Zajeżdżamy pod dom braci Leto.
Zmęczona podróżą wychodzę z samochodu, nie czekając na resztę i podchodzę do
bagażnika. Otwieram go i wyjmuję walizkę. Odwracam głowę wyczuwając czyjąś
obecności. Jared, stojący zaraz za mną, przejmuje mój bagaż z uśmiechem.
-Dawno tu nie byłam.- Mówię,
rozglądając się po okolicy. Zatrzymuję wzrok na wielkim napisie Hollywood,
wychylającym się zza budynku. Ostatnio widziałam go prawie dwa lata temu,
wylatując do Nowego Yorku.- Będę musiała odwiedzić dziadków.- Mruczę, wracając
spojrzeniem na mężczyznę.- Mam nadzieję, że pojedziemy tam razem.
-Myślałem, że to oczywiste.-
Odpowiada, a Shan obejmuje mnie ramieniem. Zauważam delikatny grymas na twarzy
niebieskookiego.
-Mnie też weźmiecie?- Uśmiecha
się, a ja strącam jego rękę.
-Nie.- Odpowiadam, zdecydowanym
głosem, a jego brat wybucha śmiechem. Perkusista krzywi się, oddalając na krok.
-Co, Bro? Jeszcze nie słyszałeś
„nie” z ust kobiety, której coś proponujesz?- Jay podchodzi do mnie i nachyla,
szepcząc do ucha.- Dobrze, że to zrobiłaś. Trzeba nauczyć go szacunku. A poza
tym narobiłby wstydu.- Dodaje już normalnie.
-Licz się ze słowami, Bachorze.-
Nagle drzwi domu się otwierają, a w nich staje matka moich towarzyszy z wielkim
uśmiechem na twarzy. Podbiega do nas i moment później stoimy, zaciśnięci w jej
stalowym uścisku.
-Wreszcie jesteście. Już się
niecierpliwiłam.- Puszcza nas, a ja ze śmiechem zauważam jak jej starszy syn
wciąga gwałtownie powietrze.- Chodźcie do środka. Jared, Olivia, mam nadzieję,
że zostajecie na dłużej.- Spoglądam na bruneta.
-Wracamy w przyszłym tygodniu,
ale przejedziemy na święta.- Wchodzimy do budynku, jednym z dwóch wejść.
Rozglądam się po wnętrzu. Przedpokój jest średniej wielkości. Na ścianie wisi
duże lustro, a w kącie stoi wieszak, na której wisi jedna kurtka.
-Wysprzątałam tu trochę.-
Oznajmia, prowadząc nas w głąb. Obserwuję z zafascynowaniem obrazy wiszące na
ścianie. Zatrzymuje się przy tym z zachodem słońcem. Czuję obecność Jareda za
mną, więc odwracam lekko głowę i uśmiecham się.
-Podoba ci się?- Pyta, a ja
zauważam w prawym dolnym rogu drobny podpis „Cubbins”.
-Gdzie to namalowałeś? Jest
śliczny.- Mężczyzna obejmuje mnie w talii.
-Gdy mieszkaliśmy w Haiti. Dawno
temu. Skąd wiedziałaś, że to moje?
-Podpisałeś się.- Odwracam się i
obdarowywuję go uśmiechem, a ten wzdycha.
-Myślałem, że zapomniałaś.-
Składa delikatnego całusa na moim policzku.
-Jak śmiałabym zapomnieć? Na
naszej pierwszej randce występowałeś jako Bart.- Kładzie mi dłoń na policzku.
-Skompromitowałem się wtedy.-
Mruczy, a ja staję na palcach i całuję go.
-Według mnie, wypadłeś idealnie.-
Odpowiadam, a w drzwiach pojawia się perkusista.
-Potem się pomiziacie. Mama na
was czeka.- Oznajmia, a niebieskooki łapie mnie za rękę i ciągnie w kierunku
swojego brata. Omijamy go i wchodzimy do dość dużego salonu. Na środku
pomieszczenia stoi szklany stolik, a wokół niego trzy duże kanapy, a w kącie
pomieszczenia pianino i dwie gitary: akustyczna i elektryczna. I tutaj na
białych ścianach wiszą obrazy.
-Głodni?- Pyta kobieta, wychodząc
z kuchni. Ubrana jest w dżinsowe ogrodniczki, a pod spodem ma zwykłą koszulkę.
Włosy związała w warkocza.
-Nie.- Odpowiadam, opierając głowę
na umięśnionym ramieniu Jareda, a ten łapie mnie za rękę.
-Ja też nie. Pójdziemy się
rozpakować, dobrze?
-Ale przyjdzie zaraz na lunch.-
Blondynka uśmiecha się do nas, a my odwracamy się i wychodzimy po drewnianych
schodach na piętro, ciągnąc za sobą walizki.
-Zmęczona?- Mężczyzna otwiera
drzwi i przepuszcza mnie w nich, do dużej sypialni, pomalowanej na biało.
-Tak trochę.- Odpowiadam,
zatrzymując wzrok na łóżku, które stoi naprzeciwko szafy, a z kolei ona koła
biurka. Siadam na czarnej pościeli.
-Spałaś w samolocie?- Kuca przede
mną i całuje moje dłonie.
-Całą drogę, ale nadal jestem
śpiąca.- Uśmiecham się delikatnie, a on zakłada kosmyk moich włosów za ucho.
-Chcesz się zdrzemnąć?- Kiwam
lekko głową, a ten prostuje nogi i pomaga mi wstać. Kładę się na łóżku, a ten
okrywa mnie kołdrą.- Ja w tym czasie wypakuje ubrania.- Oznajmia, a ja
przymykam powieki.
-Tęskniłam za tobą.- Szepczę, a
ten siada obok mnie.
-Ja za tobą też, Aniele. Nawet
nie wyobrażasz sobie jak bardzo.- Gładzi kciukiem mój policzek. Uśmiecham się,
słysząc jego słowa i usypiam.
* * *
Otwieram oczy, jednak promienie
słońca powodują, że zamykam je z powrotem. Przekręcam się na bok, po czym
zturluję z łóżka. Przeciągając się, zauważam karteczkę, leżącą na szafce.
Podnoszę ja i czytam, rozpoznając pismo Jareda: „Nie chciałem cię budzić,
ale musiałem już jechać na próbę. Zaraz po niej mamy koncert. Zaczyna się o 21
i mam nadzieję, że zjawiasz się wcześniej. Wystarczy, że pokażesz ochroniarzowi
przepustkę. Czekam <3 PS. Weź mój samochód.”. Uśmiecham się i podchodzę
do szafy, skąd wyciągam koszulkę z glifami i dżinsowe spodenki. Mimo, że jest
końcówka listopada mogę sobie pozwolić na ten strój. Przebieram się i do tylnej
kieszonki wsadzam przepustkę, komórkę i kluczyki. Na szyi zawieszam lustrzankę.
Zbiegam po schodach na parter, gdzie w kuchni Constance wyciąga z piekarnika
ciasto.
-Connie, jedziesz ze mną na koncert
chłopaków?- Pytam, a blondynka odwraca się w moim kierunku i kładzie blaszkę na
blacie, na przygotowanej wcześniej podkładce.
-Zostanę. Muszę jeszcze
wysprzątać połowę domu Shannona. Ty nawet nie zdajesz sobie sprawy jak oni tu
nabałaganili w ciągu dwóch dni, jeszcze przed trasą.
-Mieszkam z jednym z nich. Może
ci pomogę? W sumie nie jestem tam do niczego potrzebna.
-Poradzę sobie, A ty baw się
dobrze.- Podchodzi do mnie i całuje w czoło.- Jedź już, bo się spóźnisz.-
Popycha mnie w kierunku drzwi.
-Do zobaczenia potem.- Macham jej
i po ubraniu butów, wychodzę z domu. Na podjeździe stoi Ford mustang z 1965
roku. Otwieram go i wsiadam do samochodu. Wyjeżdżam na ulicę Los Angeles i
kieruję się na Wilshire Bled, gdzie znajduję się Wiltern
Theatre. Po około pół godziny jestem w okolicy, jednak nigdzie nie widzę
wolnego miejsca. Po kilku minutach parkuję jakieś trzy ulice dalej i spacerkiem
docieram przed teatr. Jakoś docieram do ochroniarza, a fanki stojące najbliżej
obrzucają mnie wściekłym wzrokiem.
-Ej, ty.- Mówi
jedna, a ja odwracam się w jej kierunku.- Jared jest nasz.- No tak, kiedyś
musiało do tego dojść.
-Dziewczyny, ale
ja wam go nie zabieram. I powiem wam jedno, jestem dumna, że chłopaki mają
takich fanów, a raczej Echelon. I od razu poprawia mi się humor, jak widzę, jak
z wami piszę. Ja jestem tylko małym dodatkiem. I proszę was, zaakceptujcie
mnie, bo obrażając mnie, ranicie tylko Jareda.- Wyjmuję z kieszonki przepustkę
i pokazuje ją ochroniarzowi, przy okazji robiąc zdjęcie tłumom pod budynkiem.
-Zaprowadzić
panią do pana Leto?- Pyta mężczyzna.
-Poradzę sobie.-
Uśmiecham się do niego i wchodzę do środka. Po kilku ślepych zaułkach docieram
pod garderobę chłopaków. Pukam delikatnie, ale nikt nie odpowiada. Mimo
wszystko naciska klamkę. Drzwi się otwierają, a do moich uszu dochodzą krzyki
członków zespołu. Opieram się o ścianę, a jedyną osobą która zauważyła moją
obecność, jest Emma. Blondynka wstaje i podchodzi do mnie.- Co tu się dzieje?-
Pytam na wstępie.
-A kto to wie?
Chyba się kłócą, o to, co mają zamówić po koncercie do jedzenia.- Krzyżuję ramiona
i wzdycham.- Przecież i tak nic nie będą jeść…
-Oni tak zawsze?
-I tak ta trasa
jest spokojna. Wcześniej kłócili się na poważnie.- Unoszę aparat i robię
zdjęcie, przez co lampa błyskowa oświetla ich, a oni zamierają. Teraz cztery
pary oczu przyglądają mi się z uwagą.
-Olivia!-
Pierwszy reaguje Tomo, który moment później zamyka mnie w szczelnym uścisku.-
Tęskniłem za tobą.- Całuje mnie w policzek i puszcza, a koło mnie zjawia się
Jared.
-Długo tu już
jesteś?- Pyta, cmokając mnie w usta.
-Dopiero przyszłam.-
Odpowiadam.- O co się kłóciliście?
-O kolacje.-
Oznajmia Shannon., podchodząc bliżej.-Wyspałaś się?- Potwierdzam ruchem głowy.-
Co powiesz na partyjkę ping ponga? Na korytarzu jest stół.- Na moich ustach
pojawia się uśmiech.
-Proponujesz to
odpowiedniej osobie. Jesteś gotowy na porażkę?- Mężczyzna otwiera mi drzwi i
przepuszcza w nich, a mijając swojego brata coś mu mówi.- Wiesz, że w liceum
byłam na zawodach stanowych i zajęłam trzecie miejsce?- Pytam, a ten robi
przerażoną minę.
-No to się wkopałem…-
Mruczy, łapiąc w dłoń paletkę. Robię to samo i rzucam piłeczkę. Odbija ją, a ja
od razu ścinam. Dzięki czemu ja zaczynam.- Tylko mnie tu nie zabij.
-Obiecuję.-
Ruszamy paletkami, a biała kulka śmiga to na moją stronę stołu, to na Shanna. –
Chcesz pogadać?- Odzywam się, a ten nie trafia w latający cel, dzięki czemu
zdobywam punkta. Biegnie po piłeczkę, a po chwili wraca. Rzuca mi ją, a ja po
raz drugi serwuję.
-Nie wiem jak to
zrobiłaś, ale nie kłócimy się już.- Mówi.
-A to przed
chwilą?- Starszy Leto zaczyna się śmiać.
-To tylko
przekomarzanie się. Naprawdę dużo ci zawdzięczamy. I pochwalam ten związek.
Macie moje błogosławieństwo.- Robię zdziwioną minę.
-Czy ja o czymś
nie wiem?
-Wszystko jest na
swoim miejscu. A i mam ostrzeżenie. Nie przestrasz się. Nasze koncerty są dość
specyficzne i Jay robi co mu się podoba.- Unoszę jedną brew w góre,
jednocześnie ścinając. Perkusista jęczy, podążając w ślad za kulką.
-Co miałeś na
myśli, mówiąc „robi co mu się podoba”?
-Na przykład to,
że rzucam się w tłum, albo wspinam po rusztowaniu.- Za mną pojawia się brat
mojego przeciwnika.
-Czy ty chcesz
się zabić?- Pytam, odwracając się do niego. Brunet kładzie dłonie na mojej
talii i z uśmiechem wbija w moje usta. Odwzajemniam pocałunek, ale odrywam się
od jego warg, czując delikatne uderzenie na plecach.
-2:1 dla ciebie.-
Shannimal posyła mi wredny uśmiech i serwuje, a ja od razu ścinam, tak że po
raz kolejny biegnie w głąb korytarza.
-On wie o
zawodach stanowych?- Potrząsam energicznie głową.
-Uświadomiłam go.
Aż taka wredna nie jestem. A teraz sio. Tu rozgrywa się ważny mecz.- Wypycham
piosenkarza na bok i serwuję. Przez kilka minut gramy w skupieniu i tylko ja
zdobywam punkty. W końcu sięgam go kieszonki i wyjmuję z niej komórkę,
jednocześnie odbijając piłeczkę. Jest kilka minut po dwudziestej pierwszej.- O
której zaczyna się koncert?- Pytam.
-To zależy od
nas. Zazwyczaj się spóźniamy. No dobra, jest 15:1, a ja mam dość.- Starszy Leto
odkłada paletkę na stół i odchodzi.- Jeszcze nigdy nie ograła mnie dziewczyna.-
Mruczy, wchodząc do garderoby.
* * *
Podchodzę do Emmy
i opieram się o skrzynię, w której przetrzymywane są instrumenty. Przyglądam
się dokładnie Jaredowi. Jest ubrany w czarne dżinsy, tego samego koloru
koszulkę z długim rękawem, która na przedzie ma czerwony karabin z glifami i
białe buty z pomarańczowo-niebieskimi paskami, które kupił kilka dni przed
rozpoczęciem trasy. Zaczyna śpiewać drugą zwrotkę „The Kill”, jednocześnie
siadając na środku sceny, a ja odwracam głowę w kierunku blondynki.
-To normalne.-
Odpowiada, wzruszając ramionami. Podnoszę aparat do prawego oka i pstrykam
kilka zdjęć. Kto wie, może kiedyś mi się przydadzą. Kilka minut później
piosenka się kończy, a Jay odwraca się, ze wzrokiem wlepionym we mnie. Na jego
ustach pojawia się tajemniczy uśmiech, a ja zastanawiam się czy to nie pora na
ucieczkę. Jednak zanim reaguję, on już ciągnie mnie na scenę.
-Co ty robisz?-
Pytam z morderczym spojrzeniem, ale on je ignoruje. Zatrzymujemy się na samym
środeczku, między Mattem, a Tomislavem.- Moi drodzy!- Wokalista zwraca się do
tłumu, a przed nami pojawia się Shannon. Ściąga mi z szyi lustrzankę. Spoglądam
na niego z pytającym spojrzeniem, a ten wzrusza ramionami.- To jest Olivia!-
Kontynuuje młodszy Leto, wskazując na mnie, a ja uśmiecham się delikatnie.-
Jest moją dziewczyną i mam nadzieję, że wreszcie to zaakceptujecie. Jestem przy
niej szczęśliwy. A teraz pozwólcie, że coś jej powiem.- Nachyla się do mojego
ucha i szepcze.- Olivio Richardson, kocham cię.
Nagle cały świat
przestaje istnieć, a jedyne co czuję to jego pocałunek na policzku. Stoję przez
moment nie wiedząc co mam zrobić, a on zaczyna kolejną piosenkę. Tym razem jest
to „Praying for a riot”- Piosenka, która podobno jest o mnie, przynajmniej, z
tego co mówi Jared.
-She walked outside, among the men,
Finding me, your last
Ten million miles, her way was close
To her inside
Can't you see, her life is broken
Turn back, believe,
Nothing is over.- Łapię mnie za rękę i prowadzi bliżej publiczności, a ja nadal jestem w szoku, po słowach, które usłyszałam przed momentem. Nagle dochodzi do mnie to, że ja nic mu nie odpowiedziałam. Ściskam jego dłoń i staje na palcach.
Finding me, your last
Ten million miles, her way was close
To her inside
Can't you see, her life is broken
Turn back, believe,
Nothing is over.- Łapię mnie za rękę i prowadzi bliżej publiczności, a ja nadal jestem w szoku, po słowach, które usłyszałam przed momentem. Nagle dochodzi do mnie to, że ja nic mu nie odpowiedziałam. Ściskam jego dłoń i staje na palcach.
-Jaredzie Leto- Zaczynam w
podobny sposób jak on.- Ja ciebie też kocham.- Na moje słowa, na jego ustach
pojawia się uśmiech.
-Zaufaj mi.- Mówi i z rozpędu
skacze na tłum. Ja chcąc nie chcąc zostaję pociągnięta za nim. Spodziewając się
upadku, zaciskam oczy, jednak nic takiego się nie dzieje, a jedyne co czuję to
ręce ludzi, którzy niosą nas w głąb i dłoń mężczyzny, który ani na moment mnie
nie puścił. Otwieram powieki i spoglądam na bruneta, który z uśmiechem mi się
przypatruje. Nie wiem jakim sposobem, ale przybliża się do mnie i łączy na
moment nasze wargi, a następnie zaczyna kolejną piosenkę. Z jej końcem, z
pomocą ochroniarzy schodzimy na podłogę. Wracamy na scenę. Podchodzę do
perkusisty i odbieram lustrzankę. Wracam do Emmy, a jej usta układają się w
wielkim uśmiechu.
-Co ci powiedział?- Pyta, a ja
czuję jak rumieniec wpełza na moje policzki.
-Że mnie kocha.- Odpowiadam.
JARED
Schodzimy ze sceny. Obracam się
wokół własnej osi, szukając wzrokiem Olivii, jednak jej nigdzie nie ma.
-Pół godziny temu poszła do
garderoby.- Oznajmia Emma, a ja bez słowa idę do wspomnianego pomieszczenia.
Na moich ustach pojawia się
uśmiech, gdy zauważam dziewczynę śpiącą na sofię. Uprzedzała mnie o tym, że
zawsze cały lot przesypia, podobnie jak pozostałą część dnia, ale nie sądziłem,
że to prawda. Kucam przed nią i odgarniam włosy, które wylądowały na jej
twarzy. Przyglądam jej się, a w mojej głowie cały czas słyszę słowa: „Jaredzie
Leto, ja ciebie też kocham”. Dzisiejszy dzień jest najwspanialszym w całym moim
marnym życiu. Nagle drzwi się otwierają, a ja momentalnie wstaję i podchodzę do
Shannona, który już otwiera usta, aby najprawdopodobniej wydrzeć się na Matta
lub Tomo.
-Olivia śpi, więc się zamknij.-
Szepczę, a on zamyka usta, na których pojawia się uśmiech.- Jak chcecie, to
jedźcie świętować zakończenie trasy bez nas. Ja odwiozę ją do domu.- Mówię.
-Na pewno?- Odzywa się Wachter,
wychylając znad mojego brata.
-Tak, bawcie się dobrze.-
Uśmiecham się i pozwalam im zabrać swoje rzeczy.
Po chwili wszyscy wychodzą, a ja
zostaje sam z czarnowłosą. Zbieram najpotrzebniejsze rzeczy do kieszeni, a po
resztę wrócę jutro. Biorę dziewczynę na ręce i po chwili wychodzę z budynku.
Całe szczęście, że przed koncertem powiedziała mi, gdzie zaparkowała samochód,
bo byłaby niezła komedia. Po kilku minutach zatrzymuje się przed fordem. Jakoś
udaję mi się go otworzyć. Kładę fotograf na siedzeniu pasażera, a sam zajmuję
miejsce za kierownicą. Odpalam auto i wyjeżdżam na nocne drogi Los Angeles.
-Gdzie jesteśmy?- Odwracam głowę
w kierunku głosu i pierwsze co widzę to zielone tęczówki wpatrujące się we
mnie.
-Śpij, Aniele. Jedziemy do domu.-
Richardson odwraca się na drugi bok i zapewne zasypia, bo gdy parkuję na
podjeździe ona już śpi. Po raz kolejny biorę ją na ręce i zanoszę do domu.
Kładę ją na łóżku, przebieram w piżamę i przykrywam kołdrą, a sam idę pod
prysznic. Do sypialni wracam po około pół godziny i od razu kładę się obok
Olivii. Jak na zawołanie, dziewczyna odwraca się i wtula w moje ciało.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz