POSTACIE Strona głóna

czwartek, 11 lutego 2016

31. I LOVE YOU

25 listopad 2006



Zajeżdżamy pod dom braci Leto. Zmęczona podróżą wychodzę z samochodu, nie czekając na resztę i podchodzę do bagażnika. Otwieram go i wyjmuję walizkę. Odwracam głowę wyczuwając czyjąś obecności. Jared, stojący zaraz za mną, przejmuje mój bagaż z uśmiechem.
-Dawno tu nie byłam.- Mówię, rozglądając się po okolicy. Zatrzymuję wzrok na wielkim napisie Hollywood, wychylającym się zza budynku. Ostatnio widziałam go prawie dwa lata temu, wylatując do Nowego Yorku.- Będę musiała odwiedzić dziadków.- Mruczę, wracając spojrzeniem na mężczyznę.- Mam nadzieję, że pojedziemy tam razem.
-Myślałem, że to oczywiste.- Odpowiada, a Shan obejmuje mnie ramieniem. Zauważam delikatny grymas na twarzy niebieskookiego.
-Mnie też weźmiecie?- Uśmiecha się, a ja strącam jego rękę.
-Nie.- Odpowiadam, zdecydowanym głosem, a jego brat wybucha śmiechem. Perkusista krzywi się, oddalając na krok.
-Co, Bro? Jeszcze nie słyszałeś „nie” z ust kobiety, której coś proponujesz?- Jay podchodzi do mnie i nachyla, szepcząc do ucha.- Dobrze, że to zrobiłaś. Trzeba nauczyć go szacunku. A poza tym narobiłby wstydu.- Dodaje już normalnie.
-Licz się ze słowami, Bachorze.- Nagle drzwi domu się otwierają, a w nich staje matka moich towarzyszy z wielkim uśmiechem na twarzy. Podbiega do nas i moment później stoimy, zaciśnięci w jej stalowym uścisku.
-Wreszcie jesteście. Już się niecierpliwiłam.- Puszcza nas, a ja ze śmiechem zauważam jak jej starszy syn wciąga gwałtownie powietrze.- Chodźcie do środka. Jared, Olivia, mam nadzieję, że zostajecie na dłużej.- Spoglądam na bruneta.
-Wracamy w przyszłym tygodniu, ale przejedziemy na święta.- Wchodzimy do budynku, jednym z dwóch wejść. Rozglądam się po wnętrzu. Przedpokój jest średniej wielkości. Na ścianie wisi duże lustro, a w kącie stoi wieszak, na której wisi jedna kurtka.
-Wysprzątałam tu trochę.- Oznajmia, prowadząc nas w głąb. Obserwuję z zafascynowaniem obrazy wiszące na ścianie. Zatrzymuje się przy tym z zachodem słońcem. Czuję obecność Jareda za mną, więc odwracam lekko głowę i uśmiecham się.
-Podoba ci się?- Pyta, a ja zauważam w prawym dolnym rogu drobny podpis „Cubbins”.
-Gdzie to namalowałeś? Jest śliczny.- Mężczyzna obejmuje mnie w talii.
-Gdy mieszkaliśmy w Haiti. Dawno temu. Skąd wiedziałaś, że to moje?
-Podpisałeś się.- Odwracam się i obdarowywuję go uśmiechem, a ten wzdycha.
-Myślałem, że zapomniałaś.- Składa delikatnego całusa na moim policzku.
-Jak śmiałabym zapomnieć? Na naszej pierwszej randce występowałeś jako Bart.- Kładzie mi dłoń na policzku.
-Skompromitowałem się wtedy.- Mruczy, a ja staję na palcach i całuję go.
-Według mnie, wypadłeś idealnie.- Odpowiadam, a w drzwiach pojawia się perkusista.
-Potem się pomiziacie. Mama na was czeka.- Oznajmia, a niebieskooki łapie mnie za rękę i ciągnie w kierunku swojego brata. Omijamy go i wchodzimy do dość dużego salonu. Na środku pomieszczenia stoi szklany stolik, a wokół niego trzy duże kanapy, a w kącie pomieszczenia pianino i dwie gitary: akustyczna i elektryczna. I tutaj na białych ścianach wiszą obrazy.
-Głodni?- Pyta kobieta, wychodząc z kuchni. Ubrana jest w dżinsowe ogrodniczki, a pod spodem ma zwykłą koszulkę. Włosy związała w warkocza.
-Nie.- Odpowiadam, opierając głowę na umięśnionym ramieniu Jareda, a ten łapie mnie za rękę.
-Ja też nie. Pójdziemy się rozpakować, dobrze?
-Ale przyjdzie zaraz na lunch.- Blondynka uśmiecha się do nas, a my odwracamy się i wychodzimy po drewnianych schodach na piętro, ciągnąc za sobą walizki.
-Zmęczona?- Mężczyzna otwiera drzwi i przepuszcza mnie w nich, do dużej sypialni, pomalowanej na biało.
-Tak trochę.- Odpowiadam, zatrzymując wzrok na łóżku, które stoi naprzeciwko szafy, a z kolei ona koła biurka. Siadam na czarnej pościeli.
-Spałaś w samolocie?- Kuca przede mną i całuje moje dłonie.
-Całą drogę, ale nadal jestem śpiąca.- Uśmiecham się delikatnie, a on zakłada kosmyk moich włosów za ucho.
-Chcesz się zdrzemnąć?- Kiwam lekko głową, a ten prostuje nogi i pomaga mi wstać. Kładę się na łóżku, a ten okrywa mnie kołdrą.- Ja w tym czasie wypakuje ubrania.- Oznajmia, a ja przymykam powieki.
-Tęskniłam za tobą.- Szepczę, a ten siada obok mnie.
-Ja za tobą też, Aniele. Nawet nie wyobrażasz sobie jak bardzo.- Gładzi kciukiem mój policzek. Uśmiecham się, słysząc jego słowa i usypiam.
                                *                      *                      *
Otwieram oczy, jednak promienie słońca powodują, że zamykam je z powrotem. Przekręcam się na bok, po czym zturluję z łóżka. Przeciągając się, zauważam karteczkę, leżącą na szafce. Podnoszę ja i czytam, rozpoznając pismo Jareda: „Nie chciałem cię budzić, ale musiałem już jechać na próbę. Zaraz po niej mamy koncert. Zaczyna się o 21 i mam nadzieję, że zjawiasz się wcześniej. Wystarczy, że pokażesz ochroniarzowi przepustkę. Czekam <3 PS. Weź mój samochód.”. Uśmiecham się i podchodzę do szafy, skąd wyciągam koszulkę z glifami i dżinsowe spodenki. Mimo, że jest końcówka listopada mogę sobie pozwolić na ten strój. Przebieram się i do tylnej kieszonki wsadzam przepustkę, komórkę i kluczyki. Na szyi zawieszam lustrzankę. Zbiegam po schodach na parter, gdzie w kuchni Constance wyciąga z piekarnika ciasto.
-Connie, jedziesz ze mną na koncert chłopaków?- Pytam, a blondynka odwraca się w moim kierunku i kładzie blaszkę na blacie, na przygotowanej wcześniej podkładce.
-Zostanę. Muszę jeszcze wysprzątać połowę domu Shannona. Ty nawet nie zdajesz sobie sprawy jak oni tu nabałaganili w ciągu dwóch dni, jeszcze przed trasą.
-Mieszkam z jednym z nich. Może ci pomogę? W sumie nie jestem tam do niczego potrzebna.
-Poradzę sobie, A ty baw się dobrze.- Podchodzi do mnie i całuje w czoło.- Jedź już, bo się spóźnisz.- Popycha mnie w kierunku drzwi.
-Do zobaczenia potem.- Macham jej i po ubraniu butów, wychodzę z domu. Na podjeździe stoi Ford mustang z 1965 roku. Otwieram go i wsiadam do samochodu. Wyjeżdżam na ulicę Los Angeles i kieruję się na Wilshire Bled, gdzie znajduję się Wiltern Theatre. Po około pół godziny jestem w okolicy, jednak nigdzie nie widzę wolnego miejsca. Po kilku minutach parkuję jakieś trzy ulice dalej i spacerkiem docieram przed teatr. Jakoś docieram do ochroniarza, a fanki stojące najbliżej obrzucają mnie wściekłym wzrokiem.
-Ej, ty.- Mówi jedna, a ja odwracam się w jej kierunku.- Jared jest nasz.- No tak, kiedyś musiało do tego dojść.
-Dziewczyny, ale ja wam go nie zabieram. I powiem wam jedno, jestem dumna, że chłopaki mają takich fanów, a raczej Echelon. I od razu poprawia mi się humor, jak widzę, jak z wami piszę. Ja jestem tylko małym dodatkiem. I proszę was, zaakceptujcie mnie, bo obrażając mnie, ranicie tylko Jareda.- Wyjmuję z kieszonki przepustkę i pokazuje ją ochroniarzowi, przy okazji robiąc zdjęcie tłumom pod budynkiem.
-Zaprowadzić panią do pana Leto?- Pyta mężczyzna.
-Poradzę sobie.- Uśmiecham się do niego i wchodzę do środka. Po kilku ślepych zaułkach docieram pod garderobę chłopaków. Pukam delikatnie, ale nikt nie odpowiada. Mimo wszystko naciska klamkę. Drzwi się otwierają, a do moich uszu dochodzą krzyki członków zespołu. Opieram się o ścianę, a jedyną osobą która zauważyła moją obecność, jest Emma. Blondynka wstaje i podchodzi do mnie.- Co tu się dzieje?- Pytam na wstępie.
-A kto to wie? Chyba się kłócą, o to, co mają zamówić po koncercie do jedzenia.- Krzyżuję ramiona i wzdycham.- Przecież i tak nic nie będą jeść…
-Oni tak zawsze?
-I tak ta trasa jest spokojna. Wcześniej kłócili się na poważnie.- Unoszę aparat i robię zdjęcie, przez co lampa błyskowa oświetla ich, a oni zamierają. Teraz cztery pary oczu przyglądają mi się z uwagą.
-Olivia!- Pierwszy reaguje Tomo, który moment później zamyka mnie w szczelnym uścisku.- Tęskniłem za tobą.- Całuje mnie w policzek i puszcza, a koło mnie zjawia się Jared.
-Długo tu już jesteś?- Pyta, cmokając mnie w usta.
-Dopiero przyszłam.- Odpowiadam.- O co się kłóciliście?
-O kolacje.- Oznajmia Shannon., podchodząc bliżej.-Wyspałaś się?- Potwierdzam ruchem głowy.- Co powiesz na partyjkę ping ponga? Na korytarzu jest stół.- Na moich ustach pojawia się uśmiech.
-Proponujesz to odpowiedniej osobie. Jesteś gotowy na porażkę?- Mężczyzna otwiera mi drzwi i przepuszcza w nich, a mijając swojego brata coś mu mówi.- Wiesz, że w liceum byłam na zawodach stanowych i zajęłam trzecie miejsce?- Pytam, a ten robi przerażoną minę.
-No to się wkopałem…- Mruczy, łapiąc w dłoń paletkę. Robię to samo i rzucam piłeczkę. Odbija ją, a ja od razu ścinam. Dzięki czemu ja zaczynam.- Tylko mnie tu nie zabij.
-Obiecuję.- Ruszamy paletkami, a biała kulka śmiga to na moją stronę stołu, to na Shanna. – Chcesz pogadać?- Odzywam się, a ten nie trafia w latający cel, dzięki czemu zdobywam punkta. Biegnie po piłeczkę, a po chwili wraca. Rzuca mi ją, a ja po raz drugi serwuję.
-Nie wiem jak to zrobiłaś, ale nie kłócimy się już.- Mówi.
-A to przed chwilą?- Starszy Leto zaczyna się śmiać.
-To tylko przekomarzanie się. Naprawdę dużo ci zawdzięczamy. I pochwalam ten związek. Macie moje błogosławieństwo.- Robię zdziwioną minę.
-Czy ja o czymś nie wiem?
-Wszystko jest na swoim miejscu. A i mam ostrzeżenie. Nie przestrasz się. Nasze koncerty są dość specyficzne i Jay robi co mu się podoba.- Unoszę jedną brew w góre, jednocześnie ścinając. Perkusista jęczy, podążając w ślad za kulką.
-Co miałeś na myśli, mówiąc „robi co mu się podoba”?
-Na przykład to, że rzucam się w tłum, albo wspinam po rusztowaniu.- Za mną pojawia się brat mojego przeciwnika.
-Czy ty chcesz się zabić?- Pytam, odwracając się do niego. Brunet kładzie dłonie na mojej talii i z uśmiechem wbija w moje usta. Odwzajemniam pocałunek, ale odrywam się od jego warg, czując delikatne uderzenie na plecach.
-2:1 dla ciebie.- Shannimal posyła mi wredny uśmiech i serwuje, a ja od razu ścinam, tak że po raz kolejny biegnie w głąb korytarza.
-On wie o zawodach stanowych?- Potrząsam energicznie głową.
-Uświadomiłam go. Aż taka wredna nie jestem. A teraz sio. Tu rozgrywa się ważny mecz.- Wypycham piosenkarza na bok i serwuję. Przez kilka minut gramy w skupieniu i tylko ja zdobywam punkty. W końcu sięgam go kieszonki i wyjmuję z niej komórkę, jednocześnie odbijając piłeczkę. Jest kilka minut po dwudziestej pierwszej.- O której zaczyna się koncert?- Pytam.
-To zależy od nas. Zazwyczaj się spóźniamy. No dobra, jest 15:1, a ja mam dość.- Starszy Leto odkłada paletkę na stół i odchodzi.- Jeszcze nigdy nie ograła mnie dziewczyna.- Mruczy, wchodząc do garderoby.
                                *                      *                      *
Podchodzę do Emmy i opieram się o skrzynię, w której przetrzymywane są instrumenty. Przyglądam się dokładnie Jaredowi. Jest ubrany w czarne dżinsy, tego samego koloru koszulkę z długim rękawem, która na przedzie ma czerwony karabin z glifami i białe buty z pomarańczowo-niebieskimi paskami, które kupił kilka dni przed rozpoczęciem trasy. Zaczyna śpiewać drugą zwrotkę „The Kill”, jednocześnie siadając na środku sceny, a ja odwracam głowę w kierunku blondynki.
-To normalne.- Odpowiada, wzruszając ramionami. Podnoszę aparat do prawego oka i pstrykam kilka zdjęć. Kto wie, może kiedyś mi się przydadzą. Kilka minut później piosenka się kończy, a Jay odwraca się, ze wzrokiem wlepionym we mnie. Na jego ustach pojawia się tajemniczy uśmiech, a ja zastanawiam się czy to nie pora na ucieczkę. Jednak zanim reaguję, on już ciągnie mnie na scenę.
-Co ty robisz?- Pytam z morderczym spojrzeniem, ale on je ignoruje. Zatrzymujemy się na samym środeczku, między Mattem, a Tomislavem.- Moi drodzy!- Wokalista zwraca się do tłumu, a przed nami pojawia się Shannon. Ściąga mi z szyi lustrzankę. Spoglądam na niego z pytającym spojrzeniem, a ten wzrusza ramionami.- To jest Olivia!- Kontynuuje młodszy Leto, wskazując na mnie, a ja uśmiecham się delikatnie.- Jest moją dziewczyną i mam nadzieję, że wreszcie to zaakceptujecie. Jestem przy niej szczęśliwy. A teraz pozwólcie, że coś jej powiem.- Nachyla się do mojego ucha i szepcze.- Olivio Richardson, kocham cię.
Nagle cały świat przestaje istnieć, a jedyne co czuję to jego pocałunek na policzku. Stoję przez moment nie wiedząc co mam zrobić, a on zaczyna kolejną piosenkę. Tym razem jest to „Praying for a riot”- Piosenka, która podobno jest o mnie, przynajmniej, z tego co mówi Jared.
-She walked outside, among the men,                     
Finding me, your last
Ten million miles, her way was close
To her inside
Can't you see, her life is broken
Turn back, believe,
Nothing is over
.- Łapię mnie za rękę i prowadzi bliżej publiczności, a ja nadal jestem w szoku, po słowach, które usłyszałam przed momentem. Nagle dochodzi do mnie to, że ja nic mu nie odpowiedziałam. Ściskam jego dłoń i staje na palcach.
-Jaredzie Leto- Zaczynam w podobny sposób jak on.- Ja ciebie też kocham.- Na moje słowa, na jego ustach pojawia się uśmiech.
-Zaufaj mi.- Mówi i z rozpędu skacze na tłum. Ja chcąc nie chcąc zostaję pociągnięta za nim. Spodziewając się upadku, zaciskam oczy, jednak nic takiego się nie dzieje, a jedyne co czuję to ręce ludzi, którzy niosą nas w głąb i dłoń mężczyzny, który ani na moment mnie nie puścił. Otwieram powieki i spoglądam na bruneta, który z uśmiechem mi się przypatruje. Nie wiem jakim sposobem, ale przybliża się do mnie i łączy na moment nasze wargi, a następnie zaczyna kolejną piosenkę. Z jej końcem, z pomocą ochroniarzy schodzimy na podłogę. Wracamy na scenę. Podchodzę do perkusisty i odbieram lustrzankę. Wracam do Emmy, a jej usta układają się w wielkim uśmiechu.
-Co ci powiedział?- Pyta, a ja czuję jak rumieniec wpełza na moje policzki.
-Że mnie kocha.- Odpowiadam.


JARED




Schodzimy ze sceny. Obracam się wokół własnej osi, szukając wzrokiem Olivii, jednak jej nigdzie nie ma.
-Pół godziny temu poszła do garderoby.- Oznajmia Emma, a ja bez słowa idę do wspomnianego pomieszczenia.
Na moich ustach pojawia się uśmiech, gdy zauważam dziewczynę śpiącą na sofię. Uprzedzała mnie o tym, że zawsze cały lot przesypia, podobnie jak pozostałą część dnia, ale nie sądziłem, że to prawda. Kucam przed nią i odgarniam włosy, które wylądowały na jej twarzy. Przyglądam jej się, a w mojej głowie cały czas słyszę słowa: „Jaredzie Leto, ja ciebie też kocham”. Dzisiejszy dzień jest najwspanialszym w całym moim marnym życiu. Nagle drzwi się otwierają, a ja momentalnie wstaję i podchodzę do Shannona, który już otwiera usta, aby najprawdopodobniej wydrzeć się na Matta lub Tomo.
-Olivia śpi, więc się zamknij.- Szepczę, a on zamyka usta, na których pojawia się uśmiech.- Jak chcecie, to jedźcie świętować zakończenie trasy bez nas. Ja odwiozę ją do domu.- Mówię.
-Na pewno?- Odzywa się Wachter, wychylając znad mojego brata.
-Tak, bawcie się dobrze.- Uśmiecham się i pozwalam im zabrać swoje rzeczy.
Po chwili wszyscy wychodzą, a ja zostaje sam z czarnowłosą. Zbieram najpotrzebniejsze rzeczy do kieszeni, a po resztę wrócę jutro. Biorę dziewczynę na ręce i po chwili wychodzę z budynku. Całe szczęście, że przed koncertem powiedziała mi, gdzie zaparkowała samochód, bo byłaby niezła komedia. Po kilku minutach zatrzymuje się przed fordem. Jakoś udaję mi się go otworzyć. Kładę fotograf na siedzeniu pasażera, a sam zajmuję miejsce za kierownicą. Odpalam auto i wyjeżdżam na nocne drogi Los Angeles.
-Gdzie jesteśmy?- Odwracam głowę w kierunku głosu i pierwsze co widzę to zielone tęczówki wpatrujące się we mnie.
-Śpij, Aniele. Jedziemy do domu.- Richardson odwraca się na drugi bok i zapewne zasypia, bo gdy parkuję na podjeździe ona już śpi. Po raz kolejny biorę ją na ręce i zanoszę do domu. Kładę ją na łóżku, przebieram w piżamę i przykrywam kołdrą, a sam idę pod prysznic. Do sypialni wracam po około pół godziny i od razu kładę się obok Olivii. Jak na zawołanie, dziewczyna odwraca się i wtula w moje ciało.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz