POSTACIE Strona głóna

czwartek, 9 czerwca 2016

48. 2x WHITE

12 kwiecień 2007


Budzę się i nagle dociera do mnie, jak bardzo boli mnie głowa. I jak bardzo chce mi się wymiotować. Gwałtownie wstaje i moment później nachylam się nad sedesem. Chyba za dużo wypiłyśmy z Emily. Po raz kolejny wyrzucam z siebie zapewne, tą pyszną pizze, którą zamówiłyśmy, gdy ktoś odgarnia mi włosy z twarzy. Odwracam się i dostrzegam zmartwioną twarz Jareda. Siada obok mnie i zaplata mi warkocza.
-Przynieść ci wodę?- Pyta, a ja delikatnie potwierdzam kiwając głową. Wychodzi z łazienki, by po chwili wrócić z butelką. Upijam kilka łyków i opieram się o ścianę.- Lepiej?- Po raz kolejny potwierdzam, a ten nachyla się nade mną, jednak ja przykładam palec do jego ust.
-Zmienisz miejsce na teledysk?- Odzywam się.
-Olivia…- Zaczyna, ale ja mu przerywam.
-Poradzę sobie. Możesz już wracać do spania.- Mruczę, ale ten nie reaguje.- Po prostu już idź.- Unosi się i znika za drzwiami, a ja zostaje sama z własnymi myślami. Jeszcze kilkanaście minut siedzę na płytkach, po czym podnoszę się i wychodzę. W momencie, gdy stawiam krok na wykładzinie, z podłogi ktoś się zrywa.- Powiedziałam coś.- Omijam niebieskookiego i idę do kuchni, gdzie przeszukuje szafki. W końcu znajduję środki przeciwbólowe. Zażywam dwie tabletki i odwracam się, wyczuwając jego obecność.
-Porozmawiasz ze mną?
-Nie.- Zostawiam go samego i  wracam do pokoju gościnnego. Kładę się na materacu i przymykam oczy.
                                *                      *                      *
Podnoszę się i ubieram ciuchy, które dziwnym trafem znalazły się w graciarni. Ziewam po raz kolejny, zbierając rzeczy potrzebne w pracy. Nie udało mi się zasnąć z powrotem, ale przynajmniej pozbyłam się bólu głowy. Z notesu wyrywam kartkę i zapisuję ją: „Jestem w pracy. Mam nadzieję, że jeszcze przemyślisz ten swój pomysł. O.”. Zabieram kluczę ze stolika i wychodzę na klatkę schodową. Zamykam mieszkanie, co nie zdarza się często. W dziesięć minut docieram do Starbucksa, gdzie kupuję kawę na wynos, która pomoże przetrwać mi dzisiejszy dzień. Kolejne pięć minut zajmuje mi dotarcie do Art Partner. Wchodzę do budynku i pierwsze co zauważam, to blondynkę drzemiąca na ladzie. Szturcham ją, a ta zrywa się gwałtownie.
-Nie strasz mnie.- Jęczy.- Myślałam, że to szef. Czy ty też masz takiego kaca?- Opiera głowę na dłoniach.
-Wymiotowałam w nocy. Potem nie mogłam zasnąć. A o głowie nie wspomnę.- Mruczę.
-A jak z panem Ideałem?- Wywracam oczami i siadam na połowie jej krzesła. Kładę głowę na jej ramieniu i obejmuję w talii.
-Przytrzymywał mi włosy, jak zwracałam tą pyszniutką pizze. Ale nadal jestem na niego zła.- Dodaję.
-Ty się o niego martwisz, kochana.
-Nie ważne. A co u twojego kochanka? Jak mu w końcu było? Charlie, Andrew? Pogubiłam się już.- Wyznaje, a na jej twarzy pojawia się uśmiech.
-Anthony, Tony. Ja też się pogubiłam. No to może zacznijmy od tego, że jak wyszłaś zaniósł mnie do łóżka i tak siedział ze mną.- Rozmarza się.- Ale ja, rzuciłam się na niego i chyba wiesz czym to się skończyło.- Chichotam.- A rano dostałam śniadanko prosto do łóżka.- Unoszę kąciki ust w górę.
-Przynajmniej tobie się powodzi.- Gdy kończę swoją wypowiedź, drzwi windy się otwierają, a z niej wychodzi Terence.
-Koniec ploteczek. Dokończycie na lunchu, teraz brać się do pracy.- Zatrzymuje się przed nami. Z lekkim ociąganiem wstaję. Całuję policzek Anderson- Wytłumacz mi, moja panno, gdzieś ty się wczoraj ukryła przed wzrokiem Leto?- Odwracam się do blondynki i wywracam oczami.- Wiesz, ile razu musiałem mu tłumaczyć, że cię nie przetrzymuję?
-Nie ważne. Możemy o tym zapomnieć?- Wchodzimy do metalowej klatki. Naciskam guziczek z piętnastym piętrem.
-Co się stało, Puchatku?- Uśmiecham się, słysząc przezwisko, którym nazywał mnie w dzieciństwie.
-Nic. Poradzę sobie.- Opieram się o lustro na jednej ze ścian, a do środka wchodzi jakaś kobieta. Uśmiecha się lekko, by moment później wysiąść na dziesiątce. Jeśli to co Emily mi mówiła, mają tam okropnego szefa, który nie liczy się z pracownikami.
-Olivia…- Zaczyna, gdy jesteśmy na wysokości czternastki. Jeszcze tylko kilka sekund.
-Proszę, skończ z tym.- Przerywam mu.- Dałam sobie radę kiedyś, więc teraz też sobie poradzę.- Gdy tylko drzwi się otwierają, zostawiam do osłupiałego w windzie, a sama idę do studia, przygotować wszystko na dzisiejszą sesje do jakiegoś magazynu modowego. Wyczuwam na swoim ciele czyjś wzrok.- Zostaw mnie w spokoju.- Mówię nie odwracając się.
-Ktoś tu jest zły.- Odpowiada głos, ale nie należy do Terenca. Odwracam się. W drzwiach stoi Jack i szczerzy się jak mysz do sera.- Myślałem, że jak tylko wrócisz do domu, od razu rzucisz się Jaredowi w ramiona, ale chyba jest na odwrót.- Komentuje, siadając na czarnej sofie. Ignoruję go i kontynuuje ustawianie aparatu.- No wiesz? Ze mną mogłabyś pogadać. W końcu ja nie wybieram się na misje samobójczą.- Jęczę cicho i obrzucam go morderczym spojrzeniem.
-Możesz się zamknąć, White?- Pytam.
-Nie. A teraz mów, co ci leży na serduszku, w końcu od tego są cholerni przyjaciele.
-Jak zaraz nie zamilkniesz, to wylecisz stąd przez okno. Tak w ogóle, to po co tu przylazłeś? Nie masz swojego życia?
-Może gdybyś ze mną normalnie porozmawiała, to wiedziałabyś co u robię. Jest lekka zmiana planów. Otóż Terry jedzie robić te zdjęcia do gazety, a ty zostajesz ze mną. Zbliża się dziesiąta rocznica powstania The White Stripes i chcieliśmy zrobić jakąś sesje pamiątkową.- Tłumaczy, a ja nieświadomie układam usta w dziubek i zastanawiam się przez moment.
-Czyli innymi słowy, Terry zwinął mi sesje dla Glamoura?- Nie czekając na odpowiedź, wychodzę z pomieszczenia i kieruję się prosto do gabinetu ojca. Zielonooki wkłada aparat do pokrowca.- Powiedz mi tylko dlaczego? –Zatrzymuję się przed nim.
-Pomyślałem, że wolałabyś zrobić sesje z Jackiem.- Wzrusza ramionami.
-Mogłam zrobić obie. Po prostu zostałabym trochę dłużej. Następnym razem mógłbyś spytać mnie co o tym sądzę, a nie decydować samemu.
-Dzwoniłem wczoraj, ale uciekając przed Jaredem, zostawiłaś komórkę w mieszkaniu. Naprawdę pokłóciłaś się z nim o durny teledysk?
-Ty wiesz, jakie niebezpieczne jest to, co oni zamierzają zrobić?- Wzdycham. Czy on nie da mi spokoju?
-To na spokojnie z nim porozmawiaj.- Wywracam oczami i wychodząc z gabinetu, wpadam na kogoś.
-Przepraszam, szukam pana Richardsona.- Odzywa się kobieta z ciemnymi włosami. Rozpoznaje w niej byłą żonę mojego przyjaciela, którą kiedyś pokazywał mi na zdjęciach. Widać, że jest zdezorientowana i zagubiona.
-Jestem Olivia Richardson. Megan, tak?- Potwierdza ruchem głowy.- Tędy.- Prowadzę ją do studia, gdzie Jack plądruje moją torebkę, w której trzymam głównie jedzenie. Odwraca się z moim słonecznikiem w ręce. Mrożę go wzrokiem.- Odłóż to. Natychmiast.- Syczę, zaciskając zęby.
-Spokojnie, już odkładam. Nie zabijaj. Cześć Meg, widzę, że już poznałaś Lizi.- Macha do perkusistki.- To z nią będziemy mieć sesje.- Szczerzy się do mnie, a ja wystawiam w jego kierunku język.
                                *                      *                      *
Wchodzę do mieszkania, w którym panuje ciemność. Mimowolnie przypominają mi się pierwsze miesiące po przeprowadzce do Nowego Yorku. Zagryzam wargę i włączam światło. Torebkę odkładam obok szafki i od razu wchodzę do łazienki. Po szybkim prysznicu, wycieram się ręcznikiem i ubieram piżamę. W kuchni jedyne co robię, to zaglądam do lodówki. Zamykając ją, zauważam karteczkę, zapisaną pismem Jareda. Zrywam ją z drzwiczek i czytam: „Wrócę późno. J.”. Gniotę ją w dłoni i wyrzucam do kosza. Przechodzę do pokoju gościnnego. Kładę się na materacu i próbuję usnąć.
Po dwóch godzinach słyszę jak ktoś otwiera drzwi. Podnoszę się i przyglądam się zarysowi mężczyzny za drzwiami.
-Olivia?- Woła, a ja automatycznie wracam do poprzedniej pozycji i udaję, że śpię. Brunet wchodzi do pomieszczenia i komórką oświetla mnie, po czym zostawia mnie w spokoju. Przez kilka minut chodzi po pozostałej części mieszkania, by następnie ucichnąć.
Zaczynam rozmyślać o tym całym teledysku. Chyba powinnam go przeprosić, ale gdy tylko sobie wyobrażę, że coś może mu się coś stać, z moich oczu od razu zaczynają lecieć łzy. Chyba nie powinnam tak reagować. Chociaż kocham go, jak nikogo innego, więc to, że się o niego martwię jest chyba usprawiedliwione. Pociągam nosem, jednak ciągle płaczę. Nagle wyczuwam dotyk na plecach. Odwracam się i dostrzegam zamgloną twarz niebieskookiego.
-Aniele…- Szepcze, kładąc się obok mnie, a ja wtulam w jego ciało.
-Przepraszam.- Wykrztuszam z siebie, a ten całuje mnie w głowę.- Ja po prostu…-Zaczynam.- Nie wiem, dlaczego tak na ciebie naskoczyłam. Kocham cię i nie chcę, żebyś tak ryzykował.
-Już dobrze.- Głaska mnie kciukiem po policzku.- Zmieniłem miejsce kręcenia na Islandie i Grenlandie. I to ja cię powinienem przeprosić. Nie pomyślałem o niektórych sprawach.- Ociera moje łzy z policzka. Uśmiecham się lekko.- Już dobrze?
-Tak. Nie chcę się już z tobą kłócić.- Patrzę mu prosto w oczy.
-Ja też, Aniele, ja też.- Przyciąga mnie do swojego ciała jeszcze mocniej.-Możesz przekazać Emily, żeby następnym razem nie wzywała policji?- Zrywam się i spoglądam na niego zdziwiona.
-Co zrobiła?- Mężczyzna wywraca oczami i po raz kolejny przyciąga mnie do siebie.
-Po części też ty.- Odburkuje.- Ale wezwała policje. Chwała, że ten sąsiad z naprzeciwka, Tony, mnie ukrył. Potem wyjaśnił wszystko policji. Opowiedział prawdę, ale nie mówiąc, że to o mnie chodzi. Na szczęście, po jego wyjaśnieniach poszli sobie. Potem Tony obiecał mi, że wsadzi cię do taksówki i tak zrobił.
-Przepraszam. Nie pamiętam niczego, odkąd Emi zadzwoniła przez przypadek do swojej matki.- Brunet śmieje mi się do ucha.- Ty nie widziałeś jej przerażenia, gdy zorientowała się co zrobiła. Chyba nigdy więcej nie tknę wina. A szczególnie tego od jej brata.- Nagle niebieskooki kładzie mi palec na ustach.
-Kocham cię.- Wyznaje, po czym całuje mnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz