POSTACIE Strona głóna

czwartek, 5 maja 2016

43. ROZŁĄKA

15 luty 2007

Wysiadam z samochodu, po czym go zamykam. Poprawiam białą, luźną koszulkę, biorę głęboki wdech, po czym otwieram drzwi do lokalu. Schodzę schodami w dół i podchodzę do baru. Siadam na jednym z drewnianych stołków, a na drugim odkładam torebkę.
-Przyszłam porozmawiać z Jakem.- Odzywam się, a Patrick dopiero teraz mnie zauważa.
-Olivia? Myślałem, że jesteś w Paryżu.- Uśmiecha się.- Tęskniliśmy za tobą. Kiedy wróciliście?
-Wczoraj w nocy. Jest Jake?- Barman marszczy brwi, obserwując mnie uważnie.
-W swoim gabinecie.- Odpowiada po chwili.- Coś się stało?- Bez słowa wstaje, zabieram torebkę i idę na zaplecze. Pukam do pierwszych drzwi po prawej, po czym wchodzę do pomieszczenia. Za biurkiem siedzi przygarbiony blondyn, z grzywką opadającą mu na czoło. Unosi głowę, słysząc kroki. I na mój widok unosi się z obrotowego krzesła. Ja jednak zajmuję od razu miejsce naprzeciwko.
-Dlaczego mi nie powiedzieliście?- Wpatruje się w niego i obserwuję jak otwiera usta, by po chwili je zamknąć. Dopiero po kilku chwilach odpowiada.
-Chodzi ci o Elizabeth, prawda?- Potwierdzam ruchem głowy.- Skąd o tym wiesz?
-Ojciec mi powiedział.
-El nie chciała nas mieszać w to wszystko.
-Możesz mi opowiedzieć to po swojemu?- Pytam, podciągając nogi i obejmując je ramionami.
-Oczywiście.- Uśmiecha się, tak jakby przed momentem pozbył się tajemnicy wagi państwowej.- Elize poznałem na studiach na wydziale fotografii. I wiem, nie umiem robić zdjęć. Za to mnie właśnie wywalili. Terry usiadł między nami. Znałem go jeszcze z liceum, więc po zakończeniu mojej „kariery”- Blondyn robi cudzysłów w powietrzu.-fotografa, umówiliśmy się na piwo. Kilka razy. On już spotykał się z twoją matką, więc przyprowadził ją parę razy na nasze spotkania. El zmieniła kierunek, potem pokłóciła się twoim ojcem i przy okazji z Alice. Nie wiedziała co zrobić, więc przyszła do mnie. Stała cała zapłakana pod naszymi drzwiami, pytając się czy może przenocować. Nie mogłem jej odmówić, szczególnie, że zakochałem się w niej.- Chowa twarz w dłoniach.- Przychodziła do mnie w nocy i płakała z tęsknoty za Richardsonem, aż którejś nocy nie mogłem się powstrzymać i ją pocałowałem. Skończyło się to związkiem. Potem planowaliśmy ślub. Trochę szybko, ale kochałem ją całym sercem. Przeddzień się upiła i poszła do Terrego. Rano wróciła i mnie rzuciła. Wyjechałem do Włoch i mieszkałem tam jakiś rok. Gdy wróciłem, Terenca już nie było, a twoja mama była w ciąży. No i po raz kolejny Alice wywaliła ją z domu. Pomagaliśmy jej jak mogliśmy. Gdy skończyłaś trzy miesiące wrócił Richardson. Potem byłą kolejna kłótnia i w twoje trzecie urodziny Eliza kazała nam zniknąć z waszego życia. Nie powiedziała nam dlaczego, po prostu. Kilka razy była w barze, żeby dać nam twoje aktualne zdjęcie. Aż pewnego dnia poprosiła mnie, żebym wrócił. Wymyśliła historyjkę o barze i miłości od pierwszego wejrzenia. Resztę znasz.-Opiera głowę na dłoniach.- To chyba wszystko, co powinnaś wiedzieć.
-Co powinnam?
-Może tak, co ja wiem.
-Dziękuję.- Na moją twarz powraca uśmiech.
-No, widzę, że humor się polepszył. To teraz opowiadaj, czemu nie jesteś w Paryżu?
-Jared zaczyna dzisiaj trasę po Stanach. Pojutrze lecę do Nowego Yorku.
-Tak szybko?- Dziwi się, wstając ze swojego fotela.
-Miałam od razu wracać, ale chcę jeszcze odwiedzić Lomaxa i babcie.- W momencie, gdy kończę swoją wypowiedź, drzwi do gabinety się otwierają i do środka wchodzi Patrick.
-Chciałem tylko poinformować, że Henry przyszedł.- Mówi powoli, dobierając odpowiednie słowa. Chyba go trochę przestraszyłam moją wcześniejszą postawą. Podnoszę się z krzesła i podbieram do niego, zawieszając się na jego szyi.
-Cześć, cześć, cześć.- Całuję go w policzek kilka razy, a ten wybucha śmiechem, obejmując mnie, żebym nie spadła.
-Już myślałem, że przestałaś mnie kochać.- Mruczy, ze smutną minką, gdy schodzę z niego.
-Ciebie? Nigdy.- Puszczam mu oczko. Omijam go i wychodzę z zaplecza. Za barem siedzi dziadek. Wtulam się w niego, a ten całuje mnie w czoło.
-Lee, tęskniłem za tobą.- Mówi, a ja zajmuje miejsce obok niego. W tym czasie dogania mnie Pat, z moją torebkę w ręce.
-Zapomniałaś czegoś, Gapciu.- Podaje mi ją.- Czego się napijecie?
-A jak myślisz?- Wywracam oczami, a ten kręci głową z politowaniem.- Oczywiście, że sok pomarańczowy. Czy ja tu piłam coś innego?- Mówię, zanim porządnie pomyślę.
-27 listopad. Piłaś whisky z colą.
-Zapamiętałeś nawet datę?- Dziwię się.- Dzisiaj jestem samochodem.- Dodaję, a ten stawia przede mną szklaneczkę z pomarańczową substancją.- Dziękuję.
-A dla ciebie co, Henry?- Spogląda na mojego towarzysza.
-Jeśli Lee mnie odwiezie pod dom, to whisky z colą.- Obaj spoglądają na mnie, czekając na odpowiedź.
-No, odwiozę cię. Pij, pij. Tylko nie za dużo.
* * *
Zajeżdżam na podjazd drewnianego domu na obrzeżach miasta. Przez moment zastanawiam się, czy dzisiaj jest odpowiedni moment. I dochodzę do wniosku, że chyba tak. Wysiadam z samochodu, podobnie jak dziadek.
-Idę z tobą.- Oznajmiam.- Muszę coś zabrać.- Informuje.
-Ale wiesz, że Alice jest w domu?- Dopytuje, a ja obserwuję poruszającą się firankę w oknie.
-Wiem.- Całuję go w policzek. Mężczyzna prowadzi mnie po ścieżce do domu i otwiera drzwi, za którymi stoi babcia.
-Co tu robisz?- Pyta, na wstępie.
-Przyszłam po coś.- Odburkuje.- Pudła nadal są w piwnicy?- Zwracam się do Henrego, a ten potwierdza. Schodzimy razem po schodkach w dół. Mężczyzna świeci światło, a ja podchodzę do papierowego pudełka leżącego na samym wierzchu. Wyciągam z niego trzy ramki. Dwie czarne i jedną srebrną. Chowam je do torebki, razem z książką mamy pod tytułem „Dead Poets Society”.
* * *
Parkuję przed domem braci. Wchodzę do domu i zauważam włączone światło w kuchni. Byłam pewna, że wszystko wyłączyłam.
-Halo?- Wołam, a z pomieszczenia wychyla się głowa Constance.- Co tu robisz?- Pytam, witając się z nią.
-Nie chciałam, żebyś była samotna.- Odpowiada.- No i chciałam z tobą porozmawiać. Właśnie gotuję wodę na herbatę. Chcesz?
-Poproszę.- Uśmiecham się.- O czym chciałaś porozmawiać?
-Nie wiem, czy Jared ci mówił, ale przez trzy lata mieszkałam w Paryżu. Całkiem niedaleko waszego mieszkania. Ostatnio wynajmowała je jakaś para, ale przeprowadzili się w Alpy i pomyślałam, że może wrócę do Francji.


JARED


Wsiadam do windy razem z pozostałymi. Śmierdzimy jak świnie, zresztą tak jak zwykle po koncercie. Wciskam trójkę, opierając się o lustro.
-Shan, byłeś u tego okulisty?- Pytam, przypominając sobie o wczorajszej wizycie brata. Na jego twarzy pojawia się zmieszanie.
-Wiedziałem, że o czymś zapomniałem.- Mruczy, po czym wybucha śmiechem.- Żartowałem. Byłem, byłem.
-No i co?- Dopytuję, poganiając go dłonią.
-I zamówiłem już okulary. Takie normalne i od razu przeciwsłoneczne. Wiedziałeś, że takie istnieją? Bo ja nie.- Wywracam oczami, podczas gdy on kontynuuje swoją wypowiedź.- Na to wygląda, że macie ślepego perkusistę. Docieramy na nasze piętro, a ja wyciągam z kieszeni telefon. Jest za pięć północ.- Dobranoc, chłopaki.-Machamy do reszty.- Będziesz dzwonić do Olivii?- Pyta Shannon, gdy wchodzimy do naszego pokoju.
-Wyślę jej tylko SMS-a.- Odpowiadam, jednocześnie wystukując na klawiaturze krótkie: „Śpisz?”. Po chwili komórka wibruje, więc ją odbieram.
-Nie śpię.- Mówi zaspanym głosem.- Wróciliście już do hotelu?- W duchu widzę, jak siada na łóżku, próbując nie zasnąć.
-Obudziłem cię, prawda?- Siadam na sofie, a starszy Leto zajmuje łazienkę.
-Nie ważne. Chciałam cię usłyszeć.- Unoszę kąciki ust wysoko.- Tęsknię za tobą.
-Widzieliśmy się rano.- Przypominam.- Ale ja też tęsknię. Spotkałaś się z Henrym?
-I z bliźniakami. Masz pozdrowienia od nich i od Connie.
-Dzwoniła do ciebie?- Dziwię się.
-Nie, przyjechała. Jak koncert?
-Śmierdzę jak świnia, ale było super.- Do pokoju jak strzała wpada Emma. Zatrzymuje się przede mną i bazgra coś na kartce, po czym odwraca ją do mnie. Czytam pochyłe pismo asystentki: „Za 45 minut pod hotelem. Bez spóźnień.”. Kiwam głową zgadzając się. Odwraca ją z powrotem i dopisuje coś jeszcze.
-Czemu milczysz?
-Emma przyszła.- Blondynka po raz kolejny przekazuje mi wiadomość. Tym razem to pozdrowienia dla Richardson.- I nawet cię pozdrawia.
-I nawzajem. Życz jej powodzenia. Tyle czasu z wami to koszmar.- Ludbrook macha w moim kierunku i wychodzi.
-Aniele, idź spać. Kocham cię i bardzo tęsknię.
-Dobranoc. Uważajcie na siebie. Też cię kocham.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz