POSTACIE Strona głóna

czwartek, 8 września 2016

61. URODZINY

25 grudzień 2007


Otwieram drzwi do domu. W holu Olivia wiąże sznurówki swoich czarnych trampek. Wstaje, zabierając z posadzki swoją torebkę. Opieram się o framugę, biorąc ostatni łyk wody. Dziewczyna uśmiecha się, zatrzymując obok mnie.
-Gdzie uciekasz, Aniele?- Pytam, przyciągając ja do siebie. Przychodzi mi to trochę z trudem, bo ciągle dyszę ze zmęczenia. Czarnowłosa wyplątuje się z mojego uścisku.
-Jesteś cały mokry.- Mruczy.- Idę do miasta. Mam kilka rzeczy do załatwienia.- Sprytnie omija mój wzrok. Podnoszę jej podbródek do góry.
-Kiedy wrócisz?- Nadal na mnie nie patrzy.
-Nie wiem. Zadzwonię do ciebie, jak znajdę wolną chwilę.- Całuje mnie w policzek.
-Chcesz samochód?- Pytam, zrezygnowany, opuszczając rękę.
-Nie. Pa.- Odchodzi, nie odwracając się. Zamykam drzwi i zdejmuję buty. Kieruję się w stronę kuchni, gdzie przy kuchence stoi Shannon.
-Cześć, Bro. Chcesz kawę?- Odwraca się w moją stronę.- O fuu… Idź się umyć.
-Zrób, a ja lecę pod prysznic. Nie wiesz, gdzie Olivia poszła?- Rzucam, niby obojętnie. Dostrzegam w jego oczach strach, który po chwili znika, jakby w ogóle go nie było.
-Nie wiem.- Odpowiada, odwracając się do mnie plecami. Wbiegam po schodach na piętro i wchodzę do łazienki. Po szybkim prysznicu, wracam do kuchni. Na blacie leży kubek z parującą cieczą i karteczka z pismem Shan’a:
„Wyszedłem, nie wiem kiedy wrócę. S.”
No, to co? Zostałem sam? Łapię naczynie i wychodzę na taras. Na leżaku, leży mama, czyli jednak nie jestem sam. Siadam obok niej.
-Rozmawiałaś ostatnio w Olivią?- Kobieta uśmiecha się do mnie.
-Martwisz się o nią?- Patrzę na nią z niedowierzaniem.
-Znika codziennie, ciągle się mijamy. Ona wychodzi, gdy ja biegam. Wraca wieczorami. Przyjechaliśmy tu, żeby odpocząć razem, a jej ciągle nie ma. Nie chce mi powiedzieć co robi, więc jak mam się nie martwić. Myślałem, że ty coś wiesz.- Upijam łyk kawy.
-Synku, powiem ci tylko jedno, cierpliwości. Wszystko się ułoży.
-Ale mamo.- Jęczę.- Wolałbym, żebyś zostali jednak w Paryżu.- Mruczę.
-Jared, ty nigdy nie byłeś cierpliwy.
-Jestem tylko ciekawy, czy pamięta o moich jutrzejszych urodzinach. Znaczy nie zależy mi na żadnych prezentach czy coś w tym rodzaju, tylko po prostu o pamięci. Gdyby mnie tak obudziła rano i szepnęła na ucho: „Wszystkiego najlepszego”.- Rozmarzam się.- A ja bym ją wtedy uściskał, pocałował…
-Oh Jay, mój ty romantyku…
                                *                      *                      *
Przysypiam na sofie, czekając na Olivie. Wszyscy gdzieś wyparowali. W końcu drzwi się otwierają. Podnoszę się do pozycji siedzącej, a do środka wchodzi dziewczyna. Podchodzi do mnie i opiera swoje łokcie na oparciu. Uśmiecha się do mnie.
-Chodź się przejść.- Mówi, nachylając się nade mną. Kładę głowę z powrotem na poduszce.
-Nie chce mi się.- Mruczę, choć nie do końca tak jest. Poszedłbym za nią na koniec świata.- A poza tym już po 22.- Dodaję, przymykam powieki.
-Stary leń się z ciebie zrobił.- Umiem sobie wyobrazić, jak prostuje się i wywraca oczami.
-Tylko nie stary.- Otwieram oczy, znów się podnosząc.- I wypraszam sobie tego lenia.- Moja głowa ląduje z powrotem na poduszce.
-To chodź ze mną. Mam ochotę się z tobą przejść.- Jęczy.
-Czekałem, aż zadzwonisz.- Odzywam się po dłuższej chwili. Siadam, spuszczając nogi na dywan. Nachylam się patrząc na moje tęczowe skarpetki.
-Przepraszam. Byłam zajęta.- Siada obok mnie i opiera głowę na moim ramieniu.- Trochę cię zaniedbałam przez te kilka dni.- Splata nasze palce.- Przepraszam.- Patrzę na nią. Z koka wypadł jej kosmyk włosów. Zakładam go za ucho.
-Nie przepraszaj.- Całuję ją w skroń.- Przecież wiesz, że nie umiem się na ciebie gniewać.- Na moich ustach pojawia się delikatny uśmiech.- To co, idziemy?- Pytam, ciągnąc ją za rękę. Czarnowłosa ze śmiechem wstaje, po czym wtula się we mnie.
-Jared?- Szepcze, spoglądając na mnie.
-Tak?
-Kocham cię.- Całuję ją w czoło.
-Ja ciebie też kocham, Aniołku.- Odpowiadam.
Zanim wychodzimy, idę jeszcze do sypialni po jakąś bluzę. Wybieram niebieską z napisem „Holy Guacamole”. Do kieszeni wsadzam moje ukochane BlackBerry. Dziewczyna zakłada swoją lustrzankę na szyję. Jesteśmy gotowi.
Przez około dwie godziny spacerujemy po różnych ulicach, o których nawet nie wiedziałem, aż docieramy do Hollywood Walk Of Fame. Przechodzimy obok Dolby Theatre, a potem koło Starbucksa skręcamy na lewo w N McCadden (Nazwa ulicy). Stajemy przed jakimś budynkiem. Czarnowłosa spogląda na zegarek w komórce. Jest 23:57. Chowa telefon do kieszeni i bez zapowiedzi zatapia się w moich ustach. Oddaję pocałunek, gdy rozbrzmiewa piosenka „Highway To Hell”. Olivia odrywa się ode mnie i odbiera, a ja mruczę z niechęcią.
-Halo?... Jesteśmy na N McCadden… Dobrze, zaraz wracamy.- Rozłącza się.- Connie dzwoniła.- Oznajmia i łapie mnie za rękę. Robimy kilka kroków w kierunku Walk Of Fame i niespodziewanie ciągnie mnie do budynku, pod którym staliśmy.
-Co ty robisz?- Pytam, potykając się o własne nogi. Jedyny blask daje latarnia uliczna.
-Cierpliwości.- Nie puszcza mnie. Przez kilka minut, idę, zdany jedynie na nią. Tym razem kompletnie nic nie wiedzę, bo światło nie dociera tak głęboko. Dziewczyna zatrzymuje się bez żadnego ostrzeżenia, przez co na nią wpadam.- Jesteśmy na miejscu.
Po jej słowach, na ścianach rozbryzgują białe światełka, oświetlające jednocześnie tłum ludzi po środku pomieszczenia i zdjęcia, wiszące na ścianie. Na większości z nich jestem sam, na innych ze znajomymi, rodziną. Obracam się wokół własnej osi. Powoli przyzwyczajam się do częściowego oświetlenia. Przyglądam się zdjęciom. Poznaję je. Większość z nich robił mój Aniołek. Spoglądam na nią. Patrzy na mnie się z uśmiechem.
-Wszystkiego najlepszego, Kochanie.- Podchodzi do tłumu. Zauważam w nim moich najbliższych przyjaciół. Nagle wszyscy zaczynają śpiewać „Happy Birthday”, a w moich oczach pojawiają się łzy wzruszenia. W między czasie w moją stronę podchodzi mama i Shannon z wielkim tortem.
-Życzenie i dmuchaj.- Mówi Shan, a ja zdmuchuję świeczki, myśląc: „Niech będzie, tak jak było”.- I nie płacz. Nie wypada facetowi. Szczególnie, takiemu staremu, jak ty.
-Nie jestem stary…- Mruczę, ale z mojej twarzy nie znika uśmiech.
Przez jakieś pół godziny jestem ściskany przez dużą liczbę zaproszonych osób, w tym między innymi całe Linkin Park i Red Hot Chili Peppers, Emma, Tomo, Vicki, Jamie, Babu, Chloe, Henrego, Jake, Patricka i nawet Matt się pojawił. Tylko Olivia gdzieś zniknęła. Po nieudolnych poszukiwaniach, wpadam na mamę.
-Nie widziałaś Olivii?- Pytam. Kobieta uśmiecha się do mnie promiennie, po czym wskazuje na jakieś drzwi, których wcześniej nie zauważyłem. To dlatego, że idealnie zlały się z białymi ścianami.- Dziękuję.- Wchodzę do pomieszczenia, do którego zostałem skierowany. Przed kilkoma monitorami siedzi czarnowłosa, w towarzystwie swojego ojca, który ponoć od dwóch tygodni miał być w Londynie na jakieś sesji.
-Jak to jeszcze nie wyświetliłaś tytułu wystawy?- Pyta mężczyzna, z lekkim oburzeniem.- On jest najlepszy. Powinien być na samym początku.
-Terry, to wszystko jest dokładnie zaplanowane.- Jęczy. Nawet mnie nie zauważyli. Opieram się o ścianę.- Cholera, gdzie on się podział? Teraz miał być wielki finał. Widzisz go?- Dokładnie przygląda się ekranom, na których jest wyświetlony monitoring.
-Nie. Może gdzieś poszedł?- Chrząkam, a oni momentalnie odwracając się w moim kierunku.  
-O, tu jesteś.- Mruczy, wstając z fotela i podbiega do mnie.- Podoba ci się niespodzianka? To dla niej cię zaniedbywałam. Mam nadzieję, że się nie gniewasz?- Zarzuca mi ręce na szyję.
-Nie umiem się na ciebie gniewać.- Szepczę, po czym zatapiam się w jej ustach.- Dziękuję.- Kładę głowę na jej ramieniu, co z daleka może wyglądać śmiesznie, bo dziewczyna jest ode mnie dużo niższa.
-To jeszcze nie wszystko.- Jęczy.- Ale ty jak zwykle musisz wszystko popsuć.- Wbija swój palec w moją klatkę piersiową. Wybucham śmiechem.
-No wiesz? Jestem jubilatem.- Mruczę, unosząc głowę. Patrzę wprost w jej oczy.
-Wynoś się stąd.- Mówi spokojnie. Robię zdziwioną minę.- No, już.- Macha ręką w kierunku drzwi.- Będziesz mógł tu wrócić zaraz po wielkim finale.
-Ale…- Chcę się sprzeciwić, jednak ta po prostu wypycha mnie z pomieszczenia w akompaniamencie śmiechu Terry’ego. Wpadam na Tomislava.
-Co ty tak się zjawiasz niepostrzeżenie jak jakaś wiedźma?- Na jego ustach pojawia się uśmiech. Czy on kiedykolwiek się nie uśmiecha?
-Olivia…- Jęczę, wskazując na drzwi.
-Uuu… Sami w ciemnym pokoju?- Rusza brwiami, a ja mrożę go wzrokiem.
-Demon tam jest.- Mruczę, a on wybucha śmiechem.
-Przed Richardsonem nigdzie się nie ukryjecie.- Ciągnie mnie do głównej sali.
Po drodze dokładniej przyglądam się zdjęciom. Na jednym z nich śpię, przykryty kołdrą po uszy, na innym jem popcorn wpatrzony w telewizor, co wygląda naprawdę śmiesznie. Na kolejnym przysypiam na schodach pod kamienicą, w której mieszkamy w NY. Pamiętam ten dzień. Umówiłem się z Olivią, jednak sesja się ociupinkę przeciągnęła. Mimo wszystko, czekałem na nią, a potem zamówiliśmy pizze i jedliśmy ją, oglądając jakiś durny film. Czułem się wtedy jak zakochany szczeniak i to uczucie chyba mnie nie opuściło do teraz. Na jeszcze jednym czarnowłosa śpi na moich kolanach. To zdjęcie zrobił akurat Terry.
Docieramy do sali, gdzie goście popijają szampana z kieliszków. Jak się dowiedziałem całe Red Hot Chili Peppers musiało już iść, bo następnego dnia mają koncert. Rozmawiam po kolei z każdym, aż w pewnej chwili u góry, nad zdjęciami z koncertu w LA, gdy po raz pierwszy powiedzieliśmy sobie te magiczne słowa „Kocham cię”, zapalają się różowe żarówki, tworząc napis „Be my love”. Stoję, gapiąc się w ten napis, do momentu, gdy obok nie pojawia się dziewczyna. Łapię ją w ramiona, a wszyscy wybuchają śmiechem.
-Kocham cię.- Mruczę, całując ją.- Jesteś najlepszym co mnie w życiu spotkało.- Dodaję.
-Wnioskuję po twoim zachowaniu, że podoba ci się.- Odrywa się ode mnie.
-Ty w to jeszcze wątpisz? Dziękuję, że to dla mnie zrobiłaś.
-Nie tylko ja. Connie mi pomagała, zresztą tak jak Shannon, Terry, Emma, Tomo, Vicki… Tak właściwie wszyscy. Jak przylecieliśmy tu, większość była już gotowa. Wystarczyło zawiesić zdjęcia i zamontować żarówki. No i pozbyć się wszystkich sztucznych drzewek…- Mówiąc to, czarnowłosa odwraca się w stronę swojego ojca.
-To nieprawda.- Sprzeciwia się moja mama.- Ona zrobiła to wszystko sama.- Dziewczyna mrozi ją wzrokiem.- My tylko znaleźliśmy to miejsce, a Terry oprawił zdjęcia, które przygotowała.- Mówi, a wszyscy kiwają głowami, na potwierdzenie. 
                                *                      *                      *
Po raz kolejny wchodzę do pomieszczenia z monitorami. Na sofie, stojącej w kącie, śpi Olivia. Uśmiecham się pod nosem i biorę ją delikatnie na ręce. Idę w kierunku wyjścia. Na zewnątrz czeka na nas Terry z taksówką. Wsiadam do samochodu, a mężczyzna wraca by pogasić światła i pozamykać. Gdy wraca, ruszamy w drogę. Podrzucamy go do hotelu. Po kilku minutach jesteśmy pod domem. Płacę kierowcy, a on odjeżdża. Wchodzę do domu, starając się być jak najciszej. Zanoszę ją do sypialni i kładę na łóżku, a ta cicho mrucząc, przekręca się kilka razy. W końcu ustawia się w najwygodniejszej pozycji. Ściągam ciuchy i kładę się obok niej. Po chwili śpię.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz