POSTACIE Strona głóna

czwartek, 28 stycznia 2016

29. GOŚCIE, GOŚCIE

25 październik 2006


Staję na chodniku i odwracam się, machając do osób w busie. Byli tak dobrzy i podrzucili mnie do mieszkania, w drodze do hotelu. Zawieszam ramię plecaka na prawym ramieniu i szczęśliwy wbiegam do budynku. Zatrzymuję się na drugim piętrze i chwytam za klamkę, jednak drzwi się nie otwierają. Czyżby czarnowłosa nauczyła się zamykać drzwi? Z bagażu wyciągam klucze. Teoretycznie dziewczyny może tu już nie być, bo ostatnio wkręciła się w prace i nie ma na nic czasu, ale przecież mogę zrobić jej niespodziankę, przychodząc do studia. Z tą myślą wchodzę w głąb mieszkania. Uśmiecham się, gdy do moich nozdrzy dociera jej zapach. Odkładam plecak i futerał z gitarą przy ścianie i kieruję się do kuchni. Przekąsiłbym coś, jednak moja uwagę zwraca wystająca dłoń z sofy. Podchodzę bliżej, a moim oczom ukazuje się uroczy widok. Olivia ściska jedną ręką poduszkę, a drugą ma przewieszoną przez oparcie. Nogi tak właściwie wiszą już nad wykładziną, a koc, którym była najwyraźniej przykryta, leży na podłodze. Podchodzę bliżej i przykrywam ją dokładnie, po czym składam całusa na jej czole. Dziewczyna mruczy coś pod nosem, wiercąc się przy tym w każdą możliwą stronę, aż w końcu otwiera oczy. Gwałtownie podnosi się i przygląda mi swoimi wielkimi, zielonymi oczętami, po czym je przeciera.
-Jared?- Odzywa się, zdziwiona.- Co tu robisz?- Ziewa, rozglądając się po pomieszczeniu.- Nie powinieneś być w trasie?
-Aniele, dzisiaj 25.- Kucam przed nią i całuję ją w odsłonięte kolano.
-Która godzina?- Spoglądam na tarczę zegara.
-Po dziewiątej.- Odpowiadam, a ta robi przerażoną minę.
-Spóźnię się do pracy.- Wstaje z kanapy, więc ja również się podnoszę, ale ona totalnie mnie ignoruje, kierując się do łazienki.
Gdy znika za drzwiami wzdycham cicho i idę do kuchni. Chyba nie spodziewałem się takiego przywitania. Zaglądam do lodówki, w której świeci pustkami. Zamykam ją, ogarniając wzrokiem pomieszczenie. Na stoliku leży pomarańcza i jabłko. I to chyba tyle z przedmiotów nadających się do jedzenia. Siadam na blacie i macham nogami, przyglądając się ulicy za oknem. A miało być tak pięknie. Miała mi się rzucić na szyję z tęsknoty, a ja miałem wyszeptać jak bardzo mi jej brakowało. Co za palant ze mnie. Może ona po prostu nic do mnie nie czuje?
Nagle słyszę jak wychodzi z łazienki, więc pewnie trochę już tu siedzę. Przyglądam się jak podąża w moim kierunku, wycierając ręcznikiem włosy. Nagle potyka się o plecak i prawie upada. Z wściekłością spogląda na mój bagaż, a wyraz jej twarzy zmienia się w sekundę na zdziwioną i zaskoczoną. Podnosi wzrok i dostrzega mnie. Biegnie po czym, wtula się w moje ciało.
-To naprawdę ty…- Szepcze, a ja stoję oniemiały. Chyba nie wiem, co się dzieję. W końcu obejmuję ją.- Myślałam, że znów mi się śniłeś.- Dodaje, a ja chyba zaczynam wszystko rozumieć. Całuję ją we włosy
-Mam nadzieję, że nie idziesz jednak do pracy.- Mruczę, a ta przeczy ruchem głowy, po czym staje na palcach i wbija się w moje usta. Odwzajemniam pocałunek.- Tęskniłem za tobą.- Szepczę.- Tak bardzo mi cię brakowało.- Całuję ją w policzek.- Richardson ciągle stoi wtulona w moje ciało.
-A ja nie zamierzam cię puścić.- Odpowiada.
                                *                      *                      *
Otwieram oczy i gwałtownie podnoszę się do pozycji siedzącej. Rozglądam się po pomieszczeniu, a do moich uszu dociera hałas, który mnie obudził- „Highway To Hell”, wydobywający się z telefonu czarnowłosej. Wkładam rękę między sofę, a oparcie i wyciągam komórkę. Na ekranie wyświetla się nieznany numer.
-Halo?- Odbieram, a na stoliku zauważam karteczkę samoprzylepną. Odrywam ją i czytam: „Jestem na zakupach. O.
-Przepraszam. Jest Olivia?- Po drugiej stronie odzywa się jakiś facet. Skądś kojarzę ten głos, ale nie mogę sobie przypomnieć do kogo on należy.
-Wyszła, zostawiając telefon.- Mówię.- Przekazać jej coś?
-Jared, tak?- Potwierdzam, a mężczyzna po drugiej stronie kontynuuje.- Z tej strony Clint Eastwood.- Teraz już wiem, dlaczego go kojarzyłem.- Byłem wczoraj na sesji i zapomniałem się spytać, na kiedy zdjęcia będą gotowe.- Tłumaczy, a drzwi do mieszkania się otwierają. Richardson wchodzi do mieszkania, niosąc dwie papierowe torby.
-Olivia właśnie wróciła. Już ją daję.- Odbieram od dziewczyny zakupy, a podaję jej komórkę.
-Tak?- Odzywa się, a ja wchodzę do kuchni, gdzie rozpakowuje zakupy. Fotograf po chwili pojawia się obok mnie. Staje na palcach i cmoka mnie w usta. Uśmiecham się.- Zasnąłeś jak rozmawialiśmy.- Siada na blacie.
-Nie spałem całą noc, bo nie mogłem się doczekać, aż cię zobaczę.
-A ja się pogubiłam w tym wszystkim.- Przyznaje, opuszczając głowę. Robię krok do przodu i znajduję się centralnie przed nią. Głaskam ją leciutko po policzku.- Nie spodziewałam się ciebie dzisiaj.- Dodaje.
-Zauważyłem.- Unoszę jej podbródek i całuje w czoło.- Jesteś zapracowana. Nie masz na nic czasu. Musisz trochę zwolnić.
-Nudzę się, więc pracuję.- Wzrusza ramionami, a ja wzdycham.
-To jedź ze mną.- Obrzuca mnie zmęczonym, złowrogim spojrzeniem.
-Nie mogę.- Całuję ją w czoło.
-A jeśli przyjedziesz tylko na kilka dni? Nie wiem, jak będziemy w St. Petersburgu (miasto na Florydzie)? To będzie jakoś w drugim tygodniu listopada.
-Zastanowię się, dobrze?- Kładzie dłonie na moich biodrach i przysuwa mnie bliżej.- Ale bardzo bym chciała.- Uśmiecha się słodko, a ja już nie mogę wytrzymać, więc wbijam się w jej usta. Odwzajemnia pocałunek, jednak przerywa nam chrząkanie. Obracam się, a moim oczom ukazuje się cały zespół, z Emmą na czele.
-No, hej.- Zaczyna Shannon.- Mam nadzieję, że nie obrazicie się, że zaprosiłem ich tutaj. A poza tym drzwi były otwarte.- Unosi kąciki ust wyżej. Spoglądam na czarnowłosą, która zeskakuje z blatu.
-Dawno was nie widziałam.- Mówi, przytulając Ludbrook.- Jak tam trasa?- Puszcza moją asystentkę, po czym wita się z resztą.
-W miarę spokojnie.- Brat mrozi mnie wzrokiem, a ja wystawiam mu język, na co ten się krzywi, zajmując miejsce na sofie.
-Rozgłoście się. Chcecie coś do picia? Kawa? Herbata?- Gdy do perkusisty docierają moje słowa, zrywa się z kanapy jak poparzony.
-Sam sobie kawę zrobię.- Wchodzi do kuchni, kierując się prosto da szafki, w której stoi puszka. Wyciąga ją i odwraca się do mnie.- Na co się gapisz, dzieciaku?- Unoszę ręce w górę, w obronnym geście.- Chce ktoś napoju bogów?- Nachyla się przez blat i wpatruje w pozostałych.
-Mi możesz zrobić.- Zgłasza się Richardson.
-A dla reszty zrób herbatę.- Dodaje blondynka, wpatrzona w ekran komórki.
-A kto powiedział, że robię też herbatę?- Pyta brunet, a ja wzdycham. Z szafki wyciągam kubki. Dwa zostawiam do dyspozycji Shana, a do reszty wrzucam torebeczki.
-Zalej je potem.- Trącam go ramieniem, a ten oddaje mi ze zdwojoną siłą. No cóż, czasem zapominam jakie wyrobił sobie mięśnie grając na perkusji po kilka godzin dziennie. Idę do salonu i siadam na podłokietniku fotela, na którym siedzi Olivia.- Co tu robicie? Już się za mną stęskniliście?- Śmiejemy się, a drzwi do mieszkania się otwierają i wchodzi przez nie John Gillis, a wszyscy milknął.
-Lizi, ja wiem, że Jared jest w trasie, ale może zostawił…- Urywa, zauważając nas. Macha leciutko w naszym kierunku, uśmiechając się.- Myślałem, że jesteście w trasie.
-Trzydniowa przerwa.- Mówię.
-No nie ważne. Błagam, pożyć gitarę. Mam pomysł na piosenkę, a moja poleciała do Europy z całym bagażem.
-Tylko ostrożnie. To Artemis.- Wskazuję na futerał pod ścianą.
-Kawa? Herbata?- Krzyczy Shan z kuchni.
-Kawa, tylko mocna!- Odpowiada czarnowłosy, wyjmując moją gitarę.- Zaraz wracam.- Znika w pokoju gościnnym.
-Czy to był Jack White?- Pyta Ludbrook, patrząc w miejsce, gdzie przed chwilą stał muzyk.
-No, tak. Czasem do mnie wpada.- Potwierdza Olivia, a w salonie pojawia się Shannon z czterema kubkami z napojami. Odkłada je na szklanym stoliku.
-Bro, idziesz po resztę.- Ogłasza, zajmując miejsce na sofie pomiędzy Emmą, a Tomo, który dyskutuje z Mattem. Z ociąganiem podnoszę się i idę po pozostałe naczynia. Gdy wracam z kuchni z herbatą i krakersami, drzwi do mieszkania po raz kolejny się otwierają i wchodzi prze nie starsza kobieta z siwymi włosami, ubrana w czarną sukienkę, tego samego koloru, nie zapięty płaszcz i szalik narzucony byle jak na szyję.
-O widzę, że masz gości.- Uśmiecha się, a czarnowłosa zrywa się z fotela.
-Co tu robisz? Nie powinnaś wychodzić z domu, szczególnie tak ubrana.- Podchodzi do kobiety, która stoi niewzruszona.
-Nie będę siedzieć całymi dniami w domu. A poza tym nie opuszczę takiej imprezy.- Unosi kąciki ust jeszcze wyżej i wsadza rękę do kieszeni, by po chwili wyjąć z niej poczkę papierosów.
-Miałaś rzucić!- Dziewczyna mrozi ją wzrokiem, a ja, podobnie jak pozostali nie mam pojęcia, kim ona jest.
-Ty kazałaś mi rzucić, a ja to zignorowałam.- Wyjaśnia, zostawiając w tyle Olivię.
-Jestem Norma Kessler, matka tego imbecyla, zwanego inaczej Terrym.- Staje nad kanapą, przekładając między palcami papierosa.- Znajdziecie tu miejsce dla mnie?
-Jak chcesz palić, to wyjdź na balkon.- Fuczy fotograf, wskazując na szklane drzwi.
-W taką pogodę?- Kobieta robi oburzoną minę.
-Nawet mnie nie denerwuj.- Dziewczyna siada na swoim poprzednim miejscu, a jej babcia kieruje się na balkonik, jednak zatrzymuje się w pół kroku i odwraca do mnie.
-Jared Leto, tak?- Pyta, a ja potwierdzam.- Miło cię wreszcie poznać.- Oznajmia, po czym wychodzi na świeże powietrze.
-Ja też pójdę na papieroska.- Odzywa się Shan, po czym idzie za kobietą.
-Przepraszam za nią. Jest szalona.- Mruczy czarnowłosa.- Przyjechała na kilka dni z LA, żeby mieć nade mną „kontrole”.- Robi cudzysłów w powietrzu.
-Każdy ma w rodzinie kogoś szalonego.- Odpowiada Emma.
                                *                      *                      *
Odkładam telefon na szklany stolik i uśmiecham się do naszych gości.
-Pizza będzie za pół godziny.- Oznajmiam. Spoglądam na balkon, gdzie Shannon razem z Normą palą już trzeciego papierosa, w ciągu tych kilku godzin. Nagle po mieszkaniu roznosi się pukanie. Z lekkim ociąganiem, podnoszę się z wykładziny.- Szybcy są.- Komentuję, ze śmiechem. Otwieram drzwi, a moim oczom ukazuje się dość wysoka blondynka, z torbą podróżną w ręce.- Mama?- Dziwię się.- Co tu robisz?
-Pomyślałam, że skoro macie trzy dni wolne, to spędzę z wami trochę czasu. W końcu nie widzimy się zbyt często. Mam nadzieję, że nie przeszkadzam.- Szok mija, więc przytulam kobietę i odbieram od niej torbę.
-Zapraszam. Tylko nie przestrasz się, bo trochę ludzi tu jest.- Oznajmiam, wpuszczając ją do środka.
-Tak myślałam. Pierwsze odwiedziłam hotel, ale recepcjonista nie chciał mi zdradzić żadnych szczegółów, ani nawet potwierdzić, że tam jesteście. Dopiero któryś z techników, bodajże od oświetlenia mnie rozpoznał i powiedział mi, że gdzieś wyszli, więc pomyślałam, że pewnie tu jesteście.- Pomagam ściągnąć je kurtkę, po czym prowadzę w głąb.
-Patrzcie, kto tu przyszedł.- Zwracam się do reszty, a oni spoglądają w naszym kierunku.
-Ooo… Connie.- Olivia podchodzi do nas i przytula kobietę na przywitanie, po czym staje obok nas.- Mam nadzieję, że nocujesz u nas.- Czarnowłosa uśmiecha się uroczo, a mama odpowiada tym samym.
-Raczej myślałam o hotelu. Nie chcę wam przeszkadzać.
-Ty nigdy nie przeszkadzasz. Jay, zanieś torbę do sypialni.- Odstawiam bagaż do pokoju.
-A gdzie Shannon?- Wskazuje na balkon, a ona się krzywi.- Znów pali?
-Dzień dobry.- Z kuchni wychodzi John z kubkiem kawy w dłoni.- Chce się pani czegoś napić?
-Dziękuję, ale nie. Przepraszam, ale chyba pana nie znam.- Przyznaje.
-John Gillis, albo jak ktoś woli Jack White.- Przedstawia się czarnowłosy.- Przyjaciel tej tu Olivii Richardson.- Obejmuje dziewczynę ramieniem, a ta się krzywi, podobnie jak ja.
-Puścisz mnie?- Syczy fotograf, a ten zabiera rękę.
-Tak naprawdę, nie znam go.- Mrozi go wzrokiem, a do pomieszczenia wraca matka Terrego i mój brat.
-Mama? Co tu robisz?
-Odwiedzam was.- Wtula się w kobietę. Może to dziwne, ale jesteśmy naprawdę blisko z nią i cieszymy się każdą spędzoną z nią chwilą. Może to przez samobójstwo ojca? Naprawdę, nie wiem. W końcu puszcza ją.- A wy się nie przywitacie?- Kobieta zwraca się do reszty, siedzącej na sofie, robiąc przy tym oburzającą minę.
-Przepraszamy.- Odpowiadają na raz, po czym machają do niej, a ta od razu się rozwesela.
-Właśnie, Connie.- Zaczyna Olivia.- Poznaj Normę Kessler, moją babcie. Babciu, poznaj Constance Leto, mamę Jareda i Shannona.- Przedstawia kobiety sobie.
                                *                      *                      *
Zmywam naczynia po dzisiejszym dniu, a Olivia je wyciera. W końcu oddaje jej ostatni kubek i wycieram ręce. Spoglądam na zegarek, który wskazuje za pięć dwunastą.
-Aniołku?
-Tak?- Odwraca się w moim kierunku, a ja mogę zajrzeć w głąb jej zielonych oczu.
-Cieszę się, że cię widzę.- Całuję ją we włosy.
-Ja też.- Uśmiecha się.- Idę pierwsza pod prysznic.- Pstryka mnie w nos, a ja robię oburzoną minę.- Wy zawsze traktujecie się jakbyście byli rodziną?- Pyta, wkładając swój kubek do szafki obok mojego.
-Tak, chyba tak. Bo to jest moja rodzina. Przybrana, ale jest.- Automatycznie unoszę kąciki ust w górę.- I ty też do niej należysz.- Dodaję.
-Dziękuję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz