POSTACIE Strona głóna

czwartek, 23 czerwca 2016

50. SESJA Z GRANATAMI

27 kwiecień 2007


Otwieram szafę i wyjmuję z niej jedną z szerokich koszulek muzyka. Ubieram ją i wychodzę z sypialni. Spoglądam na młodszego Leto, który ciągle śpi, wtulony w koc. Otulam go nim jeszcze dokładniej, po czym kieruję się do kuchni. Otwieram lodówkę, a moim oczom ukazuję się opakowanie truskawek. Oprócz owoców wyjmuję jeszcze składniki na naleśniki. Właśnie przypiekam ciasto na patelki, gdy po mieszkaniu rozchodzi się huk. Odwracam się gwałtownie, dostrzegając, że sofa jest pusta, a z ziemi powoli wstaje mężczyzna, ocierając zaspane oczy. Nasze spojrzenia się spotykają.
-Czy ja cię wczoraj jakkolwiek skrzywdziłem, że tu spałem?- Mówi przestraszonym głosem, a ja zaczynam się śmiać, przypominając sobie, co on wczoraj robił.
-Gdybyś coś chciał mi zrobić, spałbyś pod drzwiami z podbitym okiem, a nie tutaj.- Odpowiadam, a ten oddycha z ulgą.
-Całe szczęście. Nie wytrzymałbym z myślą, że coś ci mogłem zrobić.- Podchodzi bliżej.- Ale w takim razie, dlaczego spałem w salonie? Nie za dobrze pamiętam wczorajszy wieczór.- Obejmuje mnie w pasie.
-Chciałeś mi zrobić masaż, ale jak sam wiesz, mam na plecach łaskotki, więc poszedłeś spać. A że tam- Wskazuję na sofę.- to już nie moja wina.- Zagryzam wargę, a ten całuje mnie w nos.
-Nie zmarzłaś w nocy beze mnie?- Kładzie głowę na moim ramieniu, a ja przewracam naleśnika, który jest już w zasadzie czarny.
-Nie miałam się do kogo przytulić.- Mruczę, odwracając się i wtulając w jego ciało. Przejeżdżam dłonią po jego nagich plecach, a ten chwyta mnie za pośladki.- Nie zapędzaj się, Leto.- Oddalam się lekko i grożę mu palcem. Jakoś go to nie rusza, bo ponownie łapie mnie za tyłek, tym razem jednak wysadzając na szafkę. Całuje mnie lekko, po czym odwraca się w stronę kuchenki.
-Spaliłaś naleśnika.- Mruczy, kręcąc głową z politowaniem.
-Bo mnie rozproszyłeś.- Wywracam oczami.- To tylko i wyłącznie twoja wina.- Macham nogami w każdą możliwą stronę, podczas gdy on wylewa ciasto na wolną już patelnie.
-A podobno kobiety potrafią robić milion rzeczy na raz.- Łapię w rękę ścierkę i walę go w ramię.
-Nie przewidzieli, że będę miała takiego przystojnego faceta, który będzie mnie obmacywać przy robieniu śniadania.- Mrużę oczy, a ten wybucha śmiechem. W tym samym momencie po mieszkaniu rozchodzi się „Highway To Hell”.
-Zgaduję, że to Terry.- Muzyk wraca do przyrządzania posiłku, a ja zeskakuję z szafki i biegiem docieram do sypialni, gdzie ostatni raz widziałam telefon. I żeby było śmieszniej, dzwoni mój szef, a jednocześnie ojciec, więc Leto po raz kolejny miał racje. Odbieram, przykładając komórkę do ucha.
-Tak?- Wracam powoli do kuchni.
-Gdzie ty się podziewasz?- Wykrzykuje, a ja oddalam lekko sprzęt od ucha.
-Przyjdę na dziesiątą.- Wymrukuję.
-Już jest dziesiąta.- Odzywa się, a ja wtulam się w plecy bruneta.
-To na jedenastą, albo lepiej, na dwunastą.- Rozłączam się, zanim Terence zdąży się sprzeciwić, co byłoby z jego strony pewne. Odkładam komórkę na blat, wdychając zapach mojego faceta i przymykając jednocześnie powieki.- Kocham cię, Jared.- Całuję go leciutko w skórę.- Bardzo, bardzo, bardzo cię kocham.- Dodaje, a ten odwraca się, nadal obejmowany.
-Ja ciebie też bardzo, bardzo, bardzo kocham, Lee.- Kładzie obie dłonie na moich policzkach i całuje moje wargi. Uśmiecham się przez pocałunek. Trwamy tak w nim, dopóki do naszych nosów nie dociera zapach spalenizny. Odrywam się od jego ciała i zaglądam na kuchenkę, gdzie naleśnik się dymi.
-Ty też nie umiesz ich piec.- Mruczę, ściągając patelnie z palnika.- Może po prostu zjemy truskawki?- Proponuję.
-A wiesz, że to jest bardzo dobry pomysł.- Uśmiecha się, łapiąc pojemnik z owocami. Łączy nasze palce i ciągnie na kanapę, gdzie spędził dzisiejszą noc. Siadam wtulona w niego, a ten karmi mnie czerwonymi truskawkami, przy okazji skradając mi całusy.- Odprowadzić cię do pracy?- Pyta mężczyzna, odkładając pudełeczko na stolik.
-A chcesz mnie odprowadzić?- Spoglądam na niego.
-Wolałbym, żebyś została ze mną.- Zagryza wargę, a ja doskonale wiem, co mu chodzi po głowie.
-O nie, panie Leto, innym razem. Mam sesje o 12:30 i o 16. Nie mogę się spóźnić.
-Ale…- Przykładam palec do jego ust.
-Nie, rozumiesz? Może potem się skuszę.- Unoszę leciutko kąciki ust w górę.
-Obiecujesz?- Mruży oczy, przyglądając mi się z uwagą, a ja cmokam go w usta.
-To się jeszcze zobaczy.- Pstrykam go w nos.- A teraz idziemy się ubrać, bo raczej tak nie pójdziemy.- Podnoszę się z sofy, ciągnąc go w górę. Z szafy wyciągam czarne dżinsy i naciągam je na nogi, a następnie zmieniam koszulkę Jareda na bluzę z długim rękawem. Siadam na łóżku i przyglądam się jak muzyk się ubiera.
-Co powiesz na wieczorną randkę, tym razem w naszym domowym zaciszu?- Odwraca się w moim kierunku, przekładając przez głowę bluzę.- Może jakiś film oglądniemy?
-Całkiem dobry pomysł.- Odpowiadam, podnosząc się.
-To przyjdę po ciebie o 18.
                                *                      *                      *
Spoglądam na trzech mężczyzn znad aparatu. Aktualnie dwóch z nich obrzuca się plastikowymi granatem w kształcie serca, a trzeci podchodzi do stolika, na którym, w szklance stoją paluszki. Wsadza do ust na raz jakieś dziesięć. Kieruję wzrok na zegar na laptopie. Za kilka minut siedemnasta, a za godzinę ma tu być Jared. Po prostu świetnie. Chyba znów będę musiała przestawić naszą randkę. Przecież przez dwie godziny zrobiłam jakieś trzy zdjęcia, które naprawdę się nadają. Wzdycham i klaszczę w dłonie. Moi modele spoglądają na mnie.
-Wracać na miejsce i zachowywać się.- Mówię głosem nie znoszącym sprzeciwu.- Mamy niecałą godzinę na dokończenie sesji, więc albo się doprowadzicie do porządku, albo wrócicie kiedy indziej, rozumiecie?- Kiwają posłusznie głowami, a na moją twarz wkrada się uśmiech. Może jeszcze nie wszystko stracone.- Świetnie.
Obserwuję jak Frank, ze spuszczoną głową podchodzi do dwójki przyjaciół, a z ust wypadają mu okruszki. Z podłogi podnosi jedną z wielu zabawek i przyciska ją do torsu, w miejscu gdzie powinno być serce, a następnie podnosi wzrok na sufit. Czarnowłosy natomiast ściska je w prawej dłoni i patrzy w moim kierunku, podobnie jak Michael, tylko ten spogląda z dzikością wymalowaną na twarzy.  Klikam kilka razy guziczek w aparacie, a potem oglądam powiększone zdjęcie na laptopie. Na czarnym garniturze Wright’a zauważam jakieś białe plamy. Kieruję swój wzrok na niego i drapię się po podbródku.
- Frank, mógłbyś się otrzepać?- Pytam, a on bez słowa strzepuje wszystkie okruszki po paluszkach.
-Dlaczego mówisz mu po imieniu?- Zwraca się do mnie wokalista i jednocześnie gitarzysta.
-A jak mam inaczej się do niego zwracać?- Odpowiadam pytaniem i pstrykam kolejne zdjęcie.
-Tré.- Dirnt rozkłada ręce, jakby próbował ukazać swą rozpacz.- Każdy tak do niego mówi.- Jęczy, wracając do poprzedniej pozy.
-Stop, ale podoba mi się to. Wreszcie, ktoś mnie szanuję.- Sprzeciwia się Frank.
Perkusista wystawia serce, rozłożone na dłoniach w moim kierunku i spogląda na mnie. Billie Joe rzuca okiem na niego i wykonuje podobną pozę, jednak jeśli Tré wygląda na skruszonego, tak Armstrong na pewnego siebie. Mike drapie się po blond włosach z ciemnymi odrostami, przyglądając jednocześnie przyjaciołom z zespołu. W końcu ściska prawą dłonią zabawkowy granat, tak jakby był prawdziwy. Robię kilka zdjęć, zanim któryś z nich się poruszy. Wszystko idzie pięknie, aż w końcu 2/3 Green Day’a znów zaczyna obrzucać się zabawkami, a pozostała część zespołu wraca do stolika z paluszkami. No błagam! Czy oni nie mogą stać spokojnie przez kilka minut? Cmokam kilka razy, zastanawiając się jak zwrócić ich uwagę, aż w końcu zakładam aparat na szyję i podchodzę do dwóch mężczyzn. Ciągnę czarnowłosego za ramię i puszczam go na prostopadłej ścianie, z której jeszcze nie zdjęłam jasnego tła w kwiaty.
-Mógłbyś ściągnąć marynarkę?- Przechylam głowę w lewo, zastanawiając się nad fotografią. Billie Joe zostaje w czarnej koszuli i czerwonym krawacie, a włosy odstają mu w każdą możliwą stronę. Naciskam guzik dwa razy, a potem zajmuje się pozostałymi. Koniec, nareszcie.
-Oliva!- Po całym piętrze rozchodzi się krzyk ojca.
-Co?- Okrzykuję, pomagając zbierać zabawki do pudełka.
-Jared przyszedł.- Odwracam się w kierunku drzwi, o które opiera się piosenkarz. Uśmiecham się do niego, a on to odwzajemnia. Prostuję nogi i podchodzę do niego.
-Wyrobiłam się dzisiaj.- Oznajmiam z dumą, a on całuje mnie na przywitanie.
-Widzę, że Green Day ci się zwalił na głowę.- Komentuje wchodząc do pomieszczenia. Billie Joe zamyka pudełko i kładzie je przy sofie, na której Frank obżera się paluszkami.
-O, Leto.- Na twarzy Armstronga pojawia się lekki uśmiech.- Słyszałem, że będziecie w tym roku na Rock Am Ring.- Robię zdziwioną minę.
-Na czym?- Dopytuję, a Jay się krzywi.
-Jak zawsze musisz wszystko wygadać, nie?- Odwraca się w moim kierunku.- Miałem ci to dzisiaj powiedzieć. Otóż, jedziemy na taki festiwal i chciałem zabrać cię ze sobą.
-A gdzie to jest?- Przegryzam wargę.
-Niemcy. 1-3 czerwca, ale my będziemy tydzień wcześniej.
-Muszę się spytać Terry’ego.- Jęczę niechętnie.
-Co się mnie spytać?- Pyta ojciec, wchodząc do pokoju. Zatrzymuje się w pół kroku, zauważając perkusistę, odkładającego szklankę po przekąsce.- Ej, to były moje paluszki.- Wskazuje palcem na mężczyznę, a ten robi niewinną minę.
-Mogę jechać z Jaredem do Niemiec na półtora tygodnia?
-A jedź gdzie chcesz.- Mruczy, wychodząc.
-To chyba znaczyło tak.- Na mojej twarzy pojawia się szeroki uśmiech.- A wtedy nie będziemy już mieszkać w Paryżu?- Dopytuję.
-Całkiem możliwe.- Mężczyzna całuje mnie w policzek.
-Szkoda, że nas w tym roku nie będzie.- Wtrąca Mike, poluzowując niebieski krawat. Po chwili zastanowienia, chowa go do pudełka z granatami.- Może się jeszcze kiedyś spotkamy.- Podchodzi do mnie i ściska moją dłoń.- Świetnie się z tobą współpracowało.- Mówi. Billie Joe powtarza to co basista, a Tré po prostu mnie przytula, a następnie wręcza serce.
-Polubiłem cię.- Odrywa się ode mnie, ze smutkiem.
-Ja ciebie też, Frank.
                                *                      *                      *
Wychodzimy z budynku i kierujemy się na Spring Street. Kieruj swój wzrok na Jareda, któremu z ust nie schodzi uśmiech.
-Gdzie będziemy nocować?- Mężczyzna spogląda na mnie z niezrozumieniem, jednak moment później doznaje olśnienia.
-W tourbusie. Mam nadzieję, że nie masz klaustrofobii.
-Chyba nie. Zwinęłam Terry’emu rozdzielacz do słuchawek.- Cmokam ustami, po czym puszczam dłoń bruneta. Uchylam torebkę i staram się znaleźć przedmiot. W końcu go wyciągam i macham przed oczami wokalisty.- Musimy go wypróbować, więc dawaj komórkę.- Leto wyciąga z kieszeni BlackBerry, a ja podpinam sprzęt i  słuchawki. Wpisuję hasło, czyli rok urodzenia Tomo i włączam pierwszą lepszą piosenkę. A jest to „Numb” Linkin Park.
-Działa.- Ogłasza, wyciągając jedną słuchawkę z ucha. Robię to samo.- To na pewno należało do twojego ojca?
-Leżało na jego biurku, więc chyba jego.- Wzruszam ramionami.- A poza tym, tu jest coś wyryte.- Wskazuje na rozdzielacz.- Chyba „T +”. Tam jeszcze coś było, ale teraz nie da się tego odczytać.- Mruczę, niezbyt zadowolona.
-Terry wie, że podkradasz mu rzeczy?- Przeczę ruchem głowy, po czym wybucham śmiechem i odcinam się od niego, wracając do słuchania muzyki, tym razem leci „Dani California” Red Hot Chili Peppers. Po raz kolejny łączy nasze dłonie, a ja nucę pod nosem piosenkę, aż w końcu dodaję słowa:
-She's a lover baby and a fighter
Shoulda seen her coming when it got a little brighter
With a name like Dani California
Day was gonna come when I was gonna mourn ya
A little loaded, she was stealin' another breath
I love my baby to Heath!-
Ostatni wers już wykrzykuję, a ludzie przechodzący koło nas dziwnie się na mnie patrzą. Na szczęście nie jest ich tak dużo.
-Aniele, uspokój się, bo wstyd mi przynosisz.- Przez muzykę przebijają się słowa Jareda, który obserwuje mnie ze śmiechem.
-No, niech ci będzie.- Jęczę w odpowiedzi, krzywiąc się przy okazji.
-Już ci to mówiłem, głos masz okropny, ale lubię cię słuchać, dlatego pośpiewasz sobie w domu.- Pstryka w mój nos palcami, po czym składa na policzku całusa, a na moją twarz momentalnie wraca uśmiech.
                                *                      *                      *
Oglądam jakiś film wtulona w ciało Jareda, gdy przerywa nam piosenka AC/DC pod tytułem „Highway to hell”, którą mam ustawioną na dzwonek. Z cichym jękiem wstaję, i próbuję znaleźć mój telefon.
-Tu jest.- Brunet wystawia dłoń w górę, zaciskając palce na przedmiocie moich poszukiwań. Podaje mi go, a ja od razu naciskam zieloną słuchawkę, nie patrząc nawet na wyświetlacz
-Olivia, masz mi natychmiast oddać rozdzielacz.- Od razu rozpoznaję głos Terrenca.
-Skąd wiesz, że to ja?- Pytam, siadając przy tym na oparciu sofy.
-Bo to ty ciągle podkradasz mi różne rzeczy.- Mruczy.- Jestem pod mieszkaniem. Możesz mi otworzyć?- W tym samym momencie, po mieszkaniu rozlega się pukanie. Leniwie podchodzę do drzwi, wcześniej kładąc komórkę na kanapie. Do środka wpada ojciec.- To mogę odzyskać moją własność?- Z jękiem sięgam do torebki, leżącej na podłodze. Przez chwilę grzebię w niej, aż w końcu wyciągam z niech rozdzielacz. Zielonooki wyciąga dłoń w moim kierunku.
-Nie tak prędko. Najpierw powiedz mi co tu pisało.- Wskazuje na literkę i plusa. Zza fotografem dostrzegam zaciekawionego Jay’a.
-„T+E”. Na pierwszej randce z twoją matką spacerowaliśmy i słuchaliśmy muzyki, dlatego jest dla mnie taki ważny.- Odpowiada, ówcześnie wywracając oczami.
-W takim razie, oddaję.- Wręczam mu jego własność, a ten kiwając głową z politowaniem, wychodzi z mieszkania.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz