12 marzec 2007
Płacę kierowcy taksówki i
nakładam plecak na ramie. Biegiem docieram do drzwi kamienicy i wchodzę do
środka. Przez moment męczę się z kluczem, ale gdy w końcu otwieram, z
mieszkania naprzeciwko wychodzi pani Adeline ze swoją suczką.
-Dzień dobry.- Mówię, uśmiechając
się.- Cześć, Suzi.- Kucam i głaskam psinę, a ta podaje mi łapę na przywitanie.-
Jak zdrowie? Dawno pani nie widziałem.
-Ja też cię dawno nie widziałam.-
Prostuję się.- Olivia ostatnio się tu pląta, a ciebie wymiotło.
-Jestem tu pierwszy raz od
grudnia.- Wzruszam ramionami.- A wszystko zaczęło się od świąt w Los Angeles,
potem dwa miesiące w Paryżu, a teraz jestem w trasie z zespołem.
-Właśnie widzę jaka trasa.-
Śmieję się.
-Mamy dzień przerwy. Zabieram
Olivię ze sobą. Musi odpocząć od pracy. Nie wie pani, czy jest w domu?-
Wskazuje na nasze mieszkanie.
-Pobiegła z samego rana do pracy.
Minęłam się z nią, jak wyprowadzałam Suzi.
-W takim razie, to doskonały
moment, żeby ją spakować, bo o niczym nie wie. Do zobaczenia.
Salutuję sąsiadce i wchodzę do
mieszkania. Odkładam plecak przy ścianie w salonie i od razu kieruję się do
sypialni. Z szafy wyjmuję średniej wielkości torbę i pakuję do niej kilka
ciuchów czarnowłosej. Następnie wkładam jej bieliznę i najpotrzebniejsze
rzeczy. W momencie, gdy idę po jej ładowarkę, zauważam kilka pudełek po pizzy.
No pięknie, pewnie je tylko to. Otwieram lodówkę, która świeci pustkami, ale to
w sumie dobrze, bo nic się nie zmarnuje.
Jak najszybciej się da, kończę
pakowanie i wychodzę z mieszkania z bagażem. Kieruję się w stronę Art Partner,
ale po drodze zaglądam jeszcze do Starsucksa, a następnie przez Spring Street
docieram do 6th Avenue. Dojście do budynku zajmuje mi jakieś trzy minuty.
Jakimś cudem udaje mi się otworzyć szklane drzwi. Za ladą jak zwykle siedzi
Emily. Uśmiecha się na mój widok. Jak najszybciej kładę dwie kawy na blacie i
potrząsam dłońmi. Te kubki są stosunkowo za cienkie, przez co parzą w ręce.
-Jest Olivia?- Pytam, a blondynka
potwierdza ze śmiechem.
-Na górze. Pomóc ci z tą kawą?
-Dam sobie radę.- Mruczę.
-Co ty tu robisz? Olivia mówiła,
że jesteś w trasie.
-Dzień przerwy.- Uśmiecham się.-
Mogłabyś przetrzymać torby na moment?- Wystawiam bagaż na blat, a ona go
zabiera.
-Nie ma problemu, ale zrób coś z
tą dziewczyną. Nie wychodzi stąd.
-Właśnie po to
przyjechałem.-Odpowiadam, łapiąc pojemniki po raz kolejny.
Wchodzę do windy i opieram się o
lustro. Włosy mi już trochę podrosły, ale czerwone końcówki nadal się trzymają.
Drzwi się otwierają, a ja wychodzę na piętnastym piętrze. Wchodzę do gabinetu
Richardsona, ale nikogo tam nie ma. Kieruję się, więc do pomieszczenia, w
którym odbywają się sesje. Na środku pomieszczenia stoi białe krzesło, na
którym siedzi John Gillis, szerzej znany jako Jack White, ubrany jest w koszule
i garnitur, a na jego kolanach spoczywa gitara. Obok stoi mikrofon studyjny,
którego kabel ciągnie się zaraz przy jego butach, aż do jasnej kanapy w
różowawe kwiatki. Wszystko jest zachowane w kolorze bieli, oprócz czerwonego
tła z tyłu.
-Jak ci się układa z Jaredem?- Odzywa
się czarnowłosy. Dziewczyna wychyla się znad aparatu i lekko uśmiecha do
mężczyzny.
-Nie wyobrażałam sobie lepszego
życia.- Opieram się o ścianę. Ja też nie wyobrażałem sobie takiego życia.
-Ostatnio spotkałem go na
rozdaniu jakiś nagród i jakoś tak sobie rozmawialiśmy. Głównie o tobie. Wiesz,
że poleca cię wszystkim jako fotografa.
-Czyli to wygląda trochę jakbym
dzięki niemu się wybijała.- Mruczy i jestem pewien, że marszczy przy tym nosek.
Postanawiam wyjść z ukrycia.
-Ja tylko cię polecam.- Mówię,
podchodząc do niej.- Twoje zdjęcia i bez tego są wyśmienite.- Całuję ją lekko w
usta, po czym podaje jej kubek. Zdziwienie na jej twarzy jest nie do opisania.
Odstawia kubek na stolik.
-Ale co ty tu robisz?- W życiu
nie widziałem szerzej otwartych oczu. Wtula się we mnie, prawie rozlewając moją
kawę.
-Przyjechałem po ciebie.-
Uśmiecham się, całując ją w czubek głowy.- Zabieram cię w trasę.- Odrywa się
ode mnie gwałtownie.
-Nie mogę. Terry jest w Paryżu,
muszę…- Przerywam jej.
-Wszystko załatwione. Masz wolne
do kiedy zechcesz.- Dziewczyna spogląda na Jacka, a potem znów na mnie i z
radością na twarzy wyskakuje na mnie jak małpka.
-Kocham cię, kocham cię, kocham
cię.- Śmieję się, podobnie jak czarnowłosy.
-To ja już wiem. Kończycie już
sesje?- Podtrzymuję ją za tyłek, żeby nie spadła.
-Już skończona.- Schodzi ze
mnie.- Prawda, White?- Zwraca się do swojego przyjaciela.
-Prawda, Lizi.- Potwierdza.
-Muszę się spakować.- Richardson
zaczyna panikować. Kładę dłoń na jej ramieniu.
-Już wszystko gotowe. Możemy jechać
prosto na lotnisko.- Zakładam kosmyk jej włosów za ucho.- Zbieraj się.- Klepię
ją po tyłku, poganiając.- My tu posprzątamy.- Puszczam jej oczko, ale na jej
twarzy widzę oburzenie.
-Łapy przy sobie, Leto.- Poprawia
włosy, spoglądając na mnie krzywo, po czym wychodzi z pomieszczenia.
-Dobra, White, do roboty.- Przestawiamy
kanapę pod ścianę i składamy wszystkie rekwizyty.
-Jest z tobą szczęśliwa.-
Zaczyna, a ja odwracam się w jego kierunku.- No co? Tylko tak mówię.- Wzrusza
ramionami.- Nie skrzywdź jej.
-Nie mam zamiaru, a nawet jeśli,
jest kolejka do zabicia mnie. Jesteś na szarym końcu. Przykro mi.- Uśmiecham
się szeroko.
-Chyba jednak nie do końca.
Słyszałem, że będziecie na Rock Am Ring. Zabierasz Olivie?- Przystawiam palec
do ust, żeby się zamknął.
-Ani słowa. To niespodzianka.
Przeglądałem spis zespołów- Szepczę.- Ty też jedziesz.
-Tak wyszło.- Do środka wchodzi
dziewczyna.
-Jay, na pewno zabrałeś
wszystko?- Zagryza wargę.
-Spokojnie, dwa razy
sprawdziłem.- Przechyla lekko głowę.- Ale wezmę ze sobą laptopa i aparat. Muszę
skończyć zdjęcia.- Patrzy na mnie z błagalnym spojrzeniem.
-Niech ci będzie.- Wywracam
oczami, a Jack wybucha śmiechem.
-Jesteście uroczy.- Komentuje.-
Ale teraz zmiatajcie. Jeszcze wam samolot ucieknie. Na razie, Jared. Do
zobaczenia, Lizi.- Całuje dziewczynę w czoło.- Bawcie się dobrze.- Macha nam i
wychodzi.
-Ty tak naprawdę z tym wyjazdem?-
Czarnowłosa przygląda mi się uważnie, a ja kiwam leciutko głową potwierdzając.-
Ja cię naprawdę kocham. Najmocniej na świecie.- Po raz kolejny ląduje w moich
ramionach.
-Ja ciebie też, Aniołku. Bierzemy
twojego laptopa, ale musisz mi obiecać, że nie będziesz za dużo pracować, bo
jedziesz odpocząć. Chociaż nie wiem, czy uda się to z Shannem i Tomo. Odkąd nie
ma Matta, są nie do wytrzymania.- Wzdycham.
-Jakoś damy radę.- Całuje mnie,
po czym ciągnie w kierunku gabinetu.- Muszę jeszcze zabrać kilka rzeczy.
Poczekaj moment.- Siadam na sofie i obserwuję jak pląta się po całym piętrze. W
końcu, po kilku minutach staje przede mną z torebką na ramieniu, z której
wystaje jej sprzęt i z aparatem na szyi.
-Gotowa?- Pytam, podnosząc się.
-Tak.
* * *
Wysiadamy pod hotelem.
Zastanawiam się tylko czy reszta już jest. Zabieram z bagażnika torbę z
rzeczami dziewczyny i łączę nasze palce. Wchodzimy do środka, a przy wejściu
czeka na nas moja asystentka.
-No wreszcie. Ile można na was
czekać?- Zatrzymuję się przed nami.- Cześć, Mała.- Przytula moją dziewczynę.-
Ja bym stąd zwiewała. Oni są okropni.- Wywraca oczami.
-No nie przesadzaj.- Mruczę.
-A ten jest najgorszy.-Wskazuje
na mnie.- To jest karta do waszego pokoju. Numer 6277.- Podaje mi przedmiot.
-Czy to nie przypadkiem taki sam
numer jak w „The Kill”?- Pyta moja towarzyszka.
-Mała, u nich nie ma żadnych
przypadków, wszystko jest doskonale przemyślane. Po prawej macie mnie, a po
lewej tych imbecyli. Jakby były jakieś problemy, to od razu do mnie.
Rozumiecie?- Kiwamy głową, potwierdzając.- To świetnie. Zapraszam na górę.-
Wskazuje na windę, do której się pakujemy.- Możecie sobie jutro dłużej pospać,
bo próba jest dopiero o 12, ale przynajmniej godzinę wcześniej chcę wszystkich
widzieć na dole. Po próbie możecie sobie pozwiedzać, ale góra do 19.- Kończy, a
w tym samym momencie stalowe drzwi się otwierają. Staję przed naszym pokojem i
staram się go otworzyć. Gdy w końcu mi się to udaję, wchodzę do środka.
-Ja zaraz wrócę.- Oznajmia
czarnowłosa.- Em, czekaj.- Woła. Odkładam torbę przy wejściu.- Zastanawiam się
czy nie potrzebujecie dodatkowego fotografa?
-Lee, ja wszystko słyszę.- Wołam.
-To nie słuchaj.- Odpowiada mi.
Kręcę głowa z politowaniem, padając na łóżko.
-Jutro pogadam z resztą. Mam
rozumieć, że masz swój sprzęt.- Wyobrażam sobie wzrok Richardson i w duchu
pryskam śmiechem. Ona bez aparatu, to ja bez muzyki. Zamykam oczy. Chwilę później
materac obok mnie się ugina.
-Tu jest cudownie.- Mruczy,
całując mnie w policzek.- Chodź przywitać się z chłopakami.- Jęczę cicho.
-Nie chcę ich oglądać, to
kretyni.
-Sam jesteś kretynem!- Wywracam
oczami, słysząc głos brata z balkonu. On jest wszędzie.- Cześć, Mała!
-Cześć. Już do was idziemy.- Uderza
mnie w ramie, poganiając. Krzywię się, ale wstaje.
-Myślałem, że zawsze po lataniu
jesteś nie do życia.
-Ale nie w taki cudowny dzień.-
Uśmiecha się, wychodząc z naszego pokoju. Puka do tego obok, a drzwi otwiera
nie kto inny, a nasz gitarzysta.
-Oli!- Krzyczy, przytulając
czarnowłosą. Omijam ich i od razu rzucam się na kanapę.
-Dzięki, też miło cię widzieć.-
Mruczę, ale jestem totalnie zignorowany.
-Tęskniłem za tobą. Może wreszcie
ktoś rozrusza to towarzystwo. Jared to straszny nudziarz.- Przysłuchuję się ich
rozmowie, ale nie mam już siły interweniować. Nagle obrywam poduszką. Odwracam
głowę i zauważam durnowaty uśmiech brata.
-Już zaczynasz, Kurduplu?-
Wzdycham.
-Siedź cicho, Dzieciaku.-
Odpowiada mi, podchodząc do Richardson.- Witaj w naszych skromnych progach. I
nie zapominaj, że to ja jestem tym przystojniejszym Leto.- Puszcza jej oczko,
więc rzucam w niego poduszką. Tyle, że dwa razy mocniej.
-Zabieraj łapska.
- No dobra, dobra.- Robi gest
obronny, siadając obok mnie.
-Śmierdzisz fajkami.- Komentuję.
-Bo przed momentem paliłem,
geniuszu. Zmęczeni po podróży? Bo kupiłem coś specjalnego na tą okazje.- Schyla
się i z walizki wyciąga butelkę wina.- Niestety nie mamy kieliszków.
* * *
Patrzę z politowaniem na tych
dwóch pijaków i zastanawiam się jak oni wystąpią na jutrzejszym koncercie.
Ludbrook ich zamorduje. Ale przynajmniej będę miał spokój do końca życia.
Spoglądam na moją towarzyszkę.
-Wracamy?- Pytam, a ta kiwa
głową, potwierdzając. W pewnym momencie doznaje olśnienia.- Wzięłaś kartę do
pokoju?
-Yyy… Myślałam, że ty ją masz. Bo
masz, prawda?
-Nie, ale mam chyba pomysł. Idź,
poczekaj pod drzwiami. Ja przejdę balkonem.- Całuję ją w czoło.
-Zwariowałeś? Prędzej się
zabijesz.
-Nie po to od kilku lat wspinam
się po konstrukcjach. Zaraz otworzę pokój.- Wychodzę na balkonik i powoli
przechodzę na ten nasz, co wcale nie jest takie trudne, jak to się mogło
zdawać. Otwieram drzwi, a dziewczyna wtula się w moje ciało.- Spokojnie,
Aniołku, żyję i nic mi nie jest.
-Na szczęście.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz