POSTACIE Strona głóna

czwartek, 12 maja 2016

44. DZIEŃ PRZERWY



12 marzec 2007
Płacę kierowcy taksówki i nakładam plecak na ramie. Biegiem docieram do drzwi kamienicy i wchodzę do środka. Przez moment męczę się z kluczem, ale gdy w końcu otwieram, z mieszkania naprzeciwko wychodzi pani Adeline ze swoją suczką.
-Dzień dobry.- Mówię, uśmiechając się.- Cześć, Suzi.- Kucam i głaskam psinę, a ta podaje mi łapę na przywitanie.- Jak zdrowie? Dawno pani nie widziałem.
-Ja też cię dawno nie widziałam.- Prostuję się.- Olivia ostatnio się tu pląta, a ciebie wymiotło.
-Jestem tu pierwszy raz od grudnia.- Wzruszam ramionami.- A wszystko zaczęło się od świąt w Los Angeles, potem dwa miesiące w Paryżu, a teraz jestem w trasie z zespołem.
-Właśnie widzę jaka trasa.- Śmieję się.
-Mamy dzień przerwy. Zabieram Olivię ze sobą. Musi odpocząć od pracy. Nie wie pani, czy jest w domu?- Wskazuje na nasze mieszkanie.
-Pobiegła z samego rana do pracy. Minęłam się z nią, jak wyprowadzałam Suzi.
-W takim razie, to doskonały moment, żeby ją spakować, bo o niczym nie wie. Do zobaczenia.
Salutuję sąsiadce i wchodzę do mieszkania. Odkładam plecak przy ścianie w salonie i od razu kieruję się do sypialni. Z szafy wyjmuję średniej wielkości torbę i pakuję do niej kilka ciuchów czarnowłosej. Następnie wkładam jej bieliznę i najpotrzebniejsze rzeczy. W momencie, gdy idę po jej ładowarkę, zauważam kilka pudełek po pizzy. No pięknie, pewnie je tylko to. Otwieram lodówkę, która świeci pustkami, ale to w sumie dobrze, bo nic się nie zmarnuje.
Jak najszybciej się da, kończę pakowanie i wychodzę z mieszkania z bagażem. Kieruję się w stronę Art Partner, ale po drodze zaglądam jeszcze do Starsucksa, a następnie przez Spring Street docieram do 6th Avenue. Dojście do budynku zajmuje mi jakieś trzy minuty. Jakimś cudem udaje mi się otworzyć szklane drzwi. Za ladą jak zwykle siedzi Emily. Uśmiecha się na mój widok. Jak najszybciej kładę dwie kawy na blacie i potrząsam dłońmi. Te kubki są stosunkowo za cienkie, przez co parzą w ręce.
-Jest Olivia?- Pytam, a blondynka potwierdza ze śmiechem.
-Na górze. Pomóc ci z tą kawą?
-Dam sobie radę.- Mruczę.
-Co ty tu robisz? Olivia mówiła, że jesteś w trasie.
-Dzień przerwy.- Uśmiecham się.- Mogłabyś przetrzymać torby na moment?- Wystawiam bagaż na blat, a ona go zabiera.
-Nie ma problemu, ale zrób coś z tą dziewczyną. Nie wychodzi stąd.
-Właśnie po to przyjechałem.-Odpowiadam, łapiąc pojemniki po raz kolejny.
Wchodzę do windy i opieram się o lustro. Włosy mi już trochę podrosły, ale czerwone końcówki nadal się trzymają. Drzwi się otwierają, a ja wychodzę na piętnastym piętrze. Wchodzę do gabinetu Richardsona, ale nikogo tam nie ma. Kieruję się, więc do pomieszczenia, w którym odbywają się sesje. Na środku pomieszczenia stoi białe krzesło, na którym siedzi John Gillis, szerzej znany jako Jack White, ubrany jest w koszule i garnitur, a na jego kolanach spoczywa gitara. Obok stoi mikrofon studyjny, którego kabel ciągnie się zaraz przy jego butach, aż do jasnej kanapy w różowawe kwiatki. Wszystko jest zachowane w kolorze bieli, oprócz czerwonego tła z tyłu.
-Jak ci się układa z Jaredem?- Odzywa się czarnowłosy. Dziewczyna wychyla się znad aparatu i lekko uśmiecha do mężczyzny.
-Nie wyobrażałam sobie lepszego życia.- Opieram się o ścianę. Ja też nie wyobrażałem sobie takiego życia.
-Ostatnio spotkałem go na rozdaniu jakiś nagród i jakoś tak sobie rozmawialiśmy. Głównie o tobie. Wiesz, że poleca cię wszystkim jako fotografa.
-Czyli to wygląda trochę jakbym dzięki niemu się wybijała.- Mruczy i jestem pewien, że marszczy przy tym nosek. Postanawiam wyjść z ukrycia.
-Ja tylko cię polecam.- Mówię, podchodząc do niej.- Twoje zdjęcia i bez tego są wyśmienite.- Całuję ją lekko w usta, po czym podaje jej kubek. Zdziwienie na jej twarzy jest nie do opisania. Odstawia kubek na stolik.
-Ale co ty tu robisz?- W życiu nie widziałem szerzej otwartych oczu. Wtula się we mnie, prawie rozlewając moją kawę.
-Przyjechałem po ciebie.- Uśmiecham się, całując ją w czubek głowy.- Zabieram cię w trasę.- Odrywa się ode mnie gwałtownie.
-Nie mogę. Terry jest w Paryżu, muszę…- Przerywam jej.
-Wszystko załatwione. Masz wolne do kiedy zechcesz.- Dziewczyna spogląda na Jacka, a potem znów na mnie i z radością na twarzy wyskakuje na mnie jak małpka.
-Kocham cię, kocham cię, kocham cię.- Śmieję się, podobnie jak czarnowłosy.
-To ja już wiem. Kończycie już sesje?- Podtrzymuję ją za tyłek, żeby nie spadła.
-Już skończona.- Schodzi ze mnie.- Prawda, White?- Zwraca się do swojego przyjaciela.
-Prawda, Lizi.- Potwierdza.
-Muszę się spakować.- Richardson zaczyna panikować. Kładę dłoń na jej ramieniu.
-Już wszystko gotowe. Możemy jechać prosto na lotnisko.- Zakładam kosmyk jej włosów za ucho.- Zbieraj się.- Klepię ją po tyłku, poganiając.- My tu posprzątamy.- Puszczam jej oczko, ale na jej twarzy widzę oburzenie.
-Łapy przy sobie, Leto.- Poprawia włosy, spoglądając na mnie krzywo, po czym wychodzi z pomieszczenia.
-Dobra, White, do roboty.- Przestawiamy kanapę pod ścianę i składamy wszystkie rekwizyty.
-Jest z tobą szczęśliwa.- Zaczyna, a ja odwracam się w jego kierunku.- No co? Tylko tak mówię.- Wzrusza ramionami.- Nie skrzywdź jej.
-Nie mam zamiaru, a nawet jeśli, jest kolejka do zabicia mnie. Jesteś na szarym końcu. Przykro mi.- Uśmiecham się szeroko.
-Chyba jednak nie do końca. Słyszałem, że będziecie na Rock Am Ring. Zabierasz Olivie?- Przystawiam palec do ust, żeby się zamknął.
-Ani słowa. To niespodzianka. Przeglądałem spis zespołów- Szepczę.- Ty też jedziesz.
-Tak wyszło.- Do środka wchodzi dziewczyna.
-Jay, na pewno zabrałeś wszystko?- Zagryza wargę.
-Spokojnie, dwa razy sprawdziłem.- Przechyla lekko głowę.- Ale wezmę ze sobą laptopa i aparat. Muszę skończyć zdjęcia.- Patrzy na mnie z błagalnym spojrzeniem.
-Niech ci będzie.- Wywracam oczami, a Jack wybucha śmiechem.
-Jesteście uroczy.- Komentuje.- Ale teraz zmiatajcie. Jeszcze wam samolot ucieknie. Na razie, Jared. Do zobaczenia, Lizi.- Całuje dziewczynę w czoło.- Bawcie się dobrze.- Macha nam i wychodzi.
-Ty tak naprawdę z tym wyjazdem?- Czarnowłosa przygląda mi się uważnie, a ja kiwam leciutko głową potwierdzając.- Ja cię naprawdę kocham. Najmocniej na świecie.- Po raz kolejny ląduje w moich ramionach.
-Ja ciebie też, Aniołku. Bierzemy twojego laptopa, ale musisz mi obiecać, że nie będziesz za dużo pracować, bo jedziesz odpocząć. Chociaż nie wiem, czy uda się to z Shannem i Tomo. Odkąd nie ma Matta, są nie do wytrzymania.- Wzdycham.
-Jakoś damy radę.- Całuje mnie, po czym ciągnie w kierunku gabinetu.- Muszę jeszcze zabrać kilka rzeczy. Poczekaj moment.- Siadam na sofie i obserwuję jak pląta się po całym piętrze. W końcu, po kilku minutach staje przede mną z torebką na ramieniu, z której wystaje jej sprzęt i z aparatem na szyi.
-Gotowa?- Pytam, podnosząc się.
-Tak.
                                *                      *                      *
Wysiadamy pod hotelem. Zastanawiam się tylko czy reszta już jest. Zabieram z bagażnika torbę z rzeczami dziewczyny i łączę nasze palce. Wchodzimy do środka, a przy wejściu czeka na nas moja asystentka.
-No wreszcie. Ile można na was czekać?- Zatrzymuję się przed nami.- Cześć, Mała.- Przytula moją dziewczynę.- Ja bym stąd zwiewała. Oni są okropni.- Wywraca oczami.
-No nie przesadzaj.- Mruczę.
-A ten jest najgorszy.-Wskazuje na mnie.- To jest karta do waszego pokoju. Numer 6277.- Podaje mi przedmiot.
-Czy to nie przypadkiem taki sam numer jak w „The Kill”?- Pyta moja towarzyszka.
-Mała, u nich nie ma żadnych przypadków, wszystko jest doskonale przemyślane. Po prawej macie mnie, a po lewej tych imbecyli. Jakby były jakieś problemy, to od razu do mnie. Rozumiecie?- Kiwamy głową, potwierdzając.- To świetnie. Zapraszam na górę.- Wskazuje na windę, do której się pakujemy.- Możecie sobie jutro dłużej pospać, bo próba jest dopiero o 12, ale przynajmniej godzinę wcześniej chcę wszystkich widzieć na dole. Po próbie możecie sobie pozwiedzać, ale góra do 19.- Kończy, a w tym samym momencie stalowe drzwi się otwierają. Staję przed naszym pokojem i staram się go otworzyć. Gdy w końcu mi się to udaję, wchodzę do środka.
-Ja zaraz wrócę.- Oznajmia czarnowłosa.- Em, czekaj.- Woła. Odkładam torbę przy wejściu.- Zastanawiam się czy nie potrzebujecie dodatkowego fotografa?
-Lee, ja wszystko słyszę.- Wołam.
-To nie słuchaj.- Odpowiada mi. Kręcę głowa z politowaniem, padając na łóżko.
-Jutro pogadam z resztą. Mam rozumieć, że masz swój sprzęt.- Wyobrażam sobie wzrok Richardson i w duchu pryskam śmiechem. Ona bez aparatu, to ja bez muzyki. Zamykam oczy. Chwilę później materac obok mnie się ugina.
-Tu jest cudownie.- Mruczy, całując mnie w policzek.- Chodź przywitać się z chłopakami.- Jęczę cicho.
-Nie chcę ich oglądać, to kretyni.
-Sam jesteś kretynem!- Wywracam oczami, słysząc głos brata z balkonu. On jest wszędzie.- Cześć, Mała!
-Cześć. Już do was idziemy.- Uderza mnie w ramie, poganiając. Krzywię się, ale wstaje.
-Myślałem, że zawsze po lataniu jesteś nie do życia.
-Ale nie w taki cudowny dzień.- Uśmiecha się, wychodząc z naszego pokoju. Puka do tego obok, a drzwi otwiera nie kto inny, a nasz gitarzysta.
-Oli!- Krzyczy, przytulając czarnowłosą. Omijam ich i od razu rzucam się na kanapę.
-Dzięki, też miło cię widzieć.- Mruczę, ale jestem totalnie zignorowany.
-Tęskniłem za tobą. Może wreszcie ktoś rozrusza to towarzystwo. Jared to straszny nudziarz.- Przysłuchuję się ich rozmowie, ale nie mam już siły interweniować. Nagle obrywam poduszką. Odwracam głowę i zauważam durnowaty uśmiech brata.
-Już zaczynasz, Kurduplu?- Wzdycham.
-Siedź cicho, Dzieciaku.- Odpowiada mi, podchodząc do Richardson.- Witaj w naszych skromnych progach. I nie zapominaj, że to ja jestem tym przystojniejszym Leto.- Puszcza jej oczko, więc rzucam w niego poduszką. Tyle, że dwa razy mocniej.
-Zabieraj łapska.
- No dobra, dobra.- Robi gest obronny, siadając obok mnie.
-Śmierdzisz fajkami.- Komentuję.
-Bo przed momentem paliłem, geniuszu. Zmęczeni po podróży? Bo kupiłem coś specjalnego na tą okazje.- Schyla się i z walizki wyciąga butelkę wina.- Niestety nie mamy kieliszków.
                                *                      *                      *
Patrzę z politowaniem na tych dwóch pijaków i zastanawiam się jak oni wystąpią na jutrzejszym koncercie. Ludbrook ich zamorduje. Ale przynajmniej będę miał spokój do końca życia. Spoglądam na moją towarzyszkę.
-Wracamy?- Pytam, a ta kiwa głową, potwierdzając. W pewnym momencie doznaje olśnienia.- Wzięłaś kartę do pokoju?
-Yyy… Myślałam, że ty ją masz. Bo masz, prawda?
-Nie, ale mam chyba pomysł. Idź, poczekaj pod drzwiami. Ja przejdę balkonem.- Całuję ją w czoło.
-Zwariowałeś? Prędzej się zabijesz.
-Nie po to od kilku lat wspinam się po konstrukcjach. Zaraz otworzę pokój.- Wychodzę na balkonik i powoli przechodzę na ten nasz, co wcale nie jest takie trudne, jak to się mogło zdawać. Otwieram drzwi, a dziewczyna wtula się w moje ciało.- Spokojnie, Aniołku, żyję i nic mi nie jest.
-Na szczęście.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz