Wysiadam z taksówki i z pomocą
kierowcy wyciągam torbę z bagażnika. Mężczyzna odjeżdża, a ja zatrzymuję się
pod bramą do posesji na końcu ulicy. Klikam guziczek na domofonie i przez
moment czekam, aż ktoś się odezwie. W końcu po drugiej stronie pojawia się
jakaś kobieta.
-Tak?
-Dzień dobry.- Uśmiecham się
lekko.- Ja do Johna.- Mówię, biorąc głęboki wdech.
-Pani z jakiejś gazety?-
Dopytuje, a ja się wcale nie dziwię.
-Nazywam się Olivia Richardson i
jestem…- Kobieta przerywa mi.
-… cholerną przyjaciółką mojego
męża. Zapraszam do środka.- Mała bramka obok się otwiera, a ja wchodzę
niepewnie na posesję. Moment później stoję przed drzwiami do budynku, które
otwiera mi wysoka kobieta z rudymi włosami, związanymi w koński ogon,
trzymająca małego chłopca na rękach.- Jestem Karen Elson. Miło mi.- Przedstawia
się.- Bardzo dużo o tobie słyszałam.- Uśmiecha się szeroko, prowadząc mnie w
głąb domu.
-Przepraszam, że przyjechałam
niezapowiedziana, ale…- Po raz kolejny moja wypowiedź zostaje przerwana.
-Nic się nie stało. Rozgość się.
Ja zawołam Johna, bo pewnie chcesz z nim porozmawiać.- Zostawia mnie w salonie,
a ja rozglądam się po pomieszczeniu. Jedna ze ścian jest zrobiona ze szkła,
dzięki czemu widać cały ogród, a druga z kamienia z kominkiem. Siadam na
skórzanej sofie i zastanawiam się jak mam wytłumaczyć, co ja tu właściwie
robię. Po kilku chwilach w salonie zjawia się muzyk.
-Lizi, coś się stało?- Pyta na
wstępie, a ja podnoszę się i zagryzam wargę.
-Można tak powiedzieć.- Stoimy
jakiś metr od siebie.- Mogę się u was zatrzymać na kilka dni?
-Jeszcze się pytasz? Zostań na
ile zechcesz. Skróciłaś włosy.- Zauważa.- I masz grzywkę.- Czarnowłosy przygląda mi się z uwagą, po czym przyciąga i zamyka
w swoich ramionach.- Teraz, moja droga, powiedz mi, co się stało, że
wylądowałaś aż tutaj.- Szepcze.- Widzę, że coś jest nie tak.- Oddala się na
kilka centymetrów.
-Nie mogę wytrzymać już w NY.-
Spuszczam wzrok, jednocześnie unosząc lewą dłoń w górę bez pierścionka, który
towarzyszył mi przez dwa ostatnie lata.- Rozstałam się z Jaredem.- Na twarzy
White pojawia się zdziwienie.
-Pokłóciliście się?
-Nie, po prostu nie dawałam sobie
już rady z tym wszystkim.- Z mojego oka wypływa łza, którą wycieram.- Za każdym
razem, gdy na niego spojrzę, zastanawiam się czy Melody była by bardziej
podobna do mnie czy do niego. Kogo cechy by odziedziczyła, czy miałaby jego
oczy? To bardzo boli, ale teraz boli jeszcze mocniej.- Siadam z powrotem na sofie.
-Zamiast przyjeżdżać do mnie,
powinnaś postarać się to naprawić.
-Tego już nie da się naprawić. On
wyjechał. Zraniłam go jak nikt inny. Widziałam to w jego oczach. To koniec.
Wszytko skończone. Zostałeś mi tylko ty.- Mężczyzna przygląda mi się przez
chwilę, aż w końcu odzywa się.
-Jesteś największym tchórzem na
tej ziemi.- Otwieram lekko usta, nie wiedząc co mam powiedzieć.- Gdy zginęła
twoja matka uciekłaś do NY, potem co prawda wróciłaś z Jaredem do LA, ale po
śmierci Melody znów uciekłaś. Teraz robisz to samo. Uciekasz, ale powinnaś
wiedzieć, że to nic nie da.- Widzę w jego spojrzeniu troskę. Zachowuje się jak
starszy brat, udzielający młodszej siostrze reprymendę.- Olivio Carry
Richardson, oficjalnie ogłaszam, że jesteś największym tchórzem na całej ziemi
i to nie jest powód do dumy. A wręcz przeciwnie. Powinnaś się tego wstydzić.-
Milknie, a ja nie wiem co mam powiedzieć.
-Myślałam, że zadaniem
przyjaciela jest pocieszanie, a nie wprowadzanie w jeszcze większy dołek.-
Odzywam się w końcu, a ten prycha.
-Ja nie jestem zwyczajnym
przyjacielem. Jestem cholernym, a zadaniem tych jest pomoc przy naprawię
błędów.- Ponownie przyciąga mnie do siebie i przytula.- Dobrze, że jesteś.
Karen wyjeżdża za tydzień do Europy na trzy tygodnie. Pomożesz mi się zająć
dzieciakami.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz