Odwracam głowę, słysząc odgłos
otwieranych drzwi. Moim oczom ukazuje się Terence ubrany w zwykłą, czarną
koszulkę i niebieskie dżinsy. Macha dłonią, przeganiając mnie ze swojego
ulubionego fotela, który swoją drogą jest jedynym fotelem w Art. Ignoruję go.
Wzdycha siadając na kanapie obok. Spoglądam na wiszący na ścianie zegar, który
właśnie wybija południe.
-Spóźniłeś się.- Oznajmiam,
odkładając kolejną porcje papierów na stolik. Zapamiętać. Nigdy, ale to
przenigdy nie robić wystawy we Francji, chyba, że zechcę utonąć w morzu
dokumentów.
-Przepraszam, zaspałem.- Mówi, a
ja prycham.- Tak, wiem.- Unosi ręce w górę, w geście poddania się.- W nagrodę
coś dzisiaj dostaniesz.- Na jego ustach pojawia się tajemniczy uśmiech.
-Oby nie dodatkowe godziny pracy.-
Mruczę, a ten wybucha śmiechem.
-Naprawdę jestem, aż taki
okrutny?- Otwieram usta, chcąc odpowiedzieć, jednak ten jest pierwszy.- Chyba
jednak nie chcę wiedzieć. No, ale zacznę od rzeczy ważniejszej. Otóż wylatuję
do Paryża 15 wieczorem. Do tego czasu musisz to skończyć.- Wskazuje na kartki,
leżące na stoliku.- Ale zważywszy na to, że Jared zaczyna trasę też jakoś w tym
czasie, możesz przesiadywać z nim dnie i noce. W studiu musisz zjawić się tylko
wtedy, gdy będzie jakaś sesja, a że na razie nie ma takowych zaplanowanych, więc
masz trochę czasu wolnego. No, oczywiście nie zapominając o moich dokumentach.
-Mówisz naprawdę, czy żartujesz?-
Wpatruję się w jego zielone tęczówki, próbując wychwycić fałsz, jednak nic
takiego nie widzę.
-Poważnie.- Uśmiecha się, ukazując
zęby.
-A od kiedy to zaczyna
obowiązywać?- Dopytuję. Może tu tkwi haczyk.
-Od dzisiaj.- Otwieram usta ze
zdziwienia, po czym zrywam się z fotela i zamykam go w szczelnym uścisku.-
Puchatku, wszystkiego najlepszego.- Oddalam się na kilka centymetrów od jego
ciała.
-Ja nie obchodzę urodzin.-
Szepczę.
-Wiem, Puchatku.- Pstryka mnie w
nos, odpowiadając tym samym tonem głosu.- Ale za to obchodzisz urodziny za
Johna Lennona.
-Ktoś musi o nim pamiętać.-
Wzruszam ramionami.- Skończyłby dzisiaj 66 lat.
-No dobra. Mam dla ciebie mały
prezencik.- Puszczam go, a ten nachyla się i z szafki wyciąga i podaje mi
czarną ramkę ze zdjęciem, a raczej kilkunastoma zdjęciami, poskładanymi w
jedno.
Ramka podzielona jest na kilka
części, a w każdej jestem ja z osobami, które na zawsze zostaną w moim sercu.
Przyglądam się wszystkim fragmentom dokładnie, zaczynając od fotografii z mamą,
gdy miałam niespełna dwie godziny, a potem kolejno z moich trzecich urodzin,
gdy dmuchałam świeczki z tortu, siedząc u Terrego na kolanach, moje pierwsze
zakończenie szkoły razem z dziadkami, wakacje na Hawajach u Braxtona, wspólne
wakacje z Jakem i Patrickiem, moja pierwsza prawdziwa sesje z Whitem, ploteczki
z Emily, i na końcu zdjęcie wykonane jakoś tydzień temu, gdy zasnęłam, wtulona
w klatkę piersiową Jareda, podczas gdy był u nas ojciec.
-Dziękuję.- podnoszę się i wygładzam,
zmięty materiał sukienki, kupionej z Constance.- Jest cudowne.- Uśmiecham się.
-Ślicznie wyglądasz.- Mężczyzna
podnosi się i łapie za rękę, obracając ją tak, że zmusza mnie do obrotu.- A
teraz uciekaj do Leto.- Całuje mnie w czoło. Wrzucam papiery do torby, podobnie
jak laptopa i ramkę.
-Na pewno nie będę ci potrzebna?-
Zakładam aparat na szyje.
-Leć.- Macha ręką, tak jakby
chciał mnie wygonić. Unoszę sprzęt do góry i pstrykam zdjęcie ojcu. Łapię
torebkę i już chcę wyjść, gdy zielonooki chrząka. Odwracam się, a on wskazuje
na moje szpilki.-Chyba o czymś zapomniałaś.- Komentuje, a ja spoglądam na moje
gołe stopy. Ze śmiechem ubieram buty i tym razem naprawdę wychodzę. Windą
zjeżdżam na parter i niepostrzeżenie podchodzę do biurka.
-Uśmiech.- Pstrykam zdjęcie
blondynce, kiedy ze strachem spogląda na mnie.
-Przestraszyłaś mnie.- Zarzuca
mi.- Mmm… Sexi wyglądasz.- Mruczy.- Pan Ideał cię widział i bez niczego
wypuścił z mieszkania?
-Obudziłam się wcześniej i nawet
go nie budziłam. Niech raz na jakiś czas sobie pośpi.- Opieram łokcie na
ladzie, a głowę na dłoniach.- Nie uwierzysz. Terry dał mi wolne do wyjazdu
Jareda.
-Żartujesz? Przecież Richardson
to podstępny egoista, Demon, który nie cierpi twojego chłoptasia.
-Emily, słyszałem.- Odwracam się
i zauważam ojca stojącego za mną. Krzywię się. Jak on tak szybko się tu
pojawił?
-Wybacz, ale to prawda.-
Blondynka wywraca oczami.- A ty lepiej wracaj do pracy. W końcu dopiero
przyszedłeś. Właśnie, Olivia, ty masz dzisiaj urodziny. Złotko, wszystkiego
najlepszego.- W mgnieniu oka obiega biurko i zamyka mnie w szczelnym uścisku.
-Ale ja nie obchodzę urodzin.-
Jęczę, próbując naprać powietrza. W końcu mnie puszcza.
-No i co z tego? Życzenia warto
złożyć. Żeby nie było, że zapomniałam. Ciekawe, czy pan Ideał pamięta.
-Em, nie obchodzę urodzin, a jak
już, to świętowałyśmy z mamą urodziny Lennona.
-Tego z Beatlesów? Nie lubię ich.-
Kiwam głową potwierdzając.
-Szczerzę, ja też za zespołem nie
przepadam, ale osobno są naprawdę ciekawymi ludźmi.
- A co ten Lennon ma do tego?
-Urodził się 9 października.- Na
mojej twarzy pojawia się szeroki uśmiech.- No dobra, uciekam. Wpadnij na kawę,
bo nie wytrzymam tygodnia bez ciebie.- Całuję ją policzek i wychodzę z budynku.
Jak na październik jest wyjątkowo ciepło. Ubieram na nos lenonki i spacerkiem
idę do mieszkania. Wbiegam po schodach na drugie piętro i otwieram drzwi.-
Jestem!- Wołam, jednak odpowiada mi cisza. Przeszukuje wszystkie pomieszczenia,
ale najwyraźniej jestem sama. Zatrzymuje się na środku salonu i przez chwilę
tak stoję. Nagle przed moimi oczami pojawia się ciemność.- Jay?- Mężczyzna
zabiera swoje dłonie i obraca mnie do siebie.
-Wyglądasz przepięknie.- Całuje
mnie w czoło.- Nie obudziłaś mnie rano.- Przyciąga mnie do siebie, a ja opieram
głowę na jego ramieniu.
-Skoro wstałam sama, to nie
widziałam potrzeby, żeby budzić też ciebie.- Mówię, a ten przerzuca mnie przez
ramię. Piszczę z zaskoczenia.- Co robisz?- Pytam, jednak on to ignoruje,
wynosząc mnie z mieszkania.- Tyłek mi widać.- Oznajmiam, a ten podciąga
sukienkę, kontynuując „podróż” schodami na kolejne piętra.- Dziękuję. Gdzie ty
mnie niesiesz?- Niebieskooki nadal milczy, a ja wzdycham. Przynajmniej mi już
tyłka nie widać. W końcu Leto stawia mnie na dachu budynku, który jest teraz
bardziej czymś na kształt prowizorycznego ogrodu z iglakami mojego wzrostu w
doniczkach, kocem i poduszkami na środku oraz gramofonem, ustawionym przy
drzwiach. No i nie śmiałabym zapomnieć o kilkunastu świeczkach ustawionych na
barierce.
-Wszystkiego najlepszego dla
Lennona i dla ciebie, Aniele. Chociaż jemu już to wszystko jedno.- Wzrusza
ramionami, a na jego twarzy pojawia się uśmiech.
-Kiedy ty to zrobiłeś?- Pytam,
rozglądając się wkoło.
-Jak pracowałaś. Zostało jeszcze
dużo rzeczy do zrobienia, ale pomyślałem, że ci się spodoba.
-Prześlicznie tu.- Wtulam się w
niego.- Gdy wyjedziesz i będę bardzo, bardzo tęsknić przyjdę tu i humor od razu
mi się poprawi.- Całuje mnie w głowę.
-Wiesz, że zawsze możesz do mnie
przyjechać?
-Nie mogę. Muszę opiekować się
studiem.
-Siadaj. Chciałem przygotować
jakiś obiat, ale zaspałem. Na szczęście Terry poszedł na zakupy i przyniósł
owoce.- Wskazuje na wiklinowy koszyk. Zajmuję miejsca na poduszkach, a po
chwili mężczyzna zajmuje miejsce obok mnie.- Częstuj się. Właśnie, byłbym
zapomniał.- Zrywa się i podbiega do gramofonem. Wkłada do niego płytę i dumny
wraca do mnie, a ja zachwycam się słysząc „Imagine” Lennona.
-Kiedy ojciec ci o tym
powiedział?
-Nie ważne. Ale dziwił się, że w
ogóle wiem kiedy masz urodziny. Dlaczego trzymasz to w takiej tajemnicy?
-Bo nigdy nie świętowałam ich z
mamą. Każdy się dziwił, ale nie przeszkadzało mi to.
-Nasza na urodziny piekła jakieś
ciasta i dekorowała je różnymi owocami. Byliśmy tylko my i było świetnie.-
Mężczyzna rozmarza się, a ja uśmiecham lekko.- Mimo tych wszystkich
przeprowadzek, braku ojca, pieniędzy miałem szczęśliwe dzieciństwo.
-To dlatego, że mama bardzo was
kocha.
-To prawda.- Kładzie się na
poduszkach i przygląda białym chmurą.- Chodź tu.- Ciągnie mnie za rękę, także
ląduję na jego torsie. Ściągam buty i odkładam je obok koca, po czym wtulam w
jego ciało.- Jak ci się żyło z ojcem, którego…- Urywa.
-…teoretycznie nie było?- Kończę.
-Dokładnie.
-Czasem było ciężko. Na przykład
kiedy nie miałam kogo przyprowadzić na dzień ojca do szkoły, chyba, że akurat
zszedł się z matką. Ale pomagał nam, nawet kiedy myślałam, że się pozabijają. Chyba
rzeczywiście byłam tym co ich najbardziej łączyło i na czym im najbardziej
zależało.- Czuję pocałunek na włosach.
-Dla Terryego nadal jesteś
najważniejsza. Jeszcze nie raz ci to udowodni. Zobaczysz.
-Chyba nawet dzisiaj to
udowodnił, bo dostałam wolne do twojego wyjazdu.- Oznajmiam.- Będę cię gnębić,
aż w końcu uciekniesz.- Pstrykam go w nos.
-Porwę cię ze sobą. Nigdy nie mam
cię dość.- Przeciąga mnie jeszcze mocniej i całuje. – Czyli co? Mamy tydzień
dla siebie?- Oddala się na kilka milimetrów od moich ust i szepcze.
-Ale muszę jeszcze uzupełnić
papiery związane z wystawą we Francji.- Marszczę nos.
-To może poczekać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz