POSTACIE Strona głóna

czwartek, 7 stycznia 2016

26. URODZINY

9 październik 2006



Odwracam głowę, słysząc odgłos otwieranych drzwi. Moim oczom ukazuje się Terence ubrany w zwykłą, czarną koszulkę i niebieskie dżinsy. Macha dłonią, przeganiając mnie ze swojego ulubionego fotela, który swoją drogą jest jedynym fotelem w Art. Ignoruję go. Wzdycha siadając na kanapie obok. Spoglądam na wiszący na ścianie zegar, który właśnie wybija południe.
-Spóźniłeś się.- Oznajmiam, odkładając kolejną porcje papierów na stolik. Zapamiętać. Nigdy, ale to przenigdy nie robić wystawy we Francji, chyba, że zechcę utonąć w morzu dokumentów.
-Przepraszam, zaspałem.- Mówi, a ja prycham.- Tak, wiem.- Unosi ręce w górę, w geście poddania się.- W nagrodę coś dzisiaj dostaniesz.- Na jego ustach pojawia się tajemniczy uśmiech.
-Oby nie dodatkowe godziny pracy.- Mruczę, a ten wybucha śmiechem.
-Naprawdę jestem, aż taki okrutny?- Otwieram usta, chcąc odpowiedzieć, jednak ten jest pierwszy.- Chyba jednak nie chcę wiedzieć. No, ale zacznę od rzeczy ważniejszej. Otóż wylatuję do Paryża 15 wieczorem. Do tego czasu musisz to skończyć.- Wskazuje na kartki, leżące na stoliku.- Ale zważywszy na to, że Jared zaczyna trasę też jakoś w tym czasie, możesz przesiadywać z nim dnie i noce. W studiu musisz zjawić się tylko wtedy, gdy będzie jakaś sesja, a że na razie nie ma takowych zaplanowanych, więc masz trochę czasu wolnego. No, oczywiście nie zapominając o moich dokumentach.
-Mówisz naprawdę, czy żartujesz?- Wpatruję się w jego zielone tęczówki, próbując wychwycić fałsz, jednak nic takiego nie widzę.
-Poważnie.- Uśmiecha się, ukazując zęby.
-A od kiedy to zaczyna obowiązywać?- Dopytuję. Może tu tkwi haczyk.
-Od dzisiaj.- Otwieram usta ze zdziwienia, po czym zrywam się z fotela i zamykam go w szczelnym uścisku.- Puchatku, wszystkiego najlepszego.- Oddalam się na kilka centymetrów od jego ciała.
-Ja nie obchodzę urodzin.- Szepczę.
-Wiem, Puchatku.- Pstryka mnie w nos, odpowiadając tym samym tonem głosu.- Ale za to obchodzisz urodziny za Johna Lennona.
-Ktoś musi o nim pamiętać.- Wzruszam ramionami.- Skończyłby dzisiaj 66 lat.
-No dobra. Mam dla ciebie mały prezencik.- Puszczam go, a ten nachyla się i z szafki wyciąga i podaje mi czarną ramkę ze zdjęciem, a raczej kilkunastoma zdjęciami, poskładanymi w jedno.
Ramka podzielona jest na kilka części, a w każdej jestem ja z osobami, które na zawsze zostaną w moim sercu. Przyglądam się wszystkim fragmentom dokładnie, zaczynając od fotografii z mamą, gdy miałam niespełna dwie godziny, a potem kolejno z moich trzecich urodzin, gdy dmuchałam świeczki z tortu, siedząc u Terrego na kolanach, moje pierwsze zakończenie szkoły razem z dziadkami, wakacje na Hawajach u Braxtona, wspólne wakacje z Jakem i Patrickiem, moja pierwsza prawdziwa sesje z Whitem, ploteczki z Emily, i na końcu zdjęcie wykonane jakoś tydzień temu, gdy zasnęłam, wtulona w klatkę piersiową Jareda, podczas gdy był u nas ojciec.
-Dziękuję.- podnoszę się i wygładzam, zmięty materiał sukienki, kupionej z Constance.- Jest cudowne.- Uśmiecham się.
-Ślicznie wyglądasz.- Mężczyzna podnosi się i łapie za rękę, obracając ją tak, że zmusza mnie do obrotu.- A teraz uciekaj do Leto.- Całuje mnie w czoło. Wrzucam papiery do torby, podobnie jak laptopa i ramkę.
-Na pewno nie będę ci potrzebna?- Zakładam aparat na szyje.
-Leć.- Macha ręką, tak jakby chciał mnie wygonić. Unoszę sprzęt do góry i pstrykam zdjęcie ojcu. Łapię torebkę i już chcę wyjść, gdy zielonooki chrząka. Odwracam się, a on wskazuje na moje szpilki.-Chyba o czymś zapomniałaś.- Komentuje, a ja spoglądam na moje gołe stopy. Ze śmiechem ubieram buty i tym razem naprawdę wychodzę. Windą zjeżdżam na parter i niepostrzeżenie podchodzę do biurka.
-Uśmiech.- Pstrykam zdjęcie blondynce, kiedy ze strachem spogląda na mnie.
-Przestraszyłaś mnie.- Zarzuca mi.- Mmm… Sexi wyglądasz.- Mruczy.- Pan Ideał cię widział i bez niczego wypuścił z mieszkania?
-Obudziłam się wcześniej i nawet go nie budziłam. Niech raz na jakiś czas sobie pośpi.- Opieram łokcie na ladzie, a głowę na dłoniach.- Nie uwierzysz. Terry dał mi wolne do wyjazdu Jareda.
-Żartujesz? Przecież Richardson to podstępny egoista, Demon, który nie cierpi twojego chłoptasia.
-Emily, słyszałem.- Odwracam się i zauważam ojca stojącego za mną. Krzywię się. Jak on tak szybko się tu pojawił?
-Wybacz, ale to prawda.- Blondynka wywraca oczami.- A ty lepiej wracaj do pracy. W końcu dopiero przyszedłeś. Właśnie, Olivia, ty masz dzisiaj urodziny. Złotko, wszystkiego najlepszego.- W mgnieniu oka obiega biurko i zamyka mnie w szczelnym uścisku.
-Ale ja nie obchodzę urodzin.- Jęczę, próbując naprać powietrza. W końcu mnie puszcza.
-No i co z tego? Życzenia warto złożyć. Żeby nie było, że zapomniałam. Ciekawe, czy pan Ideał pamięta.
-Em, nie obchodzę urodzin, a jak już, to świętowałyśmy z mamą urodziny Lennona.
-Tego z Beatlesów? Nie lubię ich.- Kiwam głową potwierdzając.
-Szczerzę, ja też za zespołem nie przepadam, ale osobno są naprawdę ciekawymi ludźmi.
- A co ten Lennon ma do tego?
-Urodził się 9 października.- Na mojej twarzy pojawia się szeroki uśmiech.- No dobra, uciekam. Wpadnij na kawę, bo nie wytrzymam tygodnia bez ciebie.- Całuję ją policzek i wychodzę z budynku. Jak na październik jest wyjątkowo ciepło. Ubieram na nos lenonki i spacerkiem idę do mieszkania. Wbiegam po schodach na drugie piętro i otwieram drzwi.- Jestem!- Wołam, jednak odpowiada mi cisza. Przeszukuje wszystkie pomieszczenia, ale najwyraźniej jestem sama. Zatrzymuje się na środku salonu i przez chwilę tak stoję. Nagle przed moimi oczami pojawia się ciemność.- Jay?- Mężczyzna zabiera swoje dłonie i obraca mnie do siebie.
-Wyglądasz przepięknie.- Całuje mnie w czoło.- Nie obudziłaś mnie rano.- Przyciąga mnie do siebie, a ja opieram głowę na jego ramieniu.
-Skoro wstałam sama, to nie widziałam potrzeby, żeby budzić też ciebie.- Mówię, a ten przerzuca mnie przez ramię. Piszczę z zaskoczenia.- Co robisz?- Pytam, jednak on to ignoruje, wynosząc mnie z mieszkania.- Tyłek mi widać.- Oznajmiam, a ten podciąga sukienkę, kontynuując „podróż” schodami na kolejne piętra.- Dziękuję. Gdzie ty mnie niesiesz?- Niebieskooki nadal milczy, a ja wzdycham. Przynajmniej mi już tyłka nie widać. W końcu Leto stawia mnie na dachu budynku, który jest teraz bardziej czymś na kształt prowizorycznego ogrodu z iglakami mojego wzrostu w doniczkach, kocem i poduszkami na środku oraz gramofonem, ustawionym przy drzwiach. No i nie śmiałabym zapomnieć o kilkunastu świeczkach ustawionych na barierce.
-Wszystkiego najlepszego dla Lennona i dla ciebie, Aniele. Chociaż jemu już to wszystko jedno.- Wzrusza ramionami, a na jego twarzy pojawia się uśmiech.
-Kiedy ty to zrobiłeś?- Pytam, rozglądając się wkoło.
-Jak pracowałaś. Zostało jeszcze dużo rzeczy do zrobienia, ale pomyślałem, że ci się spodoba.
-Prześlicznie tu.- Wtulam się w niego.- Gdy wyjedziesz i będę bardzo, bardzo tęsknić przyjdę tu i humor od razu mi się poprawi.- Całuje mnie w  głowę.
-Wiesz, że zawsze możesz do mnie przyjechać?
-Nie mogę. Muszę opiekować się studiem.
-Siadaj. Chciałem przygotować jakiś obiat, ale zaspałem. Na szczęście Terry poszedł na zakupy i przyniósł owoce.- Wskazuje na wiklinowy koszyk. Zajmuję miejsca na poduszkach, a po chwili mężczyzna zajmuje miejsce obok mnie.- Częstuj się. Właśnie, byłbym zapomniał.- Zrywa się i podbiega do gramofonem. Wkłada do niego płytę i dumny wraca do mnie, a ja zachwycam się słysząc „Imagine” Lennona.
-Kiedy ojciec ci o tym powiedział?
-Nie ważne. Ale dziwił się, że w ogóle wiem kiedy masz urodziny. Dlaczego trzymasz to w takiej tajemnicy?
-Bo nigdy nie świętowałam ich z mamą. Każdy się dziwił, ale nie przeszkadzało mi to.
-Nasza na urodziny piekła jakieś ciasta i dekorowała je różnymi owocami. Byliśmy tylko my i było świetnie.- Mężczyzna rozmarza się, a ja uśmiecham lekko.- Mimo tych wszystkich przeprowadzek, braku ojca, pieniędzy miałem szczęśliwe dzieciństwo.
-To dlatego, że mama bardzo was kocha.
-To prawda.- Kładzie się na poduszkach i przygląda białym chmurą.- Chodź tu.- Ciągnie mnie za rękę, także ląduję na jego torsie. Ściągam buty i odkładam je obok koca, po czym wtulam w jego ciało.- Jak ci się żyło z ojcem, którego…- Urywa.
-…teoretycznie nie było?- Kończę.
-Dokładnie.
-Czasem było ciężko. Na przykład kiedy nie miałam kogo przyprowadzić na dzień ojca do szkoły, chyba, że akurat zszedł się z matką. Ale pomagał nam, nawet kiedy myślałam, że się pozabijają. Chyba rzeczywiście byłam tym co ich najbardziej łączyło i na czym im najbardziej zależało.- Czuję pocałunek na włosach.
-Dla Terryego nadal jesteś najważniejsza. Jeszcze nie raz ci to udowodni. Zobaczysz.
-Chyba nawet dzisiaj to udowodnił, bo dostałam wolne do twojego wyjazdu.- Oznajmiam.- Będę cię gnębić, aż w końcu uciekniesz.- Pstrykam go w nos.
-Porwę cię ze sobą. Nigdy nie mam cię dość.- Przeciąga mnie jeszcze mocniej i całuje. – Czyli co? Mamy tydzień dla siebie?- Oddala się na kilka milimetrów od moich ust i szepcze.
-Ale muszę jeszcze uzupełnić papiery związane z wystawą we Francji.- Marszczę nos.
-To może poczekać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz