Ciągnę za sobą dwie walizki, co chwila spoglądając na Jareda
i Luckie, którą muzyk niesie. Mężczyzna po chwili wyłapuje moje spojrzenie.
-Pomóc ci?- Pyta, ale ja szybko przeczę ruchem głowy, po
czym wracam wzrokiem przed siebie i po prostu zatrzymuję się w miejscu,
dostrzegając osobę, stojącą kilka metrów przed nami.- Co się stało?- Jay
również się zatrzymuje, przyglądając mi z uwagą. Otwieram usta, chcąc mu
odpowiedzieć, ale uprzedza mnie Elizabeth.
-Gugu!- Woła, wyciągając rączki w kierunku Terenca, który
stoi z uśmiechem, opierając się o słup.
-Cześć.- Podchodzimy do mojego ojca, który chyba po raz
pierwszy w życiu wyjechał po nas na lotnisko. Co szczególnie dziwne, nawet go o
to nie prosiliśmy.- Cześć, Kangurku.- Przejmuje niebieskooką od mojego męża.
-Co tu robisz, Terry?- Pytam, marszcząc brwi.
-Jak to co? Przyjechałem po was. Nie będziecie się tłukli po
taksówkach z moją wnuczką.- Oznajmia, ruszając w kierunku wyjścia z budynku.
Jared przejmuje jedną z walizek, a ja obserwuję jak fotograf szczelnie owija
moją córkę malutkim szaliczkiem.
-Jay, ty to widzisz?- Szepczę. Mężczyzna łapie mnie za rękę
i całuje w skroń.
-Widzę, widzę i nie mogę się nadziwić, że Demon złagodniał.-
Śmieje się cicho. Wychodzimy na świeże, mroźne powietrze zimowego Nowego Jorku,
a zaraz potem chowamy się na parkingu.
-Matko, jak tu zimno.- Mruczę, jeszcze szczelniej owijając
się kurtką. Jared zatrzymuje się przede mną i ze swojego plecaka wyciąga
czapkę, którą nakłada mi na głowę, a potem cmoka w nos. Poprawia jeszcze mój
szalik, mimo, że już nie jesteśmy narażeni na zimny wiatr.
-To dlatego, że przyzwyczailiśmy się do klimatu LA.- Mówi,
ponownie łapiąc mnie za rękę. Wtulam się w jego ramię i kontynuujemy drogę,
starając się nie stracić z oczu mojego ojca i córki. W końcu mężczyzna przed
nami odwraca się i zatrzymuje. Gdy już z nim zrównujemy, zaczyna.
- Pożyczyłem od Emily fotelik, bo Victor i tak z niego
wyrósł, a mój Kangurek nie może tak jeździć bez niczego, bo to niebezpieczne.-
Uśmiecham się lekko, bo po prostu nie poznaję ojca. Ostatnim razem to po prostu
Anderson po nas wyjechała, bo Elizabeth była za mała, żeby ją tak tarmosić w
taksówkach.- Podwiozę was do mieszkania, ale musicie mi obiecać, że wpadniecie
na kolacje.- Uśmiecha się, otwierając samochód. Zapina swoją wnuczkę w fotelku,
o którym nam wspomniał, a ja z pomocą Jareda wkładam walizki do bagażnika, a
potem siadam obok córki, podczas gdy Jay zajmuje miejsce z przodu.- To co z tym
wieczorem?- Terry wyjeżdża z miejsca parkingowego i po kilku chwilach jesteśmy
już na ulicy.
-Wydaje mi się, że wpadniemy.- Uśmiecham się, do jego
odbicia w przednim lusterku.- Nic innego nie mamy na dzisiaj w planach, więc ja
jestem za.
-W takim razie, z tego co zaplanowała Skinny, wpadnę po was
koło dziewiętnastej.- Obserwuje jak mężczyzna poprawia swoje okulary,
jednocześnie zatrzymując się na światłach.
Po prawie godzinie dojeżdżamy pod kamienicę, w której nie
tak dawno jeszcze mieszkaliśmy na co dzień. Żegnamy się z fotografem i
wychodzimy na drugie piętro, z tą różnicą, że teraz to ja niosę Luckie, a Jared
nasze walizki. Jeszcze nie do końca wchodzimy do mieszkania, gdy ktoś puka do
drzwi. Widząc, że Leto zamierza otworzyć, padam na łóżko, w zamiarze przespania
chociaż marnych trzydziestu minut, ale po chwili dociera do mnie głos kobiety,
którą najchętniej wywaliłabym z tego mieszkania.
-Przyszłam na kawę.- Odwracam głowę i zauważam Emily,
opierającą się o framugę drzwi.
-Idź sobie. Chce mi się spać.- Jęczę, sięgając po poduszkę,
którą po chwili przytulam.
-Nie ma szans. Zostaję. Ty zdajesz sobie sprawę ile cię
ploteczek ominęło?- Jęczę cicho, ale jakoś podnoszę się z pościeli i
staję na równych nogach.- Wiedziałam, że dasz radę.- Blondynka uśmiecha się
szeroko i znika w salonie, a ja z tęsknotą spoglądam na pościel. W końcu sięgam
mimo wszystko po podusie i ściskając ją, idę śladem Anderson, która panoszy się
w kuchni.- Jakbyś szukała Jareda, to poszedł do sklepu, żebyście z głodu nie
umarły.- Siadam na sofię, zostawiając przygotowanie kawy recepcjonistce, a sama
siadam na dywanie, koło bawiącej się dziewczynki.
***
Zamykam zmywarkę i prostuję się, przyglądając się jak Skinny
napełnia czajnik wodą. Następnie wrzuca do każdego kubka torebkę z herbatą, a
gdy jest przy ostatnim, odzywam się.
-Ja poproszę kawę.- Uśmiecham się, opierając o blat. Kobieta
marszczy brwi, spoglądając na mnie.- Tak, wiem, jest wieczór, a ja chcę kawę.-
Wywracam oczami.- Ale mnie pobudza tylko herbata Jaya i pierwsza kawa rano.-
Dziewczyna mojego ojca niepewnie chwyta słoiczek z kawą, stojący w rogu.
-Jesteś pewna?- Śmieję się cicho, bo pomimo, że znamy się
już kilka lat, dzięki mojej spontanicznej ucieczce do Nashville nie do końca
zdążyłyśmy się tak porządnie poznać. Zresztą prosto z Nashville trafiłam do LA.
-W stu procentach.- Odpowiadam. Po chwili przenosimy kubki
do salonu, gdzie chwilę wcześniej zostawiliśmy mężczyzn z Elizabeth i pustym
stołem, na którym teraz stoi butelka whisky i dwie szklaneczki, na których dnie
błyszczy złoty napój.- Jay, poważnie?- Pytam, wskazując naczynie. Przez cały
nasz związek zdążyłam się nasłuchać jego opinii o alkoholu mojego ojca, chociaż
ten tylko raz się nim porządnie upił. Pamiętam to dokładnie, bo wtedy spotkaliśmy
się po raz pierwszy w Nowym Jorku. Niebieskooki wzrusza jedynie ramionami.
-Tylko jedna szklaneczka, Aniele.- Uśmiecha się niewinnie, a
ja teraz zwracam uwagę na Terenca, który spaceruje po całym pomieszczeniu z
Luckie na rękach i pokazuje jej przeróżne przedmioty. Teraz zatrzymuje się
przed szafką z ciemnego drewna, na której stoją zdjęcia w ramkach.
-Popatrz, Kangurku, to twoja babcia.- Tłumaczy podnosząc
jedną z fotografii.- A to twoja mamusia, Maleństwo.- Śmieję się cicho, słuchając
jego monologu, przerywanego jedynie krótkim „mama”, czy „bu”, albo „gugu”.
-Dlaczego on tak do niej mówi?- Pytam, spoglądając na brunetkę,
która siedzi w fotelu, podczas gdy ja z Jaredem na sofie.
-Odpowiedź jest na twojej kolekcji kubków, Puchatku.- Odzywa
się głos nade mną. Unoszę wzrok i dostrzegam Terrego, który przekazuje mi dziewczynkę,
ta wtula się we mnie, ale po chwili zaczyna się wiercić. Młodszy Leto podaję
jej Bubu, czyli jej nierozłączną żyrafę.
***
Przechodzę z pokoju do pokoju, szukając wszędzie pluszowej
żyrafy, której domaga się Elizabeth i którą jednocześnie gdzieś zgubiła.
-Mama, bubu!- Woła, z pokoju, który kiedyś przeznaczony był
dla gości, a teraz należy do niej.
-Już, kochanie.- Wciągam gwałtownie powietrze, dostrzegając
wystającą żółtą łapkę zabawki z pod łóżka w naszej sypialni. Wyciągam miśka i
zanoszę go do naszej córki, która stoi w swoim łóżeczku, trzymając się ramy.-
Widzisz, mama znalazła misia.- Wręczam jej zabawkę, a ta po prostu siada, a
potem kładzie się, przytulając go.- Widzę, że idziesz spać.- Uśmiecham się i
przykrywam ją kocykiem.
Gaszę światło, ale zostawiam małą lampkę nad łóżeczkiem
zaświeconą i wychodzę, nie zamykając drzwi. Wchodzę do sypialni i wślizguję się
pod kołdrę. Przez moment nasłuchuję czy nie woła mnie Ellie, ale albo bawi się
grzecznie, albo powoli zasypia. W końcu w drzwiach pojawia się Jared,
przecierający długie już włosy ręcznikiem. Na sobie ma tylko czarne spodnie od
piżam. Marszczę brwi, dostrzegając na jego twarz zarost.
-Wracaj do łazienki.- Mówię, gdy ten zawiesza ręcznik na
ciepłym kaloryferze.
-Po co?- Dziwi się.
-Zgól to coś. Wyglądasz jak pajac.- Pokazuję o co mi chodzi,
machając dłonią koło swojej twarzy.- Nawet nie wiesz jakie to irytujące jak tak
kłujesz.- Wzdycham, a ten jak na złość, nachyla się nade mną i po prostu
przejeżdża swoim policzkiem, po moim. Próbuję się jakoś obronić, ale na marne.-
Głupi jesteś.- Uderzam go lekko w klatkę piersiową, a ten całuje mnie
delikatnie.
-Nie wiem, czy za tego pajaca pozbędę się zarostu, bo
zaczyna mi się podobać.- Uśmiecha się, a ja jęczę cicho.- Może jak poprosisz.-
Wzdycham cicho.
-Bardzo proszę.- Robię słodkie oczka, a ten po pocałowaniu
mnie w czoło, wychodzi z pomieszczenia. Gdy wraca po kolejnych kilku minutach
na jego twarzy nie ma ani jednego włoska.
-Luckie zasnęła, więc zgasiłem u niej.- Mówi, kładąc się
obok mnie. Przyciąga mnie do siebie, przez co z rąk wypada mi telefon, którym
bawiłam się, podczas jego nieobecności. Głaskam go po policzku, który nadal
pachnie pianką do golenia i kładę się na jego torsie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz