Otwieram drzwi do domu. W holu
Olivia wiąże sznurówki swoich czarnych trampek. Wstaje, zabierając z posadzki
swoją torebkę. Opieram się o framugę, biorąc ostatni łyk wody. Dziewczyna
uśmiecha się, zatrzymując obok mnie.
-Gdzie uciekasz, Aniele?- Pytam,
przyciągając ja do siebie. Przychodzi mi to trochę z trudem, bo ciągle dyszę ze
zmęczenia. Czarnowłosa wyplątuje się z mojego uścisku.
-Jesteś cały mokry.- Mruczy.- Idę
do miasta. Mam kilka rzeczy do załatwienia.- Sprytnie omija mój wzrok. Podnoszę
jej podbródek do góry.
-Kiedy wrócisz?- Nadal na mnie
nie patrzy.
-Nie wiem. Zadzwonię do ciebie,
jak znajdę wolną chwilę.- Całuje mnie w policzek.
-Chcesz samochód?- Pytam,
zrezygnowany, opuszczając rękę.
-Nie. Pa.- Odchodzi, nie
odwracając się. Zamykam drzwi i zdejmuję buty. Kieruję się w stronę kuchni,
gdzie przy kuchence stoi Shannon.
-Cześć, Bro. Chcesz kawę?-
Odwraca się w moją stronę.- O fuu… Idź się umyć.
-Zrób, a ja lecę pod prysznic.
Nie wiesz, gdzie Olivia poszła?- Rzucam, niby obojętnie. Dostrzegam w jego oczach
strach, który po chwili znika, jakby w ogóle go nie było.
-Nie wiem.- Odpowiada, odwracając
się do mnie plecami. Wbiegam po schodach na piętro i wchodzę do łazienki. Po
szybkim prysznicu, wracam do kuchni. Na blacie leży kubek z parującą cieczą i
karteczka z pismem Shan’a:
„Wyszedłem,
nie wiem kiedy wrócę. S.”
No, to co? Zostałem sam? Łapię
naczynie i wychodzę na taras. Na leżaku, leży mama, czyli jednak nie jestem
sam. Siadam obok niej.
-Rozmawiałaś ostatnio w Olivią?-
Kobieta uśmiecha się do mnie.
-Martwisz się o nią?- Patrzę na
nią z niedowierzaniem.
-Znika codziennie, ciągle się
mijamy. Ona wychodzi, gdy ja biegam. Wraca wieczorami. Przyjechaliśmy tu, żeby
odpocząć razem, a jej ciągle nie ma. Nie chce mi powiedzieć co robi, więc jak
mam się nie martwić. Myślałem, że ty coś wiesz.- Upijam łyk kawy.
-Synku, powiem ci tylko jedno,
cierpliwości. Wszystko się ułoży.
-Ale mamo.- Jęczę.- Wolałbym,
żebyś zostali jednak w Paryżu.- Mruczę.
-Jared, ty nigdy nie byłeś
cierpliwy.
-Jestem tylko ciekawy, czy
pamięta o moich jutrzejszych urodzinach. Znaczy nie zależy mi na żadnych
prezentach czy coś w tym rodzaju, tylko po prostu o pamięci. Gdyby mnie tak
obudziła rano i szepnęła na ucho: „Wszystkiego najlepszego”.- Rozmarzam się.- A
ja bym ją wtedy uściskał, pocałował…
-Oh Jay, mój ty romantyku…
* * *
Przysypiam na sofie, czekając na
Olivie. Wszyscy gdzieś wyparowali. W końcu drzwi się otwierają. Podnoszę się do
pozycji siedzącej, a do środka wchodzi dziewczyna. Podchodzi do mnie i opiera
swoje łokcie na oparciu. Uśmiecha się do mnie.
-Chodź się przejść.- Mówi,
nachylając się nade mną. Kładę głowę z powrotem na poduszce.
-Nie chce mi się.- Mruczę, choć
nie do końca tak jest. Poszedłbym za nią na koniec świata.- A poza tym już po
22.- Dodaję, przymykam powieki.
-Stary leń się z ciebie zrobił.-
Umiem sobie wyobrazić, jak prostuje się i wywraca oczami.
-Tylko nie stary.- Otwieram oczy,
znów się podnosząc.- I wypraszam sobie tego lenia.- Moja głowa ląduje z
powrotem na poduszce.
-To chodź ze mną. Mam ochotę się
z tobą przejść.- Jęczy.
-Czekałem, aż zadzwonisz.- Odzywam
się po dłuższej chwili. Siadam, spuszczając nogi na dywan. Nachylam się patrząc
na moje tęczowe skarpetki.
-Przepraszam. Byłam zajęta.-
Siada obok mnie i opiera głowę na moim ramieniu.- Trochę cię zaniedbałam przez
te kilka dni.- Splata nasze palce.- Przepraszam.- Patrzę na nią. Z koka wypadł
jej kosmyk włosów. Zakładam go za ucho.
-Nie przepraszaj.- Całuję ją w
skroń.- Przecież wiesz, że nie umiem się na ciebie gniewać.- Na moich ustach
pojawia się delikatny uśmiech.- To co, idziemy?- Pytam, ciągnąc ją za rękę.
Czarnowłosa ze śmiechem wstaje, po czym wtula się we mnie.
-Jared?- Szepcze, spoglądając na
mnie.
-Tak?
-Kocham cię.- Całuję ją w czoło.
-Ja ciebie też kocham, Aniołku.- Odpowiadam.
Zanim wychodzimy, idę jeszcze do
sypialni po jakąś bluzę. Wybieram niebieską z napisem „Holy Guacamole”. Do
kieszeni wsadzam moje ukochane BlackBerry. Dziewczyna zakłada swoją lustrzankę
na szyję. Jesteśmy gotowi.
Przez około dwie godziny
spacerujemy po różnych ulicach, o których nawet nie wiedziałem, aż docieramy do
Hollywood Walk Of Fame. Przechodzimy obok Dolby Theatre, a potem koło
Starbucksa skręcamy na lewo w N McCadden (Nazwa ulicy). Stajemy przed jakimś
budynkiem. Czarnowłosa spogląda na zegarek w komórce. Jest 23:57. Chowa telefon
do kieszeni i bez zapowiedzi zatapia się w moich ustach. Oddaję pocałunek, gdy
rozbrzmiewa piosenka „Highway To Hell”. Olivia odrywa się ode mnie i odbiera, a
ja mruczę z niechęcią.
-Halo?... Jesteśmy na N McCadden…
Dobrze, zaraz wracamy.- Rozłącza się.- Connie dzwoniła.- Oznajmia i łapie mnie
za rękę. Robimy kilka kroków w kierunku Walk Of Fame i niespodziewanie ciągnie
mnie do budynku, pod którym staliśmy.
-Co ty robisz?- Pytam, potykając
się o własne nogi. Jedyny blask daje latarnia uliczna.
-Cierpliwości.- Nie puszcza mnie.
Przez kilka minut, idę, zdany jedynie na nią. Tym razem kompletnie nic nie
wiedzę, bo światło nie dociera tak głęboko. Dziewczyna zatrzymuje się bez
żadnego ostrzeżenia, przez co na nią wpadam.- Jesteśmy na miejscu.
Po jej słowach, na ścianach
rozbryzgują białe światełka, oświetlające jednocześnie tłum ludzi po środku
pomieszczenia i zdjęcia, wiszące na ścianie. Na większości z nich jestem sam,
na innych ze znajomymi, rodziną. Obracam się wokół własnej osi. Powoli
przyzwyczajam się do częściowego oświetlenia. Przyglądam się zdjęciom. Poznaję
je. Większość z nich robił mój Aniołek. Spoglądam na nią. Patrzy na mnie się z
uśmiechem.
-Wszystkiego najlepszego,
Kochanie.- Podchodzi do tłumu. Zauważam w nim moich najbliższych przyjaciół.
Nagle wszyscy zaczynają śpiewać „Happy Birthday”, a w moich oczach pojawiają
się łzy wzruszenia. W między czasie w moją stronę podchodzi mama i Shannon z
wielkim tortem.
-Życzenie i dmuchaj.- Mówi Shan,
a ja zdmuchuję świeczki, myśląc: „Niech będzie, tak jak było”.- I nie płacz.
Nie wypada facetowi. Szczególnie, takiemu staremu, jak ty.
-Nie jestem stary…- Mruczę, ale z
mojej twarzy nie znika uśmiech.
Przez jakieś pół godziny jestem
ściskany przez dużą liczbę zaproszonych osób, w tym między innymi całe Linkin
Park i Red Hot Chili Peppers, Emma, Tomo, Vicki, Jamie, Babu, Chloe, Henrego,
Jake, Patricka i nawet Matt się pojawił. Tylko Olivia gdzieś zniknęła. Po
nieudolnych poszukiwaniach, wpadam na mamę.
-Nie widziałaś Olivii?- Pytam.
Kobieta uśmiecha się do mnie promiennie, po czym wskazuje na jakieś drzwi,
których wcześniej nie zauważyłem. To dlatego, że idealnie zlały się z białymi
ścianami.- Dziękuję.- Wchodzę do pomieszczenia, do którego zostałem skierowany.
Przed kilkoma monitorami siedzi czarnowłosa, w towarzystwie swojego ojca, który
ponoć od dwóch tygodni miał być w Londynie na jakieś sesji.
-Jak to jeszcze nie wyświetliłaś
tytułu wystawy?- Pyta mężczyzna, z lekkim oburzeniem.- On jest najlepszy.
Powinien być na samym początku.
-Terry, to wszystko jest
dokładnie zaplanowane.- Jęczy. Nawet mnie nie zauważyli. Opieram się o ścianę.-
Cholera, gdzie on się podział? Teraz miał być wielki finał. Widzisz go?-
Dokładnie przygląda się ekranom, na których jest wyświetlony monitoring.
-Nie. Może gdzieś poszedł?-
Chrząkam, a oni momentalnie odwracając się w moim kierunku.
-O, tu jesteś.- Mruczy, wstając z
fotela i podbiega do mnie.- Podoba ci się niespodzianka? To dla niej cię
zaniedbywałam. Mam nadzieję, że się nie gniewasz?- Zarzuca mi ręce na szyję.
-Nie umiem się na ciebie gniewać.-
Szepczę, po czym zatapiam się w jej ustach.- Dziękuję.- Kładę głowę na jej
ramieniu, co z daleka może wyglądać śmiesznie, bo dziewczyna jest ode mnie dużo
niższa.
-To jeszcze nie wszystko.-
Jęczy.- Ale ty jak zwykle musisz wszystko popsuć.- Wbija swój palec w moją klatkę
piersiową. Wybucham śmiechem.
-No wiesz? Jestem jubilatem.-
Mruczę, unosząc głowę. Patrzę wprost w jej oczy.
-Wynoś się stąd.- Mówi spokojnie.
Robię zdziwioną minę.- No, już.- Macha ręką w kierunku drzwi.- Będziesz mógł tu
wrócić zaraz po wielkim finale.
-Ale…- Chcę się sprzeciwić,
jednak ta po prostu wypycha mnie z pomieszczenia w akompaniamencie śmiechu Terry’ego. Wpadam na Tomislava.
-Co ty tak się zjawiasz
niepostrzeżenie jak jakaś wiedźma?- Na jego ustach pojawia się uśmiech. Czy on
kiedykolwiek się nie uśmiecha?
-Olivia…- Jęczę, wskazując na
drzwi.
-Uuu… Sami w ciemnym pokoju?-
Rusza brwiami, a ja mrożę go wzrokiem.
-Demon tam jest.- Mruczę, a on
wybucha śmiechem.
-Przed Richardsonem nigdzie się
nie ukryjecie.- Ciągnie mnie do głównej sali.
Po drodze dokładniej przyglądam
się zdjęciom. Na jednym z nich śpię, przykryty kołdrą po uszy, na innym jem
popcorn wpatrzony w telewizor, co wygląda naprawdę śmiesznie. Na kolejnym
przysypiam na schodach pod kamienicą, w której mieszkamy w NY. Pamiętam ten
dzień. Umówiłem się z Olivią, jednak sesja się ociupinkę przeciągnęła. Mimo
wszystko, czekałem na nią, a potem zamówiliśmy pizze i jedliśmy ją, oglądając
jakiś durny film. Czułem się wtedy jak zakochany szczeniak i to uczucie chyba
mnie nie opuściło do teraz. Na jeszcze jednym czarnowłosa śpi na moich
kolanach. To zdjęcie zrobił akurat Terry.
Docieramy do sali, gdzie goście
popijają szampana z kieliszków. Jak się dowiedziałem całe Red Hot Chili Peppers
musiało już iść, bo następnego dnia mają koncert. Rozmawiam po kolei z każdym,
aż w pewnej chwili u góry, nad zdjęciami z koncertu w LA, gdy po raz pierwszy
powiedzieliśmy sobie te magiczne słowa „Kocham cię”, zapalają się różowe
żarówki, tworząc napis „Be my love”. Stoję, gapiąc się w
ten napis, do momentu, gdy obok nie pojawia się dziewczyna. Łapię ją w ramiona,
a wszyscy wybuchają śmiechem.
-Kocham cię.- Mruczę, całując
ją.- Jesteś najlepszym co mnie w życiu spotkało.- Dodaję.
-Wnioskuję po twoim zachowaniu,
że podoba ci się.- Odrywa się ode mnie.
-Ty w to jeszcze wątpisz?
Dziękuję, że to dla mnie zrobiłaś.
-Nie tylko ja. Connie mi
pomagała, zresztą tak jak Shannon, Terry, Emma, Tomo, Vicki… Tak właściwie
wszyscy. Jak przylecieliśmy tu, większość była już gotowa. Wystarczyło zawiesić
zdjęcia i zamontować żarówki. No i pozbyć się wszystkich sztucznych drzewek…-
Mówiąc to, czarnowłosa odwraca się w stronę swojego ojca.
-To nieprawda.- Sprzeciwia się
moja mama.- Ona zrobiła to wszystko sama.- Dziewczyna mrozi ją wzrokiem.- My
tylko znaleźliśmy to miejsce, a Terry oprawił zdjęcia, które przygotowała.-
Mówi, a wszyscy kiwają głowami, na potwierdzenie.
* * *
Po raz kolejny wchodzę do
pomieszczenia z monitorami. Na sofie, stojącej w kącie, śpi Olivia. Uśmiecham
się pod nosem i biorę ją delikatnie na ręce. Idę w kierunku wyjścia. Na
zewnątrz czeka na nas Terry z taksówką. Wsiadam do samochodu, a mężczyzna wraca
by pogasić światła i pozamykać. Gdy wraca, ruszamy w drogę. Podrzucamy go do
hotelu. Po kilku minutach jesteśmy pod domem. Płacę kierowcy, a on odjeżdża.
Wchodzę do domu, starając się być jak najciszej. Zanoszę ją do sypialni i kładę
na łóżku, a ta cicho mrucząc, przekręca się kilka razy. W końcu ustawia się w
najwygodniejszej pozycji. Ściągam ciuchy i kładę się obok niej. Po chwili śpię.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz