Stoję przed niebieskookim. Patrzymy na siebie już
kilkanaście minut, jednak żadne z nas się nie odzywa. Nie chcę, żeby to
się skończyło. Chcę tak stać i rozpływać się w tych pięknych oczach.
-Jared!- Krzyczy w pewnym momencie Emma. Mężczyzna wciąga powietrze, po czy, mówi.
-Jesteś
pewna?- Wiem, że cierpi, ale moja dusza też krwawi. Nie chcę, żeby
wyjechał. Do moich oczu cisnął się łzy, ale potwierdzam, mimo że tak
naprawdę, nie jestem niczego taka pewna. Widzę jak mięśnie na jego
szczęce się zaciskają.- Aniele…- Szepcze, a po moim policzku spływa
łza.- Aniele, kocham cię.- Kładzie dłoń na moim policzku.
-Ja ciebie też, ale to nic nie zmienia.- Uciekam wzrokiem. Nie mogę na niego patrzeć, nie po tym co zrobiłam.
-Tak,
wiem, ale chcę, żebyś o tym pamiętała. Zawsze możesz na mnie liczyć.-
Szepcze. Nie wiem jakim prawem, ale mimo gwaru jaki tu panuje, słyszę
jego słowa bardzo wyraźnie.- Jakby coś się stało, daj znać. Nie
obiecuję, że uda mi się pomóc, ale przynajmniej spróbuję.
-Jared.- Obok nas pojawia się Emma.- Musimy już iść. Samolot na ciebie nie poczeka.
-Już idę.- Warczy na nią.- Nie widzisz, że rozmawiam?- Mierzy ją wzrokiem z wściekłością.
-Nie dziwię się, że Olivia ma cię dosyć.- Mruczy odchodząc.
-Wiesz, że to nieprawda?- Mówię.- Naprawdę chcę z tobą być, ale sam rozumiesz.- Spuszczam wzrok.
-Wiem,
Olivia, wiem, ale pozwól, że pocałuję cię po raz ostatni.- Patrzy na
mnie łagodnym spojrzeniem, całkowicie innym niż spoglądał na Ludbrook.
Nie zgłaszam sprzeciwu, a wręcz tego pragnę i to ja łączę nasze wargi. W
końcu brunet się odsuwa.- Ja muszę już iść…- Szepcze niechętnie,
przejeżdżając nosem po moim karku, przez co po moim ciele przechodzi
dreszcz. Przez te kilka lat, które razem spędziliśmy, zdążył się
nauczyć, jak to na mnie działa.- Nadal nie rozumiem jak Demonowi udało
się stworzyć Anioła.- Mruczy, a ja uśmiecham się pod nosem.
-Może nie jest takim Demonem, co?- Odpowiadam, a ten prostuje się i patrzy mi w oczy.
-Uwierz, jest. Ale twoja mama pewnie była Archaniołem. Bo przecież dobro zawsze wygrywa.
-Możliwe…
-Jared…-
Obok znów pojawia się Emma.- My naprawdę musimy już iść.- Brunet patrzy
na nią z gniewem.- Jeszcze nie wyjechałeś, a już zachowujesz się jak
wcześniej.- Nie pozwala mu dojść do słowa, po czym odwraca się i
odchodzi.
-Idź już.- Mówię. Nie chcę, żeby odchodził, ale nic na to nie poradzę. Mężczyzna nachyla się nade mną i całuje w kącik ust.
-Jakbyś zmieniła zdanie, będę czekać.- Idzie w tym samym kierunku co Ludbrook.
-Jay!- Krzyczę, a on odwraca się z nadzieją wymalowaną na twarzy.
-Tak?- Widzę jak prawie się uśmiecha. A ja zaraz to zepsuję.
-Zapomniałeś
walizki.- Wskazuję na bagaż, stojący obok mnie. Jego twarz nie wyraża
już nic, oprócz bólu. Bez słowa zabiera walizkę i odchodzi. A ja na
policzku czuję słone łzy. Nie wierzę, że pozwoliłam mu odejść. Terry,
który stał do tej pory na uboczu, podchodzi do mnie, a ja się w niego
wtulam.
-Chodź, jedziemy do domu.- Mówi, ciągnąc
mnie do wyjścia z budynku.- Hej, Aniołku, nie płacz. Ja nawet go nie
lubiłem.- Mruczy, ale wie, że to nieprawda.- A po za tym, nazywał mnie
Demonem.
-Tato?- Szepczę, nie puszczając go.- Mogę u ciebie nocować?
-Mieszkaj u mnie ile chcesz.
JARED
Siadam na fotelu i spoglądam zza okienko na pas startowy. W mojej głowie ciągle dźwięczą mi jej słowa- Ja marzę o miłości, ty żyjesz po to, by biec”. Zrywam się z siedzenia i wpadam na Emmę.
-Odwołuję
te pieprzoną trasę!- Krzyczę.- Nigdzie nie jadę.- Dodaję już ciszej,
wracając na poprzednie miejsce. Chowam twarz w dłoniach i czuję jak po
policzku spływają mi łzy.
-Jay, nie wygłupiaj
się.- Obok mnie siada Shannon. Klepie mnie po plecach.- To tylko
miesiąc. A potem spędzisz z Olivią dwa tygodnie. Wytrzymywaliście więcej
bez siebie.- Prostuję się i spoglądam na niego.- Ty płaczesz? Co się
stało?
-Odeszła. To koniec, rozumiesz?
-Co
ty gadasz? Przecież jesteście dla siebie stworzeni…- Urywa,
przyglądając mi się z uwagą.- Powiedziała, że cię nie kocha, albo coś w
tym stylu?- Spogląda na mnie, a ja wiem, że on też nie jest zadowolony z
takiego obrotu spraw.
-Powiedziała, że nie
możemy już razem być. Że ciągle nie może zapomnieć o Melody, a ja jej to
tylko przypominam i mimo tego, tylko ja jej mogę pomóc. Rozstając się z
nią, powiedziała mi, że marzy o miłości, a ja żyję po to, by biec.-
Ukrywam twarz w dłoniach, czując jak startujemy. Już nie ma odwrotu.
Straciłem ją na zawsze.
Z kieszeni wyjmuję
pierścionek, który dałem jej w sylwestra, prosząc by została moją żoną.
Zwykły, srebrny z wygrawerowanym napisem: „Bright lights, big city”.
A ona zgodziła się, więc dlaczego nasze życie potoczyło się inaczej?
Dlaczego do tej pory nie została moją żoną, tak jak zgodziła się to
zrobić tej nocy w LA? Co się zdarzyło przez te dwa lata? Z chłopakami
postanowiliśmy nagrać album, zostałem w Mieście Aniołów, ona nawet nie
chciała słyszeć o tym miejscu, oprócz świąt, wtedy spędziliśmy razem
tydzień. Jeden durny tydzień na kilka miesięcy, podczas których jedynie
rozmawialiśmy przez telefon. Ile razy leżałem w nocy, nie mogąc zasnąć,
zastanawiając się czy dobrze zrobiliśmy wywołując wojnę z EMI.
Pracowałem by zapomnieć o malutkiej Melody, jednocześnie oddalając się
od Olivii. I po co mi to, do cholery, było skoro teraz zostałem z
niczym?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz