POSTACIE Strona głóna

czwartek, 31 grudnia 2015

25. ZAKUPY

9 wrzesień 2006
Budzę się i automatycznie przekręcam na bok, chcąc wtulić w czarnowłosą. Jednak gdy moja ręka trafia w pustkę, gwałtownie otwieram oczy. Mlaskam z niezadowolenia, uświadamiając sobie, że jestem sam, a obok mnie jest jedynie skołtunioną pościel. Sięgam po telefon leżący obok. Która musi być godzina, skoro nawet już Olivia wstała? Jest dokładnie 8:59. Z jękiem podnoszę się do pozycji siedzącej, a zaraz potem całkowicie wstaję. Rozciągam się na wszystkie możliwe sposoby. Sięgam po koszulkę, leżącą na jednym z wielkich pudeł i zakładam na siebie. Wychodzę z graciarni i ziewając wędruje po mieszkaniu.
-Olivia?- Wołam, jednak odpowiada mi cisza. Wchodzę do kuchni i pierwsze co robię, to otwieram lodówkę. Z drzwiczek wyjmuję karton mleka migdałowego. Jednak pudełko jest puste. Wyrzucam je do kosza.- Aniele?- Tym razem podchodzę pod drzwi łazienki, z której dochodzą dźwięki włączonej wody.- Aniołku, to ty?- Przystawiam ucho do drzwi nasłuchując odpowiedzi.
-Jared? Wstałeś już?- Uśmiecham się pod nosem.
-Skoczę na sklepu. Chcesz coś konkretnego?
-Kup mleko, bo się skończyło.- Prycham. Podchodzę do szafki obok sofy i otwieram mój portfel. Z jednej z przegródek uśmiecha się do mnie czarnowłosa. Zaglądam głębiej i wyjmuję banknot stu dolarowy.
-Kotku, masz rozmienić stówę?- Po raz kolejny przyklejam się do drzwi do łazienki.
-Powinnam mieć. Portfel mam w torebce.
Obracam się wokół własnej osi, szukając czarnego przedmiotu. W końcu podnoszę go i wyciągam portfel. Otwieram go i pierwsze co rzuca mi się w oczy jest jej dowód osobisty. Wyciągam go i czytam każdy z punktów. Imiona i nazwisko: Olivia Carrie Richardoson. Kolor włosów: czarne. Kolor oczu: Zielone. Miejsce urodzenia: Los Angeles. Data urodzenia: 9 październik 1977. No, wreszcie wiem kiedy są urodziny mojego Aniołka. Do tej pory, strzegła tej daty, jakby była to co najmniej tajemnica narodowa. Wpatruje się w dokument, gdy w pewnym momencie smukła dłoń mi go wyrywa. Odwracam się zaskoczony i dostrzegam dziewczynę, marszczącą nosek.
-To moje.- Mruczy, ze złością. Całuję ją w czoło i uśmiecham, widząc jak przytula do siebie dowód.- Miałeś tylko rozmienić pieniądze, a nie sprawdzać moje dokumenty.
-Przepraszam. Już znikam.- Łapię dziesięć dolarów z jej portfela, wciskając tam przy okazji moją stówę i prawie wybiegam z mieszkania, ubrany jedynie w spodenki, odgrywające jakiś czas rolę moich piżam, i koszulce.  W sklepie kupuję kilka bułek, mleko i jakieś owoce, po czym wracam do budynku. Otwieram drzwi do naszego lokum i idę prosto do kuchni.- Jestem.- Oznajmiam, po czym wpadam na kobietę w blond włosach.
-Synek, uważaj jak chodzisz.- Mama pstryka mnie w nos, a do moich uszu dochodzi dźwięk śmiechu zielonookiej.
-Aniele, ty się tak nie śmiej, bo śniadanka nie dostaniesz.- Obejmuję dziewczynę w pasie, ówcześnie odkładając zakupy na stolik.
-Hej.- Odkręca się, tak że teraz stoi przodem do mnie.- To ty nie powinieneś go dostać.- Wystawia mi język, a ja zaczynam łaskotać ją w brzuch, przez co wybucha śmiechem, przy okazji zginając się w pół.- Prze…stań- Wydusza, wyrywając mi się. Chowa się za moja rodzicielką, a ta wysyła w moja stronę ostrzegawcze spojrzenie.
-No, co?- Pytam, patrząc na kobietę.
-Już ty wiesz co.- Czarnowłosa chichota.
-Własna matka przeciwko mnie.- Mruczę pod nosem, po czym obrywam zeszytem z przepisami. Wywracam oczami. Kobiety.
-Jared, lepiej będzie, jak poczekasz na śniadanie w salonie.- Patrzę na blondynkę pytającym spojrzeniem, a ta macha dłonią, wyganiając mnie z kuchni.- No, sio. Chcę sobie poważnie porozmawiać z twoją dziewczyną.- Na twarzy czarnowłosej pojawia się strach. Podchodzę do niej i cmokam w policzek, po czym wychodzę z pomieszczenia. Z sypialni zabieram dżinsy i jakąś koszulkę z długim rękawem, po czym idę pod prysznic.
Gdy wychodzę, po mieszkaniu roznosi się piękny zapach naleśników. Odkładam mokry ręcznik na zimny kaloryfer i wchodzę do kuchni. Rozmowy od razu cichnął. Ignoruję to, łapiąc jeden z placuszków i biorąc pierwszy gryz. Spoglądam na kobiety, wysyłające mi jakieś dziwne spojrzenia. Wzruszam ramionami, uśmiechając się do nich szeroko.
-Mistrzostwo świata, moje panie.- Całuje obie w policzek i nastawiam wodę na herbatę dla mnie i na kawę dla moich towarzyszek. Jednak cały czas przyglądają mi się dziwnie.- No, co?- Wznoszę ramiona w górę, nie wytrzymując ani sekundę dłużej. Tym razem wybuchają śmiechem, a ja jestem jeszcze bardziej zdezorientowany niż moment wcześniej.- Wytłumaczycie mi to wreszcie, czy mam czekać całą wieczność?- Wyskakuję na blat, obok okna i przyglądam im się dokładnie.
-Ja wiem, że lubisz sobie od czasu, do czasu pośpiewać.- Zaczyna czarnowłosa.- Ale skoro mamy gości, mógłbyś to robić trochę ciszej.- Przelatuję w pamięci moją playlistę, ale nie dostrzegam żadnych utworów, których mógłbym się wstydzić.
-Ale o co wam chodzi?- Robię smutną minkę.
-O to, żebyś następnym razem, gdy was odwiedzę nie próbował udawać wokalisty… No, jak im było?- Matka zwraca się do niebieskookiej.
-Green Day.
-No właśnie, nie udawaj wokalisty Green Daya.
-Śpiewałem ich piosenkę?- Dziwię się.
-O ile można nazwać to śpiewaniem. Tak, „American Idiot”. Proszę, zostaw to darcie Amstrongowi.- Dziewczyna robi błagającą minę, a ja unoszę kąciki ust wyżej, bo to wygląda przekomicznie.

-No dobrze.- Nawet, gdybym chciał, nie byłbym w stanie jej odmówić.- To, co, jemy to śniadanko?- Zeskakuję z blatu.


OLIVIA


Uśmiecham się przepuszczając w drzwiach kobietę. Razem z mamą niebieskookiego postanowiłyśmy wybrać się na zakupy. No dobra, to ona postanowiła. Mi nie zostało nic innego, jak tylko się zgodzić. Blondynka od razu kieruje się na sukienki. Z uśmiechem dreptam za nią. Łapie w dłonie jeden z wieszaków i wystawia go w moim kierunku.
-I co myślisz?- Przyglądam się prostej, bordowej sukience.
-Jest… Naprawdę piękna.- Odpowiadam.
-Prawda? Myślę, że powinnaś ją zmierzyć.- Przewiesza ją przez przed ramie i idzie w głąb pomieszczenia.- Co tak stoisz?- Odwraca się i przywołuje mnie dłonią. Doganiam ją, podczas, gdy na jej przedramieniu ląduję kilka innych rzeczy.- Z tego co zauważyłam, twoja szafa jest dość skromna. Same koszulki i dżinsy.
-Nie potrzebuję więcej rzeczy.- Mówię.- Ale dziękuję za wszystko. Nigdy nie sądziłam, że to powiem, ale chyba właśnie zyskałam drugą matkę.- Wyznaję, a ta unosi kąciki ust wyżej i przytula mnie, ignorując trzymane rzeczy.
-Wiesz, ile ja czekałam, aż Jared przyprowadzi do domu jakąś dziewczynę.- Odrywa się ode mnie.- I było warto czekać tyle czasu na ciebie, bo jesteś niesamowita. I nie dziwię się, że mój syn cię zauważył.- Całuje mnie w policzek, po czym wręcza mi wszystkie ciuchy.- A teraz leć je przymierzyć. Nie mamy dużo czasu, bo o 19 muszę być na lotnisku.- Po prostu wpycha mnie do przymierzalni. Śmieje się pod nosem. Po chwili wychodzę ubrana w bordową sukienkę. Niebieskie oczy kobiety zaczynają błyszczeć.- Wyglądasz przepięknie. Jay oszaleje jak cię zobaczy.
-Czy ja wiem.- Obracam głowę, chcąc zobaczyć jak najwięcej.
-Ty nie wiesz, ale ja wiem. Ta sukienka jest dla ciebie stworzona. Dobrze, teraz mierz następne rzeczy.- Po raz kolejny ląduję w ciasnym pomieszczeniu. W momencie, gdy zakładam na siebie już własne ubranie, mój telefon daje o sobie znać. Zasuwam bluzę i wychodzę do Constance, która czeka na mnie w lokalu. Odbieram, wysyłając jej przepraszające spojrzenie.
-Olivia? Gdzie ty się podziewasz?- Słyszę na początek.
-Dzisiaj sobota. Nie pracuję.- Mówię, podchodząc do blondynki.
-Wiem, wiem, ale potrzebuję cię. Mogłabyś na moment wpaść do mnie.- Spoglądam na moją towarzyszkę.
-Ale tylko na sekundę. Jestem na zakupach. Gdzie mam przyjść?
-Do apartamentu.- Mężczyzna rozłącza się, jak zwykle nie czekając na odpowiedź. Kręcę głową z politowaniem.
-Muszę jechać do ojca. Ale mogę cię odprowadzić do mieszkania.
-Pojadę z tobą. W sumie to i tak nie mam co robić. Spakowana już jestem.
-W takim razie idź złap taksówkę, a ja zapłacę.- Matka Jareda uśmiecha się i wychodzi z budynku, a ja podchodzę do kasy. Nie wiem jakim cudem, ale udało jej się przekonać mnie do zakupu tej sukienki. Moment później wychodzę ze sklepy, a w tym samym momencie kobieta zatrzymuje pędzący, żółty samochód. Wsiadamy do niego. Podaje kierowcy adres ojca.
-Ja naprawdę przepraszam, że zwaliłam się wam tak na głowę, w dodatku niezapowiedzianie.- Zaczyna po chwili.
-Nic się nie stało. Bardzo mi się podobał ten tydzień. A ty, Connie jesteś wspaniała.
-Ty też, złociutko. Chłopaki i Emma tyle mi o tobie naopowiadali, że zapragnęłam cię spotkać jak najszybciej.- Jeszcze chwilę rozmawiamy, dopóki nie przerywa nam głos taksówkarza, oznajmującego, że jesteśmy na miejscu. Płacę mu i jak najszybciej się da, wciągam blondynkę do budynku. Za ladą jak zwykle siedzi pan Bruce. Uśmiecha się w moją stronę.
-Dzień dobry.- Rzucam.
-Dzień dobry, panienko.- Odpowiada, gdy jesteśmy już w windzie, stojącej akurat na parterze, tak jakby na nas czekała. Wciskam tak zwaną magiczną piętnastkę, a po chwili jesteśmy już na odpowiednim piętrze. Podchodzę pod drzwi z numerem 175 i wchodzę bez pukania.
-Terry?- Wołam, wchodząc głębiej. Za mną drepta kobieta.
-Jestem w salonie.- Odzywa się, a ja dostrzegam jego sylwetkę. Jak zwykle siedzi na swoim fotelu, nachylając się nad laptopem, tyłem do nas.- Dobrze, że jesteś. Nie mogę znaleźć zdjęć z sesji z Jonem Bon Jovim. Nie wiesz, gdzie mogą być?- Dopiero teraz się odwraca, a gdy dostrzega moją towarzyszkę, zauważam na jego twarzy zainteresowanie.
-Terry to jest Constance Leto, mama Jareda.- Specjalnie akcentuję dwa ostanie słowa, tak by nie miał wątpliwości, że ma trzymać się od niej z daleka.- Connie, to jest mój ojciec.- Mężczyzna unosi jej dłoń do ust.
-Terence.- Szepcze, a ja wywracam oczami, podchodząc do sprzętu.- Może czegoś się napijecie? Woda, kawa, herbata, whisky? –Słysząc ostanie słowo, odwracam się gwałtownie. Jeszcze by do tego doszło, że upiłby moją może przyszłą teściową.
-Terry, daj sobie spokój z alkoholem.- Syczę, wracając do poszukiwań. Docierają do mnie jedynie urywki ich rozmowy. W końcu, po kilkunastu minutach znajduję folder ze zdjęciami na pulpicie. Po pomieszczeniu roznosi się głośny śmiech obydwojga, a ja zamieram, widząc szklaneczki z bursztynowym płynem w ich dłoniach. UPS.- Znalazłam.- Ogłaszam.- Możemy już iść.
-Córcia, daj spokój, nie widzisz jak nam się dobrze rozmawia?- Fotograf spogląda na mnie zielonymi oczami.- Może też chcesz trochę?
-Nie.- Idę do kuchni i z kieszeni wyjmuję telefon. Z pamięci wklepuję numer Jareda. Cholera, on się wścieknie.
-Tak?- Odzywa się po chwili.- Coś się stało?
-Tak jakby. Mógłbyś przyjechać do mieszkania Terrego?- Przegryzam wargę.
-Co tam robicie?- Dziwi się, jednak słyszę, jak wychodzi z naszego lokum.
-Wytłumaczę ci na miejscu..
                                               *                      *                      *
Siedzę między kobietą, a mężczyzną, którzy dyskutują o najlepszej technice robienia zdjęć w plenerze, popijając przy tym już którąś z rzędu szklaneczkę whisky. Przecieram oczy, gdy do apartamentu wpada mój rycerz na białym koniu. Zrywam się z sofy, ale oni nawet tego nie zauważają, i zatrzymuję się przed niebieskookim.
-Próbowałam wszystkiego, żeby ją  stąd wyciągnąć, ale się nie da. I parz co piją.- Robię minę, która jasno wskazuje na o kto jest winny. Czyli ja. Mężczyzna przyciąga mnie do siebie i całuje w głowę.
-Co wy tu właściwie robicie? Miałyście być na zakupach.- Oddalam się leciutko od jego ciała.
-Ojciec nie potrafił znaleźć folderu ze zdjęciami. Chciałam mu tylko pomóc.- Spuszczam głowę, jednak mężczyzna kładzie dwa palce na mojej brodzie i unosi ją w górę, tak żebym patrzyła mu w oczy.
-O nic cię nie winię. To tylko i wyłącznie ich wina. Oni za to odpowiadają.- Cmoka mnie w usta.- A teraz pomóż mi zabrać mamę.- Wzdycha i podchodzi do sofy.- Mamo, wiesz, że zaraz będziesz musiała być na lotnisku? Chyba nie chcesz się spóźnić.- Mówi, „lekko” naginając prawdę.
-Naprawdę?- Kobieta zrywa się z kanapy.- Przykro mi, Terry. Chyba będziemy musieli nadrobić to innym razem.- Mówi do mojego ojca.- Ojć. Chyba kręci mi się w głowie.- Dodaje, a niebieskooki łapie ją za ramie.- Do zobaczenia. Milo było cię poznać.- Niebieskooki prowadzi swoją rodzicielkę do drzwi, a ja podchodzę do Terenca.
-Co to miało być, co?- Pytam.
-No, co?- Odpowiada, upijając kolejny łyk bursztynowej cieczy.- Nic takiego się nie stało. Przecież nikt nie zginął.- Wzrusza ramionami, a ja prycham, zostawiając go samego. W ciszy zjeżdżamy windą na parter, a następnie opuszczamy budynek, ówcześnie żegnając się z panem Brucem. Wszyscy pakujemy się do taksówki. Jared zaje miejsce na środku, a ja po jego prawej srony.
-Przepraszam.- Mówię, a brunet odwraca się w moją stronę i łączy nasze palce, po czym całuje mnie we włosy.

-Nic się nie stało. A poza tym nie umiem się na ciebie gniewać.- Przyciąga mnie do siebie, tak że chcąc, nie chcąc opieram głowę na jego klatce piersiowej. 


JARED


 Wysiadam z taksówki pod kamienicą. Płacę kierowcy, po czym jak najszybciej się da wchodzę do budynku. Na pierwszym piętrzę mijam się z Adeline, staruszką z naprzeciwka, która wyprowadza Suzi, suczkę rasy shih tzu. Rzucam w jej kierunku „Dobry wieczór” i szczery uśmiech, po czym kontynuuję wspinaczkę, przeskakując co dwa schodki. Wchodzę do mieszkania i w przedpokoju zrzucam buty.

-Aniele, jestem!- Oznajmiam, wchodząc głębiej.
-Jestem w sypialni.- Odpowiada. Kieruję się prosto do pomieszczenia w którym przebywa moja dziewczyna. Zatrzymuje się w progu, widząc jak siedzi na środku łóżka, trzymając na kolanach jakieś papiery.
-Co robisz?- Pytam, a ta unosi głowę i spogląda na mnie.
-Kolejne dokumenty od ojca.- Mruczy, odkładając je na szafkę. Zakłada mokry kosmyk włosów za ucho i prostuje nogi. Jest ubrana w swoją ukochaną koszulkę z napisem „Bright Lights, Big City” i czarne spodenki, nie zakrywające nawet połowy ud.
-No dobra. Teraz pokazuj mi, co kupiłaś z mamą.- Uśmiecham się lekko, a ona marszczy nosek, co jest przeurocze.
-Tam leży torba ze sklepu.- Wskazuje na krzesło. Wywracam oczami, podchodząc do wyznaczonego miejsca. Rzucam jej torbę.
-Pokazuj mi na sobie.- Tłumaczę, a ta z ociąganiem wstaje. Zajmuję jej miejsce i obserwuję jak wychodzi z pokoju. Minutę później wraca, ubrana w prostą, bordową sukienkę. Obraca się w miejscu, a ja wpatruję się w nią jak w obrazek.- Jesteś przepiękna.- Wyduszam po chwili.
-Chyba ona jest przepiękna.- Poprawia, a ja kiwam głową.
-Ty też. I ona doskonale do ciebie pasuje.- Mówię. Czarnowłosa ściąga przez głowę sukienkę, zostając w samej bieliźnie.- Mmm… A tak ci jeszcze lepiej.- Komentuję, ruszając brwiami.
-Spadaj.- Rzuca, wychodząc.
-Ej, wracaj!- Krzyczę za nią, ale na moim widoku pojawia się jedynie jej środkowy palec.
-Ty się lepiej idź umyj, Brudasie. Tylko tym razem nie śpiewaj, bo duchy pobudzisz.- Zrywam się i wybiegam w sypialni.
-Pożałujesz tego!- Z łazienki wychodzi zielonooka, jednak gdy tylko mnie zauważa zaczyna uciekać. Po kilku minutach stoimy po dwóch różnych stronach stolika, dysząc ze zmęczenia.
-No, dobra, poddaję się.- Oznajmia, unosząc dłonie w górę. Ze śmiechem podchodzę do niej i zamykam ją w mocnym uścisku, po czym całuję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz