9 wrzesień 2006
Budzę się i automatycznie
przekręcam na bok, chcąc wtulić w czarnowłosą. Jednak gdy moja ręka trafia w
pustkę, gwałtownie otwieram oczy. Mlaskam z niezadowolenia, uświadamiając
sobie, że jestem sam, a obok mnie jest jedynie skołtunioną pościel. Sięgam po telefon
leżący obok. Która musi być godzina, skoro nawet już Olivia wstała? Jest
dokładnie 8:59. Z jękiem podnoszę się do pozycji siedzącej, a zaraz potem
całkowicie wstaję. Rozciągam się na wszystkie możliwe sposoby. Sięgam po
koszulkę, leżącą na jednym z wielkich pudeł i zakładam na siebie. Wychodzę z
graciarni i ziewając wędruje po mieszkaniu.
-Olivia?- Wołam, jednak odpowiada
mi cisza. Wchodzę do kuchni i pierwsze co robię, to otwieram lodówkę. Z
drzwiczek wyjmuję karton mleka migdałowego. Jednak pudełko jest puste. Wyrzucam
je do kosza.- Aniele?- Tym razem podchodzę pod drzwi łazienki, z której
dochodzą dźwięki włączonej wody.- Aniołku, to ty?- Przystawiam ucho do drzwi
nasłuchując odpowiedzi.
-Jared? Wstałeś już?- Uśmiecham
się pod nosem.
-Skoczę na sklepu. Chcesz coś
konkretnego?
-Kup mleko, bo się skończyło.-
Prycham. Podchodzę do szafki obok sofy i otwieram mój portfel. Z jednej z przegródek
uśmiecha się do mnie czarnowłosa. Zaglądam głębiej i wyjmuję banknot stu
dolarowy.
-Kotku, masz rozmienić stówę?- Po
raz kolejny przyklejam się do drzwi do łazienki.
-Powinnam mieć. Portfel mam w
torebce.
Obracam się wokół własnej osi,
szukając czarnego przedmiotu. W końcu podnoszę go i wyciągam portfel. Otwieram
go i pierwsze co rzuca mi się w oczy jest jej dowód osobisty. Wyciągam go i
czytam każdy z punktów. Imiona i nazwisko: Olivia Carrie Richardoson. Kolor włosów: czarne. Kolor oczu: Zielone. Miejsce
urodzenia: Los Angeles. Data urodzenia: 9 październik 1977. No, wreszcie wiem
kiedy są urodziny mojego Aniołka. Do tej pory, strzegła tej daty, jakby była to
co najmniej tajemnica narodowa. Wpatruje się w dokument, gdy w pewnym momencie
smukła dłoń mi go wyrywa. Odwracam się zaskoczony i dostrzegam dziewczynę,
marszczącą nosek.
-To moje.- Mruczy, ze złością.
Całuję ją w czoło i uśmiecham, widząc jak przytula do siebie dowód.- Miałeś
tylko rozmienić pieniądze, a nie sprawdzać moje dokumenty.
-Przepraszam. Już znikam.- Łapię
dziesięć dolarów z jej portfela, wciskając tam przy okazji moją stówę i prawie
wybiegam z mieszkania, ubrany jedynie w spodenki, odgrywające jakiś czas rolę
moich piżam, i koszulce. W sklepie
kupuję kilka bułek, mleko i jakieś owoce, po czym wracam do budynku. Otwieram
drzwi do naszego lokum i idę prosto do kuchni.- Jestem.- Oznajmiam, po czym wpadam
na kobietę w blond włosach.
-Synek, uważaj jak chodzisz.-
Mama pstryka mnie w nos, a do moich uszu dochodzi dźwięk śmiechu zielonookiej.
-Aniele, ty się tak nie śmiej, bo
śniadanka nie dostaniesz.- Obejmuję dziewczynę w pasie, ówcześnie odkładając
zakupy na stolik.
-Hej.- Odkręca się, tak że teraz
stoi przodem do mnie.- To ty nie powinieneś go dostać.- Wystawia mi język, a ja
zaczynam łaskotać ją w brzuch, przez co wybucha śmiechem, przy okazji zginając
się w pół.- Prze…stań- Wydusza, wyrywając mi się. Chowa się za moja rodzicielką,
a ta wysyła w moja stronę ostrzegawcze spojrzenie.
-No, co?- Pytam, patrząc na
kobietę.
-Już ty wiesz co.- Czarnowłosa
chichota.
-Własna matka przeciwko mnie.-
Mruczę pod nosem, po czym obrywam zeszytem z przepisami. Wywracam oczami.
Kobiety.
-Jared, lepiej będzie, jak poczekasz
na śniadanie w salonie.- Patrzę na blondynkę pytającym spojrzeniem, a ta macha
dłonią, wyganiając mnie z kuchni.- No, sio. Chcę sobie poważnie porozmawiać z
twoją dziewczyną.- Na twarzy czarnowłosej pojawia się strach. Podchodzę do niej
i cmokam w policzek, po czym wychodzę z pomieszczenia. Z sypialni zabieram
dżinsy i jakąś koszulkę z długim rękawem, po czym idę pod prysznic.
Gdy wychodzę, po mieszkaniu
roznosi się piękny zapach naleśników. Odkładam mokry ręcznik na zimny kaloryfer
i wchodzę do kuchni. Rozmowy od razu cichnął. Ignoruję to, łapiąc jeden z
placuszków i biorąc pierwszy gryz. Spoglądam na kobiety, wysyłające mi jakieś
dziwne spojrzenia. Wzruszam ramionami, uśmiechając się do nich szeroko.
-Mistrzostwo świata, moje panie.-
Całuje obie w policzek i nastawiam wodę na herbatę dla mnie i na kawę dla moich
towarzyszek. Jednak cały czas przyglądają mi się dziwnie.- No, co?- Wznoszę
ramiona w górę, nie wytrzymując ani sekundę dłużej. Tym razem wybuchają
śmiechem, a ja jestem jeszcze bardziej zdezorientowany niż moment wcześniej.-
Wytłumaczycie mi to wreszcie, czy mam czekać całą wieczność?- Wyskakuję na
blat, obok okna i przyglądam im się dokładnie.
-Ja wiem, że lubisz sobie od
czasu, do czasu pośpiewać.- Zaczyna czarnowłosa.- Ale skoro mamy gości, mógłbyś
to robić trochę ciszej.- Przelatuję w pamięci moją playlistę, ale nie
dostrzegam żadnych utworów, których mógłbym się wstydzić.
-Ale o co wam chodzi?- Robię
smutną minkę.
-O to, żebyś następnym razem, gdy
was odwiedzę nie próbował udawać wokalisty… No, jak im było?- Matka zwraca się
do niebieskookiej.
-Green Day.
-No właśnie, nie udawaj wokalisty
Green Daya.
-Śpiewałem ich piosenkę?- Dziwię
się.
-O ile można nazwać to
śpiewaniem. Tak, „American Idiot”. Proszę, zostaw to darcie Amstrongowi.-
Dziewczyna robi błagającą minę, a ja unoszę kąciki ust wyżej, bo to wygląda
przekomicznie.
-No dobrze.- Nawet, gdybym
chciał, nie byłbym w stanie jej odmówić.- To, co, jemy to śniadanko?- Zeskakuję
z blatu.
OLIVIA
Uśmiecham się przepuszczając w
drzwiach kobietę. Razem z mamą niebieskookiego postanowiłyśmy wybrać się na
zakupy. No dobra, to ona postanowiła. Mi nie zostało nic innego, jak tylko się
zgodzić. Blondynka od razu kieruje się na sukienki. Z uśmiechem dreptam za nią.
Łapie w dłonie jeden z wieszaków i wystawia go w moim kierunku.
-I co myślisz?- Przyglądam się prostej,
bordowej sukience.
-Jest… Naprawdę piękna.-
Odpowiadam.
-Prawda? Myślę, że powinnaś ją
zmierzyć.- Przewiesza ją przez przed ramie i idzie w głąb pomieszczenia.- Co
tak stoisz?- Odwraca się i przywołuje mnie dłonią. Doganiam ją, podczas, gdy na
jej przedramieniu ląduję kilka innych rzeczy.- Z tego co zauważyłam, twoja
szafa jest dość skromna. Same koszulki i dżinsy.
-Nie potrzebuję więcej rzeczy.-
Mówię.- Ale dziękuję za wszystko. Nigdy nie sądziłam, że to powiem, ale chyba
właśnie zyskałam drugą matkę.- Wyznaję, a ta unosi kąciki ust wyżej i przytula
mnie, ignorując trzymane rzeczy.
-Wiesz, ile ja czekałam, aż Jared
przyprowadzi do domu jakąś dziewczynę.- Odrywa się ode mnie.- I było warto
czekać tyle czasu na ciebie, bo jesteś niesamowita. I nie dziwię się, że mój
syn cię zauważył.- Całuje mnie w policzek, po czym wręcza mi wszystkie ciuchy.-
A teraz leć je przymierzyć. Nie mamy dużo czasu, bo o 19 muszę być na
lotnisku.- Po prostu wpycha mnie do przymierzalni. Śmieje się pod nosem. Po
chwili wychodzę ubrana w bordową sukienkę. Niebieskie oczy kobiety zaczynają
błyszczeć.- Wyglądasz przepięknie. Jay oszaleje jak cię zobaczy.
-Czy ja wiem.- Obracam głowę,
chcąc zobaczyć jak najwięcej.
-Ty nie wiesz, ale ja wiem. Ta
sukienka jest dla ciebie stworzona. Dobrze, teraz mierz następne rzeczy.- Po
raz kolejny ląduję w ciasnym pomieszczeniu. W momencie, gdy zakładam na siebie
już własne ubranie, mój telefon daje o sobie znać. Zasuwam bluzę i wychodzę do
Constance, która czeka na mnie w lokalu. Odbieram, wysyłając jej przepraszające
spojrzenie.
-Olivia? Gdzie ty się
podziewasz?- Słyszę na początek.
-Dzisiaj sobota. Nie pracuję.-
Mówię, podchodząc do blondynki.
-Wiem, wiem, ale potrzebuję cię.
Mogłabyś na moment wpaść do mnie.- Spoglądam na moją towarzyszkę.
-Ale tylko na sekundę. Jestem na
zakupach. Gdzie mam przyjść?
-Do apartamentu.- Mężczyzna
rozłącza się, jak zwykle nie czekając na odpowiedź. Kręcę głową z politowaniem.
-Muszę jechać do ojca. Ale mogę
cię odprowadzić do mieszkania.
-Pojadę z tobą. W sumie to i tak
nie mam co robić. Spakowana już jestem.
-W takim razie idź złap taksówkę,
a ja zapłacę.- Matka Jareda uśmiecha się i wychodzi z budynku, a ja podchodzę
do kasy. Nie wiem jakim cudem, ale udało jej się przekonać mnie do zakupu tej
sukienki. Moment później wychodzę ze sklepy, a w tym samym momencie kobieta
zatrzymuje pędzący, żółty samochód. Wsiadamy do niego. Podaje kierowcy adres
ojca.
-Ja naprawdę przepraszam, że
zwaliłam się wam tak na głowę, w dodatku niezapowiedzianie.- Zaczyna po chwili.
-Nic się nie stało. Bardzo mi się
podobał ten tydzień. A ty, Connie jesteś wspaniała.
-Ty też, złociutko. Chłopaki i
Emma tyle mi o tobie naopowiadali, że zapragnęłam cię spotkać jak najszybciej.-
Jeszcze chwilę rozmawiamy, dopóki nie przerywa nam głos taksówkarza,
oznajmującego, że jesteśmy na miejscu. Płacę mu i jak najszybciej się da,
wciągam blondynkę do budynku. Za ladą jak zwykle siedzi pan Bruce. Uśmiecha się
w moją stronę.
-Dzień dobry.- Rzucam.
-Dzień dobry, panienko.-
Odpowiada, gdy jesteśmy już w windzie, stojącej akurat na parterze, tak jakby
na nas czekała. Wciskam tak zwaną magiczną piętnastkę, a po chwili jesteśmy już
na odpowiednim piętrze. Podchodzę pod drzwi z numerem 175 i wchodzę bez
pukania.
-Terry?- Wołam, wchodząc głębiej.
Za mną drepta kobieta.
-Jestem w salonie.- Odzywa się, a
ja dostrzegam jego sylwetkę. Jak zwykle siedzi na swoim fotelu, nachylając się
nad laptopem, tyłem do nas.- Dobrze, że jesteś. Nie mogę znaleźć zdjęć z sesji
z Jonem Bon Jovim. Nie wiesz, gdzie mogą być?- Dopiero teraz się odwraca, a gdy
dostrzega moją towarzyszkę, zauważam na jego twarzy zainteresowanie.
-Terry to jest Constance Leto,
mama Jareda.- Specjalnie akcentuję dwa ostanie słowa, tak by nie miał
wątpliwości, że ma trzymać się od niej z daleka.- Connie, to jest mój ojciec.-
Mężczyzna unosi jej dłoń do ust.
-Terence.- Szepcze, a ja wywracam
oczami, podchodząc do sprzętu.- Może czegoś się napijecie? Woda, kawa, herbata,
whisky? –Słysząc ostanie słowo, odwracam się gwałtownie. Jeszcze by do tego
doszło, że upiłby moją może przyszłą teściową.
-Terry, daj sobie spokój z
alkoholem.- Syczę, wracając do poszukiwań. Docierają do mnie jedynie urywki ich
rozmowy. W końcu, po kilkunastu minutach znajduję folder ze zdjęciami na
pulpicie. Po pomieszczeniu roznosi się głośny śmiech obydwojga, a ja zamieram,
widząc szklaneczki z bursztynowym płynem w ich dłoniach. UPS.- Znalazłam.-
Ogłaszam.- Możemy już iść.
-Córcia, daj spokój, nie widzisz
jak nam się dobrze rozmawia?- Fotograf spogląda na mnie zielonymi oczami.- Może
też chcesz trochę?
-Nie.- Idę do kuchni i z kieszeni
wyjmuję telefon. Z pamięci wklepuję numer Jareda. Cholera, on się wścieknie.
-Tak?- Odzywa się po chwili.- Coś
się stało?
-Tak jakby. Mógłbyś przyjechać do
mieszkania Terrego?- Przegryzam wargę.
-Co tam robicie?- Dziwi się,
jednak słyszę, jak wychodzi z naszego lokum.
-Wytłumaczę ci na miejscu..
* * *
Siedzę między kobietą, a
mężczyzną, którzy dyskutują o najlepszej technice robienia zdjęć w plenerze,
popijając przy tym już którąś z rzędu szklaneczkę whisky. Przecieram oczy, gdy
do apartamentu wpada mój rycerz na białym koniu. Zrywam się z sofy, ale oni
nawet tego nie zauważają, i zatrzymuję się przed niebieskookim.
-Próbowałam wszystkiego, żeby
ją stąd wyciągnąć, ale się nie da. I
parz co piją.- Robię minę, która jasno wskazuje na o kto jest winny. Czyli ja.
Mężczyzna przyciąga mnie do siebie i całuje w głowę.
-Co wy tu właściwie robicie?
Miałyście być na zakupach.- Oddalam się leciutko od jego ciała.
-Ojciec nie potrafił znaleźć
folderu ze zdjęciami. Chciałam mu tylko pomóc.- Spuszczam głowę, jednak
mężczyzna kładzie dwa palce na mojej brodzie i unosi ją w górę, tak żebym
patrzyła mu w oczy.
-O nic cię nie winię. To tylko i
wyłącznie ich wina. Oni za to odpowiadają.- Cmoka mnie w usta.- A teraz pomóż
mi zabrać mamę.- Wzdycha i podchodzi do sofy.- Mamo, wiesz, że zaraz będziesz
musiała być na lotnisku? Chyba nie chcesz się spóźnić.- Mówi, „lekko” naginając
prawdę.
-Naprawdę?- Kobieta zrywa się z
kanapy.- Przykro mi, Terry. Chyba będziemy musieli nadrobić to innym razem.-
Mówi do mojego ojca.- Ojć. Chyba kręci mi się w głowie.- Dodaje, a niebieskooki
łapie ją za ramie.- Do zobaczenia. Milo było cię poznać.- Niebieskooki prowadzi
swoją rodzicielkę do drzwi, a ja podchodzę do Terenca.
-Co to miało być, co?- Pytam.
-No, co?- Odpowiada, upijając
kolejny łyk bursztynowej cieczy.- Nic takiego się nie stało. Przecież nikt nie
zginął.- Wzrusza ramionami, a ja prycham, zostawiając go samego. W ciszy
zjeżdżamy windą na parter, a następnie opuszczamy budynek, ówcześnie żegnając
się z panem Brucem. Wszyscy pakujemy się do taksówki. Jared zaje miejsce na
środku, a ja po jego prawej srony.
-Przepraszam.- Mówię, a brunet
odwraca się w moją stronę i łączy nasze palce, po czym całuje mnie we włosy.
-Nic się nie stało. A poza tym
nie umiem się na ciebie gniewać.- Przyciąga mnie do siebie, tak że chcąc, nie
chcąc opieram głowę na jego klatce piersiowej.
JARED
-Aniele, jestem!- Oznajmiam,
wchodząc głębiej.
-Jestem w sypialni.- Odpowiada.
Kieruję się prosto do pomieszczenia w którym przebywa moja dziewczyna.
Zatrzymuje się w progu, widząc jak siedzi na środku łóżka, trzymając na
kolanach jakieś papiery.
-Co robisz?- Pytam, a ta unosi
głowę i spogląda na mnie.
-Kolejne dokumenty od ojca.-
Mruczy, odkładając je na szafkę. Zakłada mokry kosmyk włosów za ucho i prostuje
nogi. Jest ubrana w swoją ukochaną koszulkę z napisem „Bright Lights, Big City”
i czarne spodenki, nie zakrywające nawet połowy ud.
-No dobra. Teraz pokazuj mi, co
kupiłaś z mamą.- Uśmiecham się lekko, a ona marszczy nosek, co jest przeurocze.
-Tam leży torba ze sklepu.-
Wskazuje na krzesło. Wywracam oczami, podchodząc do wyznaczonego miejsca.
Rzucam jej torbę.
-Pokazuj mi na sobie.- Tłumaczę,
a ta z ociąganiem wstaje. Zajmuję jej miejsce i obserwuję jak wychodzi z
pokoju. Minutę później wraca, ubrana w prostą, bordową sukienkę. Obraca się w
miejscu, a ja wpatruję się w nią jak w obrazek.- Jesteś przepiękna.- Wyduszam
po chwili.
-Chyba ona jest przepiękna.-
Poprawia, a ja kiwam głową.
-Ty też. I ona doskonale do
ciebie pasuje.- Mówię. Czarnowłosa ściąga przez głowę sukienkę, zostając w
samej bieliźnie.- Mmm… A tak ci jeszcze lepiej.- Komentuję, ruszając brwiami.
-Spadaj.- Rzuca, wychodząc.
-Ej, wracaj!- Krzyczę za nią, ale
na moim widoku pojawia się jedynie jej środkowy palec.
-Ty się lepiej idź umyj,
Brudasie. Tylko tym razem nie śpiewaj, bo duchy pobudzisz.- Zrywam się i
wybiegam w sypialni.
-Pożałujesz tego!- Z łazienki
wychodzi zielonooka, jednak gdy tylko mnie zauważa zaczyna uciekać. Po kilku
minutach stoimy po dwóch różnych stronach stolika, dysząc ze zmęczenia.
-No, dobra, poddaję się.-
Oznajmia, unosząc dłonie w górę. Ze śmiechem podchodzę do niej i zamykam ją w
mocnym uścisku, po czym całuję.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz