Budzi mnie gwałtowne szarpnięcie.
Otwieram oczy. Nade mną pochyla się Olivia. Jej twarz jest wykrzywiona z bólu.
Siadam i z troską pytam:
-Aniele, co się dzieję?-
Czarnowłosa łapie się za brzuch.
-Nie wiem, ale boli.- Jęczy.-
Zrób coś, proszę.
-Jedziemy do szpitala.- Mówię
głosem nie znoszącym sprzeciwu, ale ona tylko kiwa głową.
Jak najszybciej się da, ubieram
dżinsy i bluzę i z dziewczyną pod ręką idziemy do garażu. Pomagam jej usiąść na
miejscu pasażera, a sam zajmuję miejsce za kierownicą. Wyjeżdżam na ulice Los
Angeles. Kieruję się do tego samego szpitala, do którego zabrali matkę Olivii
po wypadku. Staram się jechać uważnie, jednak przekraczam dozwoloną prędkość.
Po kilku minutach jesteśmy na miejscu. Lekarze od razu zabierają czarnowłosą na
sale, a mi każą czekać na korytarzu. Siedzę tak, już jakąś godzinę, aż w końcu
w kieszeni wyciągam BlackBerry. Jak dobrze, że wczoraj go z tamtą nie
wyciągałem. Jest czwarta nad ranem, ale mimo wszystko w kontaktach wyszukuję
numer Shannona. Odbiera po chwili.
-Czego? Jest środek nocy…- Mruczy
zaspany.- Coś się stało?
-Jestem w szpitalu.- Odpowiadam.-
Coś z Olivią. Shan, boję się.
-Gdzie jesteście? Zaraz tam
będę.- Słyszę jak wstaje z łóżka i zapewne szuka ciuchów.
-St. Vincent Medical Center. – Podaję
nazwę szpitala.-Dam sobie radę- Dodaję, ale słyszę jedynie dźwięk rozłączonego
połączenia. W tym samym momencie z sali, do której ją zabrali wychodzi kobieta
w białym fartuchu.
-Pan Leto?- Pyta, a ja
automatycznie wstaje z krzesełka. Kiwam głową, potwierdzając.- Pani Richardson
zaczęła rodzić. Są pewne komplikacje, ale robimy co możemy.- Odwraca się i
odchodzi. Drzwi znów się zamykają. A ja zajmuję swoje poprzednie miejsce.
Opieram głowę o ścianę i zamykam
oczy. Przypominam sobie ostatnie USG, na którym dowiedziałem się, że będę miał
córeczkę. To było najlepsze uczucie na świecie. W mojej głowie od razu zaświtał
pomysł na imię: Melody. Coś związanego ze mną, z moim światem. Olivia była
zachwycona tym pomysłem. Tak jak reszta. Moja córeczka, mój skarb. Tylko to
dopiero siódmy miesiąc. Jak to możliwe, żeby już zaczęła rodzić?
-Jared!- Słyszę głos mojego
brata. Odwracam głowę w prawo. Moment później mężczyzna jest obok mnie.- Co się
dzieje?
-Olivia rodzi.- Odpowiadam z
lekkim uśmiechem.- Zdaje się, że Melody jest tak samo niecierpliwa jak jej
mama.
-Trochę za wczesno.- Siada na
krzesełku obok mnie. Skupiam się na ścianie naprzeciwko. Jest pomalowana na
jasnożółty. Innymi słowy, po prostu obrzydliwy.- Jay, odleciałeś.- Spoglądam na
Shannona, który zdaje się coś do mnie mówił.
-Przepraszam.- Mruczę, drapiąc
się po lekkim zaroście.
* * *
Przyglądam się lekarce z
niedowierzaniem, trawiąc to co przed chwilą powiedziała. Ale to jest tak
absurdalne, że nie mogę sobie tego uświadomić. Czuję jej dłoń na moim ramieniu,
a potem to współczujące spojrzenie.
-Jared.- Spoglądam na Shana,
który stoi koło mnie. Coś do mnie mówi, ale ja nie reaguję. Przecież to
niemożliwe, żeby moja córeczka nie żyła. Nie moja córeczka, nie Melody. Z moich
oczu wypływają łzy. Płaczę pierwszy raz, od pogrzebu ojca. Tylko wtedy miałem
jakieś dziewięć lat, a teraz jestem dorosłym facetem. Lekarka odwraca się,
najwyraźniej odchodząc.
-Gdzie Olivia?- Pytam w ostatnim
momencie.
-Za chwilę będzie się pan mógł z
nią zobaczyć.- Połykam ślinę. Chcę ją przytulić najmocniej jak się da. Podchodzę
do ściany i po prostu walę głową w nią. Shannon szarpie mnie za ramię.
-Jared, uspokój się.- Mówi, a ja
po prostu wybucham.
-Jak mam się uspokoić?!- Odwracam
się w jego kierunku.- Moje dziecko nie żyje! Nigdy nie zobaczę jak Melody
stawia pierwsze kroki, jak wypowie pierwsze słowo, jak pójdzie do szkoły, jak
umówi się z chłopakiem…- Siadam na krzesełku i chowam twarz w dłoniach.- Nigdy
tego nie zobaczę, rozumiesz?- Spoglądam na niego przez łzy.
-Ja też tego nie zobaczę. Ale
musisz być silny dla Olivii. Ona cię potrzebuje. Bierz głęboki oddech i idź do
niej.- Wciągam powietrze, po czym go wypuszczam, gdy podchodzi do nas lekarka.
-Niech pan za mną idzie.- Mówi, i
nie czekając na mnie odwraca się i odchodzi. Doganiam ją. Przez kilka minut
wędrujemy jakimiś korytarzami, aż w końcu docieramy do sali. Od razu dostrzegam
czarnowłosą. Leży na środkowym łóżku zwinięta w kłębek. Słyszę jej płacz.-
Niech pan ją uspokoi.- Wchodzę do pomieszczenia i zatrzymuję się obok dziewczyny.
-Odejdź.- Mruczy, zachrypniętym
głosem, jednak ja siadam obok niej. Spoglądam na mnie. Jej oczy są
zaczerwienione, a podbródek drży. Pierwsze co rzuca się w oczy to spłaszczony
brzuch. A jeszcze wczoraj była w środku nasza córeczka.- Jay, nie ma jej.-
Szepcze, siadając.- Nie ma naszej Melody.- Przyciągam ją do siebie i zamykam w
szczelnym uścisku.
-Wiem, Aniele, wiem.- Mruczę
wprost do jej ucha.
-Nie zostawiaj mnie samej,
proszę.
-Nie zostawię cię.
Przez kilka minut siedzimy w tej
samej pozycji, jednak w końcu kładziemy się na wąskim, szpitalnym łóżku. Głaskam
ją po plecach, aż w końcu zasypia. Ja też odpływam, gdy do pomieszczenia wpada
mama. Siada na krześle obok.
-Shannon do mnie zadzwonił.- Mówi
szeptem, żeby nie obudzić czarnowłosej.- Powiadomiłam już Terry’ego. Przyleci
najbliższym samolotem.- Dostrzegam jej zaczerwienione oczy. Też musiała płakać.
Doskonale pamiętam moment, w którym powiedzieliśmy, że będzie miała wnuczkę.
Ucieszyła się podobnie jak ja o potomku.- Wstąpiłam do was i przywiozłam jej
rzeczy. Ta lekarka powiedziała, że będzie musiała tu zostać kilka dni na
obserwacji.
-Dziękuję- Odpowiadam, a moja
ręka automatycznie ląduje na brzuchu dziewczyny. Tylko tym razem jest pusty.
Nie ma w nim już Melody. Po raz kolejny wyczuwam w oczach łzy.
-Niestety nie mogę powiedzieć, że
wiem co czujecie, ale będę wam pomagać dopóki to będzie potrzebne. Zawsze
możecie na mnie liczyć. Pamiętajcie o tym.- Unoszę leciutko kąciki ust w górę,
po czym zamykam oczy. Tak bardzo bym chciał, żeby to był sen.
* * *
Wychodzę z sali, zostawiając
dziewczynę z mamą. Na korytarzu siedzi Shannon. Mruczę do niego ciche „chodź”,
po czym kieruję się w stronę wyjścia ze szpitala. Podchodzimy do mojego jeepa.
-O co chodzi, Bro?- Pyta, siadając
na masce samochodu. Robię to samo.
-Masz przy sobie fajki?- Głupie
pytanie. On zawsze ma je przy sobie. Kieruję wzrok na niebo usiane gwiazdami.
Kilka godzin temu zmarła moja Melody, a ja nie mogę już udawać twardego przy
dziewczynie. Shan podaje mi papierosa i zapalniczkę. Po chwili czuję dym w
gardle. Palę pierwszy raz od nagrywania „Lord Of War”. Witalij palił, więc ja
też musiałem. Dobrze, że nie kazali mi wciągać prawdziwej kokainy.
-Jay, jedź do domu odpocząć.-
Mówi, a w jego głosie słyszę troskę.
-Nie zostawię Olivii samej.-
Sprzeciwiam się, kierując wzrok na niego. Dzięki tej dziewczynie znów się do
siebie zbliżyliśmy.
-Nie zostanie sama. Mogę tu
przenocować. I tak nie mam nic ciekawszego do roboty.
-Ty wracaj, a ja tu przenocuję.
Odbierzesz rano Terry’ego z lotniska?- Strzepuję popiół z papierosa. W sumie
tylko raz się zaciągnąłem. Tyle mi wystarczyło.- Chcesz?- Pytam, wskazując na
fajkę, a Shannon ją przejmuje. To jego pozostałość po tych wszystkich nałogach
z młodości. Najmniej szkodliwy, ale szkodliwy.
-O której będzie w LA?-
Przeczesuję przydługawe włosy, próbując przypomnieć sobie rozmowę z
Richardsonem.
-Chyba o dziewiątej.- Odpowiadam
w końcu.
-Chyba?- Mrożę brata wzrokiem.-
Dobra, o nic więcej nie pytam.- Podnosi ręce w geście obronnym.- Będę na
lotnisku punkt dziewiąta.
Wstaję i podchodzę do drzwi
samochodu. Otwieram go, po czym ze schowka wyjmuję próbkę perfum Hugo Bossa.
Claus-Dietrich Lars, aktualny prezes firmy, już jakiś czas męczy mnie, żebym
zgodził się wystąpić w reklamie. Naciskam spust, próbując zakryć zapach
papierosów, po czym wrzucam buteleczkę powrotem na miejsce. Zamykam samochód i
razem z Shanem wracam do środka. Dziewczyna siedzi na łóżku, obejmując nogi.
-Skoro Jared już jest, ja wracam
do domu.- Odzywa się mama, wstając z krzesła. Pochyla się nad czarnowłosą i
całuje ją we włosy.- Dobranoc, kochanie.- Wychodzi z sali, przystając chwilę
przy mnie. Siadam obok Olivi, a ona kładzie głowę na kolanach.
-Paliłeś?- Pyta, a ja
potwierdzam.- To niezdrowe.- Spoglądam na nią. Jej oczy nadal są opuchnięte, ale
w tej chwili nie płacze.
-Wiem, ale nie jestem takim
twardzielem, jakiego gram przy tobie.- Mówię jej prawdę.- Musiałem jakoś
odreagować.
-Doceniam to, że przy mnie
panujesz nad sobą. Ja bym tak nie umiała.- Po raz kolejny dostrzegam w jej
oczach łzy.- Gdy tylko pomyślę o Mel…- Przytulam ją, nie pozwalając dokończyć
zdania. – Jestem taka słaba…- Szepcze.- Co ja takiego zrobiłam, że zabrano mi
ją?
-Aniele, to nie twoja wina, to
nie nasza wina. Tak miało się stać. Nikt nie mógł temu zapobiec. Ani ja, ani
ty, ani nikt inny.- Całuję ją w czoło.
Leżymy na łóżku, w objęciach cały
czas trzymam Olivie, chcę żeby wiedziała, że jestem z nią. Połowa mojego ciała
wisi nad podłogą, bo chcę żeby miała jak najwięcej miejsca dla siebie.
Spoglądam na nią. Zdążyła już zasnąć i bardzo dobrze. Potrzebuje odpoczynku. Ja
chyba też, bo po chwili odpływam…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz