POSTACIE Strona głóna

niedziela, 25 września 2016

63. MELODY

17 maj 2008



Budzi mnie gwałtowne szarpnięcie. Otwieram oczy. Nade mną pochyla się Olivia. Jej twarz jest wykrzywiona z bólu. Siadam i z troską pytam:
-Aniele, co się dzieję?- Czarnowłosa łapie się za brzuch.
-Nie wiem, ale boli.- Jęczy.- Zrób coś, proszę.
-Jedziemy do szpitala.- Mówię głosem nie znoszącym sprzeciwu, ale ona tylko kiwa głową.
Jak najszybciej się da, ubieram dżinsy i bluzę i z dziewczyną pod ręką idziemy do garażu. Pomagam jej usiąść na miejscu pasażera, a sam zajmuję miejsce za kierownicą. Wyjeżdżam na ulice Los Angeles. Kieruję się do tego samego szpitala, do którego zabrali matkę Olivii po wypadku. Staram się jechać uważnie, jednak przekraczam dozwoloną prędkość. Po kilku minutach jesteśmy na miejscu. Lekarze od razu zabierają czarnowłosą na sale, a mi każą czekać na korytarzu. Siedzę tak, już jakąś godzinę, aż w końcu w kieszeni wyciągam BlackBerry. Jak dobrze, że wczoraj go z tamtą nie wyciągałem. Jest czwarta nad ranem, ale mimo wszystko w kontaktach wyszukuję numer Shannona. Odbiera po chwili.
-Czego? Jest środek nocy…- Mruczy zaspany.- Coś się stało?
-Jestem w szpitalu.- Odpowiadam.- Coś z Olivią. Shan, boję się.
-Gdzie jesteście? Zaraz tam będę.- Słyszę jak wstaje z łóżka i zapewne szuka ciuchów.
-St. Vincent Medical Center. – Podaję nazwę szpitala.-Dam sobie radę- Dodaję, ale słyszę jedynie dźwięk rozłączonego połączenia. W tym samym momencie z sali, do której ją zabrali wychodzi kobieta w białym fartuchu.
-Pan Leto?- Pyta, a ja automatycznie wstaje z krzesełka. Kiwam głową, potwierdzając.- Pani Richardson zaczęła rodzić. Są pewne komplikacje, ale robimy co możemy.- Odwraca się i odchodzi. Drzwi znów się zamykają. A ja zajmuję swoje poprzednie miejsce.
Opieram głowę o ścianę i zamykam oczy. Przypominam sobie ostatnie USG, na którym dowiedziałem się, że będę miał córeczkę. To było najlepsze uczucie na świecie. W mojej głowie od razu zaświtał pomysł na imię: Melody. Coś związanego ze mną, z moim światem. Olivia była zachwycona tym pomysłem. Tak jak reszta. Moja córeczka, mój skarb. Tylko to dopiero siódmy miesiąc. Jak to możliwe, żeby już zaczęła rodzić?
-Jared!- Słyszę głos mojego brata. Odwracam głowę w prawo. Moment później mężczyzna jest obok mnie.- Co się dzieje?
-Olivia rodzi.- Odpowiadam z lekkim uśmiechem.- Zdaje się, że Melody jest tak samo niecierpliwa jak jej mama.
-Trochę za wczesno.- Siada na krzesełku obok mnie. Skupiam się na ścianie naprzeciwko. Jest pomalowana na jasnożółty. Innymi słowy, po prostu obrzydliwy.- Jay, odleciałeś.- Spoglądam na Shannona, który zdaje się coś do mnie mówił.
-Przepraszam.- Mruczę, drapiąc się po lekkim zaroście.
                                *                      *                      *
Przyglądam się lekarce z niedowierzaniem, trawiąc to co przed chwilą powiedziała. Ale to jest tak absurdalne, że nie mogę sobie tego uświadomić. Czuję jej dłoń na moim ramieniu, a potem to współczujące spojrzenie.
-Jared.- Spoglądam na Shana, który stoi koło mnie. Coś do mnie mówi, ale ja nie reaguję. Przecież to niemożliwe, żeby moja córeczka nie żyła. Nie moja córeczka, nie Melody. Z moich oczu wypływają łzy. Płaczę pierwszy raz, od pogrzebu ojca. Tylko wtedy miałem jakieś dziewięć lat, a teraz jestem dorosłym facetem. Lekarka odwraca się, najwyraźniej odchodząc.
-Gdzie Olivia?- Pytam w ostatnim momencie.
-Za chwilę będzie się pan mógł z nią zobaczyć.- Połykam ślinę. Chcę ją przytulić najmocniej jak się da. Podchodzę do ściany i po prostu walę głową w nią. Shannon szarpie mnie za ramię.
-Jared, uspokój się.- Mówi, a ja po prostu wybucham.
-Jak mam się uspokoić?!- Odwracam się w jego kierunku.- Moje dziecko nie żyje! Nigdy nie zobaczę jak Melody stawia pierwsze kroki, jak wypowie pierwsze słowo, jak pójdzie do szkoły, jak umówi się z chłopakiem…- Siadam na krzesełku i chowam twarz w dłoniach.- Nigdy tego nie zobaczę, rozumiesz?- Spoglądam na niego przez łzy.
-Ja też tego nie zobaczę. Ale musisz być silny dla Olivii. Ona cię potrzebuje. Bierz głęboki oddech i idź do niej.- Wciągam powietrze, po czym go wypuszczam, gdy podchodzi do nas lekarka.
-Niech pan za mną idzie.- Mówi, i nie czekając na mnie odwraca się i odchodzi. Doganiam ją. Przez kilka minut wędrujemy jakimiś korytarzami, aż w końcu docieramy do sali. Od razu dostrzegam czarnowłosą. Leży na środkowym łóżku zwinięta w kłębek. Słyszę jej płacz.- Niech pan ją uspokoi.- Wchodzę do pomieszczenia i zatrzymuję się obok dziewczyny.
-Odejdź.- Mruczy, zachrypniętym głosem, jednak ja siadam obok niej. Spoglądam na mnie. Jej oczy są zaczerwienione, a podbródek drży. Pierwsze co rzuca się w oczy to spłaszczony brzuch. A jeszcze wczoraj była w środku nasza córeczka.- Jay, nie ma jej.- Szepcze, siadając.- Nie ma naszej Melody.- Przyciągam ją do siebie i zamykam w szczelnym uścisku.
-Wiem, Aniele, wiem.- Mruczę wprost do jej ucha.
-Nie zostawiaj mnie samej, proszę.
-Nie zostawię cię.
Przez kilka minut siedzimy w tej samej pozycji, jednak w końcu kładziemy się na wąskim, szpitalnym łóżku. Głaskam ją po plecach, aż w końcu zasypia. Ja też odpływam, gdy do pomieszczenia wpada mama. Siada na krześle obok.
-Shannon do mnie zadzwonił.- Mówi szeptem, żeby nie obudzić czarnowłosej.- Powiadomiłam już Terry’ego. Przyleci najbliższym samolotem.- Dostrzegam jej zaczerwienione oczy. Też musiała płakać. Doskonale pamiętam moment, w którym powiedzieliśmy, że będzie miała wnuczkę. Ucieszyła się podobnie jak ja o potomku.- Wstąpiłam do was i przywiozłam jej rzeczy. Ta lekarka powiedziała, że będzie musiała tu zostać kilka dni na obserwacji.
-Dziękuję- Odpowiadam, a moja ręka automatycznie ląduje na brzuchu dziewczyny. Tylko tym razem jest pusty. Nie ma w nim już Melody. Po raz kolejny wyczuwam w oczach łzy.
-Niestety nie mogę powiedzieć, że wiem co czujecie, ale będę wam pomagać dopóki to będzie potrzebne. Zawsze możecie na mnie liczyć. Pamiętajcie o tym.- Unoszę leciutko kąciki ust w górę, po czym zamykam oczy. Tak bardzo bym chciał, żeby to był sen.
                                            *                      *                      *
Wychodzę z sali, zostawiając dziewczynę z mamą. Na korytarzu siedzi Shannon. Mruczę do niego ciche „chodź”, po czym kieruję się w stronę wyjścia ze szpitala. Podchodzimy do mojego jeepa.
-O co chodzi, Bro?- Pyta, siadając na masce samochodu. Robię to samo.
-Masz przy sobie fajki?- Głupie pytanie. On zawsze ma je przy sobie. Kieruję wzrok na niebo usiane gwiazdami. Kilka godzin temu zmarła moja Melody, a ja nie mogę już udawać twardego przy dziewczynie. Shan podaje mi papierosa i zapalniczkę. Po chwili czuję dym w gardle. Palę pierwszy raz od nagrywania „Lord Of War”. Witalij palił, więc ja też musiałem. Dobrze, że nie kazali mi wciągać prawdziwej kokainy.
-Jay, jedź do domu odpocząć.- Mówi, a w jego głosie słyszę troskę.
-Nie zostawię Olivii samej.- Sprzeciwiam się, kierując wzrok na niego. Dzięki tej dziewczynie znów się do siebie zbliżyliśmy.
-Nie zostanie sama. Mogę tu przenocować. I tak nie mam nic ciekawszego do roboty.
-Ty wracaj, a ja tu przenocuję. Odbierzesz rano Terry’ego z lotniska?- Strzepuję popiół z papierosa. W sumie tylko raz się zaciągnąłem. Tyle mi wystarczyło.- Chcesz?- Pytam, wskazując na fajkę, a Shannon ją przejmuje. To jego pozostałość po tych wszystkich nałogach z młodości. Najmniej szkodliwy, ale szkodliwy.
-O której będzie w LA?- Przeczesuję przydługawe włosy, próbując przypomnieć sobie rozmowę z Richardsonem.
-Chyba o dziewiątej.- Odpowiadam w końcu.
-Chyba?- Mrożę brata wzrokiem.- Dobra, o nic więcej nie pytam.- Podnosi ręce w geście obronnym.- Będę na lotnisku punkt dziewiąta.
Wstaję i podchodzę do drzwi samochodu. Otwieram go, po czym ze schowka wyjmuję próbkę perfum Hugo Bossa. Claus-Dietrich Lars, aktualny prezes firmy, już jakiś czas męczy mnie, żebym zgodził się wystąpić w reklamie. Naciskam spust, próbując zakryć zapach papierosów, po czym wrzucam buteleczkę powrotem na miejsce. Zamykam samochód i razem z Shanem wracam do środka. Dziewczyna siedzi na łóżku, obejmując nogi.
-Skoro Jared już jest, ja wracam do domu.- Odzywa się mama, wstając z krzesła. Pochyla się nad czarnowłosą i całuje ją we włosy.- Dobranoc, kochanie.- Wychodzi z sali, przystając chwilę przy mnie. Siadam obok Olivi, a ona kładzie głowę na kolanach.
-Paliłeś?- Pyta, a ja potwierdzam.- To niezdrowe.- Spoglądam na nią. Jej oczy nadal są opuchnięte, ale w tej chwili nie płacze.
-Wiem, ale nie jestem takim twardzielem, jakiego gram przy tobie.- Mówię jej prawdę.- Musiałem jakoś odreagować.
-Doceniam to, że przy mnie panujesz nad sobą. Ja bym tak nie umiała.- Po raz kolejny dostrzegam w jej oczach łzy.- Gdy tylko pomyślę o Mel…- Przytulam ją, nie pozwalając dokończyć zdania. – Jestem taka słaba…- Szepcze.- Co ja takiego zrobiłam, że zabrano mi ją?
-Aniele, to nie twoja wina, to nie nasza wina. Tak miało się stać. Nikt nie mógł temu zapobiec. Ani ja, ani ty, ani nikt inny.- Całuję ją w czoło.
Leżymy na łóżku, w objęciach cały czas trzymam Olivie, chcę żeby wiedziała, że jestem z nią. Połowa mojego ciała wisi nad podłogą, bo chcę żeby miała jak najwięcej miejsca dla siebie. Spoglądam na nią. Zdążyła już zasnąć i bardzo dobrze. Potrzebuje odpoczynku. Ja chyba też, bo po chwili odpływam…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz