale
teoretycznie ojciec przełożył mi już chyba godziny, bo wieczorami zawsze jadę z
nim do apartamentu i pomagam w zdjęciach. No i codzienny baton na poprawę
humoru.
-Ależ, panno
Richardson, jak panienka może się tak spóźniać do pracy?- Wzruszam ramionami.
-Jak ty się tu
dostałeś?- Przecieram moje zaspane oczy.
-Zwinąłem
Terry’emu klucze do twojego mieszkania. Ale mi się dostało za to nasze
pożegnanie. Zdawało mi się, że przez pół nocy pilnował moich drzwi.- Mówi,
zagrywając dolną wargę.
-Czyli to nie
był sen?- Patrzę w jego oczy. Brakowało mi ich przez rok. Jared przybliża się
do mnie, po czym wbija w moje usta. Przerywa nam dobijanie się do drzwi.
- Myślisz, że
zauważył, że mnie nie ma i przyszedł po mnie?- Mruczy, oddalając się ode mnie z
niechęcią.
-Schowaj się
gdzieś, a ja otworzę.- Całuję go po raz ostatni i wstaję z łóżka. Przeciągając
się, otwieram drzwi. Za progiem stoi ojciec.- Co tu robisz?- Pytam ziewając.
Mężczyzna wchodzi do środka, nawet nie czekając na zaproszenie.
-Zostanę twoim
osobistym budzikiem.- Mówi rozentuzjowany.
Na szklanym stoliku zauważa klucze, które należą do niego.- On tu jest?-
Podnosi jedną brew w górę.
-Przyszedł
mnie obudzić, żebym się do pracy nie spóźniła.- Ojciec spogląda na zegarek na
nadgarstku.
-Ale ty i tak
jesteś spóźniona. Gdzie on jest?- Zielonooki rozgląda się dookoła. Wzruszam
ramionami.
-Schował się
gdzieś. Idę się przebrać.- Oznajmiam. W sypialni ubieram koszulkę z napisem „Do
Or Die” i jasne dżinsy. Wchodzę do łazienki i o mało zawału nie dostaję, widząc
niebieskookiego opierającego się o umywalkę.
-Spokojnie,
Olivia. Nic ci nie zrobię.- Mężczyzna przesuwa się z uśmiechem.- Zauważył
klucze?
-Mhm…- Mruczę,
nakładając pastę na szczoteczkę. Zaczynam szorować ząbki, on opiera się o
ścianę obok lustra.
-Co robisz w
czasie lunchu?- Wypluwam pianę z ust i ocieram twarz ręcznikiem. Odwracam się w
kierunku bruneta.
-Pewnie pójdę
z Terry’m na kawę do Starbucksa obok Art Partner. Chyba, że Emily będzie miała
czas, to pójdzie z nami. A dlaczego pytasz?- Wracam do czyszczenia zębów.
-Pomyślałem,
że zechciałabyś coś ze mną zjeść na mieście. Ale skoro chodzisz z nimi, to
spotkamy się wieczorem.- Mówi trochę smutniejszym głosem.
-Mogę im
powiedzieć, że już mam plany.- Kończę myć zęby i odkładam szczoteczkę do
kubka.- To gdzie mam na ciebie czekać?- Mężczyzna od razu się rozwesela.
-Przyjdę po
ciebie o 12.- Oznajmia z uśmiechem.
* * *
Opieram się na
ladzie w holu Art Partner, jednak nie patrzę na blondynkę siedzącą po drugiej
stronie.
-To
niesamowite, że przyszłaś dzisiaj na dziewiątą.- Odzywa się Emily.- Co się
stało?- Odwracam się w jej kierunku.
-Obudziły mnie
dwa budziki. To wszystko.- Wzruszam ramionami.
-Musisz je
nastawiać częściej.
-Nie wiem czy
oboje ze mną wytrzymają.- Uśmiecham się pod nosem. Blondynka od razu to
zauważa. Och, przed nią nic nie umknie.
-Czyli to
faceci.- Rusza brwiami, a ja prycham.- Dowiem się kto to?
-Terry i… -
Znów na twarz zakrada mi się tajemniczy uśmiech.- Nie powiem ci tego. Może
gdybyś nie była taką plotkarą.
-To ktoś
sławny? Jon Kortajarena? Nie wierzę. Umówiłaś się z nim?
-Nie. To nie
on.- Na ulicy zauważam niebieskookiego. Zaczynam iść w kierunku szklanych
drzwi, jednak w ostatnim momencie się odwracam.- Chcesz kawę?
-Nie, zaraz
sama idę na lunch. Do zobaczenia.- Blondynka wraca do pracy, a ja wychodzę na
ulicę.
-Witam, panie
Leto. To gdzie idziemy?- Mężczyzna bierze mnie pod rękę i prowadzi chodnikiem.
-Do kawiarni.
Jak ci praca mija?
-Przedłuża
się. Musimy wybrać najlepsze zdjęcia, obrobić je i tak dalej. A do tego ciągle
ktoś dzwoni. To się robi coraz cięższe.- Jared otwiera drzwi i przepuszcza mnie
w nich.
Jesteśmy w
pomieszczeniu pomalowanym na biało, jednak środku jednej ze ścian widnieje
duży, pomarańczowy napis: „no stress café”. Po całym lokalu porozstawiane są
stoliki i fotele w takim samym kolorze, co litery na ścianie, a na środku jest
duża, biała lada, w kształcie okręgu. Przy kasie stoi wysoka dziewczyna z
czerwonymi włosami obciętymi na krótko. Jared zamawia nam dwie kawy, a gdy je
dostajemy, siadamy przy jednym z drewnianych stolików w kącie pomieszczenia.
-Kocham Nowy
York.- Mówi w pewnym momencie.- To moje miasto. No oczywiście zaraz za Los
Angeles.
-Ja o wiele
bardziej wolę LA. Tam się wychowałam i mam do niego jakiś sentyment. Tęsknię za
nim.- Upijam łyk gorącego jeszcze napoju.- Ale najbardziej brakuje mi waszych
akustycznych koncertów w tym podrzędnym barze. Chyba tylko ja odkryłam, że
każda nazwa to kilka słów z którejś piosenki. Tylko nie rozgryzłam jak ją
wybieraliście.- Chłopak zaczyna się śmiać. Może kiedyś powiem mu jak naprawdę dowiadywałam się kiedy grają.
-Sam tego
jeszcze nie rozgryzłem. Chyba na chybił trafił. Poza tym ostatnio i tak nie
występujemy.
-Co? Dlaczego?
Myślałam, że sprawia wam to przyjemność.- Dziwię się. Zawsze gdy występował, po
prostu czułam, że on kocha to robić.
-Ja naprawdę
to uwielbiam, ale chłopaki cisną na mnie, że dawno nie napisałem żadnych,
nowych piosenek. Myślimy nawet o nowej płycie, ale jakoś się nie dogadujemy. W
sumie to dlatego tu jestem. Shannon też się gdzieś pląta po Nowym Yorku, ale na
razie nie zamierzam z nim gadać. Nie widziałem go od poniedziałku.
-To co ty
robisz całe dnie?- Pytam, upijając łyk kawy.
-Trochę
zwiedzam, siedzę w barach, kawiarniach, odwiedzam starych znajomych, a potem
idę do Terry’ego, a tak właściwie to do ciebie. I naprawdę przepraszam, za to,
ze musiałaś mnie niańczyć.
-W sumie to
było całkiem przyjemne. Ale gdyby nie to, że jesteś nie kimś innym, a Jaredem
Leto, zastawiłabym cię w holu.- Dopijam napój do końca.
-Czyli gdyby
nie sława, nocowałbym na kanapie, a pilnowałby mnie portier?
-Nie, źle to
zinterpretowałeś. Gdyby nie to, że znałam cię z LA, nocowałbyś u pana Bruca.
-Co robisz
dziś wieczorem?- Pyta, zmieniając temat, a na jego twarz wkrada się uśmiech.
-Nie mam
żadnych planów, a po twojej minie wnioskuję, że coś wymyśliłeś.
-A żebyś
wiedziała. Przyjdę po ciebie o 20. Może być?
-Chyba tak.-
Spoglądam na zegarek. Jest kilka minut po 13.- Znów spóźnienie.- Mruczę.-
Zasiedzieliśmy się.
* * *
Wchodzimy do
baru na obrzeżach miasta. Nie rozumiem, co on wymyślił, ale mimo wszystko nie
odzywam się. Brunet cały czas ma kaptur na głowie i ciemne okulary na nosie.
Lokal jest pełen. Na scenie gra jakiś zespół. Siadamy w kącie, na sofie.
-Co my tu
robimy?- Pytam w końcu.
-Zaraz
zobaczysz.- Uśmiecha się.- Mam dla ciebie niespodziankę.
-Tutaj?-
Dziwię się. Mężczyzna spogląda na zegarek w komórce.
-Jeszcze 5
minut. Chcesz coś z baru?- Wstaje i patrzy na mnie wyczekująco.
-Szklaneczkę
whisky.- Odpowiadam, a on zostawia mnie samą. Rozglądam się po pomieszczeniu.
Po 4 minutach wraca. Podaje mi naczynie. W momencie, gdy siada obok mnie, jakiś
chłopak na scenie zapowiada kolejny występ.
-Teraz zagra
dla nas Bartholomew Cubbins.- Niebieskooki zrywa się z sofy i wychodzi na
scenę.
-Zagram
akustyczne wersje moich utworów specjalnie dla pewnej osoby, z którą tu
przyszedłem.- Mówi, patrząc na mnie. Uśmiecham się, a on zaczyna grać na
gitarze. Po chwili słychać pierwsze słowa „The Kill”. Tłum śpiewa razem z nim.
W pewnym momencie, zaraz po drugiej zwrotce, na początku refrenu Jared urywa w
połowie zdania, a ludzie zaczynają się śmiać.- Poczekajcie sekundę. Przepraszam
bardzo, to moja piosenka. Macie zamiar śpiewać ze mną przez cały występ?
-Tak!
-Nie będziecie
siedzieć cicho?
-Nie!
-Jesteście
gotowi?
-Tak!!!-
Krzyczą, a on kontynuuje. Po niecałej minucie utwór się kończy
-Dziękuję.-
Mówi.
-Hej, ty.-
Odzywa się jakiś chłopak, wchodząc na scenę.- Mówiłeś, że to twoje piosenki, a
to co zaśpiewałeś było 30 Seconds To Mars.- Oznajmia z wyrzutem.
-No cóż, bo to
jest moje.- Jay zdejmuje z głowy kaptur, a z oczu okulary.- Ale jestem tu
incognito, więc cicho.- Z powrotem zakłada swój kamuflaż.
-O w mordę.-
Mruczy chłopak.- Przepraszam, nie poznałem cię.
-I o to
właśnie chodziło. Może teraz „From Yesterday”.- Znów gra i znów w połowie
przerywa. Wygląda to trochę jakby zapomniał tekstu, ale to przecież Jared,
pewnie po raz kolejny coś wymyślił. Rozgląda się na wszystkie strony. Wokół
panuje cisza, nikt się nie odzywa, tylko przypatrują sobie nawzajem, nie
wiedząc o co chodzi.
-Co się
dzieje?- Pyta ten sam chłopak, co przed chwilą.
-Czekam na
was.- Po sali rozchodzi się śmiech. Każdy zaczyna śpiewać razem z Jaredem. Znów
oddaje się temu bez reszty, jakby istniała tylko gitara i on. To niesamowite,
jak on kocha to robić. Po trzech kolejnych piosenkach, mężczyzna schodzi ze
sceny i siada obok mnie.
-Podobała ci
się niespodzianka?- Pyta, a ja się uśmiecham.
-Nie zdajesz
sobie sprawy jak bardzo, panie Leto.
-Też myślałaś,
że zapomniałem tekstu?- Patrzę na niego jak na idiotę.
-Cholera,
przecież jesteś Jared Leto. Nie mogłeś zapomnieć tekstu, za to mogłeś coś
wymyślić.- Mężczyzna się rozpromienia.- Dlaczego Bartholomew Cubbins? Kto to?
-To moje alter
ego. Gorsza strona mnie. Przynajmniej ja tak myślę..
-To dlaczego
występowałeś jako on?
-Wiesz, co by
było, gdyby dowiedzieli się, że tu wystąpię? Wejść by się nie dało.
* * *
Stoimy pod
moim mieszkaniem. Otwieram kluczem drzwi. Wchodzimy do środka. Od razu ściągam
trampki.
-Idziesz jutro
do pracy?- Pyta, nadal stojąc w przedpokoju.
-Nie, w soboty
mam wolne.- Odpowiadam, rozbierając kurtkę.
-Ja chyba będę
się zbierał.- Mówi niechętnie.- Mam nadzieję, ze Shannon już śpi.
-Nie będziesz
się włóczył po nocy.- Przechodzę w głąb mieszkania.- Przecież już spałeś u
mnie.- Mężczyzna niepewnie podąża za mną.
-Na pewno nie
będę przeszkadzać?- Dopytuje, a ja odwracam się i mierzę go wzrokiem.
-No, coś ty?
Wreszcie będę mieć towarzystwo.- Uśmiecham się.
-Co tu z tego
masz? Już drugi raz zostanę tu na noc.
-Mam nadzieję,
że jak przyjadę kiedyś do LA, będę mieć zagwarantowany nocleg.- Puszczam mu
oczko, a ten się śmieje.
-To ty się
jeszcze zastanawiasz? Wpadaj na ile chcesz.
Po wieczornej
toalecie, układamy się do snu tak jak w środę. Ja w swojej sypialni, a on w
salonie na kanapie. Mimo wszystko trochę mi go szkoda. W pewnym momencie drzwi
się otwierają, a w szparze pojawia się głowa Jareda.
-Olivia?-
Szepcze, a ja siadam na łóżku.
-Tak?
-Mogę spać z
tobą? Zimno mi.- Robi słodką minę, a ja wiem, że nie potrafię mu odmówić.
-Tylko weź ze
sobą koc.- Znów się kładę. Po niespełna pół minucie do łóżka pakuje się brunet.
-Dziękuję.-
Całuje mnie w policzek, a ja uśmiecham się pod nosem. On jest trochę jak
dziecko.- Dobranoc.- Przytula mnie, a po chwili już śpi. Ja resztą też powoli
odpływam.
Fajnie,że odcinek długi, jednak muszę powiedzieć,że dziwnie mi się czyta w czasie teraźniejszym, prawdopodobnie to tylko moje odczucie,ale musiałam Ci to napisać :D czekam tez na rozdziały z perspektywy Leto ;) i jestem ciekawa jak potoczą się losy Olivii i Jaya :)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam