Wywracam oczami, choć Jared i tak
nie może tego zobaczyć, przez tą cholerną opaskę na oczach. Słyszę jak się
podśmiechuję i już wymachuję ręką, próbując jakoś ochłodzić jego dobry humor,
gdy on łapie mnie za nadgarstek.
-Hej, co ty próbujesz zrobić?-
Pyta.- Jeszcze sobie coś zrobisz.- Całuję moją dłoń.
-Nie popisuj się. Gdzie ty mnie
wieziesz?
-Już ci mówiłem. Na wystawę.-
Próbuję ściągnąć ten kawałek szmaty z moich oczu, ale znów mnie powstrzymuje, -
Uspokój się. Zaraz dojedziemy.
-Mówisz to od pięciu minut.-
Mruczę, a ten mnie całuje. Gdy przestaje, oznajmia rozanielonym głosem.-
Jesteśmy na miejscu.- Pomaga mi wysiąść, a potem płaci taksówkarzowi. Próbuję
przejść kilka kroków, ale przy pierwszym potykam się i gdyby nie mężczyzna, już
dawno wylądowałabym na chodniku.- Nie uciekaj mi, Aniele.
-No i co teraz?
-Jak to co? Wchodzimy.- Wyobrażam
sobie jak wzrusza ramionami. Prowadzi mnie do jakiegoś budynku i pomaga
rozebrać płaszcz. Stoję w miejscu, cierpliwie czekając, gdy nagle obok mnie
ktoś się pojawia, przez co podskakuję ze strachu.
-Dobrze, że jesteście.- Poznaję
głos Terenca.- Wybacz Puchatku.- Całuje mnie w czubek głowy.- Chodźmy.- Łapie
mnie za rękę i ciągnie, a ja potykam się, znów. Na szczęście ktoś mnie łapie.
-Jay, to ty?- Sięgam do jego
twarzy, a ten całuje mnie w dłoń.
-Tak, Aniołku, ja.- Przybliżam
się do jego ciała, gdzie czuję się choć trochę bezpieczna.- Możemy już iść?-
potwierdzam ruchem głowy, a on prowadzi mnie w nieznanym kierunku.
-Kiedy mi to zdejmiecie?- Mam na
myśli tą okropną opaskę.
-Jeszcze minutka.- Brunet mnie
puszcza i odsłania oczy. Obracam się dookoła i dostrzegam pełno nieznanych mi
osób. Na niewielkim podeście stoi ojciec i podchodzi do mikrofonu.
-Dzień dobry wszystkim!- Odzywa
się po francusku, zwracając tym uwagę gości.- Chciałem wam wszystkim
podziękować za przybycie. Jest to szczególna wystawa, poświęcona kobiecie,
którą przez lata kochałem. Elizabeth Scroggs, naprawdę żałuję, że cię tu nie
ma. Drugą osobą, dla której zrobiłem to wszystko jest moja ukochana córeczka Olivia.
– Uśmiecha się w moim kierunku, a ja odpowiadam mu tym samym.- Jesteś jedyną
rzeczą, na której mi zależy. I chyba nie tylko mi.- Puszcza oczko, jak mniemam
do mojego towarzysza.- Chciałbym, żeby cały świat dowiedział się o twoim
istnieniu. A teraz oddam głos komuś innemu.- Odwracam głowę, chcąc powiedzieć
coś Jaredowi, ale on zdążył już zniknąć. Natomiast zamiast niego obok mnie
zatrzymuje się Terry.
-Dziękuję.- Wtulam się w
niego.-Pięknie to wszystko zaplanowałeś, ale i tak sądzę, że powinnam to wszystko
sprawdzić, przed wystawą.
-Nie marudź.- Składa pocałunek na
moich włosach.- A teraz patrz, bo twój Leto przygotował coś specjalnego.-
Spoglądam na podest, na który wychodzi Jay ze swoją gitarą przewieszoną przez
ramie. Ubrany jest w wąskie, czarne spodnie, tego samego koloru marynarkę i
muszkę, a pod spodem ma białą koszule.
-Olivio Richardson, to dla
ciebie. Kocham cię najbardziej na świecie.- Zaczyna grać pierwsze nuty, po
chwili dodając do tego słowa.-
I believe in nothing, not the end and not the start,
I believe in nothing, not the earth and not the stars,
I believe in nothing, not the day and not the dark,
I believe in nothing but the beating of our hearts,
I believe in nothing 100 suns until we part,
I believe in nothing, not in sin and not in God,
I believe in nothing, not in peace and not in war,
I believe in nothing but the truth and who we are.- W oczach stają mi łzy, a on odkłada instrument i podchodzi do mnie. Wtulam się w niego mocno, po czym całuję, a ludzie wokół nas zaczynają klaskać.- Wnioskuję, że ci się podoba.
I believe in nothing, not the end and not the start,
I believe in nothing, not the earth and not the stars,
I believe in nothing, not the day and not the dark,
I believe in nothing but the beating of our hearts,
I believe in nothing 100 suns until we part,
I believe in nothing, not in sin and not in God,
I believe in nothing, not in peace and not in war,
I believe in nothing but the truth and who we are.- W oczach stają mi łzy, a on odkłada instrument i podchodzi do mnie. Wtulam się w niego mocno, po czym całuję, a ludzie wokół nas zaczynają klaskać.- Wnioskuję, że ci się podoba.
-Bardzo. A teraz chodź pooglądać
zdjęcia.- Ciągnę go za sobą, ale ten mnie zatrzymuje.
-Tam jest początek.- Wskazuje na
przeciwną stronę.
-Oj tam, oj tam.- Mruczę,
zawracając. Pierwsze zdjęcie przedstawia mamę, ojca i bliźniaków, ale co oni
tam robili? Przechodzę dalej, gdzie Terry i mama są w wesołym miasteczku i
chyba doskonale się bawią.
-Aniele?- Odwracam się do
bruneta, który nadal stoi przy pierwszej fotografii.- Dlaczego tu jest Jake i
Patrick?
-To pytanie nie dla mnie.
Myślałam, że mama poznała ich jak byłam już w liceum.- Przez kilkadziesiąt
minut przechodzimy od zdjęcia do zdjęcia i jesteśmy dopiero na początku moich
studiów. Obraz, który akurat oglądamy robiłam ja. Przedstawia mamę i Jake na
schodkach drewnianego domku.
-Podoba mi się to miejsce.-
Odzywa się Leto, a ja spoglądam na niego.- Gdzie to jest?
-Gdzieś w środku lasu za LA.-
Odpowiadam.- To domek bliźniaków. Byliśmy tam kilka razy nad jeziorem.
-Olivia!- Odwracam głowę na dźwięk
swojego imienia i dostrzegam drobną blondynkę, idącą w naszą stronę. Robię
zdziwioną minę, bo nie spodziewałam się jej tu.
-Co tu robisz?- Pytam, obejmując ją.
-Przyjechałam do brata na święta
i przy okazji na wystawę.- Spoglądam za dziewczynę i dostrzegam wysokiego
blondyna, który uśmiecha się do mnie.- Oto on.- Wskazuje na mężczyznę.- Bennie,
poznaj Olivię i Jareda.- Wskazuje na nas, a on podchodzi do nas i ujmuję moją
rękę.
-Bonjour madame. Je m’appelle Benjamin Anderson.- Delikatnie całuje
moją dłoń
-Olivia Richardson.- Przedstawiam
się.
-Bennie, nie popisuj się.- Uderza
do w ramie.- To jest chłopak Oli, Jared Leto.
-Tak, cześć.- Całkowicie ignoruje
bruneta, co mu się chyba nie podoba.- Jesteś tematem głównym wystawy.- Oznajmia
nowo poznany.- Mogłabyś mi opowiedzieć historie tych zdjęć?- Obserwuje jak Leto
mruży oczy, co nie wróży nic dobrego.
-Pewnie.- Łapię muzyka za rękę.-
Chodź, kotku.- Wtulam się w jego ciało, przechodząc do kolejnego zdjęcia, a na
jego twarz wraca uśmiech.
JARED
Popijam ze szklaneczki whisky,
przyglądając się jak ten cały Benjamin podrywa moją dziewczynę. Próbuję zrobić
krok, jednak zatrzymuje mnie dłoń Terenca. Spoglądam na niego z pod
przymrużonych powiek.
-Daj im spokój. Moja córka jest
mądra i doskonale sobie z nim radzi. Za to ty jesteś zazdrosny.- Oznajmia.
-Ty mi się dziwisz? On rozbiera
ja wzrokiem. Tego nie da się ignorować. I w dodatku ledwo się trzyma na nogach.
-Mój brat jest debilem, ale też
gentelmanem, więc jakby co to ją złapie.- Emily dołącza się do rozmowy, po czym
upija łyk alkoholu.
-No właśnie, to ja powinienem ją
łapać.- Rozkładam ramiona z bezradności.- Idę do nich.- Po raz kolejny próbuję
podejść do nich, ale tym razem to blondynka mnie powstrzymuje.
-Jeszcze nie teraz.- Mruczy.
-Ale jeszcze chwila i będzie mieć
podbite oko.- Opadam na sofę stojącą obok.- Przykro mi, Emi, ale taka prawda.
-Nie gniewam się. Od czasu do
czasu przyda mu się mordobicie.- Dziewczyna wzrusza ramionami.- Mam nadzieję,
że gitara nie została uszkodzona podczas lotu.
-Wszystko jest w porządku. I
dziękuję. Olivia nic nie podejrzewała.- Uśmiecham się. Po czym spoglądam na
Richardson i Bena, na szczęście w odpowiednim momencie, bo blondyn nachyla się
nad czarnowłosą, a ona próbuje go jakoś uchronić przed nim, cofając do tyłu.
Tym razem bez żadnego oporu wstaję i podchodzę do nich. Odpycham tego idiotę i
po prostu walę go po mordzie, tak że upada na ziemie. Odwracam się do
dziewczyny, a ta wtula w moje ciało. –Jedziemy do domu.
Oznajmiam i wyprowadzam ją z budynku, ówcześnie
pomagając ubrać płaszcz. Wsadzam ją do taksówki, po czym sam się do niej
pakuję. Podaję kierowcy adres. Gdy docieramy na miejsce, ona już śpi, więc po
zapłaceniu mężczyźnie, zanoszę ją do mieszkania. Zanoszę ją do sypialni i kładę
na łóżku. Wzdycham z ulgą, czując, że Olivia jest wreszcie bezpieczna.
Spoglądam na swoje prawe kostki, które są dość zaczerwienione, ale szczerzę,
należało mu się.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz