26 listopad 2006
Przewracam się na bok, szukając
ręką Olivii, ale gdy moja dłoń opada na pościel, otwieram powieki. Rozglądam się
po sypialni, ale jestem w niej sam. Podnoszę się do pozycji siedzącej i
przecieram zaspane oczy. Zrzucam stopy na dywan i wstaję, po czym rozciągam
się, jednocześnie ziewając. Zaraz po porannej toalecie i ubraniu spodenek i
koszulki, zbiegam po schodach na dół. Kieruję się do kuchni, skąd słychać
odgłosy rozmowy. Zatrzymuję się w drzwiach, widząc, że dwie, najważniejsze
kobiety mojego życia siedzą przy stole i rozmawiają. No, właśnie, o czym one
rozmawiają? Chrząkam, a obie jak na zawołania odwracają się w moim kierunku.
-Wyspałeś się, synku?- Pyta mama,
a ja podchodzę bliżej.
-Tak, a która godzina?- Zajmuję
miejsce na jednym z wolnych miejsc i nachylam się w kierunku Richardson. Całuję
ją na dzień dobry, a ta delikatnie się rumieni. Mógłbym codziennie oglądać jej
zaróżowione policzki. Wygląda wtedy przesłodko.
-Po dziesiątej.
-Tak długo spałem?- Dziwię się,
po czym wzruszam ramionami.- Shannon wrócił na noc?
-Koło piątej. Obudziłam się jak
szedł korytarzem.- Odpowiada czarnowłosa, łapiąc w dłoń widelec i nabijając na
niego kawałek banana, jednocześnie omijając mój wzrok.
-No to, nieźle zabalowali. A
dzisiaj musimy jeszcze zgarnąć rzeczy z teatru. Obiecałem to zrobić przed
dwunastą.- Mruczę.
-Mogę pojechać z tobą.- Proponuję
dziewczyna, a ja spoglądam na nią.
-Jak chcesz możesz zostać.
Poradzę sobie sam.- Kątem oka zauważam jak mama wstaje i wychodzi z
pomieszczenia, zostawiając nas samych. Przyglądam się dokładnie fotograf.
Siedzi ze spuszczoną głową, co nie zwiastuje niczego dobrego. Kucam przed nią i
łapie jej dłonie.- Co się stało, Aniele?
-Ja…- Szepczę, po czym urywa.
Cierpliwie czekam, aż dokończy, co dzieje się moment później.- Sama nie wiem,
czy to wszystko nie był tylko sen.- Po raz pierwszy spogląda na mnie, a w jej
oczach widzę smutek. O wiele bardziej wolę jak się uśmiecha.
-Ale co dokładnie?- Dopytuję,
głaskając kciukiem jej delikatną skórę.
-To na koncercie. To, co powiedziałeś.-
Uśmiecham się i prostuje nogi. Nachylam się i dwoma palcami unoszę jej
podbródek do góry.
-Aniele, to nie był sen…-
Szepczę, prosto w jej usta.- Ja naprawdę cię kocham.- Wbijam się w jej wargi, a
ona odwzajemnia pocałunek, uśmiechając się przy tym. Odrywam się i opieram
czołem, o jej czoło.- I mam nadzieję, że ty mnie też kochasz.
-Nawet nie wiesz jak bardzo.-
Odpowiada, a do kuchni wchodzi Shannon z telefonem, z którego wydobywa się
„Highway To Hell”. Ze wściekłością wręcza przedmiot Olivii.
-Ten ktoś chyba ma ważną sprawę
do ciebie, bo to cholerstwo dzwoni już szósty raz.- Mruczy, zaspany, a
czarnowłosa spogląda na wyświetlacz. Na jej czole pojawia się drobna
zmarszczka. Przykłada komórkę do ucha i omijając nas, wychodzi z pomieszczenia.
-Kac cię dopadł?- Pytam, gdy on
zabiera się za robienie kawy. Opieram się o blat. Mężczyzna mrozi mnie
wzrokiem, co uznaję za potwierdzenie. Prycham.- Musimy jechać za chwilę do tego
teatru po resztę rzeczy.- Oznajmiam.
-Nie musimy. Emma to załatwiła,
więc możesz się gdzieś wybrać z Olivią.
-Nam też zrób kawę.- Odpycham się
i idę do salonu. Obracam wokół własnej osi, aż dostrzegam sylwetkę dziewczyny
na zewnątrz. Odsuwam szklane drzwi, a do moich uszu dociera jej głos.
-… Ja też go kocham.-Mimowolnie uśmiecham
się na te słowa.- Chciałam mu to
powiedzieć już od dawna, ale nie wiedziałam jak na to zareaguje… Wracamy w
przyszłym tygodniu… No, wiesz? Ciebie nie było dwa miesiące.- Po tych słowach,
przypuszczam, że rozmawia z Terrencem, a w sumie jestem pewny na 99%.
-Lee.- Odzywam się, a ona
momentalnie odwraca w moją stronę.- Emma już załatwiła sprawę z
teatrem.-Oznajmiam, a ona uśmiecha się do mnie.- Może pojedziemy dzisiaj do
twoich dziadków?- Proponuję.
-Dobrze.- Odpowiada.- To nie do
ciebie…- Mówi, zapewne do swojego ojca. Obejmuję ją w talii.- Jay przyszedł…
Terry, zachowujesz się jak dziecko.- Jej słowa tylko potwierdzają moje
przypuszczenie, co do jej rozmówcy-… Zadzwoń jak już się uspokoisz.- Odrywa
telefon od ucha i rozłącza się. Rzuca komórkę na leżak.
-Co tym razem?- Pytam, całując ją
w głowę.
-Nie podoba mu się nasz wyjazd. A
sam się na niego zgodził. Co prawda miał wtedy wielkiego kaca, i zgodziłby się
na wszystko, bylebym tylko siedziała cicho.- Chichocze, by następnie wspiąć się
na palcach i zatopić w moich ustach. Odwzajemniam pocałunek, obejmując ją
mocniej i robiąc krok do przodu, a potem kolejny, aż wpadamy do basenu. Zdaję
sobie sprawę z tego, że teraz mam przerąbane, ale warto było. Wypływam na
powierzchnię, ciągle obejmując dziewczynę.- Grabisz sobie, Leto.- Odzywa się,
mrożąc mnie wzrokiem.- Kiedy ty dorośniesz?- Wyrywa się i podpływa do krawędzi.
Wyskakuje na brzeg i siada na nim, tak, że ma nogi w wodzie. Wzruszam
ramionami, a na zewnątrz wychodzi Shan z trzema kubkami w rękach.
-Jak dziecko, jak dziecko.-
Komentuje.- Z kim ty się związałaś?- Zwraca się do Olivii.- Jeszcze możesz to
przerwać.- Dodaje, wręczając jej kawę.- Uciec od niego, albo choćby związać się
z kimś poważniejszym, mądrzejszym, takim jak ja.- Puszcza jej oczko.
-Łapy przy sobie, Bro.- Mruczę,
wychodząc z basenu, i odbierając mu mój napój.
-Zastanów się nad tym.- Zwraca
się do czarnowłosej, po czym zajmuje miejsce na jednym z leżaków.
-Przykro mi, Shan, ale moje serce
należy do innego. Mimo, że robisz najlepszą kawę na świecie, wybieram tego
dzieciaka, który wrzucił mnie do basenu.- Nie wiem, czy mam się cieszyć, czy
obrazić.
* * *
Podjeżdżamy pod drewniany dom na
obrzeżach miasta. Gdy tylko gaszę samochód, dziewczyna prawie wybiega z
pojazdu. Z uśmiechem na ustach wysiadam z niego i zamykam go, po czym idę za
nią. Zatrzymuję się przed drzwiami, w momencie, gdy one się otwierają. Za
progiem stoi kobieta w zwiewnej, pomarańczowej sukience, o czarnych włosach,
pokrytych lekką siwizną.
-Olivia!- Przyciąga moją ukochaną
do siebie i zamyka ją w szczelnym uścisku.- Myślałam, że jesteś w Nowym Yorku.-
Odsuwa ją lekko od siebie i przygląda z uwagą.- Schudłaś.-Stwierdza, jak na
prawdziwą babcie przystało.- Dziecko, ty coś w ogóle jesz?
-Babciu, przestań.- Jęczy,
całując ją w policzek.- Przyjechałam w odwiedziny. Jest dziadek?
-Ogląda jakieś głupoty w
salonie.- Wzrok kobiety zatrzymuje się na mnie.- A to co za młodzieniec?-
Richardson odwraca się i łapie mnie za rękę.
-To jest Jared, mój chłopak.
-Dzień dobry.- Mówię kulturalnie,
a ona przygląda mi się przez chwilę, jakby analizując mój wygląd.
-Dzień dobry, wchodźcie do
środka. Musisz mi poopowiadać. Co u ciebie? Terry jeszcze cię nie zamęczył?
Ach, cóż za parszywy człowiek.- Zostajemy brutalnie wciągnięci w głąb budynku.-
Jak się spotkaliście? Henry, popatrz kto nas odwiedził.- Zwraca się do
mężczyzny siedzącego w fotelu, a on na widok mojej dziewczyny gwałtownie
wstaje.
-Lee, już myślałem, że o nas
zapomniałaś.- Zwraca się do niej, tak jak Braxton.- Nie dzwoniłaś przez
miesiąc.
-Przepraszam, ale Terry wyjechał
do Paryża i musiałam go zastąpić.
-O dzień dobry.- Uśmiecha się do
mnie i wyciąga dłoń.- Jestem Henry, a ty to Jared, tak?- Kiwam delikatnie
głową, zastanawiając się, skąd mnie zna.- Dużo o tobie słyszałem. Siadaj.-
Wskazuje na kanapę, a ja posłusznie zajmuje na niej miejsce.- Alice, zrób nam
coś do picia. Kawa, herbata?- Spogląda na mnie.
-Poproszę herbatę.- Odpowiadam.
-Dla mnie też.- Kobieta kieruje
się ku wyjściu z pomieszczenia, a Olivia idzie za nią.
-Pomogę ci, babciu.- Obie
znikają, a ja zostaje z dziadkiem mojego Aniołka. Pierwszy raz znalazłem się w
takiej sytuacji i nie mam pojęcia co mam mówić.
-No dobrze, Jared, bo mogę do
ciebie mówić po imieniu, prawda?- Po raz kolejny potwierdzam ruchem głowy.-
Powiedź mi, co czujesz do mojej wnuczki?- No, cóż nie spodziewałem się takiego
bezpośredniego pytania.
-Kocham ją.- Odpowiadam,
spoglądając mu w oczy. Są koloru brązowego, zupełnie niepodobne do zieleni
panny Richardson.
-To dobrze. Mam nadzieję, że jej
nie skrzywdzisz, bo dla twojej wiadomości mam pozwolenie na broń.- Otwieram
usta ze zdziwienia, nie wiedząc jak się zachować, jednak ratuje mnie Olivia.
-Dziadek, nie strasz go.-
Dziewczyna zajmuje miejsce obok mnie.- On żartuje.- Zwraca się do mnie.- Może i
ma strzelbę, ale nie umie jej nawet odbezpieczyć.- Całuje mnie w policzek.
-Lee, Alice zapisała się na kółko
strzeleckie jak wyjechałaś.- Richardson robi zdziwioną minę.- Ona jest gorsza
ode mnie, więc radzę ci uciekać.
-Ale ja nie zamierzam jej
skrzywdzić.- Oznajmiam, łapiąc ją za rękę, gdy do pomieszczenia wchodzi Alice,
z tacką z parującymi kubkami. Gdy każdy dostaje jeden, siada na oparciu fotela,
obok swojego męża.
-No dobrze, teraz opowiedzcie mi
jak się poznaliście.
-Wpadłam na Jay’a, biegnąc do
pracy.- Zaczyna moja ukochana, opierając głowę na moim ramieniu. Uśmiecham się
lekko, przypominając sobie ten moment.- A potem spotkaliśmy się u ojca. –
Streszcza połowicznie.
-Więc ty też jesteś fotografem?-
Pyta kobieta.
-Alice, on jest aktorem i
piosenkarzem. Ma własny zespół.- Mruczy mężczyzna, jakby to było najoczywistszą
rzeczą na świecie.
-Oj, przepraszam, że nie
przesiaduje całe dnie przed telewizorem, wpatrzony we wszystko, oprócz swojego
życia…- Moja towarzyszka cicho jęczy i wstaje, ciągnąc mnie za sobą. Kieruje
się do szklanych drzwi.
-Im to chwilę zajmie.- Wchodzimy
do ogrodu, który wygląda jak mała dżungla i siadamy na huśtawce.- Oni tak
zawsze. Ciągle się dziwie, że jeszcze się nie pozabijali.- Całuję ją w
odsłonięte ramie.
-Podoba mi się tu. Takie oderwanie
od rzeczywistości.- Mówię, przyglądając się budynkowi. Może mały i drewniany,
ale ma swój urok. Jest całkowicie oderwany od całego miasta. Może kiedyś
wybuduję taki dla nas. Ale pierwsze muszę się jej oświadczyć.
-O czym myślisz?- Spoglądam na
nią i wzruszam ramionami. Leto, aleś ty głupi. Wczoraj dopiero powiedziałem
jej, o moich uczuciach, a już planuje budowanie domu. A poza tym, co jeśli
będzie wolała mieszkanie w Nowym Yorku? Przecież nie zmuszę ją do
przeprowadzki.- Ej, przecież widzę, że coś siedzi w tej twojej główce.- Dźga
mnie w ramie, a ja, jak jakiś dzieciak łapię się za to miejsce, z udawanym
grymasem na twarzy.
-To bolało, Aniele.- Robię smutną
minkę, a ta wybucha śmiechem.- O nas myślę.- Mówię już całkiem poważnie, łącząc
nasze dłonie.- Jestem przy tobie przeszczęśliwy.- Całuje po kolei jej knykcie.
-Leto, coś ty się taki uczuciowy
zrobił?- Unosi jedną brew w górę, a ja wzdycham.
-Już nie mogę powiedzieć co
czuję?- Przyglądam się jej zielonym oczom, w których dostrzegam błysk radości.
-Oj, Jared, Jared. Wiesz, że
lubię się z tobą droczyć.- Całuje mnie w nos, a na moje usta wraca uśmiech.-
Też jestem przy tobie szczęśliwa.- Opiera się na moim ramieniu, a na zewnątrz
wychodzi jej babcia.
-Olivia, Henry chce z tobą
porozmawiać.- Woła, a ona momentalnie podnosi się i znika w budynku. Za to do
mnie podchodzi kobieta. Staje i przypatruje mi się przez chwilę. Po raz kolejny
czuję się niekomfortowo.- Powiedź mi, tylko szczerzę, to ty byłeś na pogrzebie
Elizabeth?- W życiu nie spodziewałem się takiego pytania. Już sam zapomniałem o
tym wydarzeniu.
-To byłem ja.- Odpowiadam z
godnie z prawdą, spuszczając przy tym wzrok.
-Co tam robiłeś? I dlaczego? Skąd
tak naprawdę znasz Olivię?
-Przyszedłem na pogrzeb. Byłem
świadkiem wypadku i pomogłem jej. Zadzwoniłem po pogotowie, zawiozłem do
szpitala, potem odwiozłem do domu i opiekowałem się nią, dopóki nie zasnęła.
Chciałem ją jeszcze odwiedzić, spytać czy mogę coś jeszcze zrobić, ale jej już
nie było.- Mówię tak jak było. – Olivia przychodziła na moje koncerty do baru.-
Dodaje.
-Nie ufam ci, panie Leto.-
Oznajmia i odwraca się.- Nie podoba mmi się ten związek.- Odchodzi, a ja
zostaję z własnymi myślami. Nawet nie zauważam kiedy przysiada się do mnie, tym
razem dziadek mojej dziewczyny.
-Proszę cię, nie bierz sobie do
serca słów Alice.- Odzywa się, a ja kieruję swój wzrok na niego.
-Słyszał pan?
-Jestem Henry, nie żaden pan. Nie
słyszałem, ale domyślam się, że nie spodobałeś się jej. To nieprawda. Jesteś
odpowiednim facetem dla Olivii. Jest z tobą szczęśliwa. I to widać. A Alice, no
cóż, nie jest przykładną matką, ani babcią. I w sumie nigdy nie dogadywała się
ani z Elizabeth, ani z Lee. Tak naprawdę, to ja wychowałem Elizę.
-A pańska żona?- Naprawdę ciekawi
mnie ta historia.
-Ona, no cóż, co tu dużo mówić,
nigdy nie chciała mieć dzieci i na każdym kroku mnie zdradzała. Czasami
myślałem o rozwodzie, ale nie mógłbym zostawić mojej kochanej dziewczynki
samej.
-Przecież mógł pan przejąć opiekę
prawną nad córką.
-Tyle, że Elizabeth nie była moją
prawdziwą córką.
-Olivia o tym wie?
-Wiedziała od początku. Wie
wszystko, nawet więcej niż przypuszcza Alice…- Nie kończy, bo na zewnątrz
pojawia się moja ukochana, z nieciekawą miną. Zrywam się z huśtawki, ale ona
zatrzymuje mnie dłonią.
-Możemy już jechać?- Zwraca się
do mnie, wciągając powietrze, jakby próbowała zatamować łzy.
-Tak, oczywiście.- Mówię,
obejmując ją ramieniem. Wtula się w moje ciało i pociąga nosem.- Co się stało,
Aniele?- Pytam szeptem.
-Nic.- Odpowiada krótko.- Po
prostu, chcę już stąd wyjść.- Łapię ja za rękę i prowadzę do domu. Za nami
podąża mężczyzny. Podchodzimy do drzwi wejściowych, a dziewczyna się ode mnie
odrywa i przytula swojego dziadka.- Przepraszam.- Słyszę jej szept.- Możemy się
spotkać jutro na mieście?- Pociąga nosem.
-Tylko napisz mi o której.-
Całuje ją w policzek.- To ja przepraszam za nią. Do jutra.- Otwiera drzwi, a my
wychodzimy.- Do zobaczenia, Jared.- Odwracam się i uśmiecham w jego kierunku. Dziewczyna
chowa twarz w dłonie, opierając się o samochód. Odwracam ją do siebie i przecieram mokre od łez oczy.
-Aniele, co się stało?- Szepczę,
unosząc jej podbródek, tak żeby na mnie spojrzała.- Możesz mi powiedzieć
wszystko.
-Powiedziała, że o przeze mnie
zginęła mama.- Pociąga nosem, a ja całuję ją w czoło.
-Wiesz, że to nieprawda.- Kiwa
głową.
-Właśnie dlatego się z nią
pokłóciłam. Powiedziała, że mam się wynosić.- Bierze głęboki wdech, a ja
przyciągam ją do siebie.
-Pamiętaj, to nie twoja wina.-
Głaskam kciukiem jej policzek.- Kocham cię.
-Ja ciebie też, ale możemy już
jechać?
* * *
Łapię w dłoń ucho kubka, w której
przed chwilką wyciągnąłem torebkę z herbatą jeżynową. Uważając, żeby nie wylać
ani kropelki, przechodzę przez szklane drzwi do ogrodu, jednak zatrzymuję się,
widząc jak mama tuli do siebie Richardson. Uśmiecham się lekko, po czym
podchodzę bliżej. Mama wysyła mi krótkie spojrzenie. Kładę naczynie na stoliku,
siadam obok nich na leżaku i głaskam moją dziewczynę po plecach. Ta odrywa się
od blondynki i spogląda na mnie załzawionymi oczętami, które moment później
przeciera.
-Lepiej?- Kiwa lekko głową.
-Dziękuję, Connie.- Zwraca się do
mojej rodzicielki.- Chyba brakuję mi mamy.- Mruczy, biorąc głęboki wdech.
-Nie zastąpię ci jej, ale
pamiętaj, zawsze ci pomogę, kochanie.- Odzywa się blondynka i całuje ją w
czoło.- Zostawię was samych.- Wstaje i znika w budynku, a czarnowłosa opiera
głowę na moim ramieniu.
-Zrobiłem ci herbatkę.- Szepczę.-
Może nie ma tu twojego kubka z Kubusiem Puchatkiem, ale mam nadzieję, że będzie
smakowało tak samo.- Obserwuję jak przymyka powieki, a na jej ustach pojawia
się delikatny uśmiech.
-Dziękuję i przepraszam. To nie
tak miało wyglądać.- Obejmuję ją i całuję w głowę.
-Nie masz za co przepraszać. Ona
nie miała cię prawa wyrzucić z domu.
-Zazwyczaj po kłótni z babcią
szłam do mamy, bo ona doskonale mnie rozumiała. Sama się z nią kłóciła i to
dość często. Bo, no cóż…- Zaczyna, biorąc głęboki wdech.- Babcia zdradzała Henry’ego.-
Spuszcza wzrok.
-Spokojnie, powiedział mi o tym.-
Przygląda mi się intensywnie zielonymi oczami, w które mógłbym patrzeć
godzinami.
-Więc już wiesz, że on nie jest
moim prawdziwym dziadkiem?- Kiwam lekko głową. –Mimo wszystko bardziej dogaduję
się nim, niż z babcią.
-Zauważyłem, ale może skończmy już
ten temat. Nie lubię, gdy się smucisz.- Nachylam się i trącam ją nosem.
-No dobrze, więc jakie masz plany
na ten tydzień?- Łapie w dłoń kubek i dmucha w napój, aby go ostudzić.
-Planów nie mam żadnych, oprócz
tego, że chcę nadrobić ten miesiąc. Zacznijmy od tego, co chcesz robić jutro?
-Muszę się spotkać z Henrym na
kawie, a potem jestem cała do twojej dyspozycji.- Uśmiecha się chytrze, a ja
wbijam w jej usta, jednak przerywa nam chrząkanie. Odwracam się i pierwsze co
zauważam, to wielki uśmiech Chorwata. Wywracam oczami, podnosząc się z leżaka.
-O co chodzi?- Pytam dość
kulturalnie.
-Jak to, o co? Shan ci nie mówił?
Zaprosił nas na wieczór.- Uśmiecha się, ukazując nam krzywe zęby.- Będziemy
świętować koniec trasy.
-A wczoraj co robiliście?-
Czarnowłosy drapie się w tył głowy.
-No cóż, chcemy powtórki z
rozrywki.- Omija mnie i łapie w ramiona Richardson.- Mam nadzieję, że nie
nudzisz się. Jared potrafi zanudzić człowieka.- Odsuwa ją na długość ramion.-
Właśnie, Vicky przyleciała dziś rano. Już po nią idę.- Puszcza czarnowłosą i
wraca do budynku.
-Chyba już mamy plany na wieczór,
o ile szesnastą można uznać za wieczór.- Łapię ją za rękę i podążamy śladem
Miličevica. Na sofię w salonie zdążył się już rozłożyć Matthew.
-Matt, co u Libby?- Dziewczyna zajmuje
miejsce koło basisty, a mój telefon się rozdzwania. Wychodzę do ogrodu i
dopiero tam odbieram.
-Halo?
-Dziękuję.- Od razu rozpoznaje
głos Terrence, choć jego słowa są dla mnie zaskoczeniem.- Sprawiłeś, że Olivia
jest szczęśliwa.- Uśmiecham się.
-To raczej ja powinienem ci
dziękować. Gdyby nie ty i Braxton nie wiem czy odważyłbym się jej powiedzieć o
moich uczuciach.- Odwracam się i przez szybę obserwuję jak dziewczyna dyskutuje
z Wachterem.
-Głupoty gadasz. Wiem, że ją
kochasz i prędzej czy później byś jej to powiedział. A teraz żegnam.- Rozłącza
się, a ja wracam do środka, gdzie moja dziewczyna rozmawia już z Vicky.
Uśmiecham się lekko i podchodzę do chłopaków.
-Dlaczego Olivia płakała?- Pyta
Tomislav.- Co jej zrobiłeś?- Spoglądam na niego.
-To nie moja wina. Byliśmy u jej
dziadków i trochę się pokłóciła z babcią.- Opowiadam.- Wiem, że kiedyś byłem
jaki byłem, ale teraz się zmieniłem. Nie skrzywdzę jej.- Mówiąc to, patrzę
wprost w jego ciemne oczy.
-I to mnie cieszy.- Unosi kąciki
ust w górę.- Kupiłem winko.- Ogłasza, a Richardson odwraca się w naszym
kierunku.
-A ja przywiozłam whisky od
Terrego.- Wtrąca.- Mogę je przynieść.- Proponuje.
-Czemu nie mówiłaś wcześniej.-
Mój braciszek dźga ją w ramie.- Leć po nią.
-Nie sądzę, aby to był dobry
pomysł.- Mówię, ciągle pamiętając jak skończyło się moje ostatnie spotkanie z
alkoholem Terrenca, no i to co się stało z Braxtonem.
-Siedź cicho, młody.- Zostaje
bezczelnie uciszony przez drugiego Leto.- Przynoś, przynoś i nie słuchaj tego
kretyna.- Wymieniam z czarnowłosa ostatnie spojrzenie, by po chwili ona
zniknęła na piętrze.
-Tomo, mogę otworzyć to wino.
Jakoś nie mam ochoty na whisky.- Chorwat podaje mi zieloną butelkę, a ja
odkładam ją na szafkę. Kieruję się do kuchni, skąd zabieram kilka szklaneczek i
kieliszków. Może ktoś jeszcze mi uwierzy. Wracam do salonu, w momencie kiedy
Matt otwiera butelkę specyfiku fotografa.- Lee, winko?- Pytam, kładąc szkło na
stoliku.
-Poproszę.- Odpowiada, a w tym
samym momencie do domu wpada moja asystentka.
-Mam nadzieję, że nie zaczęliście
beze mnie.- Mruczy, siadając obok basisty.- O, Vicky!- Zrywa się i przytula
brunetkę.- Kiedy przyleciałaś?
-Niecałe dwie godziny temu. Ten
głąb nie pozwolił mi się nawet rozpakować.
-Spokojnie, ja musiałam wytrzymać
z całą czwórką.- Macha lekceważąco dłonią.
-To kto pije wino, a kto whisky?-
Pytam.
* * *
Spoglądam na brata z
politowaniem. Od kilku minut śpiewa jakieś piosenki, fałszując przy tym, co nie
miara. Moja asystentka próbuję go uspokoić, ale raczej jej to nie wychodzi.
-Emmo.- Odzywa się w końcu.- Od
zawsze chciałem ci to powiedzieć.- Łapie ją za ramiona, a ta wyszczerza oczy.-
Ten związek nie ma sensu, ale to nie twoja wina.- Nachyla się, tak jakby chciał
ją pocałować, ale ta zatyka mu usta.
-Jaki związek?- Dopytuje,
delikatnie uwalniając jego wargi, by mógł odpowiedzieć.
-No wiesz…- Macha ręką w
powietrzu, chwiejąc się przy tym na wszystkie strony.- A może to mi się śniło?-
Puszcza blondynkę i przygląda się nam.- Teraz to ja już sam nie wiem.
-Vicky…- Odzywa się Tomislav, który
od pół godziny chrapał na sofie, zaraz obok Matta.- Wiesz, że cię kocham? A ty
mnie kochasz?- Spoglądam na brunetkę, która wywraca oczami i wstaje.
-Nie obrazicie się, jeśli
zostawię go wam?- Pyta.- Ja wracam do domu. Zaraz dzwonie po taksówkę.
-O nie. Nigdzie nie jedziesz.-
Mówię.- Ty i Emma zostaniecie na noc.
-Na pewno?- Kobiety spoglądają na
mnie, a ja kiwam głową w dół i górę, a do salonu wchodzi Olivia, która brała
prysznic, a razem z nią idzie mama.
-Co z nim zrobimy?- Moja
dziewczyna wskazuje na pijanych członków zespołu. Siada obok mnie i kładzie
głowę na moim ramieniu.
-Jak to co? My idziemy spać, a
oni niech tu zostaną.- Mama wzrusza ramionami. Odwracam się, ale Shannon już
śpi, podobnie jak Chorwat. Przynajmniej dziewczyny przekonałem do wina.- No,
już ruchy, już późno.- Pogania nas. Łapię czarnowłosą za rękę i razem z
Australijką i dziewczyną gitarzysty idziemy na piętro, po czym rozchodzimy się
po pokojach.
-Zastanawiam się tylko, jak oni
tak szybko się upili?- Opiera się o parapet i z uwagą mnie obserwuje.- Znaczy
wypili całą butelkę, ale wydaje mi się, że nie powinno być z nimi aż tak źle.-
Marszczy nosek, a ja prycham.
-To alkohol od Terrego. Nie wiem,
co on do niego dodaje, ale to jest mocne.- Całuję ją w czoło, po czym zakładam
kosmyk jej mokrych włosów za ucho.
-Jared?- Szepcze.
-Tak?- Głaskam kciukiem jej
policzek.
-Kocham cię.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz