POSTACIE Strona głóna

piątek, 21 lipca 2017

103.TRASĘ CZAS ZACZĄĆ

10 lipiec 2013

Przyglądam się jak najpiękniejsza kobieta na świecie naciąga na swoje zgrabne nogi obcisłe dżinsy, podskakując przy tym chyba w każdą możliwą stronę. Gdy już kończy swój pokaz skoków, zdejmuje jedną z moich dłuższych koszulek, w której zazwyczaj śpi i ubiera inną, również moją. Przeczesuje jeszcze włosy palcami, a następnie odwraca się w moim kierunku ze wzrokiem, mówiącym, że raczej dłużej tu nie poleżę.
-Wstawaj, leniu śmierdzący.- Mówi, a ja mogę się tylko uśmiechnąć na tą zniewagę. Olivia na czworaka przechodzi po pościeli w moim kierunku, a gdy już jest w dogodnej dla mnie odległości, nachylam się i cmokam ją w usta.
-Kocham cię.- Mówię, a teraz to ona się uśmiecha. W jej oczach dostrzegam, że jest szczęśliwa i to właśnie mnie najbardziej cieszy.
-Ja ciebie też, ale to nic nie zmienia. Wstawaj i idź zrobić śniadanie.- Podnosi się i po chwili znika gdzieś na korytarzu. Zresztą ja sam wstaję, ślę łóżko, przebieram się w jakieś wygodne dresy i wychodzę. Drzwi do łazienki są otwarte, więc zaglądam do pomieszczenia, gdzie moja żona czyści zęby przy umywalce. Podchodzę do niej i chwytam swoją szczoteczkę.- Miałeś śniadanie zrobić.- Zaczyna z pianą w ustach, gdy ja nakładam pastę.
-Pozwól mi chociaż pozbyć się tego zapachu z ust.- Odpowiadam. Czyszcząc zęby przyglądam jej się, stojącej po drugiej stronie umywalki. Po odłożeniu swojej szczoteczki na miejsce zielonooka stula się we mnie i stoi tak, dopóki i ja nie skończę swojej czynności.
-Jestem najszczęśliwszą osobą na ziemi, że cię mam.- Mruczy.
-Chyba raczej na odwrót, Aniele.- Całuję ją w czubek głowy.- Idź do Ellie, ja się zajmę śniadniem
Schodzę na parter, jednocześnie ziewając. Wchodzę do kuchni, a tam robię najprostszą na świecie owsiankę z mlekiem wegańskim. Z lodówki wyciągam też jogurcik dla Elizabeth, żeby choć odrobinę się ogrzał. W momencie, gdy przekładam płatki do misek do kuchni wchodzi Olivia z naszą córką na rękach.
-Tata!- Woła mała, a ja odwracam się w jej kierunku z uśmiechem.
-Cześć, Luckie.- Cmokam ją w główkę.- Jak się spało?- Łapię jej rączkę i ją też całuję.
-Się właśnie nie spało.- Komentuje pani fotograf, sadzając małą na krzesełku.- Kto to się bawił Bubu?- Czarnowłosa wyciąga łyżkę i łyżeczkę. Większą odkłada na stole. Przekładam nasze śniadanie i siadam na jednym z krzeseł.- Jay, dzwoniłeś wczoraj do Connie?- Krzywię się, bo całkowicie o tym zapomniałem.
-Zaraz zadzwonię.- Odpowiadam, a ta kręci głową z politowaniem.
-Musisz wybrać się do lekarza. To już skleroza, staruszku.- Śmieje się, jednocześnie karmiąc Ellie.
-Powtarzam mu to od lat.- Odzywa się doskonale przeze mnie znany głos, który niestety towarzyszy mi od moich narodzin.- Zaczynam doceniać ten wasz domek i ciszę jaka tu panuje- Dodaję, stając przy blacie.- Kawy?- Wsadzam łyżkę z owsianką do ust, starając się nie komentować niespodziewanego przybycia tego kurdupla.
-Ja po proszę.- Zgłasza się Olivia.- Jak tu się znalazłeś? Byłam pewna, że wieczorem zamykałam dom na klucz. Zresztą Jared potem jeszcze to sprawdził.- Marszczy brwi. Od kiedy w naszym życiu pojawiała się Elizabeth wszystko się zmieniło, łącznie z zamykaniem drzwi na klucz.
-Dorobiłem się własny.- Macha w powietrzu pękiem metalowych przedmiotów.- A te twoje oddaję.- Rzuca na stół moje własne, przez które przeszukałem cały budynek, nie zapominając o Labie. Trzy razy w dodatku. Łapię je i z miłością przytulam.
-Mówiłem, że nie mogły tak zniknąć?!- Zwracam się do żony, a ta wywraca oczami.
-A przypomnij sobie jak zgubiłeś te do mieszkania w Nowym Jorku.- Wraca do karmienia naszej córki jogurcikiem.- Co prawda, znalazłam je, ale w moich spodniach świeżo wypranych.
-I chyba to się powinno liczyć.- Zamykam ten temat.- Shan, czego tu właściwie szukasz?- Pytam brata, który właśnie siada obok mnie.
-Przyjechałem po chwilę spokoju. Mickey dopiero zasnął, a Andy się właśnie obudził. Nie spałem całą noc.- Jęczy, uderzając głową w stolik.
-I zostawiłeś tak Emmę?- Zarzucam mu Lee, zresztą mam ochotę zrobić to samo.
-Nie. Em pojechała do sklepu. Carl do nas wpadł i zaoferował, że się zajmie dziećmi.- Unosi się, tym razem z uśmiechem na ustach.- Jednocześnie chciałbym spędzić z chłopcami te ostatnie godziny, ale jak już tak wrzeszczą, to mi się odechciewa. Dlaczego nie mogli mi się trafić takie grzeczne dzieci jak Luckie, albo chociaż Hay.
-Może gdybyś nie był takim wrzodem na tyłku chociaż jedno, było by spokojne?- Proponuję, ale zostaję tylko zmrożony wzrokiem przez perkusistę.
-Przymknij się, dupku. Łep mi pęka od twoich wrzasków.
-A myślałem, że od wrzasku twoich dzieci.- Uśmiecham się szeroko, bo to akurat mi się udało.
-Najlepiej będzie jeśli obaj się zamkniecie?- Rzuca Olivia.- Bo teraz mnie boli głowa od waszych wrzasków.- Dodaje, wycierając buzię naszej córeczce, po czym odwraca się do swojego śniadania.
***
Wkładam ostatnią walizkę do samochodu, po czym odwracam się do Olivii, zapinającej Elizabeth w foteliku.
-Jesteś pewna, że wszystko spakowaliśmy?- Pytam, a ta prostuje się.
-Przecież już ci mówiłam, że mam wrażenie, że czegoś nie wzięliśmy.- Marszczy czoło, jakby zastanawiała się, co to za przedmiot.- Najwyżej będziemy się martwić na miejscu. Na pewno wszystkie dokumenty mam, a to jest najważniejsze.- Zamykam bagażnik i podchodzę do niej. Cmokam ją w usta, a potem siadam na miejscu kierowcy. Po chwili Lee pojawia się obok mnie. Odwraca się jeszcze, zaglądając do Ellie.- Bubu też z nami jedzie, więc może niepotrzebnie panikuję?- Rzuca.
-Na pewno.- Uśmiecham się lekko.- Zadzwoń do mamy i Carla, że już wyjeżdżamy.- Odpalam samochód, a chwilę później jesteśmy już na drodze.
-Cześć, Connie. My już jedziemy… Za jakieś dziesięć minut… Dobrze… Pa.-  Kobieta odkłada telefon do torebki i spogląda na mnie.- Do tej pory nie wiem jak namówiłeś ją, żeby z nami pojechała.- Komentuje, a ja uśmiecham się szeroko.
-To akurat było proste. Gorzej było z Carlem. Oni chyba naprawdę do siebie wrócili.- Mruczę.
-No co ty, geniuszu?- Wywraca oczami.- Przecież mówiłam ci to już po sylwestrze. Zresztą, tak dla jaj chyba ze sobą nie mieszkają, prawda?- Macham dłonią.
-No wiem, ale dziwnie widzieć własną matkę, która wraca do przybranego ojca.- Jęczę.- Ale to dobrze, że jest szczęśliwa. Ale jednocześnie dobrze, że zgodziła się z nami pojechać w trasę.
Kilka minut później podjeżdżamy pod mały domek, który należy do mojej rodzicielki i teraz już do przybranego ojca, którzy czekają na nas na krawężniku z walizkami. Wysiadam i wkładam bagaże mamy do bagażnika, a oni zajmują miejsce z tyłu. Carl zaproponował, że zaraz po starcie samolotu z nami na pokładzie, zaopiekuje się naszym samochodem.
Po kolejnych kilkudziesięciu minutach zajeżdżam na parking lotniska, a zaraz za mną pojawia się samochód Shannona, który podążał za mną od ponad dziesięciu kilometrów. Wysiadamy z auta, podobnie jak mój brat i jego dziewczyna, która tym razem zostaje w domu. To chyba nasza pierwsza trasa bez jej wsparcia.
-A wy gdzie macie dzieci?- Pyta mama, zwracając się do przybyłych, jednocześnie trzymając Luckie.
-Olivia poleciła mi Patricka jako niańkę i właśnie go sprawdzamy.- Odpowiada moja była asystentka.
-Potwierdzam. Pat ma świetne podejście do dzieci.- Uśmiecham się, wyciągając walizki.- Nasz samolot powinien już czekać, więc myślę, że możemy już iść.- Spoglądam na zegarek, na nadgarstku mojej żony.- Tomo z tego co wiem, właśnie powinien startować, więc zobaczymy się z nim na miejscu.
-To co, braciszku? Trasę czas zacząć?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz