Wychodzę na świeże powietrze, zostawiając za sobą bar z
bratem w środku. Co raz częściej nachodzi go ochota na stanie za barem, a mi
zostają albo papiery, których z całego serca nie cierpię, albo ucieczka, co
robię i dzisiaj. Spoglądam na drugą stronę ulicy, gdzie ze studia właśnie
wychodzi Robert, załadowany po czubek głowy. Przebiegam przez drogę i staję
koło niego.
-Pomóc?- Pytam.
-Jeszcze nigdy bardziej nie cieszyłem się z twojego
niespodziewanego objawiania.- Mówi, jednocześnie wręczając mi jakieś teczki,
pudełka i tego typu rzeczy.- Jake znów wypędził cię z baru?- Odwraca się w moim
kierunku, gdy już wygrywa walkę z zamkiem i kluczem.
-Tak wyszło.- Wzruszam ramionami, uważając, żeby góra
makulatury nie wylądowała na chodniku.- A ty już zamykasz?- Marszczę brwi,
przyglądając się jak mężczyzna otwiera drzwi swojego samochodu.
-Wpadłem tylko na chwilę. Nie ma sensu przesiadywać tu całe
dnie, skoro Lee z połową załogi jest z Marsami, a reszta na innych trasach po
całych Stanach. Jak ktoś koniecznie chce się z nami skontaktować, to przez
telefon.- Tłumaczy, przekładając rzeczy z moich rąk na tylne siedzenie.- Zresztą
osobiście podpisujemy tylko umowy.
-W sumie prawda.- Mruczę, gdy odbiera ode mnie ostatnie
pudełko.
-Pat, masz ochotę na drinka? Bo wydaję mi się, że taki
niemrawy dzisiaj jesteś.- Mówi, stojąc już prosto.
-W sumie, to czemu nie.- Ponownie wzruszam ramionami.- Tylko
chodźmy do konkurencji, bo nie chcę się załamać widząc jak Jake serwuje
drinki.- Śmiejemy się cicho, ale przerywa to mój telefon. Wydobywam go z
kieszeni.- Przepraszam na moment.- Mruczę i nie patrząc kto dzwoni, odbieram,
ale po pierwszych sekundach, gdy dociera do mnie płacz dziecka już wiem, kto
zaraz się odezwie.
-Pat, wiem że jesteś w pracy, ale może dałbyś radę wpaść na
moment?- Odzywa się całkowicie załamana Emma, a ja uśmiecham się lekko, bo
właśnie znalazłem zajęcie na wieczór.
-Właściwie, to Jake mnie wygonił i z chęcią wpadnę.-
Odpowiadam, a Robert marszczy jedynie brwi.
-Jesteś cudowny. Czekamy na ciebie.- Kobieta rozłącza się
szybko, jakby bała się, że mogę zrezygnować. Chowam komórkę z powrotem do
kieszeni.
-Przykro mi, Babu, ale dostałem propozycję roboty na
wieczór, więc nasz wypad musimy przełożyć na kiedy indziej.
-Czyżby dzieciaki Shanna rozrabiały?- Śmieje się cicho, a ja
kiwam głową, potwierdzając.- Takie małe, a już umieją dopiec Emmie. Jakby cała
zgraja z Marsa jej wcześniej nie wykończyła. W takim razie, do zobaczenia.-
Salutuje mi, a po chwili znika za zakrętem.
Spoglądam jeszcze na zegarek na nadgarstku, po czym kieruję
się w całkowicie przeciwnym kierunku, mimo, że mieszkania Greenwooda i
starszego Leto są niedaleko siebie. Z tą różnicą, że pieszo, przez „skróty”
jest znacznie szybciej niż samochodem. Po niecałych siedmiu minutach ląduję na
odpowiednim piętrze, na którym już słychać płacz jednego z maluchów. Naciskam
dzwonek do drzwi, które po chwili otwiera Ludbrook z podkrążonymi oczami z
jednym z chłopców na rękach.
-Wyglądasz okropnie.- Mówię na wstępie, wyciągając ręce po
dziecko.
-Dziękuję.- Odpowiada, przekazując mi Michaela, wnioskując
po śpioszkach z nadrukiem imienia.- Nie sądziłam, że zgodzisz się przyjść.
Mógłbyś spędzić ten wieczór w znacznie lepszym miejscu i przede wszystkim
cichszym.- Uśmiecham się lekko.
-Daj spokój. Lee stwierdziła, że mam talent do dzieci, więc
się z nim dzielę. Zresztą to miła odskocznia od podpitych klientów baru.-
Przechodzimy do salonu, gdzie w rogu stoi wielka klatka z papugą perkusisty.
-Ja tego już nie rozumiem.- Jęczy po chwili, gdy mały się
już uspokaja.- Jak ty to robisz?
-Trzymam go tak, żeby cię mógł obserwować. Mama Olivii
zawsze mówiła, że kluczem do uspokojenia dziecka jest jego matka.
-O tym nie pomyślałam.- Kobieta opada na sofę, ale po
niecałej sekundzie prostuje się.- Całkowicie zapomniałam. Kawa, herbata?
-Nie, dzięki.- Chłopiec w milczeniu przygląda się
blondynce.- Odpocznij chwilę, bo jak nie jeden, to drugi może zacząć płakać.-
Śmieję się cicho.
-Nawet nie mów.- Kobieta jęczy cicho, ale posłusznie siada
na sofie.
-A gdzie Andy?
-Śpi w pokoju. I mam nadzieję, że tak zostanie. W ogóle
czuję, że wyrośnie na spokojniejszego człowieka, a co z Mickey, to sama nie
wiem. Może czas zainwestować w perkusje, żeby miał się na czym powyrzywać jak
tatuś?- Łapię dłoń jej synka i uśmiecha się do niego lekko, ale nie trwa to
długo, bo jej komórka, leżąca na stoliku do kawy się odzywa. Emma wzdycha
cicho, po czym po nią sięga i sprawdza wiadomość.- I jeszcze ten Kurdupel się
napatoczył.- Mruczy, a ja śmieję się cicho, bo widocznie przezwisko Jareda
znalazło swoich fanów.- Myślisz, że mogę z nim porozmawiać pięć minut?- Robi
słodkie oczka, jakbym miał ją zamordować za rozmowę z własnych facetem.
-Jeśli tylko ja ci nie będę przeszkadzać.- Odpowiadam, a ta
sięga po laptopa i otwiera go, a chwilę później na ekranie dostrzegamy
perkusistę, siedzącego we wannie, ale w pełni ubranego.
-Co ty robisz?- Pyta na wstępie Ludbrook, gdy ten macha do
ekranu.- I dlaczego siedzisz w łazience?- Dodaje.
-Cześć, kochanie. Cześć, Pat. Dzisiaj kolej Tomo na
rozmawianie w pokoju, a że leje, tak balkon odpada i została łazienka.- Mówi z
uśmiechem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz