Stoję z
mamą na przejściu dla pieszych, czekając na zielone światło. Rozmawiamy o
rozdaniu dyplomów, które miało miejsce kilka godzin wcześniej. Teraz pracowicie
jestem fotografem. Światło rozbryzguje na zielone. Zrywam się i idę w kierunku
drugiej strony ulicy. Gdy jestem już na chodniku, odwracam się. Kobieta stoi jeszcze
na chodniku.
-No chodź,
mamo.- Krzyczę, poganiając ją, a ona powoli przechodzi obok dużego jeepa,
jednak na drugim pasie, jakiś idiota, nie zważając na człowieka na przejściu,
kieruje swoje auto z całej siły w moją matkę. Czarnowłosa uderza w maskę, a
przed prędkość, z jaką jechał samochód, wylatuje jakieś 8 stóp (2,4 metra) w górę. Pojazd
zatrzymuje się, tak jakby czekał, aż jego ofiara wyląduje na asfalcie, a potem
z piskiem opon odjeżdża.- Mamo!- Krzycząc, biegnąc do niej, cała roztrzęsiona.
Słyszę jak z jeepa ktoś wysiada. Kobieta otwiera oczy. Widzę, że cierpi.
Podnoszę wzrok. Mężczyzna dzwoni na pogotowie.
-Oliwia,
znajdź Terry’ego i pamiętaj kocham cię, Maleńka.- Jej oddech ustaje..
-Ja też cię
kocham, mamo.- Szepczę z płaczem.
* * *
Budzę się. W
pomieszczeniu panuje ciemność. Znów mi się to śniło. Powoli wstaje z łóżka.
Przechodzę do salonu, żeby nie obudzić Jareda. Nie chcę, żeby widział mnie w
takim stanie. Siadam na kanapie i czuję łzy zbierające się w kącikach oczu, ale
ponoć im więcej wart człowieka, tym większy po nim ból. Zwijam się w kłębek.
Nagle czuję, jak ktoś mnie podnosi i sadza sobie na kolanach.
-Szukałem cię
w całym łóżku.- Mruczy do ucha.- Co się stało?- Ociera jedną z wielu łez z
mojego policzka.
-Nieważne.-
Próbuję go zbyć.
-Ważne, skoro
płaczesz.- szepcze. Oplata moje ręce wokół swojej szyi. Czuję na sobie jego
ciepło i jego oddech na karku.- Śniło ci się coś?- Kiwam głową potwierdzająco.
Nie potrafię go okłamać.
-Wypadek
mamy.- Moja dłoń automatycznie odnajduję jego i splatam je ze sobą, a on tylko
ściska je mocniej.- Co jakiś czas mi się to śni.- Pociągam nosem.
-Dlaczego nie
mówiłaś?- Przesuwa nosem po karku, a po moim ciele przychodzi dreszcz.
-To nic
takiego.
-A po twojej
twarzy wcale nie leci setki słonych kropli wydobywających się z oczu, prawda?-
Mówi wprost do mojego ucha.
-Po prostu
nadal nie mogę zrozumieć, dlaczego zginęła, a ten facet po prostu uciekł. Ale
przynajmniej go złapali.
-Wiem.- Całuje
mnie w policzek.- Przecież to ja zapisałem jego tablice rejestracyjną.-
Przypomina.
-I zadzwoniłeś
po karetkę.- Dopowiadam.- Dziękuję. Bardzo mi wtedy pomogłeś.
-Każdy by tak
zrobił.- Mruczy. Dotyka mojego naszyjnika.- Podoba mi się.
-Mama i Terry
mi go dali.- Uśmiecham się pod nosem.
-Co to
oznacza?
-Triada to
trójca. Dzięki temu miałam pamiętać, że mogę zawsze na nich liczyć.
-Terry nigdy
nie wspominał o tobie.- Opieram głowę o jego lewe ramię.
-Bo to była
tajemnica. Pierwszy się o tym dowiedziałeś. Zdajesz sobie sprawę, co by się
działo, gdyby się dowiedzieli o ukrywanej córce sławnego fotografa?- Szepczę,
sennym głosem.
-Wiem.-
Odpowiada.- Naprawdę pierwszy się dowiedziałem?
-Mhm…-Mruczę,
powoli odpływając. Czuję jeszcze jak mężczyzna zanosi mnie do łóżka.
* * *
Budzi mnie
głaskanie po policzku. Otwieram leniwie oczy. Na łóżku siedzi uśmiechnięty
Jared.
-Po co mnie
budzisz?- Pytam zaspana.
-Żebyś zdążyła
do pracy, przynajmniej na dziewiątą. Za minutę ósma, więc masz jeszcze czas na
prysznic, żeby się dobudzić.- Przymykam oczy.- Ej, nie zasypiaj.- Szturcha mnie
w ramie.- W kuchni masz już gotowe śniadanie.
-Dziękuję.-
Uśmiecham się lekko.- Ale to łóżko mnie przyciąga.- Mruczę.
-Drzemka? 2
minuty?- Spoglądam na niego.
-5 minut?-
Proszę, robiąc przy tym słodkie oczka.
-Obudzę cię za
chwilę.- Wstaje i wychodzi z pokoju, a ja zasypiam.
Po jakimś
czasie mężczyzna budzi mnie po raz kolejny. Tym razem bez słowa ześlizguję się
z łóżka. Patrzę na zegarek, jest za pięć ósma.
-Ile mi dałeś
czasu na drzemkę?- Patrzę na niego zdezorientowana.
-Pół godziny.-
Uśmiecha się.- Ja w tym czasie robiłem naleśniki, więc chodź na śniadanie.
-Spryciarz z
ciebie.- Idziemy zjeść najważniejszy posiłek w całym dniu, po czy, idę na
poranny prysznic, żeby się dobudzić. Gdy wychodzę z łazienki, mieszkanie jest
puste. Na blacie w kuchni leży kartka:
„Musiałem wyjść wcześniej.
Miłej pracy. Do zobaczenia.
J. ”
No cóż.
Ubieram koszulkę z napisem: „Lost In A Daydream” i czarne spodnie. Oprócz tego,
chyba po raz pierwszy odkąd pracuję u Terry’ego, robię makijaż w domu. O ile
po pudrowanie twarzy i pomalowanie rzęs można nazwać makijażem.
Dwie minuty
przed dziewiątą wchodzę do Art Partner. Emily, gdy tylko mnie widzi, robi
zdziwioną minę.
-Tak wiem,
jestem wcześnie.- Mruczę, omijając ją. Naciskam guzik przywołujący windę.
-Ten twój Jay,
jest u Terry’ego.- Mówi, a ja się cofam.- Ale za to ten cały Jared Leto się nie
pojawił. Ja to powtarzałam, skoro jest bogaty, to się spóźni.- Wchodzę do
windy, bo czuję, że zaraz zacznę się śmiać. Jadę na górę i otwieram drzwi do
gabinetu ojca, jednak panują tam pustki. Idę więc do pomieszczenia, w którym
odbywają się sesje. Niebieskooki stoi na białym tle, a na jego twarzy pojawiają
się przeróżne miny. Ojciec uwiecznia to wszystko na zdjęciach. Stoję tak
niezauważona, dopóki nie podskakuję ze strachu, gdy ktoś kładzie mi rękę na
ramieniu. Odwracam się i widzę uśmiechniętego Shannona.
-Nie bój się,
to tylko ja.- Mówi ze śmiechem, a Jay i Terry patrzą w naszym kierunku.
-Olivia, co ty
tu robisz? Jest po dziewiątej.- Zwraca się do mnie zielonooki.
-Przyszłam do
pracy.- Wzruszam ramionami.- I byłam tu kilka minut przed dziewiątą.- Wchodzę w
głąb pomieszczenia.- Cześć, Jared.- Rzucam w kierunku niebieskookiego, a on
odwzajemnia to uśmiechem i puszcza w moim kierunku oczko. Siadam na sofię. Terry wędruje wzrokiem to po
mnie, to po młodszym Leto. W końcu kontynuuje sesje. Obok mnie siada Shannon.
-Pogubiłem się
trochę. Nie przyszłaś tu z moim bratem?
-Nie, pracuję
tu jako asystentka Terry’ego, aczkolwiek z Jaredem już się dzisiaj widziałam.
-Wiesz, cieszę
się, że cię poznał. Matka ciągle powtarza mi, żebym go pilnował, ale on
doskonale radzi sobie beze mnie. To ja potrzebuję jego pomocy. Przepraszam za
to jak zachowałem się wtedy w hotelu. Po prostu mu trochę zazdroszczę. Bo
znalazł kogoś kto mu pomoże. Chyba drugi rok dzieje się z nim coś niedobrego.
Znaczy, niby zagrał w „Lord Of War” i „Lonely Hearts”, nagraliśmy „A Beautiful
Lie”, ale on staje się taki dziwny. Nie chce z nami rozmawiać. Cały czas mówi o
nowej płycie, ale nie ma żadnych piosenek, więc nie wiem jak on ją zamierza
nagrać.- Brunet chowa twarz w dłoniach. Widać, że martwi się o swojego brata.
-Ostatnio coś
pisał w swoim notesie. I to dość dużo.- Mówię.
-To dobrze.-
Uśmiecha się, ale trochę bez przekonania.- To tylko dzięki tobie. Nigdy nie
widziałem go takiego szczęśliwego…
-Witam
wszystkich!- W drzwiach pojawia się czarnowłosy Chorwat z wielką wieżą
pudełek.- Patrzcie co dla was mam.- Wskazuje na tekturowe opakowania.- I
przepraszam za spóźnienie, ale coś im się na lotnisku zepsuło.- Kładzie to
wszystko na stoliku obok mnie i Shannona.- Ooo… Widzę nową twarz. Jestem
Tomislav Miličević, ale mów mi Tomo.
-Olivia.-
Wyciągam rękę w jego kierunku, a on zamiast ją uściskać, całuje ją.
-Miło mi cię
poznać. Mam nadzieję, ze ten tu obecny, Shannon Christopher Leto cię nie
zanudza.- Siada między nami.- Pracujesz tu?- Przygląda mi się z uwagą,
wyczekując odpowiedzi. Czuję, że go polubię.
-Tak.
-Coś ty tu
przytargał ze sobą?- Przerywa mi starszy Leto, wskazując na pudełka.
-Zrobiłem
ciasteczka.- Chorwat uśmiecha się, pokazując nam nierówne zęby.- Pięć rodzajów,
żeby wszystkim smakowało. Mam nadzieję, że lubisz ciastka.- Zwraca się do
mnie.- I się nie odchudzasz, bo na marginesie, nie masz z czego. Jared! Terry!
Chodźcie, mam coś dla was.- Czarnowłosy wstaje i otwiera kartony.- Dla każdego
coś dobrego. A Jay, tu są specjalnie dla ciebie. I Matt nie przyjedzie. Coś mu
w domu wypadło.- Podaje mu jedno z opakowań. Niebieskooki siada obok mnie, w
czasie gdy wokół Tomislava kręci się jego brat i mój ojciec.
-Widziałaś ten
wzrok Terry’ego?- Śmiejemy się.- On mnie w końcu zabije.- Mruczy w pewnym
momencie.
-Nie martw się,
mnie pierwszą jak nadal będę się spóźniać.
-Co to, to
nie. Już się przyzwyczaił do tych twoich spóźnień. Chce tylko sprawiać wrażenie
złego. Musisz zjeść chociaż 5 ciastek, bo Tomislav się obrazi.- Wskazuje na
pudełko.- Jedz bez obaw, to są wegańskie.- Biorę pierwsze ciastko, potem drugie
i kolejny, aż w końcu przestaje liczyć.- Widzę, że smakują.- Śmieje się brunet,
w momencie, gdy obok nas siada czarnowłosy.
-Tomo, te
ciastka są nieziemskie.- Mówię z uśmiechem.
-Skosztuj
jeszcze pozostałe.- Wskazuje na miejsce, w którym stoi Terry i Shannon.
-Przykro mi,
jestem weganką.- Odpowiadam ze smutkiem.
-A miałem
zrobić dwa pudełka dla Jareda…- Mruczy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz