POSTACIE Strona głóna

czwartek, 18 lutego 2016

32. SPOTKANIE Z RODZINĄ

26 listopad 2006
Przewracam się na bok, szukając ręką Olivii, ale gdy moja dłoń opada na pościel, otwieram powieki. Rozglądam się po sypialni, ale jestem w niej sam. Podnoszę się do pozycji siedzącej i przecieram zaspane oczy. Zrzucam stopy na dywan i wstaję, po czym rozciągam się, jednocześnie ziewając. Zaraz po porannej toalecie i ubraniu spodenek i koszulki, zbiegam po schodach na dół. Kieruję się do kuchni, skąd słychać odgłosy rozmowy. Zatrzymuję się w drzwiach, widząc, że dwie, najważniejsze kobiety mojego życia siedzą przy stole i rozmawiają. No, właśnie, o czym one rozmawiają? Chrząkam, a obie jak na zawołania odwracają się w moim kierunku.
-Wyspałeś się, synku?- Pyta mama, a ja podchodzę bliżej.
-Tak, a która godzina?- Zajmuję miejsce na jednym z wolnych miejsc i nachylam się w kierunku Richardson. Całuję ją na dzień dobry, a ta delikatnie się rumieni. Mógłbym codziennie oglądać jej zaróżowione policzki. Wygląda wtedy przesłodko.
-Po dziesiątej.
-Tak długo spałem?- Dziwię się, po czym wzruszam ramionami.- Shannon wrócił na noc?
-Koło piątej. Obudziłam się jak szedł korytarzem.- Odpowiada czarnowłosa, łapiąc w dłoń widelec i nabijając na niego kawałek banana, jednocześnie omijając mój wzrok.
-No to, nieźle zabalowali. A dzisiaj musimy jeszcze zgarnąć rzeczy z teatru. Obiecałem to zrobić przed dwunastą.- Mruczę.
-Mogę pojechać z tobą.- Proponuję dziewczyna, a ja spoglądam na nią.
-Jak chcesz możesz zostać. Poradzę sobie sam.- Kątem oka zauważam jak mama wstaje i wychodzi z pomieszczenia, zostawiając nas samych. Przyglądam się dokładnie fotograf. Siedzi ze spuszczoną głową, co nie zwiastuje niczego dobrego. Kucam przed nią i łapie jej dłonie.- Co się stało, Aniele?
-Ja…- Szepczę, po czym urywa. Cierpliwie czekam, aż dokończy, co dzieje się moment później.- Sama nie wiem, czy to wszystko nie był tylko sen.- Po raz pierwszy spogląda na mnie, a w jej oczach widzę smutek. O wiele bardziej wolę jak się uśmiecha.
-Ale co dokładnie?- Dopytuję, głaskając kciukiem jej delikatną skórę.
-To na koncercie. To, co powiedziałeś.- Uśmiecham się i prostuje nogi. Nachylam się i dwoma palcami unoszę jej podbródek do góry.
-Aniele, to nie był sen…- Szepczę, prosto w jej usta.- Ja naprawdę cię kocham.- Wbijam się w jej wargi, a ona odwzajemnia pocałunek, uśmiechając się przy tym. Odrywam się i opieram czołem, o jej czoło.- I mam nadzieję, że ty mnie też kochasz.
-Nawet nie wiesz jak bardzo.- Odpowiada, a do kuchni wchodzi Shannon z telefonem, z którego wydobywa się „Highway To Hell”. Ze wściekłością wręcza przedmiot Olivii.
-Ten ktoś chyba ma ważną sprawę do ciebie, bo to cholerstwo dzwoni już szósty raz.- Mruczy, zaspany, a czarnowłosa spogląda na wyświetlacz. Na jej czole pojawia się drobna zmarszczka. Przykłada komórkę do ucha i omijając nas, wychodzi z pomieszczenia.
-Kac cię dopadł?- Pytam, gdy on zabiera się za robienie kawy. Opieram się o blat. Mężczyzna mrozi mnie wzrokiem, co uznaję za potwierdzenie. Prycham.- Musimy jechać za chwilę do tego teatru po resztę rzeczy.- Oznajmiam.
-Nie musimy. Emma to załatwiła, więc możesz się gdzieś wybrać z Olivią.
-Nam też zrób kawę.- Odpycham się i idę do salonu. Obracam wokół własnej osi, aż dostrzegam sylwetkę dziewczyny na zewnątrz. Odsuwam szklane drzwi, a do moich uszu dociera jej głos.
-… Ja też go kocham.-Mimowolnie uśmiecham się na te słowa.-  Chciałam mu to powiedzieć już od dawna, ale nie wiedziałam jak na to zareaguje… Wracamy w przyszłym tygodniu… No, wiesz? Ciebie nie było dwa miesiące.- Po tych słowach, przypuszczam, że rozmawia z Terrencem, a w sumie jestem pewny na 99%.
-Lee.- Odzywam się, a ona momentalnie odwraca w moją stronę.- Emma już załatwiła sprawę z teatrem.-Oznajmiam, a ona uśmiecha się do mnie.- Może pojedziemy dzisiaj do twoich dziadków?- Proponuję.
-Dobrze.- Odpowiada.- To nie do ciebie…- Mówi, zapewne do swojego ojca. Obejmuję ją w talii.- Jay przyszedł… Terry, zachowujesz się jak dziecko.- Jej słowa tylko potwierdzają moje przypuszczenie, co do jej rozmówcy-… Zadzwoń jak już się uspokoisz.- Odrywa telefon od ucha i rozłącza się. Rzuca komórkę na leżak.
-Co tym razem?- Pytam, całując ją w głowę.
-Nie podoba mu się nasz wyjazd. A sam się na niego zgodził. Co prawda miał wtedy wielkiego kaca, i zgodziłby się na wszystko, bylebym tylko siedziała cicho.- Chichocze, by następnie wspiąć się na palcach i zatopić w moich ustach. Odwzajemniam pocałunek, obejmując ją mocniej i robiąc krok do przodu, a potem kolejny, aż wpadamy do basenu. Zdaję sobie sprawę z tego, że teraz mam przerąbane, ale warto było. Wypływam na powierzchnię, ciągle obejmując dziewczynę.- Grabisz sobie, Leto.- Odzywa się, mrożąc mnie wzrokiem.- Kiedy ty dorośniesz?- Wyrywa się i podpływa do krawędzi. Wyskakuje na brzeg i siada na nim, tak, że ma nogi w wodzie. Wzruszam ramionami, a na zewnątrz wychodzi Shan z trzema kubkami w rękach.
-Jak dziecko, jak dziecko.- Komentuje.- Z kim ty się związałaś?- Zwraca się do Olivii.- Jeszcze możesz to przerwać.- Dodaje, wręczając jej kawę.- Uciec od niego, albo choćby związać się z kimś poważniejszym, mądrzejszym, takim jak ja.- Puszcza jej oczko.
-Łapy przy sobie, Bro.- Mruczę, wychodząc z basenu, i odbierając mu mój napój.
-Zastanów się nad tym.- Zwraca się do czarnowłosej, po czym zajmuje miejsce na jednym z leżaków.
-Przykro mi, Shan, ale moje serce należy do innego. Mimo, że robisz najlepszą kawę na świecie, wybieram tego dzieciaka, który wrzucił mnie do basenu.- Nie wiem, czy mam się cieszyć, czy obrazić.
                                *                      *                      *
Podjeżdżamy pod drewniany dom na obrzeżach miasta. Gdy tylko gaszę samochód, dziewczyna prawie wybiega z pojazdu. Z uśmiechem na ustach wysiadam z niego i zamykam go, po czym idę za nią. Zatrzymuję się przed drzwiami, w momencie, gdy one się otwierają. Za progiem stoi kobieta w zwiewnej, pomarańczowej sukience, o czarnych włosach, pokrytych lekką siwizną.
-Olivia!- Przyciąga moją ukochaną do siebie i zamyka ją w szczelnym uścisku.- Myślałam, że jesteś w Nowym Yorku.- Odsuwa ją lekko od siebie i przygląda z uwagą.- Schudłaś.-Stwierdza, jak na prawdziwą babcie przystało.- Dziecko, ty coś w ogóle jesz?
-Babciu, przestań.- Jęczy, całując ją w policzek.- Przyjechałam w odwiedziny. Jest dziadek?
-Ogląda jakieś głupoty w salonie.- Wzrok kobiety zatrzymuje się na mnie.- A to co za młodzieniec?- Richardson odwraca się i łapie mnie za rękę.
-To jest Jared, mój chłopak.
-Dzień dobry.- Mówię kulturalnie, a ona przygląda mi się przez chwilę, jakby analizując mój wygląd.
-Dzień dobry, wchodźcie do środka. Musisz mi poopowiadać. Co u ciebie? Terry jeszcze cię nie zamęczył? Ach, cóż za parszywy człowiek.- Zostajemy brutalnie wciągnięci w głąb budynku.- Jak się spotkaliście? Henry, popatrz kto nas odwiedził.- Zwraca się do mężczyzny siedzącego w fotelu, a on na widok mojej dziewczyny gwałtownie wstaje.
-Lee, już myślałem, że o nas zapomniałaś.- Zwraca się do niej, tak jak Braxton.- Nie dzwoniłaś przez miesiąc.
-Przepraszam, ale Terry wyjechał do Paryża i musiałam go zastąpić.
-O dzień dobry.- Uśmiecha się do mnie i wyciąga dłoń.- Jestem Henry, a ty to Jared, tak?- Kiwam delikatnie głową, zastanawiając się, skąd mnie zna.- Dużo o tobie słyszałem. Siadaj.- Wskazuje na kanapę, a ja posłusznie zajmuje na niej miejsce.- Alice, zrób nam coś do picia. Kawa, herbata?- Spogląda na mnie.
-Poproszę herbatę.- Odpowiadam.
-Dla mnie też.- Kobieta kieruje się ku wyjściu z pomieszczenia, a Olivia idzie za nią.
-Pomogę ci, babciu.- Obie znikają, a ja zostaje z dziadkiem mojego Aniołka. Pierwszy raz znalazłem się w takiej sytuacji i nie mam pojęcia co mam mówić.
-No dobrze, Jared, bo mogę do ciebie mówić po imieniu, prawda?- Po raz kolejny potwierdzam ruchem głowy.- Powiedź mi, co czujesz do mojej wnuczki?- No, cóż nie spodziewałem się takiego bezpośredniego pytania.
-Kocham ją.- Odpowiadam, spoglądając mu w oczy. Są koloru brązowego, zupełnie niepodobne do zieleni panny Richardson.
-To dobrze. Mam nadzieję, że jej nie skrzywdzisz, bo dla twojej wiadomości mam pozwolenie na broń.- Otwieram usta ze zdziwienia, nie wiedząc jak się zachować, jednak ratuje mnie Olivia.
-Dziadek, nie strasz go.- Dziewczyna zajmuje miejsce obok mnie.- On żartuje.- Zwraca się do mnie.- Może i ma strzelbę, ale nie umie jej nawet odbezpieczyć.- Całuje mnie w policzek.
-Lee, Alice zapisała się na kółko strzeleckie jak wyjechałaś.- Richardson robi zdziwioną minę.- Ona jest gorsza ode mnie, więc radzę ci uciekać.
-Ale ja nie zamierzam jej skrzywdzić.- Oznajmiam, łapiąc ją za rękę, gdy do pomieszczenia wchodzi Alice, z tacką z parującymi kubkami. Gdy każdy dostaje jeden, siada na oparciu fotela, obok swojego męża.
-No dobrze, teraz opowiedzcie mi jak się poznaliście.
-Wpadłam na Jay’a, biegnąc do pracy.- Zaczyna moja ukochana, opierając głowę na moim ramieniu. Uśmiecham się lekko, przypominając sobie ten moment.- A potem spotkaliśmy się u ojca. – Streszcza połowicznie.
-Więc ty też jesteś fotografem?- Pyta kobieta.
-Alice, on jest aktorem i piosenkarzem. Ma własny zespół.- Mruczy mężczyzna, jakby to było najoczywistszą rzeczą na świecie.
-Oj, przepraszam, że nie przesiaduje całe dnie przed telewizorem, wpatrzony we wszystko, oprócz swojego życia…- Moja towarzyszka cicho jęczy i wstaje, ciągnąc mnie za sobą. Kieruje się do szklanych drzwi.
-Im to chwilę zajmie.- Wchodzimy do ogrodu, który wygląda jak mała dżungla i siadamy na huśtawce.- Oni tak zawsze. Ciągle się dziwie, że jeszcze się nie pozabijali.- Całuję ją w odsłonięte ramie.
-Podoba mi się tu. Takie oderwanie od rzeczywistości.- Mówię, przyglądając się budynkowi. Może mały i drewniany, ale ma swój urok. Jest całkowicie oderwany od całego miasta. Może kiedyś wybuduję taki dla nas. Ale pierwsze muszę się jej oświadczyć.
-O czym myślisz?- Spoglądam na nią i wzruszam ramionami. Leto, aleś ty głupi. Wczoraj dopiero powiedziałem jej, o moich uczuciach, a już planuje budowanie domu. A poza tym, co jeśli będzie wolała mieszkanie w Nowym Yorku? Przecież nie zmuszę ją do przeprowadzki.- Ej, przecież widzę, że coś siedzi w tej twojej główce.- Dźga mnie w ramie, a ja, jak jakiś dzieciak łapię się za to miejsce, z udawanym grymasem na twarzy.
-To bolało, Aniele.- Robię smutną minkę, a ta wybucha śmiechem.- O nas myślę.- Mówię już całkiem poważnie, łącząc nasze dłonie.- Jestem przy tobie przeszczęśliwy.- Całuje po kolei jej knykcie.
-Leto, coś ty się taki uczuciowy zrobił?- Unosi jedną brew w górę, a ja wzdycham.
-Już nie mogę powiedzieć co czuję?- Przyglądam się jej zielonym oczom, w których dostrzegam błysk radości.
-Oj, Jared, Jared. Wiesz, że lubię się z tobą droczyć.- Całuje mnie w nos, a na moje usta wraca uśmiech.- Też jestem przy tobie szczęśliwa.- Opiera się na moim ramieniu, a na zewnątrz wychodzi jej babcia.
-Olivia, Henry chce z tobą porozmawiać.- Woła, a ona momentalnie podnosi się i znika w budynku. Za to do mnie podchodzi kobieta. Staje i przypatruje mi się przez chwilę. Po raz kolejny czuję się niekomfortowo.- Powiedź mi, tylko szczerzę, to ty byłeś na pogrzebie Elizabeth?- W życiu nie spodziewałem się takiego pytania. Już sam zapomniałem o tym wydarzeniu.
-To byłem ja.- Odpowiadam z godnie z prawdą, spuszczając przy tym wzrok.
-Co tam robiłeś? I dlaczego? Skąd tak naprawdę znasz Olivię?
-Przyszedłem na pogrzeb. Byłem świadkiem wypadku i pomogłem jej. Zadzwoniłem po pogotowie, zawiozłem do szpitala, potem odwiozłem do domu i opiekowałem się nią, dopóki nie zasnęła. Chciałem ją jeszcze odwiedzić, spytać czy mogę coś jeszcze zrobić, ale jej już nie było.- Mówię tak jak było. – Olivia przychodziła na moje koncerty do baru.- Dodaje.
-Nie ufam ci, panie Leto.- Oznajmia i odwraca się.- Nie podoba mmi się ten związek.- Odchodzi, a ja zostaję z własnymi myślami. Nawet nie zauważam kiedy przysiada się do mnie, tym razem dziadek mojej dziewczyny.
-Proszę cię, nie bierz sobie do serca słów Alice.- Odzywa się, a ja kieruję swój wzrok na niego.
-Słyszał pan?
-Jestem Henry, nie żaden pan. Nie słyszałem, ale domyślam się, że nie spodobałeś się jej. To nieprawda. Jesteś odpowiednim facetem dla Olivii. Jest z tobą szczęśliwa. I to widać. A Alice, no cóż, nie jest przykładną matką, ani babcią. I w sumie nigdy nie dogadywała się ani z Elizabeth, ani z Lee. Tak naprawdę, to ja wychowałem Elizę.
-A pańska żona?- Naprawdę ciekawi mnie ta historia.
-Ona, no cóż, co tu dużo mówić, nigdy nie chciała mieć dzieci i na każdym kroku mnie zdradzała. Czasami myślałem o rozwodzie, ale nie mógłbym zostawić mojej kochanej dziewczynki samej.
-Przecież mógł pan przejąć opiekę prawną nad córką.
-Tyle, że Elizabeth nie była moją prawdziwą córką.
-Olivia o tym wie?
-Wiedziała od początku. Wie wszystko, nawet więcej niż przypuszcza Alice…- Nie kończy, bo na zewnątrz pojawia się moja ukochana, z nieciekawą miną. Zrywam się z huśtawki, ale ona zatrzymuje mnie dłonią.
-Możemy już jechać?- Zwraca się do mnie, wciągając powietrze, jakby próbowała zatamować łzy.
-Tak, oczywiście.- Mówię, obejmując ją ramieniem. Wtula się w moje ciało i pociąga nosem.- Co się stało, Aniele?- Pytam szeptem.
-Nic.- Odpowiada krótko.- Po prostu, chcę już stąd wyjść.- Łapię ja za rękę i prowadzę do domu. Za nami podąża mężczyzny. Podchodzimy do drzwi wejściowych, a dziewczyna się ode mnie odrywa i przytula swojego dziadka.- Przepraszam.- Słyszę jej szept.- Możemy się spotkać jutro na mieście?- Pociąga nosem.
-Tylko napisz mi o której.- Całuje ją w policzek.- To ja przepraszam za nią. Do jutra.- Otwiera drzwi, a my wychodzimy.- Do zobaczenia, Jared.- Odwracam się i uśmiecham w jego kierunku. Dziewczyna chowa twarz w dłonie, opierając się o samochód. Odwracam ją do siebie i  przecieram mokre od łez oczy.
-Aniele, co się stało?- Szepczę, unosząc jej podbródek, tak żeby na mnie spojrzała.- Możesz mi powiedzieć wszystko.
-Powiedziała, że o przeze mnie zginęła mama.- Pociąga nosem, a ja całuję ją w czoło.
-Wiesz, że to nieprawda.- Kiwa głową.
-Właśnie dlatego się z nią pokłóciłam. Powiedziała, że mam się wynosić.- Bierze głęboki wdech, a ja przyciągam ją do siebie.
-Pamiętaj, to nie twoja wina.- Głaskam kciukiem jej policzek.- Kocham cię.
-Ja ciebie też, ale możemy już jechać?
                                *                      *                      *         
Łapię w dłoń ucho kubka, w której przed chwilką wyciągnąłem torebkę z herbatą jeżynową. Uważając, żeby nie wylać ani kropelki, przechodzę przez szklane drzwi do ogrodu, jednak zatrzymuję się, widząc jak mama tuli do siebie Richardson. Uśmiecham się lekko, po czym podchodzę bliżej. Mama wysyła mi krótkie spojrzenie. Kładę naczynie na stoliku, siadam obok nich na leżaku i głaskam moją dziewczynę po plecach. Ta odrywa się od blondynki i spogląda na mnie załzawionymi oczętami, które moment później przeciera.
-Lepiej?- Kiwa lekko głową.
-Dziękuję, Connie.- Zwraca się do mojej rodzicielki.- Chyba brakuję mi mamy.- Mruczy, biorąc głęboki wdech.
-Nie zastąpię ci jej, ale pamiętaj, zawsze ci pomogę, kochanie.- Odzywa się blondynka i całuje ją w czoło.- Zostawię was samych.- Wstaje i znika w budynku, a czarnowłosa opiera głowę na moim ramieniu.
-Zrobiłem ci herbatkę.- Szepczę.- Może nie ma tu twojego kubka z Kubusiem Puchatkiem, ale mam nadzieję, że będzie smakowało tak samo.- Obserwuję jak przymyka powieki, a na jej ustach pojawia się delikatny uśmiech.
-Dziękuję i przepraszam. To nie tak miało wyglądać.- Obejmuję ją i całuję w głowę.
-Nie masz za co przepraszać. Ona nie miała cię prawa wyrzucić z domu.
-Zazwyczaj po kłótni z babcią szłam do mamy, bo ona doskonale mnie rozumiała. Sama się z nią kłóciła i to dość często. Bo, no cóż…- Zaczyna, biorąc głęboki wdech.- Babcia zdradzała Henry’ego.- Spuszcza wzrok.
-Spokojnie, powiedział mi o tym.- Przygląda mi się intensywnie zielonymi oczami, w które mógłbym patrzeć godzinami.
-Więc już wiesz, że on nie jest moim prawdziwym dziadkiem?- Kiwam lekko głową. –Mimo wszystko bardziej dogaduję się nim, niż z babcią.
-Zauważyłem, ale może skończmy już ten temat. Nie lubię, gdy się smucisz.- Nachylam się i trącam ją nosem.
-No dobrze, więc jakie masz plany na ten tydzień?- Łapie w dłoń kubek i dmucha w napój, aby go ostudzić.
-Planów nie mam żadnych, oprócz tego, że chcę nadrobić ten miesiąc. Zacznijmy od tego, co chcesz robić jutro?
-Muszę się spotkać z Henrym na kawie, a potem jestem cała do twojej dyspozycji.- Uśmiecha się chytrze, a ja wbijam w jej usta, jednak przerywa nam chrząkanie. Odwracam się i pierwsze co zauważam, to wielki uśmiech Chorwata. Wywracam oczami, podnosząc się z leżaka.
-O co chodzi?- Pytam dość kulturalnie.
-Jak to, o co? Shan ci nie mówił? Zaprosił nas na wieczór.- Uśmiecha się, ukazując nam krzywe zęby.- Będziemy świętować koniec trasy.
-A wczoraj co robiliście?- Czarnowłosy drapie się w tył głowy.
-No cóż, chcemy powtórki z rozrywki.- Omija mnie i łapie w ramiona Richardson.- Mam nadzieję, że nie nudzisz się. Jared potrafi zanudzić człowieka.- Odsuwa ją na długość ramion.- Właśnie, Vicky przyleciała dziś rano. Już po nią idę.- Puszcza czarnowłosą i wraca do budynku.
-Chyba już mamy plany na wieczór, o ile szesnastą można uznać za wieczór.- Łapię ją za rękę i podążamy śladem Miličevica. Na sofię w salonie zdążył się już rozłożyć Matthew.
-Matt, co u Libby?- Dziewczyna zajmuje miejsce koło basisty, a mój telefon się rozdzwania. Wychodzę do ogrodu i dopiero tam odbieram.
-Halo?
-Dziękuję.- Od razu rozpoznaje głos Terrence, choć jego słowa są dla mnie zaskoczeniem.- Sprawiłeś, że Olivia jest szczęśliwa.- Uśmiecham się.
-To raczej ja powinienem ci dziękować. Gdyby nie ty i Braxton nie wiem czy odważyłbym się jej powiedzieć o moich uczuciach.- Odwracam się i przez szybę obserwuję jak dziewczyna dyskutuje z Wachterem.
-Głupoty gadasz. Wiem, że ją kochasz i prędzej czy później byś jej to powiedział. A teraz żegnam.- Rozłącza się, a ja wracam do środka, gdzie moja dziewczyna rozmawia już z Vicky. Uśmiecham się lekko i podchodzę do chłopaków.
-Dlaczego Olivia płakała?- Pyta Tomislav.- Co jej zrobiłeś?- Spoglądam na niego.
-To nie moja wina. Byliśmy u jej dziadków i trochę się pokłóciła z babcią.- Opowiadam.- Wiem, że kiedyś byłem jaki byłem, ale teraz się zmieniłem. Nie skrzywdzę jej.- Mówiąc to, patrzę wprost w jego ciemne oczy.
-I to mnie cieszy.- Unosi kąciki ust w górę.- Kupiłem winko.- Ogłasza, a Richardson odwraca się w naszym kierunku.
-A ja przywiozłam whisky od Terrego.- Wtrąca.- Mogę je przynieść.- Proponuje.
-Czemu nie mówiłaś wcześniej.- Mój braciszek dźga ją w ramie.- Leć po nią.
-Nie sądzę, aby to był dobry pomysł.- Mówię, ciągle pamiętając jak skończyło się moje ostatnie spotkanie z alkoholem Terrenca, no i to co się stało z Braxtonem.
-Siedź cicho, młody.- Zostaje bezczelnie uciszony przez drugiego Leto.- Przynoś, przynoś i nie słuchaj tego kretyna.- Wymieniam z czarnowłosa ostatnie spojrzenie, by po chwili ona zniknęła na piętrze.
-Tomo, mogę otworzyć to wino. Jakoś nie mam ochoty na whisky.- Chorwat podaje mi zieloną butelkę, a ja odkładam ją na szafkę. Kieruję się do kuchni, skąd zabieram kilka szklaneczek i kieliszków. Może ktoś jeszcze mi uwierzy. Wracam do salonu, w momencie kiedy Matt otwiera butelkę specyfiku fotografa.- Lee, winko?- Pytam, kładąc szkło na stoliku.
-Poproszę.- Odpowiada, a w tym samym momencie do domu wpada moja asystentka.
-Mam nadzieję, że nie zaczęliście beze mnie.- Mruczy, siadając obok basisty.- O, Vicky!- Zrywa się i przytula brunetkę.- Kiedy przyleciałaś?
-Niecałe dwie godziny temu. Ten głąb nie pozwolił mi się nawet rozpakować.
-Spokojnie, ja musiałam wytrzymać z całą czwórką.- Macha lekceważąco dłonią.
-To kto pije wino, a kto whisky?- Pytam.
                                *                      *                      *
Spoglądam na brata z politowaniem. Od kilku minut śpiewa jakieś piosenki, fałszując przy tym, co nie miara. Moja asystentka próbuję go uspokoić, ale raczej jej to nie wychodzi.
-Emmo.- Odzywa się w końcu.- Od zawsze chciałem ci to powiedzieć.- Łapie ją za ramiona, a ta wyszczerza oczy.- Ten związek nie ma sensu, ale to nie twoja wina.- Nachyla się, tak jakby chciał ją pocałować, ale ta zatyka mu usta.
-Jaki związek?- Dopytuje, delikatnie uwalniając jego wargi, by mógł odpowiedzieć.
-No wiesz…- Macha ręką w powietrzu, chwiejąc się przy tym na wszystkie strony.- A może to mi się śniło?- Puszcza blondynkę i przygląda się nam.- Teraz to ja już sam nie wiem.
-Vicky…- Odzywa się Tomislav, który od pół godziny chrapał na sofie, zaraz obok Matta.- Wiesz, że cię kocham? A ty mnie kochasz?- Spoglądam na brunetkę, która wywraca oczami i wstaje.
-Nie obrazicie się, jeśli zostawię go wam?- Pyta.- Ja wracam do domu. Zaraz dzwonie po taksówkę.
-O nie. Nigdzie nie jedziesz.- Mówię.- Ty i Emma zostaniecie na noc.
-Na pewno?- Kobiety spoglądają na mnie, a ja kiwam głową w dół i górę, a do salonu wchodzi Olivia, która brała prysznic, a razem z nią idzie mama.
-Co z nim zrobimy?- Moja dziewczyna wskazuje na pijanych członków zespołu. Siada obok mnie i kładzie głowę na moim ramieniu.
-Jak to co? My idziemy spać, a oni niech tu zostaną.- Mama wzrusza ramionami. Odwracam się, ale Shannon już śpi, podobnie jak Chorwat. Przynajmniej dziewczyny przekonałem do wina.- No, już ruchy, już późno.- Pogania nas. Łapię czarnowłosą za rękę i razem z Australijką i dziewczyną gitarzysty idziemy na piętro, po czym rozchodzimy się po pokojach.
-Zastanawiam się tylko, jak oni tak szybko się upili?- Opiera się o parapet i z uwagą mnie obserwuje.- Znaczy wypili całą butelkę, ale wydaje mi się, że nie powinno być z nimi aż tak źle.- Marszczy nosek, a ja prycham.
-To alkohol od Terrego. Nie wiem, co on do niego dodaje, ale to jest mocne.- Całuję ją w czoło, po czym zakładam kosmyk jej mokrych włosów za ucho.
-Jared?- Szepcze.
-Tak?- Głaskam kciukiem jej policzek.

-Kocham cię.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz