Otwieram drzwi do domu i ściągam buty. Ostatkiem sił docieram do salonu. Rozglądam się po pomieszczeniu i na tarasie dostrzegam dwóch głupków. Odkładam torebkę przy schodach i wychodzę przed dom. Na stoliku, przed muzykami stoi laptop, do którego oboje się uśmiechają.
-Albo rozmawiacie z Connie, albo oglądacie laski.- Mruczę, a oni spoglądają na mnie w tym samym momencie. Starszy uśmiecha się szeroko, poprawiając okulary na nosie.
-Lee, za kogo ty nas uważasz? Gdybyśmy przeglądali laseczki, robiliśmy to na moim laptopie, a nie na twoim.- Podchodzę bliżej, w myślach obliczając ile dni zostało do powrotu Emmy i chłopaków z Australii, ale wynik mnie nie zadowala. Jeszcze przynajmniej tydzień będzie nas nawiedzał z braku lepszego zajęcia.
-Cześć, Connie.- Witam się, siadając na kolanach Jareda.
-Ile ty siedzisz w pracy? Powinnaś się oszczędzać.- Jęczę cicho. Zaczyna się kazanie.- Nie wiem czy wiesz, ale normalnie pracuje się po…- Przerywam jej.
-Czasem żałuję, że traktujesz mnie jak swoje dziecko.- Kobieta wywraca oczami, a ja czuję jak ręka jej młodszego syna, kreśli na mojej nodze przeróżne wzory, ale ciągle kierując się ku górze. Trzepię go po dłoni.- A ty mnie nie rozpraszaj.
-Ty nie słyszałaś nawet w połowie jej kazań do nas.- Mruczy Shan.
-Jak pogoda? I mam nadzieje, że ci się podoba.- Zwracam się do kobiety.
-Nie wiem jak mam ci dziękować. Nie spodziewałam się, że Hawaje są takie piękne. A twoja rodzina jest przemiła.
-Cieszę się.
-Chyba nigdy nie spotkałam słodszej osoby od Alani, no oprócz moich wnuków. Skąd ta dziewczyna ma tyle energii? Jak nie surfuje, to gra na gitarze, a jak nie gra, to jest w dziesięciu miejscach na raz. No i ciągle wypytuje o was.
-A jak zareagowała na prezenty od nas?- Pyta perkusista z wielkim uśmiechem.
-Była przeszczęśliwa i wysyła wam miliony całusów. Wspominała też, że marzy, o wakacjach w LA.
-O nie. Ja się za nią uganiać nie będę.- Ogłaszam od razu.- Jak będzie pełnoletnia, niech przyjeżdża, ale nie teraz.- Trzy pary oczu przyglądają mi się ze smutkiem.
Ale dlaczego?- Wymrukuje Shannon.
-Nie daję rady upilnować dwóch dorosłych dzieciaków, a co dopiero jeśli by mi doszła jeszcze zbuntowana nastolatka, która ma nieskończoną ilość energii.- Blondynka wybucha śmiechem.- Już Luckie jest najgrzeczniejsza z nich wszystkich. Swoją drogą, gdzie ona jest?- Robię dziubek przyglądając się Jayowi. Ten cmoka mnie w usta.
-Śpi.- Wskazuje na niańkę elektryczną.- Pranie też zrobiłem.- Uśmiecha się szeroko, a ja kręcę głową z politowaniem.
-A powiesiłeś je, czy nadal leży w pralce?- Tym razem mężczyzna się krzywi, za to jego brat wybucha śmiechem.- No i widzisz, Connie? To zastaję wracając z pracy. Dobrze, że chociaż Luckie się umieją zająć.- Podnoszę się z kolan muzyka.- Miłej zabawy, a ja idę powiesić pranie. Pozdrów Carla.
-Dziękuję. A tobie życzę powodzenia z moimi synami.- Macha w moim kierunku.
***
Przechodzę koło strzelnicy, w której do wygrania są misie, nie mogąc uwierzyć, że dałam się na to przekonać. Spoglądam w dół, gdzie mała dzielnie trzyma się mojej dłoni i przygląda się wszystkiemu z fascynacją. Następnie kieruję swój wzrok na tych dwóch kretynów, którzy nie mogą się zdecydować gdzie mają pierwsze iść i od pięciu minut się przekrzykują.
-Mamo?- Spoglądam na dziewczynkę, która teraz wystawia ręce w moim kierunku. Podnoszę ją.
-Tak kochanie?- Przerzucam jednego z jej warkoczyków na jej plecy.- Nie zimno ci?- Pytam, czując, że się ochłodziło.
-Nie. A kupisz mi o to?- Wskazuje paluszkiem na stoisko z watą cukrową.
-Różową?- Dopytuję z uśmiechem, a ona potwierdza, kiwając główką.- Jared!- Wołam mężczyznę, a ten odwraca głowę w naszym kierunku.- Przypilnuj na moment Luckie. Ja zaraz wracam.- Podaje mu dziewczynkę, która od razu wtula się w jego ciało.- Tylko się stąd nie ruszajcie.- Grożę mu palcem i odchodzę. Pięć minut później wracam, a ich nie ma. No pięknie, mogłam się tego spodziewać. Obracam się naokoło, aż w końcu przy jednym ze stoisk dostrzegam dwa czarne warkoczyki i legginsy Jaya w zebrę. Biorę głęboki oddech, próbując się uspokoić i podchodzę do nich.- Mieliście się nie ruszać.- Warczę w kierunku muzyka.
-Patrz co wygrałem dla malutkiej.- Przystawia mi przed twarz miśka, a ja uśmiecham się lekko.- Dla mamy też coś mamy, prawda?- Zwraca się do naszej córki, a ta wystawia ręce w moją stronę, trzymając w nich małego Kubusia Puchatka.
-Ja też coś dla ciebie mam.- Unoszę kąciki ust jeszcze wyżej, podając jej watę cukrową.- A teraz damy się wyszaleć tacie i wujkowi, a my zostaniemy na ziemi, tak?- Elizabeth oprócz włosów, odziedziczyła po mnie również lęk wysokości i w sumie bardzo dobrze, bo nigdy nie puściłabym jej na jakąkolwiek kolejkę z tymi wariatami.
***
Padam ze zmęczenia na sofę, a tuż obok mnie siada Shannon z wielkim uśmiechem na ustach i Elizabeth na rękach. Stawia dziewczynkę na dywanie, a ta biegnie zadowolona do kuchni, gdzie przed momentem zniknął Jared.
-To jak? Kiedy to powtarzamy?- Pyta perkusista, a ja wydaję z siebie cichy jęk.
-Nigdy? Zachowujecie się gorzej niż dzieci.- Łapię puchatą poduszkę i przykładam ją sobie do twarzy.- A przypominam, jesteście już staruchami.- Dodaję, wychylając się lekko. I właśnie wtedy obrywam drugą poduchą.- Ej!
-Należało ci się.- Starszy Leto wzrusza ramionami, odkładając swoją broń pod głowę.- Bro?! Ile można czekać na kawę?!- Woła, a ja przynajmniej z tym się zgadzam. Odkąd weszłam do domu, to jedyne o czym marzę.
-Przymknij się, bo zaraz stąd wyjdziesz!- Dociera do nas odpowiedź niebieskookiego.
-Czy mi się zdaje, czy on próbuje udać groźnego?- Śmieję się cicho, a następnie zmieniam pozycję z siedzącej na leżącą z stopami na udach perkusisty.- Oliver, bo ja kiedyś tak sobie o nas myślałem.- Zaczyna, a ja unoszę lekko głowę, by na niego spojrzeć i marszczę brwi.- Wiem, że razem z Babu macie to studio i masz dużo roboty, ale co powiesz na kolejną spółkę, tym razem ze mną?
-Kontynuuj.- Mruczę.
-Bo wiesz, mamy naszą wspólną miłość, kawę i może by tak założyć kawiarnie ze sklepem z napojem bogów?- Przez moment myślę nad propozycją, zagryzając jednocześnie wargę.
-Jestem za, ale potrzeba do tego miejscówki, trochę kasy na start i wiesz, tego typu rzeczy.- Marszczę nos, przypominając sobie jak to było z początkami studia.
-Ty wiesz, co? Jesteś najlepszym co mnie spotkało dzięki Jaredowi. I mówię w tym momencie poważnie.- Obserwuję jak mężczyzna prawie podskakuje ze szczęścia.- W takim razie jutro przed południem po ciebie wpadnę, bo umówiłem się na oglądanie lokalu, czyli jedynej rzeczy, której mi brakuje. No i jeszcze twoje podpisy.
-Hola, hola? To od kiedy się tym zajmujesz?- Unoszę się na łokciach.- I w którym miejscu to ma być?
-Koło waszego studia jest lokal do wynajęcia po wcześniejszej kawiarni.- Uśmiecha się szeroko.- Dwa kroki i będziesz mogła zrobić niespodziewaną kontrolę.- Uśmiecha się szeroko.
-W sumie, to mi to pasuje, bo tamta kawa u nich była obrzydliwa.- Krzywię się.- Ale od kiedy to planujesz?- Dopytuję.
-Marzę o tym odkąd wypiłem po raz pierwszy prawdziwą kawę, a zacząłem działać mniej więcej rok temu.- Uśmiecha się szeroko, a ja kręcę głową z politowaniem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz