Mieszam zupę, gdy do mieszkania ktoś wpada jak strzała. Wychylam się z kuchni, ale zamiast Jareda widzę zapłakaną Emily. Uśmiecha się leciutko do dziewczynki bawiącej się lalką na dywanie, po czym od razu wtula we mnie.
-Co się stało?- Pytam, głaszcząc ją po włosach.- Gdzie Victor? Coś mu się stało?
-Bennie się nim opiekuje.- Wymrukuję w moją koszulkę.- Nie powiedziałam ci czegoś ważnego. Rozwodzę się z Tonym, a właściwie, to się już rozwiodłam, przed godziną.- Odsuwam ją na długość ramion, przyglądając się uważnie kobiecie, marszcząc brwi.
-Jak to? Myślałam, że jesteście idealnym małżeństwem. Czemu wcześniej mi o tym nie powiedziałaś?- Znów ją przytulam.
-Od trzech miesięcy się unikamy, a jak już wpadniemy na siebie, to się kłócimy.- Pociąga nosem, więc chwytam pudełko z chusteczkami, leżące na blacie i podaje go jej.
-Poczekaj moment. Zdejmę tylko garnek z kuchenki.- Jeszcze raz przejeżdżam po jej włosach, po czym robię to co powiedziałam.- Chodź do salonu. Chcesz coś do picia? Herbatę, kawę? A może wodę?- Proponuję, ale ta przeczy ruchem głowy. Siadamy na sofie, a obok nas pojawia się czarnowłosa. Wyciąga rączki w moim kierunku, więc sadzam ją sobie na kolanach.- Teraz opowiadaj jak to się stało.- Dziewczynka przechodzi na kolana blondynki i przytula ją.
-Miałam dość tych wszystkich kłótni i półtora miesiąca temu złożyłam pozew o rozwód. On i tak się wyprowadził, zaoszczędziłam nam tylko czasu. To by się stało prędzej czy później.- Opiera się o moje ramię.-Ale teraz, po wszystkim, zastanawiam się czy na pewno zrobiłam dobrze. Ja go naprawdę kochałam, a w zasadzie ciągle go kocham.- Przeciera dłonią łzy.
-A co z waszym synem?- Obejmuję ją ramieniem.
-Tony wrócił do swojego dawnego mieszkania, więc jeden dzień będzie u mnie, a w drugi u niego.
-Emily, byłyśmy wczoraj na kawie. Dlaczego mi o tym nie powiedziałaś?- Anderson odsuwa się ode mnie i spogląda smutnym wzrokiem.
-Myślałam, że sama sobie z tym poradzę, ale chyba jednak jestem za słaba.- Mruczy, teraz dla odmiany przytulając Elizabeth.
***
Ponownie słyszę odgłos otwieranych drzwi. Obracam się, czekając jak przybysz wejdzie do salonu, ale jeszcze przed zamknięciem drzwi dociera do mnie głos Jareda.
-Wróciłem! Gdzie są moje aniołki?- Mała przykłada paluszek do ust, uciszając go.
-Cicho, tato.- Mrozi go wzrokiem, a on pojawia się obok niej. Wystawia rękę w jego kierunku, a ten podnosi ją.- Ciocia śpi.- Dodaje dziewczynka, wskazując na sofę, na której leży przykryta kocem Emi. Leto obraca się w moim kierunku. Wchodzi do kuchni i cmoka mnie w usta, po czym marszczy brwi, a ja doskonale wiem o co mu chodzi.
-Rozwiodła się z Tonym.- Mówię, przejmując córkę i z uśmiechem, całując ją w nos.
-Że co proszę?- Niebieskooki opiera się o blat i przygląda raz mi, a raz kanapie w salonie.- Przecież zawsze świetnie się dogadywali.
-Ostatnio podobno tylko się kłócili.- Wzdycham cicho, odkładając dziewczynkę, która znika w salonie.- Ja naprawdę nie wiem co mam o tym wszystkim myśleć.- Wtulam się w niebieskookiego, który całuje mnie w głowę.
-Wszystko jakoś się ułoży, zobaczysz.- Delikatnie przejeżdża palcami po moim policzku.- I pamiętaj, że mówię to ja, człowiek, który na początku najbardziej wątpił w ten związek.
-Przykro mi Jared.- Odwracamy się na dźwięk głosu blondynki, która stoi w drzwiach.- Ale z tego związku już chyba nic nie zostało.- Uśmiecha się lekko.- Ja już chyba pójdę. Dziękuję za wszystko.
-Nie idź jeszcze.- Wyrywam się z objęć muzyka.- Może zjesz z nami obiad?- Proponuję.
-Nie, Ben miał coś ugotować. Zadzwonię do ciebie jutro.- Podchodzę bliżej i obejmuję ją jeszcze raz.
-Trzymaj się, mała.- Cmokam ją w czoło.- I pamiętaj, że możesz do mnie przychodzić kiedy chcesz.
-Dziękuję.- Puszczam ją.- Pa.- Kobieta czochra jeszcze włoski Luckie i wychodzi, a ja spoglądam na Jaya.
JARED
Sadzam dziewczynkę na pianinie, stojącym pod ścianie, a sam siadam na stołku przy instrumencie. Uśmiecham się, widząc zadowolenie na twarzyczce mojej córeczki, która chwyta jedną ręką kartki z nutami, a drugą ściska Bubu, pluszową żyrafę.
-No to co gramy?- Pytam, a ta przekazuje mi papier. Śmieję się cicho.- Ale wszystkiego nie zagramy.- Mówię, wybierając jeden utwór, a dokładniej “Bright lights”. Przekładam czarnowłosą na swoje kolana. Naciskam dwa pierwsze klawisze, a potem łapię malutką dłoń i powtarzam moje ruchy. Gdy jesteśmy jakoś w połowie piosenki, niebieskooka się buntuje.
-Koniec.- Mówi i próbuje zjechać po moich nogach, ale w ostatniej chwili łapię ją w pasie, nie pozwalając zejść.- Tato, spać!- Woła i po chwili ziewa, tak jakby próbowała mi zademonstrować, że rzeczywiście chce iść spać. Podnoszę się z nią na rękach i kieruję się prosto do pokoiku, który wcześniej służył jako pokój gościnny.
-Jesteś pewna, że pójdziesz spać? Bo jak cię włożę do kołyski, to wyjmę dopiero rano.- Straszę ją, jednocześnie cmokając w malutki nosek. Ta przez chwilę zastanawia się, a potem kiwa głową, potwierdzają, więc odkładam ją na małej kołderce.
Jeszcze przed tym jak ja ją przyjąłem, Olivia ją umyła i przebrała w piżamkę, tak, że w zasadzie była gotowa do spania już praktycznie od godziny. Jednak w związku z tym, że już od jakiegoś czasu Elizabeth nie ma ochoty chodzić wcześno spać, co wieczór staramy się ją wymęczyć albo przez zabawę, albo przez próbę nauki gry na pianinie.
-Dobranoc, Luckie.- Nachylam się i cmokam ją w czubek główki.
-Pa, tato.- Macha mi lekko, a ja zostawiam włączoną lampkę nad jej łóżeczkiem i wychodzę z pomieszczenia, niedomykając do końca drzwi.
Od razu wstępuję do łazienki na szybki prysznic i po wyczyszczeniu zębów i upewnieniu się, że malutka zasnęła, idę do sypialni, a tam przyłapuję Olivię, wyginającą się pod różnymi kątami. Marszczę brwi z lekkim śmiechem i opieram się o framugę.
-Co ty robisz, aniołku?- Pytam, nie mogąc powstrzymać uśmiechu, za co zostaję zmrożony spojrzeniem jej pięknych, zielonych ocząt.
-Nie gap się, tylko mi pomóż.- Wskazuję na tylny zamek bordowej sukienki, którą ma na sobie. Podchodzę do niej i delikatnie zasuwam go, jednocześnie składając cztery całusy na jej odsłoniętej szyi. Przez moment kobieta przygląda się sobie w lusterku, a potem odwraca w moim kierunku.- Mierzę sukienki.- Odpowiada na moje poprzednie pytanie.- Leżą tu już tyle lat, ja w nich nie chodzę, ale szkoda mi ich wyrzucać. Mogą się jeszcze przydać, prawda?- Spogląda na mnie, wzdychając.
-Wyglądasz prześlicznie, Lee.- Przyciągam ją do siebie i zamykam w objęciach.- Na pewno ci się jeszcze przydadzą, ale aktualnie robi się coraz zimniej, a ja cię z domu nie wypuszczę w takich cienkich rzeczach, bo mi się przeziębisz, jasne?- Kiwa głową w górę i w dół.
-Położyłeś Luckie do spania?- Pyta, wyplątując się z moich ramion i odwraca się plecami do mnie, a ja bez słowa odsuwam sukienkę.
-Położyłem.- Siadam na łóżku i przyglądam się jak ściąga materiał ze swojego ciała, zostając w samej bieliźnie. Naciąga szybko moją starą, rozciągniętą koszulkę, która sięga jej do połowy ud i powoli podchodzi bliżej. Uśmiecham się do niej, a ta cmoka mnie w nos ze śmiechem.
-Nawet nie zdążyłam cię wcześniej spytać, jak poszła sesja z Terrym.- Wzdycha, siadając na moich kolanach. Wzruszam ramionami, łapiąc ją w talii, żeby nie spadła.
-Tak jak zawsze. Trochę na mnie nawrzeszczał, narzekał, że mogłaś znaleźć sobie kogoś innego, więc generalnie nic nowego.- Zielonooka chichota, chowając głowę w zagłębieniu mojej szyi, przy okazji łaskocząc mnie.- Ach, prawie zapomniałam, oberwało mi się, że nie wziąłem jego Kangurka.- Teraz chichot zmienia się w cichy śmiech.- I nawet moje argumenty, że jest w pracy nie pomagały.- Wzdycham.
-W takim razie chyba się do niego jutro wybiorę z Kangurkiem.- Mruczy.
-Właściwie to czy tak czy tak byś musiała iść, bo, pozwól, że zacytuję: “Ja nie będę poprawiał twoich niedoskonałości. Jak już wyszła za takiego, niech go teraz sobie naprawi.”. Jakbym ja miał jakieś niedoskonałości.- Czarnowłosa odchyla się na kilka centymetrów.
-Oj masz kilka.- Po raz kolejny zostaję obdarowany całusem w nos.- Ale za nie cię kocham najbardziej.- Tym razem całuje mnie już prosto w usta.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz